Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Na tropie Maryi

Gdy Bóg chciał nauczyć nas niepohamowanej miłości, zrzekł się wszelkich przywilejów i począł się w łonie kobiety, jak każdy inny człowiek. Być może Jej nie znamy, może nigdy z Nią nie rozmawialiśmy. To nie ma znaczenia, ponieważ bycie matką jest darem bezwarunkowym i nieograniczonym żadnym terminem ważności. Jesteśmy Jej dziećmi, nawet jeśli o tym nie wiemy. Możemy się zwrócić do Niej teraz: „Mamo!” Dobra Matka odpowie najszybciej jak może

Mary's Land

W dniu wczorajszym miałem przyjemność uczestniczyć z moją wspólnotą, która opiekuję się na parafii w seansie filmu MARY’S LAND. ZIEMIA MARYI. Przyznać muszę, że film wywarł na mnie duże wrażenie. Może nie tyle w sensie emocjonalnym, choć świadectwa ludzi, którzy w swoim życiu doświadczyli mocnego działania Boga sa rzeczywiście chwytające za serce. Bardziej jednak przemawia do mnie prostota tego filmu, pomysł na zbudowanie fabuły a dzięki temu osiągnięcie pewnego efektu, którego – jak mówi w przeprowadzonym z nim wywiadzie – sam twórca filmu się nie spodziewał.

Sam film oparty jest na faktach a zatem jest paradokumentem, ale dla urozmaicenia twórca wplata wen pewną fabularną akcje rodem z filmu szpiegowskiego. Agent M.J. (przedstawiający się jako Adwokat Diabła) otrzymuje od swojej szefowej pewną tajną misję: odnaleźć kobietę, która wywiera wpływ na kolejne osoby i przez to dokonuje wielkich zmian w świecie. Czy możliwe jest oszustwo na skalę globalną? Czy jesteśmy elementami układanki, którą M.J. ma za zadanie rozwiązać?

Ten film to śledztwo – poszukiwanie Kobiety, która ma władzę.

Wspomniany Adwokat Diabła (Agent M.J.) jeździ po całym świecie i rozmawia ze specjalnie wybranymi ludźmi. Początkowo nie wierzy im, gdy opowiadają, co przeżyli. To samo mówi top modelka i prostytutka, polityk, lekarz który w przeszłości dokonał wielu aborcji, czy człowiek z marginesu. Wszystkich doświadczyli palącego ognia w sercu, który stał się powodem porzucenia ich dotychczasowego życie, aby zacząć wszystko na nowo. Ale zacząć na nowo nie jest tak łatwo. Nie mieli siły. Wołali o pomoc. Coś skierowało ich do domu kobiety mającej moc, by zmieniać życie. Weszli. Rozpoczęła się lawina zmian. Jedna kobieta wywierała wpływ na pojedyncze osoby, a te na kolejne. Ludzie wyszli na ulice. W końcu były ich miliony. Świat nie był już taki sam.

A co, jeśli to nie bajka?

Mary’s Land to fabularna historia najskromniejszej z córek. Tej, która przewodzi w niewidzialnej wojnie toczącej się dzisiaj.

Jak wspomniałem, to co urzeka, to niezwykła prostota fabuły i prawdziwość składających na nią świadectw ludzi będących jego bohaterami. Dodać trzeba, że to prawdziwi ludzie (a nie aktorzy), którzy składają świadectwo przemiany swojego serca i życia. To podkreśla autentyczność przekazu. Ponadto jego prostota nie jest nachalna. Film nie daje gotowych odpowiedzi. Skłania jedynie do refleksji. Każdy zapewne wyniesie z niego coś bardzo osobistego, ale bez wątpienie trudno pozostać wobec jego przekazu obojętnym.

 
 

 

Zgodność słów i czynów

Jedną z największych tajemnic człowieka jest dar wolności. Jest on rzeczywistością, która nas upodabnia do Boga. Stworzeni przez Boga na „Jego obraz i podobieństwo” (Rdz 1,26), stajemy codziennie wobec  różnych życiowych wyborów. Jedne niosą ze sobą większe konsekwencje, inne mniejsze. Zazwyczaj, może poza jakimś odruchowym działaniem jest chwila czasu, aby ocenić własne decyzje. Może trwać ona tylko sekundy albo ułamki sekund – ale zawsze jest. Krytyczna ocena własnej decyzji to istotny element mądrości. Umiejętność skorygowania błędnej decyzji jest cechą ludzi dojrzałych. Jedną z najważniejszych życiowych decyzji wypływających z daru wolności jest ta, czy żyć w jedności z Bogiem, czy w złudnym przekonaniu, że Boga nie ma i nie jest mi potrzebny.

Dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do refleksji nad tym, czy nasze werbalne zapewnienia pokrywają się z naszym życiem? Gdyż to właśnie ono jest najlepszym egzaminatorem dla prawdziwości naszych słów. Jeden z wybitnych myślicieli XX wieku – Søren Aabye Kierkegaard pisał, że: „Każdy z nas ma swój czas rozpoznawania prawdy o swoich czynach i motywacjach, aby później mógł udzielić własnej odpowiedzi wyrażonej życiem”. Jest to podstawowy warunek nawrócenia. Owszem w słowach można zawrzeć wszystko, bywa, że nawet sami jesteśmy pełni wiary w nasze dobre intencje, ale jak często jest tak, że na słowach, obietnicach, zapewnieniach się kończy. Potem zwalamy winę na niesprzyjające okoliczności, które krzyżują  nasze plany, innym razem na nasze obawy lub niezdecydowanie…

Mowa i czyn to dwa proste pojęcia, które znaczą bardzo wiele w naszej ludzkiej rzeczywistości. Są ludzie, którzy dużo mówią, a robią niewiele, są tacy, co wiele obiecują i nie dotrzymują słowa. Są i tacy, którzy nie obiecują zbyt wiele, nie przechwalają się a ich życie jest jednym wielkim pasmem dobra, gotowości dzielenia się, służby. Czasem nawet są skrępowani, gdy ktoś to dostrzeże, pochwali ich, doceni. Tak to już jest, że jak mawiali starożytni Ojcowie Kościoła: „Dobro robi zazwyczaj mało hałasu”. Niestety dalszy ciąg tego porzekadła też sprawdza się w życiu, że „hałas czyni zazwyczaj mało dobra”. Ten, kto dużo mówi na swój temat, przechwala się, obiecuje, najczęściej jest zainteresowany tylko swoim piarem (to takie modne dziś słowo). Nie lubimy osób niesłownych i takich, które nabierają nas na puste obietnice. Z pewnością jest także wielu takich, na których zawsze można polegać i którzy wokół swoich czynów nie robią wiele szumu. Może słowa świętego Pawła z listu do Filipian są najlepszym komentarzem do takich postaw: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! To dążenie niech was ożywia…” (Flp 2,4-5).

Jakże „bliskie” są nam zachowania obu synów z ewangelicznej przypowieści. Jeden  najpierw mówi „tak”, a potem nie idzie do pracy w winnicy. Drugi mówi „nie”, a potem idzie. Warto zapytać się o to, z którym z nich identyfikujemy się bardziej? Jednak nie w marzeniach, lecz w rzeczywistości? Co na ten temat mogli by o nas powiedzieć inni? Ewangelia ukazuje nam zasadniczą niezgodność słów i czynów. Warto zapytać zatem: Jakie korzyści możemy z niej wyciągnąć? Ostatecznie przecież Bóg nie będzie nas sądził ze słów, choć te też mogą nieść dobro lub zło.

Analizując postawy obu synów nie trzeba wcale sięgać do wielkich decyzji i obietnic naszego życia, popatrzmy jedynie na sposób wypełniania przez nas naszych obowiązków, przypatrzmy się naszym zaniedbaniom i kłopotom sprawianym przez to innym. Niech nasza refleksja nad dzisiejszym Słowem Bożym przyczyni się do tego, że każda następna decyzja będzie mądrzejsza, bardziej przemyślana a nasze przekazy werbalne będą miały pokrycie w czynach. Dlatego warto się modlić, abyśmy zanim coś komuś obiecamy zastanawiali się czy jesteśmy w stanie dotrzymać danego słowa.

Tak, aby jak pisał w swoich rozważaniach kapłan-poeta ks. Paiserb: „Niech Twoje słowa nie będą niczym zamek z piasku zbudowany nad brzegiem morza który burzą co mocniejsze powiewy przeciwności. Niech będą jak skała o którą rozbijają się fale w drodze do brzegu”.

Codzienna medytacja – dom z którego wychodzimy w wędrówkę przez życie

Jezus zawołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami i władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych.

Mówił do nich: „Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić. (…) Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie.

Tak pomyślałem sobie czytając rano dzisiejszą Ewangelię, że w tym obrazie w jakimś sensie ukryte są także pewne wskazówki, które można by odnieść do praktyki medytacji. Jezus mówi:  „Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy”. Droga medytacji, to droga ubóstwa. W naszym sposobie myślenia tkwi często pewna pokusa szukania zabezpieczeń, oparcia na własnych siłach i możliwościach – dotyczy ona także modlitwy. Pewną pokusą jakiej ulega nierzadko nasze fałszywe „ja” jest mieć nad wszystkim w naszym życiu pewną kontrolę, nie wyłączając z tego wpływu sfery życia duchowego. Tymczasem droga medytacji jest praktyką, która w tym względzie wystawia nasze „ja” na ciężką próbę. Nie dość, że jest drogą ubóstwa, w której nasze „ja” musi poprzestać na pewnym minimum, to jeszcze zaprasza nas do pełnego zdania się na prowadzenie na niej przez Ducha Świętego, nie tylko nie mogąc przewidzieć jej efektów, ale nawet godząc się na to, aby uśmiercić w sobie nasze oczekiwania, co do wymiernych efektów lub innymi słowy owoców, jakie nierzadko rościmy sobie w stosunku do modlitwy.

Można by zatem rzec, jak napisał kiedyś o medytacji o. Basil Pennington – trapista i duchowy uczeń Thomasa Mertona, że „medytacja jest zaproszeniem do obumierania dla naszego fałszywego ja, które ciągle czegoś oczekuje, coś sprawdza. Tyle tylko, że ta śmierć, jaką proponuje nam droga medytacji nie jest nocą – jak czasem wydaje się naszemu ja – ale światłem, które właśnie dzięki temu, że zdajemy się całkowicie na prowadzenie Ducha Świętego może rozbłysnąć w naszym wnętrzu; nie jest końcem – jak czasem sądzi nasze ja, gdy przestaje mieć nad czymś kontrolę – ale początkiem nowego doświadczenia; nie jest nicością, ale już tu i teraz wejściem w doświadczenie wieczności”.

Nasze fałszywe ja bowiem żyje w przekonaniu, które często wpaja w nas świat, że za szczęściem trzeba gonić, że trzeba mu pomóc, że nasze ja musi o nie walczyć. Tymczasem szczęście jest w nas, ponieważ jest w nas rozlana przez Ducha Świętego miłość Boża, która jest źródłem prawdziwego szczęścia. Gonitwa i zmęczenie jakiemu często ulega nasze fałszywe ja do niczego nie prowadzą. Ważniejsze jest bowiem to, aby właśnie na przekór mentalności współczesnego świata umieć zatrzymać się w biegu i zaprzyjaźnić się z tym, co jest w nas; aby odkryć nasze prawdziwe wewnętrzne bogactwo, którego w biegu naszego życia często nie zauważamy. I medytacja jest właśnie tym doświadczeniem, które na to pozwala a praktykowana – jak zalecają jej nauczyciele – dwa razy dziennie rano i wieczorem uczy nas, że właśnie w  naszym wnętrzu jest ten dom, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia i z którego powinniśmy wychodzić w nasza codzienną wędrówkę przez życie i w którym tę wędrówkę powinniśmy każdego wieczora kończyć . 

Dar darmo dany

Zapytajmy, co tak zeźliło owych mężczyzn, którzy najdłużej pracowali w winnicy?

Oburzyło ich to, że właściciel winnicy, który jest obrazem samego Boga był szczodry, okazał gest. Ale z tej szczodrości zdali sobie sprawę dopiero wtedy, gdy zaczęli porównywać się z tymi, którzy, ich zdaniem, nie zasługiwali na taką samą wypłatę. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Tak częsta bowiem pokusa porównywania się z innymi jest zawsze zgubną pokusą, gdyż zawsze prowadzi do próżności lub zgorzknienia. Innej możliwości nie ma. Dlatego Chrystus tak bardzo przed nią przestrzega.

Może inaczej spojrzeli byśmy na tę przypowieść, gdybyśmy uświadomili sobie, że jej przedmiotem wcale nie są zasady sprawiedliwości społecznej czy też prawa ekonomii, ani nawet nie normy moralności ewangelicznej, nakazujące hojność wobec ubogich i pokrzywdzonych przez los. Głównym tematem przypowieści o robotnikach w winnicy jest zbawienie, które jest symbolizowane przez ewangeliczny denar. Na tym bowiem polega ekonomia zbawienia, że jest ono bezinteresownym darem Bożej miłości, a nie zapłatą za nasze zasługi, czy wkład włożony w zdobywanie nieba .

Układając tę przypowieść w taki a nie inny sposób, Chrystus przypomina, że Bóg tak naprawdę nie mieści się w naszych kategoriach. Często Go nie rozumiemy. I musimy się do tego otwarcie przyznać. Boża sprawiedliwość jest inna od naszej, nie według prawideł ekonomicznego i matematycznego rachunku, lecz podług miłosierdzia: ratująca i przebaczająca, a nie wydzielająca odpowiednio do zasług. Bóg nie wypłaci nam premii i wysługi lat, ani nie zaoferuje nam wczasów pod gruszą w nagrodę za wzorowe sprawowanie. Nawet jeśli Chrystus mówi o nagrodzie, to należy ją rozumieć jako konsekwencję odpowiedzi na zaproszenie do pracy w Jego winnicy. Nasze zaangażowanie wyraża wolę bycia z Bogiem. A tylko wtedy będziemy mogli stanąć w Jego obecności, odszukać Go już teraz, a nie dopiero po śmierci – jak mówi Izajasz – jeśli będziemy do Niego podobni. Swój ciągnie bowiem do swojego.

Często mam wrażenie, że paradoksalnie łatwiej nam pogodzić się z obrazem surowego, wymagającego i karzącego Boga, zwłaszcza względem innych, niż uznać, że Bóg daje za darmo, że okazuje miłosierdzie. Czasem i my musimy najpierw przebaczyć Bogu, że jest dobry dla wszystkich, by potem przyjąć Jego miłosierdzie.

Przypowieść dzisiejsza jest również przestrogą, abyśmy nie próbowali wtłoczyć Boga w utarte przez nas schematy. Bo nic z tego nie wyjdzie. One zawsze będą za ciasne. Jedni sądzą, że Bóg powinien im to lub tamto zabezpieczyć. Jeśli daje zdrowie, powodzenie, sukcesy, to jest OK. A jak nie daje, to jest niedobry. Ale są i tacy, że nawet tego nie oczekują od Boga, traktując Go z obojętnością, bo wydaje im się, iż sami sobie jakoś poradzą. Oddają więc pokłon swoim możliwościom, zarobionym pieniądzom, nowoczesnym technologiom, nauce, stając się w ten sposób (może nie zawsze nawet świadomie bałwochwalcami) i zapominając o tym, kto jest ostatecznym źródłem tego wszystkiego.

mistrzostwa_siatkowka_2014

A jeśli już mówimy o darach i zasługach, to nie wolno nam zapomnieć o tych, które dzisiaj wybrzmiewają chyba najgłośniej. Bowiem polscy siatkarze ręczni są MISTRZAMI ŚWIATA!!! I za to także dziękujemy!!! :-)

Najważniejsza jest miłość

Człowiek ciągle pyta: co jest w życiu najważniejsze, jakie wartości powinien wyznawać, jakim być w relacji z innymi? Przed takimi samymi pytaniami stanął i ten, który zapytał Jezusa: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”.

Jezus odpowiedział: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych” [Mk 12, 29-31].

Dlatego św. Paweł mógł z całym przekonaniem napisać, że:  „Najważniejsza jest miłość” [1 Kor 13,13].

Miłość Boga przenika nasze ludzkie życie. Ta miłość rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Jezusa Chrystusa, który jest jej źródłem. „Tak bowiem Bóg umiłowałświat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miałżycie wieczne” [J 3, 16]. W tej wielkiej miłości Bóg objawia się jako przyjaciel człowieka. Przemawia do ludzi jak do przyjaciół. Pragnie ich zaprosić do wspólnoty ze sobą.

I właśnie praktyka medytacji jest jednym z najlepszych i najprostszych sposobów odpowiedzi na to zaproszenie.

Medytowanie – jak nauczał o. Bede Griffiths OSB – to nie uczenie się. To bardziej smakowanie niż jedzenie. To nie mówienie o Bogu, lecz mówienie do Boga i wsłuchiwanie się w Niego.  Nie medytujemy po to, żeby się czegoś nauczyć o Bogu, lecz po to aby odkryć i  doświadczyć Jego miłości.