Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Matka Bolesna

To oczywiście nie przypadek, że wspomnienie Matki Bożej Bolesnej w kalendarzu liturgicznym przypada po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego. Maryja bowiem uczy nas przyjęcia najwłaściwszej postawy wobec tajemnicy Chrystusowego Krzyża.

Jedno z pierwszych doświadczeń, jakie narzuca się w postawie Maryi stojącej pod Krzyżem jest ból. W tym doświadczeniu wypełnia się przepowiednia Symeona, wypowiedziana do Maryi w dniu ofiarowania Jezusa w świątyni jerozolimskiej: „A Twoją dusze miecz przeniknie”. I oczywiście nie dziwi nas ów ból przezywany przez Maryję, gdy na Krzyżu umiera jej Syn. 

My jednak możemy także uczestniczyć w tym bólu, bowiem na mocy chrztu świętego, który jest owocem męki, śmierci i zmartwychwstania Mesjasza staliśmy się dziećmi Bożymi, przez co zostaliśmy włączeni także do rodziny Chrystusa, stając się Jego siostrami i braćmi. A zatem na Krzyżu umiera także ktoś bliski nam.

Inną przyczyną tego bólu przeżywanego wraz z Maryją może być świadomość tego, że na Krzyżu umiera ktoś niewinny, kto z pewnością nie zasłużył na tę śmierć.

Wreszcie możemy ubolewać nad tą śmiercią mając świadomość, że my sami dołożyliśmy do niej rękę a właściwie grzech, którego ta śmierć stała się konsekwencją. 

Ale w doświadczeniu bólu nie wyczerpuje się z pewnością nasza postawa wobec Krzyża. Maryja uczy nas bowiem stawania pod Krzyżem także z wiarą. Być może Ona jedna spośród stojących pod Krzyżem potrafiła przeniknąć tajemnicę tej śmierci i odkryć jej głęboki sens, ponieważ nosiła i rozważała w sercu Słowo Boże. I to właśnie ono stając się fundamentem Jej wiary, bowiem wiara rodzi się właśnie ze wsłuchiwania się w Słowo Boże, pozwoliło Jej stanąć pod Krzyżem także z nadzieją płynącą z przekonania, że właśnie w tym Krzyżu, na którym umiera Zbawiciel świata najpełniej wyraża się miłość Boga do człowieka i spełniają się nadzieje ludzkiego serca wspólne dla ludzi wszystkich czasów.

Prawda ukryta w znaku krzyża

W starożytnej kulturze śródziemnomorskiej śmierć na krzyżu była przejawem najbardziej haniebnej śmierci. Taki  sens krzyża przeniknął do biblijnych relacji opisujących zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa. Nie każdy „zasługiwał” na krzyż. Nawet jeśli zasługiwał na śmierć, posługiwano się jeszcze innymi metodami przy egzekucji. Wedle rzymskiego prawa na krzyżu wieszano nie tyle skazanych na śmierć, co raczej wykluczonych z grona ludzi zasługujących na godną śmierć. Chodziło o podwójną karę. Liczył się nie tylko fizyczny ból, ale wymiar dodatkowej kary zyskiwało w tym przypadku odarcie skazańca z ludzkiej godności.

Paradoksalnie, to właśnie ten znak Bóg wykorzystał do tego, aby objawić człowiekowi pełnię swojej miłości. To bowiem od tamtego krzyża, postawionego na rozkaz rzymskiego prokuratora – Poncjusza Piłata na wzgórzu Golgoty krzyż nabrał zupełnie innego znaczenia. Choć ci, którzy w tamto piątkowe południe, jedno z wielu podobnych do siebie przybijali do krzyża Jezusa Chrystusa nie mieli pojęcia, że stają się uczestnikami egzekucji, która raz na zawsze zmieni losy świata i człowieka.

I mimo iż od tamtych wydarzeń mija dwa tysiące lat krzyż jest znakiem, który ludzkość, ciągle odgaduje i nie potrafi do końca odczytać. Wciąż jeszcze zdania i postawy ludzi wobec tego znaku są podzielone. Tak, jak wtedy na Golgocie są ci, którzy całym sercem przylgnęli do krzyża – czyniąc z niego źródło swojej siły i fundament swojej wiary. Wciąż jeszcze są tłumy tych, którzy szydzą z Ukrzyżowanego Syna Bożego i czasami słychać echo tamtego wołania: „Jeśli jesteś Synem Bożym – zejdź z krzyża”. Nieustannie przekonujemy się, że krzyż może być zarówno znakiem miłości, jak i  znakiem zgorszenia a nawet twardego sprzeciwu.

W historii świata i chrześcijaństwa można spotkać wiele postaw, które wypaczyły sens Chrystusowego przesłania o krzyżu. Niektórzy chcieli środek, jakim jest cierpienie potraktować jako cel.  Z kolei współczesność wydaje się być naznaczona kulturowym wręcz unikaniem nie tylko samego cierpienia, ale i mówienia o nim.

Jako uczniowie Chrystusa jesteśmy dziś zaproszeni, aby spojrzeć na Krzyż po to, aby zapytać siebie: Czy zaproszenie Chrystusa do udziału w Jego krzyżu  traktujemy jako błogosławieństwo czy przekleństwo? Czy krzyż, który w taki czy w inny sposób jest wpisany w życie każdej i każdego z nas prowadzi mnie do Nieba i podnosi czy przygniata do ziemi i popycha do złorzeczenia na los i życie?

Chrystusowi nie chodzi o to, abyśmy specjalnie szukali cierpienia. Każdy z nas może pomyśleć o swoim krzyżu w kontekście problemów, które przeżywa, w kontekście choroby własnej lub kogoś bliskiego, samotności, może niewdzięczność dzieci, pijaństwa męża czy syna, ciężkiej pracy albo jej braku… I myśląc o tym pytamy: czy tajemnica krzyża sprawia, że łatwiej mi w tym wszystkim odnaleźć sens, uwierzyć, że w perspektywie wieczności nic nie dzieje się na próżno!?

Trzeci rozdział encykliki Jana Pawła II Veritatis Splendor jest zatytułowany: „By nie zniweczyć Chrystusowego krzyża.” Papież mówi o relacji między wolnością człowieka, a symboliką krzyża. Krzyż Chrystusa jest zawsze pytaniem o jakość mojego życia, mojego chrześcijaństwa. Wartość męki i śmierci Syna Bożego, podjętej dla naszego zbawienia, zależy ostatecznie od każdej i każdego z nas. Od wyborów które podejmuję, od tego, czy kieruję się w życiu prawdą i miłością…

Krzyż Chrystusa był konsekwencją całego Jego życia, Jego miłości do Ojca i do ludzi. Do nas dzisiaj po raz kolejny Jezus mówi: „Jeśli kto chce iść za mną niech mnie naśladuje”. Wierność przykazaniom Bożym zwłaszcza we współczesnym świecie, który relatywizuje wszelkie wartości z obiektywną prawdą i moralnością włącznie też może stać się krzyżem. Gdy ludzie żyją bez wartości, gdy zaprzeczają Bożemu Prawu i w dodatku dobrze im się powodzi, łatwo wtedy nie tylko zawahać się ale też odrzucić Przykazania, odrzucić krzyż i jego sens. Wolność człowieka zawsze pozostaje wielką tajemnicą, bo w tej wolności możemy sprzeciwić się Bogu a nawet wyrzucić Go ze swego życia. To prawda – jesteśmy ochrzczeni. Ale czy wszyscy tu obecni jesteśmy wierzący w takim znaczeniu, jakiego domaga się od nas Chrystus? Co mówi o tym nasze życie?

W znaku krzyża ukryta jest prawda, że Bóg jest Miłością, że Chrystus jest Miłością. Ale ile miłości jest w nas – Jego uczniach? Miłujcie waszych nieprzyjaciół – prosi Chrystus. A nam czasami tak trudno kochać domowników; kochać tych, którzy przychodzą do kościoła jako nasi bracia i siostry.

Dlatego trzeba dziś zapytać czy ja sam nie jestem dla kogoś krzyżem!?…

I czy jestem świadom tego, że Chrystus najpełniej objawia nam sens krzyża przypominając, że oczekuje od nas raczej miłosierdzia niż ofiary!

Modlitwa – termometr życia duchowego

Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których nazwał apostołami. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu, przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. (Łk 6,12-18)

„Pokaż mi jak się modlisz a powiem ci kim jesteś” – pisał o. Carlo Carretto – Mały Brat od Jezusa (duchowy uczeń o. Karol de Foucauld)  w swojej książce na temat modlitwy.

Gdyby spoglądamy na Chrystusa nawet w tych nielicznych fragmentów przywoływanych przez ewangelistów, w których ukazują oni Jezusa pogrążonego w modlitwie, wiele możemy się o Nim dowiedzieć. Jako uczniowie Jezusa powinniśmy uczyć się właśnie z tego przyglądania się naszemu Mistrzowi, po to, aby móc Go naśladować. To, co przykuwa nasza uwagę, to pełne zanurzenie Jezusa w modlitwę jako okazje do spotkania z Ojcem sam na sam.

Ewangelista wspomina o górze, na która udał się Jezus na modlitwę. Góra w języku Biblii jest miejscem spotkania człowieka z Bogiem, gdyż wydaje się, że na górze człowiek jest bliżej nieba. Każdy z nas, kto chodził po górach zapewne doświadczył tego, że ich majestat skłania do zatrzymania się, do wyciszenia, do refleksji; że w górach myśli łatwiej biegną ku Absolutowi.

Ale góra to jak pisał wspomniany przeze mnie o. Carlo Carretto, to synonim pewnej przestrzeni zarezerwowanej na spotkanie z Bogiem. Innym określeniem symbolizującym taka przestrzeń jest pustynia. Warto pytać siebie, czy mam w moim codziennym życiu taka przestrzeń, która jest nie tylko miejscem ale i czasem zarezerwowanym na spotkanie z Bogiem. Przestrzeń, z której nie zrezygnuję za wszelka cenę, o która gotów jestem walczyć z moją niechęcią, zanurzeniem, lenistwem, zmęczeniem czy rutyną, które pragną mnie okraść z tej cząstki mojego życia, która jest przeznaczona tylko dla Boga.

Praktyka medytacji stawia w tym względzie przed nami nie łatwe zadanie. O. John Main podobnie jak inni nauczyciele modlitwy zachęcali do tego, abyśmy siadali do medytacji dwa razy w ciągu dnia (najlepiej rano i wieczorem). Każdy jednak, kto ma za sobą pewna praktykę dobrze wie, że nie zawsze jest to łatwe, że zagwarantowanie tych dwóch przynajmniej półgodzinnych spotkań wymaga od nas wielkiej systematyczności, konsekwencji, pewnej duchowej dyscypliny a nierzadko i walki. Trzeba nam jednak pamiętać, że te chwile spędzone w ciszy naszego serca, które otwieramy w tym czasie przed Bogiem są tym, co Chrystus określił mianem: „Najlepszej cząstki, która nie będzie nam odebrana”.

Można powiedzieć, że ilość i jakość naszej modlitwy są pewnym termometrem naszego życia duchowego. Gdyż to zazwyczaj właśnie od rezygnacji z modlitwy zaczyna się nasze spłycanie relacji z Bogiem.  W życiu ilu osób spełniło się pewne śmieszne, choć w rzeczywistości tragiczne powiedzenie Jana Sztaudyngera: „Był mistyk, ale wystygł. Jako wynik został cynik”.

„Jesteśmy naprawdę wtedy, kiedy się modlimy. Uciekanie od modlitwy jest bowiem ucieczką od samego siebie” – pisał Thomas Merton. Bowiem to właśnie w modlitwie odkrywam kim jestem, dokąd zmierzam, jakie jest moje powołanie. To w modlitwie dokonuje się wreszcie owo uzdrowienie wewnętrzne, o którym mówi Ewangelia – jedno z najważniejszych i najbardziej owocnych – uzdrowienie od naszego fałszywego „ja”.

Braterskie upomnienie  

Jezus+Chrystus+12

Ten fragment Ewangelii mówiący o konieczności i sposobie upomnienia bliźniego można nazwać „regułą wspólnoty”. Istotny jest cel, jaki stawia przed nami Jezus proponując takie zachowanie: jest nim przyprowadzenia do wspólnoty tych, którzy się zagubili. To tak naprawdę bardzo konkretne konsekwencje przedstawionej nieco wcześniej w tej Ewangelii przez Jezusa przypowieści o zagubionej owcy (Mt 18,12-14). Jest to także jedna z podstawowych misji chrześcijanina, mającego naśladować Chrystusa: szukanie tego, kto zbłądził. Czy tak jest? Czy mamy w sobie tę troskę, która powinna cechować ucznia Chrystusa? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każdy sam. Troska i walka (dostępnymi nam środkami i siłami) o nawrócenie drugiego człowieka jest bowiem niczym innym jak jednym z elementów wyobraźni miłosierdzia i owocem przykazania: „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Jeśli zatem jestem zatroskany o własne zbawienie i nawrócenie, to powinienem być także zatroskany w nie mniejszym stopniu o zbawienie i nawrócenie moich braci i sióstr. Czy zatem stawiamy sobie zawsze pytanie: jak pozyskać tego, kto odchodzi ze wspólnoty lub jak pomóc, komuś o kim wiem, że błądzi? Odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią na to jak kocham.

Braterskie upomnienie, którego domaga się od nas Chrystus to bardzo poważne i odpowiedzialne działanie. Odzyskiwanie błądzącego brata nie utożsamia się z postawą, która puszcza wszystko w niepamięć. Jest to raczej droga rehabilitacji, poważny trud przemiany, wynikający z szacunku, jaki przysługuje każdej osobie ludzkiej. Nie należy ukrywać błędów i grzechów popełnianych przez członków wspólnoty (co nie znaczy, że mamy o nich z satysfakcją wszystkim opowiadać), ale z miłością im dopomagać, aby je przezwyciężyli, aby się z nich wydostali oraz wrócili na drogę szlachetnego, przejrzystego życia. Bez wątpienia nie pomogą w tym: krytykanctwo, obmowa, po którą tak często się sięga za plecami danej osoby ani też jakikolwiek przejaw ośmieszania czy szydzenia z drugiego. Te postawy bowiem nie maja nic wspólnego z miłością i bez względu gdzie miałyby miejsce same w sobie są też wejściem na drogę błądzenia.

Ciągle trzeba nam wracać do postawy Jezusa ukazanej w Ewangelii o zagubionej owcy, przypominającej nam jak wielką w naszych oczach wartość powinien mieć drugi człowiek ze względu na jego godność i obecność w nim Chrystusa (bez względu na to w jakiej kondycji duchowej się on znajduje) i na jaką delikatność trzeba się nam czasem zdobyć (ukazaną w obrazie Chrystusa biorącego zagubioną owcę na swoje ramiona – nawet jeśli to czarna owca), aby być pomocą w „leczeniu” drugiego człowieka a nie powodem kolejnego zranienia. 

Post – modlitwa ciała

Istotą postu ukazanego w Biblii nie jest wyrzeczenie się jedzenia, gdyż jedzenie samo w sobie jest dobre, jest darem Boga. Istotą postu, którą bardzo pięknie ukazuje jego greckie określenie mesteia jest uniżenie swojego serca przed Bogiem. Uniżenie to ma polegać na tym, że przez pewien odczuwalny, fizyczny brak (jakim jest głód) i jaki jest skutkiem postu, dostrzegamy to, co na co dzień łatwo przeoczyć: mianowicie właśnie fakt, że pokarm, jaki każdego dnia spożywamy jest darem samego Boga a w konsekwencji ma to prowadzić człowieka poszczącego do odkrywania swojej zależności od Boga.

Współczesny świat na wszelkie sposoby próbuje zagłuszyć w człowieku tę zależność i przekonać go o jego samowystarczalności a w konsekwencji o tym, że za nic nikomu nie musi dziękować. Jednym z przejawów tego jest dzisiejsze odejście od praktyki ascezy, postu (nawet tego wpisanego w naszą starą polską tradycję, która nakazuje powstrzymanie się od pokarmów mięsnych w piątki). Dzisiaj jeśli praktykuje się i zaleca post, to bardziej ze względu na walory estetyczne, na odchudzanie, oczyszczanie organizmu niż z pobudek duchowych.

Tymczasem zapominamy, że post to „modlitwa ciała”, to środek mający nam pomóc spotkać się z Bogiem. Post w Biblii to wyrzeczenie się przyjemności, po to, aby bardziej skupić się na miłości, która też oznacza dar, poświęcenie, ofiarowanie czegoś a nie rzadko wyrzeczenie.

Dlatego Chrystus dzisiaj zwracając się do faryzeuszy krytykuje bezmyślny post, który służy tylko pokazaniu się innym. Tymczasem post ma być dla nas jedynie środkiem do celu a nie celem; ma służyć uczeniu się panowania nad sobą, nad swoimi potrzebami i pragnieniami, które dzisiaj często skutecznie biorą człowieka w niewolę chcąc być zaspokojone od zaraz. Ucząc się od Jezusa pościmy po to, aby było w nas więcej miłości do Boga i do drugiego człowieka.

Dzisiaj piątek, dzień, w którym Kościół zachęca nas do powstrzymania się od pokarmów mięsnych. Czy pamiętam jeszcze o tym? A jeśli tak, to co jest moja motywacją w podejmowaniu wyrzeczeń: tradycja, przyzwyczajenie, czy miłość?