Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Motywacja mojego podążania za Chrystusem

Możemy być pełni podziwu dla pragnienia i wytrwałości ludzi, którzy szukają Chrystusa w Ewangelii. Ów zachwyt jednak szybko gaśnie, gdy odnajdują Jezusa i słyszą z Jego ust gorzką prawdę na swój temat obnażającą ich prawdziwe intencje, te mianowicie, że nie szukają Go ze względu na Niego samego, czy ze względu na Jego naukę a jedynie dlatego, że spełnił ich pragnienia i nasycił ich żołądki [por. J 6,22- 30] .

Zarzut powierzchowności, jaki Chrystus kieruje pod ich adresem jest jednym z najbardziej poważnych zarzutów, jaki może spotkać człowieka przekonanego o tym, że motywacja jego działania jest głęboka wiara. Chrystus jednak zna prawdę o nas i zna nasze serca.

My dzisiaj także żyjemy w świecie, który uwodzi nas rożnego rodzaju pokusami, podsyca nasze ambicje i pragnienia. I może okazać się, że przychodząc do Chrystusa będziemy nosili w sobie mniej lub bardziej świadome pragnienie, aby On spełnił nasze pragnienia. Możemy wmawiać sobie, że nasza pobożność, wierność religijnym praktykom, ciągłe szukanie Chrystusa powinna być jakoś wynagrodzona.

Dopóty jednak, dopóki będziemy szukali w spotkaniu z Chrystusem i w praktykowaniu naszej wiary zaspokojenia naszych ludzkich pragnień, nawet tych najbardziej wzniosłych, duchowych, dopóty nasze bycie przy Chrystusie będzie egocentryczne i tak naprawdę w centrum naszego życia, naszej duchowej praktyki będzie moje „ego” a nie Chrystus.

Dlatego tak ważne jest oczyszczanie naszej motywacji i zadawanie sobie pytania przy okazji rachunku sumienia: Dlaczego szukam Chrystusa? Dlaczego wytrwale staram się znaleźć czas na medytację?

Jest to o tyle ważne, gdyż jedynie medytacja realizowana w duchu bezinteresownej miłości, dla której nagrodą jest jedynie to, że mogę trwać przy Chrystusie i to z wdzięcznością, niczego nie oczekując będzie stawała się dla mnie źródłem prawdziwej wewnętrznej wolności i radości. Owszem, będzie ona także przynosiła zaspokojenie pragnień, jakie są w naszych sercach, ale na sposób jaki chce tego Chrystus a nie na sposób, jaki my byśmy tego pragnęli.

Uświadamianie sobie nieustannie tego, jaka jest motywacja mojej codziennej praktyki medytacji mówi wiele o nas samych i o miejscu, jakie w naszym życiu dajemy Chrystusowi. Po rozmnożeniu chleba ludzie z tłumu zadali Jezusowi dwa pytania. Na pierwsze, płynące z ciekawości i dotyczące zaspokojenia doczesnych pragnień, nie otrzymali odpowiedzi. Drugie było nieskończenie istotniejsze: „Co mamy czynić, aby w naszym życiu mogło się realizować dzieło Boże?”. Zbyt rzadko stawiamy to pytanie. Tymczasem odpowiedzią na nie jest zgoda na to, że to Chrystus przejmie ster naszego życia i On sam zaradzi naszej słabości i niedowiarstwu, pozwalając by nasze życie było miejscem Jego działania. I tej otwartości uczy nas właśnie praktyka medytacji, czyniąc nasze serca i nasze życie przestrzenią, w której będzie objawiało się Boże działanie, gdy zrezygnujemy z zaspokojenia naszych pragnień i ambicji a pozwolimy by to Chrystus był reżyserem naszego życia.  

Bardziej słuchać Boga…

Trzeba bardziej słuchać boga niż ludzi [Dz 5 29]

Ile dowodów trzeba przedstawić ludziom, aby wreszcie uwierzyli w Boże działanie, w Bożą miłość, w to, że Bogu naprawdę zależy na człowieku? Dzisiejsze Słowo Boże, ale i życie pokazuje, że nie jest to sprawa łatwa.

Jak wspomniałem kiedyś, nie lubię spędów. Nie dlatego, że uciekam od ludzi. Z natury jestem towarzyskim i społecznym stworzeniem, ale wolę kameralne grono, zwłaszcza bliskich znajomych lub przyjaciół. W innym przypadku pięć osób, to dla mnie już tłum. Wczoraj dałem się namówić znajomym na pójście na imprezę imieninową. Miało być kameralnie a zebrało się ze trzydzieści osób, z których większości nie znałem zazbytnio. Część wierzących, ale jak to bywa w naszym społeczeństwie część wierzących inaczej. Czasem strach się przyznać zatem, że jest się księdzem, ale nie przyznać się uznałbym za brak odwagi świadczenia. Zatem przyznałem się (część oczywiście wiedziała) i w związku z tym musiałem wysłuchać jaki to Kościół zły, i księża pokręceni i że tak naprawdę z taka instytucja to nie warto mieć wiele wspólnego. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że trafił mi się też z jedne komplement, że ten ksiądz to nawet fajny. I oczywiście większość krytyków, to ludzie mówiący o sobie, że są wierzący, ale do tej wiary Kościół im wcale nie jest potrzebne a nawet nierzadko im przeszkadza.

Pomyślałem jednak, że w tym wszystkim jest pewien głęboki sens. Siedząc bowiem i słuchając różnych mniej lub bardziej wziętych z sufitu zarzutów pod adresem księży przypomniało mi się jedno z moich ulubionych zdań św. Pawła Apostoła: „Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca. Co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś z wami – to bardziej dla was konieczne” [Flp 1, 22-24]. I choć miałem pokusę, aby wyjść kilka razy, pozostałem tam, starając się być i służyć tak jak najlepiej potrafię: rozmawiając, argumentując, modląc się za nich. Czy to coś dało? Nie wiem! Pozostawiam to w rękach Boga. Choć po ludzku rzecz biorąc odetchnąłem trochę, jak już wyszedłem, bo atmosfera nie była zbyt fajna. Z drugiej strony chwała młodym za odwagę mówienia w twarz tego, co myślą. Starsze pokolenie raczej by się na to nie zdobyło, poczekaliby aż ksiądz wyjdzie. Owoce asertywnego wychowania:-)

Ktoś może zapytać: Jak to się ma do dzisiejszej Ewangelii?

Ano, zależy jak się ją czyta. Cała dzisiejsza Ewangelia, ale można sięgnąć jeszcze szerzej (np. także do pierwszego czytania z Dziejów Apostolskich) pokazując spotkania Jezusa Zmartwychwstałego z kolejnymi osobami, de facto przekazuje smutną prawdę o ludzkiej podejrzliwości, niedowierzaniu, dystansie do nowych, niepojętych Bożych interwencji czy Bożego działania w ogóle. W przypadku pierwszego czytania św. Łukasz przywołuje postawę przełożonych i starszych, którzy nie tyle nie dowierzają, co walczą z ewidentnymi faktami i zrobią wszystko, aby wieść o nich się nie rozniosła (Dz 4,13-21).

Obawiam się, że taki punkt widzenia jest bardzo powszechny także dzisiaj. Niektórzy ludzie tak bardzo boją się Boga, że wolą zaprzeczać Jego działaniu, wbrew najbardziej oczywistym, wręcz krzyczącym świadectwom Jego obecności i działania. Wolą krytykować, zaprzeczać, co więcej, wolą zmuszać innych do milczenia, byle tylko zachować swoisty „status quo”, nie wymagający wysiłku nawrócenia i zmiany myślenia.  Bóg stał się dla nich swoistym zagrożeniem. Zagrożeniem ich źle pojętej wolności. Atakując Kościół tak naprawdę szukają mechanizmu obronnego przez uznaniem Boga i Jego woli i wagi w ludzkim życiu, które zmusiłoby ich do zmiany myślenia, którego nie chcą zmieniać. Jest to bardzo powszechna cecha szczególnie chyba w naszych czasach. Gorzej jednak, że taka postawa blokuje możliwość rozpoznania Boga, który zwraca się usilnie do człowieka nie mając zamiaru do niczego go zmuszać a jedynie nauczyć czym jest prawdziwa wolność i jak ją przeżywać. Gdyby tylko człowiek zechciał to dostrzec…

Oczywiście byłbym nieuczciwy mówiąc, że problem dotyczy jedynie osób walczących z Kościołem, niewierzących. Widać to przede wszystkim w Ewangelii. Jezus, ukazując się Apostołom, po swoim zmartwychwstaniu, musiał niejednokrotnie wyrzucać im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. Dopiero potem (zapewne w chwili, gdy Apostołowie zrozumieli jak wielki błąd popełnili i żałowali za swój grzech niedowiarstwa) Mistrz i Nauczyciel mógł im przekazać ważne zadanie głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu.

A my? Jak czeto jest tak, że sami nie dowierzamy czy lekceważymy świadków, których Bóg stawia na naszych drogach myśląc sobie: czy to możliwe?

Czy nie jest tak, że wciąż wolimy bardziej słuchać ludzi, niż Boga? My dzisiejsi chrześcijanie. Czy nie jest tak, że łatwiej nam mówić językiem współczesnego świata niż Ewangelii, bo tak bezpieczniej, bo wygodniej?  Czy nie próbujemy za bardzo dopasowywać się do ludzkich poglądów, oczekiwań, usiłując nasze doświadczenie wcisnąć w ramy popularnej dzisiaj poprawności społecznej a może nawet politycznej? Czy nie łatwiej nam odrzucać dowody Bożego działania, byle tylko zachować swój, często budowany latami, wizerunek w pracy czy towarzystwie a przy okazji święty spokój?…

Pan Bóg jednak żąda od nas nieco innej postawy? Jeśli jej nie zajmujemy, to czy nie świadczy to o małości naszej wiary?

Wczoraj nie dane mi było ochronić mojego świętego spokoju. Pan Bóg postawił mnie przed wyborem: albo będziesz starał się dopasować, albo będziesz świadczył, bez względu na cenę. Wybrałem to drugie, choć oczywiście żadne to bohaterstwo a owoce? Nie pytam o nie? W końcu jestem sługą nieużytecznym, zrobiłem jedynie to, co do mnie należało. Pokój serca znalazłem na nowo dopiero, gdy wieczorem dane mi było wsłuchać się na powrót w słowo, choć wiem, że ono cały czas we mnie wybrzmiewało, dając siłę do tego, aby także na tych, którzy dzisiaj stoją po drugiej stronie spoglądać z miłością, choć także ze smutkiem, płynącym ze świadomości, że okopując się mocno na swoich stanowiskach walki z klerem tak naprawdę uciekają od szukającego ich z miłością Boga.

A to wszystko tylko dlatego, że bardziej starałem się słuchać Boga niż ludzi…

I Bogu niech będą dzięki!

Po rady do dawnych mnichów

Św. Izaak Syryjczyk zwany także Izaakiem z Niniwy, jeden z ojców Kościoła pierwszych wieków, przynosi nam cenne uwagi dotyczące modlitwy serca, czy jak kto woli modlitwy monologicznej a więc takiej, do której należy także medytacja, o której piszemy na tych stronach. O jego życiu wiemy niewiele. Wiadomo, że urodził się w Beth Qatraye, na zachodnim brzegu Zatoki Perskiej. Zagłębiał się w Pismo Święte, został mnichem i głosicielem nauki chrześcijańskiej. Zwrócił na siebie uwagę patriarchy Giwargisa (Jerzego), katolikosa Kościoła perskiego (661-681), który wizytując ten region w 676 roku zabrał Izaaka do Mezopotamii, a krótko potem wyświęcił na biskupa Niniwy (dzisiaj: Mosul). Izaak kierował powierzonym mu Kościołem zaledwie przez pięć miesięcy, nie mogąc jednak odnaleźć się w roli pasterza, poprosił patriarchę o dymisję. Przebywał najpierw razem z pustelnikami w górach Huzistanu, później zaś osiadł w klasztorze Rabban Shabur. Dużo czytał – nie tylko Biblię, ale także dzieła wielkich nauczycieli chrześcijańskich. W ostatnich latach swego życia stracił wzrok. Dyktował wówczas swoje pisma braciom. Izaak odznaczał się niezwykłą pokorą, łagodnością i dobrocią, mimo iż prowadził bardzo surowy tryb życia. Zmarł w podeszłym wieku, nie znamy jednak daty jego śmierci. Bardziej po śmierci niż za życia stał się wielkim nauczycielem i przewodnikiem. Jego nauczanie wyszło poza granice rodzimego Kościoła i po wielu wiekach nadal kształtuje myślenie i duchowość chrześcijan różnych Kościołów. Jest on jak wspomniano jednym z pierwszych i bardziej znanych nauczycieli modlitwy monologicznej. Pozostałe po nim nauki modlitwy jak zaznacza sam autor we wstępie do „Drugiej Części” pism Izaaka (które zostały dopiero niedawno odkryta przez S. Brooka w Bodleian Library w Oksfordzie) mają służyć jako pomoc w praktykowaniu „ukrytej modlitwy” o każdej porze i w każdym stanie ducha. Jest to modlitwa, którą można zanosić do Boga stojąc, siedząc, klęcząc, a także w czasie pracy lub podróży. Jest to przede wszystkim modlitwa serca. Jednym z warunków, jakich wymaga taka modlitwa jest zdaniem Izaaka stawanie przed Bogiem z „odkrytą twarzą” tzn. w całej prawdzie i otwartości. Dalej zachęca nas autor, aby zaczynać modlitwę od prośby skierowanej do Boga, by to On sam był przewodnikiem dla naszego umysłu, by go odnawiał i przemieniał. Gdyż owoce modlitwy serca są zawsze owocami działania Ducha Bożego w nas i naszej otwartości na to działanie. Dalej przestrzega Izaak, by unikać modlitwy przy pomocy „nieczułych słów”, tzn. wypowiadanych samymi wargami. Modlitwa, jeśli ma przynosić owoce musi iść w parze z zaangażowaniem ale także „pokorą serca” i „skruchą umysłu” – przez co Izaak rozumie odrzucenie przypisywania sobie owoców modlitwy i niepotrzebnych oczekiwań wysuwanych pod jej adresem. I wreszcie – jak napisze Izaak – jest to modlitwa, która wymaga skupienia i milczenia, dlatego modli się prosząc: „Skup mój umysł w modlitewnym milczeniu, aby ucichły we mnie błąkające się myśli w czasie tej świetlanej rozmowy, pełnej błagania i zdumienia w obliczu tajemnicy”. Trzeba nadto uważać – powie Izaak – by powtarzanie formuł nie było jedynie mechanicznym, technicznym zabiegiem. Należy czynić to w skupieniu, w odpowiednim rytmie, nade wszystko pamiętając o obecności Bożej.

izaak_niniwa

Wytrwała praktyka takiej modlitwy  – jak powie Izaak – odsłaniać będzie przed nami stopniowo niepojętą tajemnicę Boga, która nie daje się ogarnąć ani słowem, ani milczeniem. Jest to Bóg ukryty, ale bliski dla każdego i niosący pomoc w każdej potrzebie. Bóg, który nie brzydzi się grzesznymi ludźmi, skalanymi wszelkiego rodzaju grzechami. Wręcz przeciwnie, to On sam ocala ich od wszelkiego zła. Choć przebywa „w niepojętym milczeniu”, spodobało Mu się zamieszkać także na ziemi w „świątyni ciała” . To właśnie Chrystus obudził w ludziach „świadomość Nowego Świata” – rzeczywistości życia w głębokiej relacji z Bogiem. Izaak sławi samo imię Jezusa, którego powtarzanie jest „kluczem do wszelkich darów”; jest tym, które otwiera „wielką bramę” (por. 1 Kor 16, 9) do Boskiej skarbnicy. Skutkiem zanurzenia w tę modlitwę będzie wysławianie Chrystusa płynącą z głębi ducha pochwałą i radością serca. Ono z czasem wychodzi poza zakres słowa i staje się samą kontemplacją Bożej miłości, czyniąc człowieka świątynią i miejscem przemożnego działania Boga. Modlitwa taka jest drogą do Jego poznania, największym objawieniem Jego mocy i mądrości.

W zawartych w „Filokaliach” tekstach św. Makarego Wielkiego znajdujemy także inne, praktyczne wskazania odnośnie do praktykowania tej formy modlitwy:

„Siedząc w spokoju swojej celi i skupiając umysł, wprowadź go – umysł – tą drogą, którą biegnie oddech, aby dotrzeć do serca. Popchnij go i zmuś do zstąpienia w serce razem z wciągniętym powietrzem. Gdy już tam się znajdzie, ustąpi cierpienie i trud, i odczujesz radość i łaskę, a rzeczy, które miały nastąpić, same z siebie się zdarzą dla ciebie. Jak człowiek powracający do domu po dalekiej podróży przepełniony jest radością na widok dzieci swoich i żony, tak umysł, gdy zjednoczy się z duszą, wzbiera rozkoszą i niewypowiedzianą radością.”

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? To planuj…

rozśmieszanie Boga

Przestań się lękać!

Druga niedziela wielkanocna – Święto Miłosierdzia!

Dlaczego od chwili, gdy sędziwy już papież Jan Paweł II zawierzył świat Miłosierdziu Bożemu z łagiewnickiego sanktuarium, objawienia skierowane do prostej zakonnicy zaledwie kilkadziesiąt lat wcześniej zyskały tak dużą popularność? Zapewne dlatego, że człowiek ze swej natury tęskni za miłością a także za Bogiem, który jest miłością, którego nie musi się bać, na którego może liczyć bez względu na to jak bardzo pobłądziłby w życiu i jak wielki grzech by popełnił.

jezus_logo

Niestety problemem wielu chrześcijan, trak że współczesnych pomimo to, że tak wiele mówi się i pisze o miłosiernej miłości Boga jest top, że ciągle noszą w sobie pewien wykrzywiony obraz Boga, tak odległy od obrazu, jaki chciał w nasze serca wpisać Chrystus. Dlaczego tak jest? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Jest zapewne wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. Jedną z nich jest zapewne niezbyt fortunna edukacja religijna, którą niektórzy odbierają. Inną przyczyną może być osobista historia życia. Najbardziej jednak wpływa na to moim zdaniem fakt, że ciągle wielu chrześcijan przeżywa swoją wiarę bardziej na zasadzie rytuału, pewnych stereotypów niż autentycznego spotkania z Bogiem, jako żyjącą i kochającą nas osobą.

Znana jest prawda. że zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, ale jakże często jest odwrotnie, to my tworzymy sobie Boga na nasze podobieństwo.

Zapewne podobnie było ze św. Tomaszem, którego postać przywołuje dzisiejsza Ewangelia. On także miał pewne własne rozumienie tajemnicy Mesjasza, wszak był Żydem, wyrosłym na historii i przekonaniach Narodu Wybranego. 

Świadectwo życia Jezusa uświadamiało mu, że musi On być kimś niezwykłym, kimś, kto bez wątpienia przychodzi w imię Boga. Ale gdy Tomasz usłyszał, że Jezus zmartwychwstał, ta prawda nie pomieściła się w jego głowie. Trzeba było bardzo osobistego spotkania ze Zmartwychwstałym, aby z całą wiarą mógł wypowiedzieć słowa: „Pan Bóg i Bóg mój”.

Droga Tomasza od pierwszego spotkania z Jezusem, od pierwszej fascynacji do wyznania tej niezwykłej prawdy, była bardzo długa. To była droga, która wymagała od Tomasza przekroczenia wszelkich pojęć, schematów myślenia, w których się wychowywał, a także osobistego – bardzo ludzkiego sposobu postrzegania Jezusa. Dzisiaj możemy być wdzięczni Tomaszowi albo bardziej jeszcze Jezusowi, że wykorzystał brak wiary Tomasza, aby nas umocnić w wierze.

Ta wiara nie wyrastała tylko z jakiejś fascynacji osobą Jezusa Chrystusa, ale z bardzo osobistego doświadczenia spotkania ze Zmartwychwstałym i żywym Chrystusem.

I to, czego uczy nas postawa tego Apostoła, to prawda o tym, że każdy z nas powołany jest do przebycia podobnej drogi, która od pierwszej fascynacji osobą Chrystusa (może w wieku młodzieńczym, może później) musi dojść do osobistego doświadczenia i spotkania Chrystusa. Nie można być prawdziwym świadkiem Chrystusa, świadkiem wiary, jeżeli zabraknie w naszym życiu tego etapu osobistego doświadczenia i spotkania z Chrystusem. Tu nie wystarczy sama wiedza o Jezusie, nie wystarczy sama Tradycja, w której wzrastamy. To, co ma być autentyczne wobec drugiego musi być bardzo osobiste, musi wyrastać z osobistego doświadczenia. Inaczej nie będziemy w stanie przekonać innych o tym, że to, co mówimy, w co wierzymy i czym żyjemy jest prawdziwe.

Ta niezwykła lekcja prawdziwości świadectwa, które wyrasta z osobistego doświadczenia Boga była lekcją, jaką zostawił nam po św. Tomaszu jeszcze wielu świadków. Dzisiaj my sami jesteśmy zaproszeni do odwagi w dawaniu tego świadectwa, ale najpierw jesteśmy zaproszeni do otwarcia się na doświadczenie Bożego Miłosierdzia – ono bowiem nie jest jakąś abstrakcją, jest dowodem wiary w żyjącego i wciąż działającego w naszym życiu Chrystusa.

W dzienniczku siostry Faustyny Kowalskiej znajdujemy słowa, jakie kieruje do niej Jezus: Niech się nie lęka zbliżyć do mnie żadna dusza, choćby grzechy jej były jak szkarłat. Miłosierdzie moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł. Ale nie można doświadczyć tego miłosierdzia nie będąc blisko Jezusa Chrystusa. Nie będąc wręcz przytulonym do Jezusa. To miłosierdzie jest jedyną nadzieją człowieka i świata – jak zwykł mawiać wielki apostoł miłosierdzia błogosławiony papież Jan Paweł II, który jest i pozostanie zawsze papieżem nadziei. Człowiekiem, który tak bardzo chciał pokazać, że dla tej jedynej miłości Chrystusa nie ma żadnych granic, że w perspektywie tej miłości nikogo nie możemy uważać za straconego. To jest testament, który tak bardzo trzeba, abyśmy wzięli sobie dziś do serca. Nie ma chrześcijaństwa bez miłosierdzia. Bez miłości miłosiernej a więc wyrażającej się w konkretnych gestach nasze świadectwo życia będzie zawsze nieprawdziwe. Miłość miłosierna jest jedyna siłą, która ma moc zmienić serce człowieka, choćby ten był najbardziej zatwardziałym grzesznikiem, a w konsekwencji zmienić oblicze świata. Dzisiaj, w niedzielę Miłosierdzia Bożego, w tym niezwykłym dniu Bóg chce nam przypomnieć, że nawet najgorszy zbrodniarz ma szansę stać się nowym człowiekiem. Problem w tym, że wielu ludzi nie wierzy w to, że wielu straciło nadzieję, widząc ogrom swoich grzechów. Dlatego Jezusowi potrzeba dziś świadków miłosierdzia, potrzeba ludzi, którzy, innym zaniosą orędzie nadziei, zaniosą prawdę o tym, że w oczach Bożych nikt nie jest stracony.

 MISERERE-CONFESSION

Jest taki piękny obraz mówiący o tym, że każdy grzech jest jakby zerwaniem liny pomiędzy nami a Bogiem. Każdy powrót do Niego, to jakby zawiązanie kolejnego supła na tej linie. Paradoksalnie im więcej supłów, tym lina jest krótsza i tym bliżej jesteśmy Boga. To wielka tajemnica Bożej miłości, ale jak radosna i pełna nadziei dla nas grzeszników. Jak pięknie ujął to św. Paweł: Tam gdzie wzmógł się grzech, jeszcze bardziej rozlała się łaska. [Rz 5,20]

Dla nas samych, którym nieraz trudno przychodzi wybaczanie innym ich przewinień, owo zaufanie Bożemu Miłosierdziu i temu, że jest ono niewyczerpane bywa jedną z najtrudniejszych lekcji chrześcijaństwa, ale nie rezygnujmy z  tej lekcji zbyt łatwo! Sami czerpiąc nieustannie z tego niewyczerpanego zdroju miłosiernej miłości Boga postarajmy się przynajmniej o jedno, aby spróbować tę miłość przekazać innym w konkretnych gestach miłości i życzliwości, które choć trochę powiedzą innym o tym, jaki jest Bóg, w którego wierzymy.