Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Własnego kapłaństwa się boję…

Z listu do kapłanów A. D. 2013            

W Roku Wiary pragniemy razem powrócić do dnia naszych święceń, abyśmy wspominając je, mogli na nowo rozpalić w sobie dar Boga, otrzymany przez nałożenie rąk (por. 2 Tm 1,6). Ogień tego charyzmatu przyjęliśmy dzięki wierze, i tylko dzięki niej może być rozpalany i podtrzymywany. „Podwoje wiary”, które przekroczyliśmy w chrzcie świętym, dzięki Bożym zamiarom otwarły przed nami w Kościele drogę, która poprowadziła nas do Wieczernika sakramentu święceń. Chciejmy jeszcze raz uważnie rozważyć, jakiej godności w Kościele dostąpiliśmy, abyśmy mogli nadal wielkodusznie podążać drogą wiary i jeszcze wyraźniej ukazywać radość i odnowiony entuzjazm, który zrodził się ze spotkania z Chrystusem w Wieczerniku święceń (por. Porta fidei, nr 1 i 2).

Jakże bliskie, w kontekście obrzędu nałożenia rąk, stają się dla nas słowa psalmu, które cyklicznie powracają w brewiarzowej modlitwie: „Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę” (Ps 139, 5). Wiara kapłana polega na tym właśnie, iż ufa dozgonnie Temu, który w dniu święceń udzielił mu sakramentalnej mocy. Jemu powierza się całkowicie i ufa, że do końca dni będzie ogarniał go zewsząd swą Boską miłością. Taka wiara rodzi się z osobowego przylgnięcia do Boga (por. KKK, 150).

W liście do kapłanów bł. Jan Paweł II napisał: „Musimy często powracać w duchu do Wieczernika, gdzie zwłaszcza my, kapłani, możemy czuć się w pewnym sensie «u siebie»” (List do Kapłanów na Wielki Czwartek, 2000, nr 3). Wróćmy więc „do siebie”, do Wieczernika, w którym Chrystus, Najwyższy Kapłan rozpalił w nas ogień miłości i wlał w kruche naczynie naszego życia swoją odwieczną łaskę sakramentu święceń. Dar kapłaństwa raz przyjęty, już w nas nie zaniknie, ale trwać będzie na wieki, pomimo naszej słabości.

W najważniejszym momencie święceń, przez nałożenie rąk biskupa, Chrystus, Najwyższy Kapłan wziął nas w swoje szczególne posiadanie. On zapewnia nas, jak kiedyś Piotra: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił” (Łk 5,10). On namaścił nasze dłonie, aby stały się Jego rękami i przekazywały Jego miłość światu. Chrystus dał nam moc, aby chleb i wino stawały się Jego Ciałem i Krwią na ołtarzach świata. Dlatego wymaga od nas, aby te dłonie były zawsze czyste i nie przywiązywały się do rzeczy materialnych (por. Benedykt XVI, Homilia podczas Mszy św. Krzyżma, Wielki Czwartek, 2006).

W momencie święceń, gestowi nakładania rąk towarzyszyła cisza, podkreślająca tajemnicę Bożego działania. W tej ciszy z naszych serc wydobywała się modlitwa i słyszeliśmy osobiste zapewnienie Mistrza: „Prosiłem za tobą…”. Modlitewna cisza, która zapanowała w najważniejszym momencie naszych święceń, jest dla nas stałym zaproszeniem, abyśmy zawsze szukali ciszy na modlitwę, kontemplowali naszą nierozerwalną przynależność do Chrystusa i rozważali całkowite oddanie się Jemu.

 Wielki Czwartek to dzień ustanowienia Eucharystii i Kapłaństwa. Chcąc zakończyć nasze rozważania o duchowości codziennego życia warto je odnieść właśnie do Eucharystii, jako źródła, z którego nasze życia codzienne powinno wypływać i celu ku któremu powinno ono dążyć.

Odwołując się do teologii dnia codziennego, która znalazła tak mocny wyraz w teologii Karla Rahnera wspomniano wczoraj o modlitwie codziennością i modlitwie w codzienności. Można powiedzieć, że są one przejawem pośredniego i bezpośredniego spotkania z Bogiem w życiu codziennym. Ale, co warto raz jeszcze podkreślić, jedno bez drugiego będzie niepełne.  Podobnie jest z Eucharystią będącą szczytem modlitwy i zarazem jej źródłem. Jeśli bowiem dobrze i głęboko ja przeżywamy będzie ona miała zawsze wpływ na nasze życie. Jak sprawdzić czy tak jest faktycznie? Otóż skoro Eucharystia jest ofiarą, to moje życie, jeśli wypływa ono z Eucharystii także powinno być ze wszech miar ofiarne. Jeśli by tak nie było, to znak, że nie przeżywamy Eucharystii tak jak powinniśmy a przez to nie staję się ona dla nas szkołą ofiarowania naszego życia. Może być także odwrotnie: staramy się jak najlepiej przeżywać naszą codzienność w wymiarze duchowym, ale jeśli nie znajduje ona swojego dopełnienia w Eucharystii, jako modlitwie, w której wszystko, co stanowi moje życie, moją codzienność pragnę ofiarować Bogu, niczego nie zostawiając dla siebie wówczas nasze życie codzienne będzie niczym roślina bez korzenia. Z pozoru może nawet wyglądać ładnie, atrakcyjnie, ale bez wszczepienia go w Eucharystię będzie wysychało…

Mówiąc o Eucharystii warto zwrócić uwagę na dwie jej odsłony. Pierwszą z nich jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Dni Triduum Paschalnego, zwłaszcza Wielki Piątek i Wielka Sobota, w których nie sprawuje się Eucharystii w sposób szczególny odsyłają nas do tego sposobu jej celebrowania. Warto wsłuchać się w szczególną mistykę tych dni. One uczą nas postawy adoracyjnej. Jest to postawa wyczekiwania, tęsknoty, cieszenia się obecnością. Adorację słusznie porównuje się do spotkania dwojga zakochanych. To trwanie w obecności Kogoś kogo się kocha i o kim wiemy, że jesteśmy przez Niego kochani. Nie są tu nawet potrzebne słowa. Wystarcza nam sama milcząca obecność, sama bliskość, samo patrzenie na Tego, kogo kochamy. Wbrew pozorom może ona być jednak modlitwą o wiele trudniejszą niż uczestniczenie we Mszy świętej, zwłaszcza wówczas gdy staramy się unikać przegadania adoracji. Na tym zresztą tak naprawdę ona polega. Jak wskazuje sam źródłosłów tego terminu adoracja to okazywanie komuś uwielbienia, zachwytu, podziwu; przejawy czci.

Z kolei Msza święta to doświadczenie Eucharystii jako uczty i ofiary. I znowu warto podkreślić, że oba te wymiary przeżywania Eucharystii mają duże znaczenie dla tego, jak przeżywamy naszą codzienność. 

Msza święta daje nam możliwość składania naszej codzienności na ołtarzu eucharystycznym, ale także daje nam możliwość czerpania z tego ołtarza tego, co jest nam niezbędne do właściwego przeżywania naszej codzienności czyli zarówno Słowa Bożego, jako źródła naszej życiowej mądrości i światła koniecznego na drodze naszego codziennego rozeznawania, jak i Komunii świętej, jako źródła i obrazu komunii z Bogiem, do życia w której jesteśmy zaproszeni jako chrześcijanie przez 24 godziny na dobę.

Również rzeczony Karl Rahner w swojej teologii odwołuje się do przemożnego znaczenia Eucharystii w uświęceniu naszej codzienności, choć na pierwszy rzut oka rzeczywistość świętej celebracji komunii z Bogiem, będącej jednocześnie szczytowym punktem historii zbawienia i źródłem naszego pojednania z Bogiem i nasza szara i często grzeszna codzienność wydają się z gruntu sprzeczne. A jednak niemiecki teolog skupia się nie na pozorach, ale na istotnym podobieństwie między Eucharystią i naszą codziennością. „Eucharystia sama jest powszednim pokarmem, chlebem życia – pisze Rahner. Jest ona pokarmem człowieka, który wciąż na nowo staje się głodny, który wciąż na nowo staje się słaby i który zatem w życiu duchowym jest tak naprawdę człowiekiem powszednim”. Jak wiadomo Eucharystia wyzwala także z grzechów powszednich, co samo w sobie wskazuje na bliski i intymny związek między obu tymi rzeczywistościami.

Zdaniem Rahnera Eucharystia to sakrament codzienności. I nie chodzi tutaj o konieczność codziennego udziału w Mszy świętej. Eucharystia dla Rahnera to sakrament Chrystusa Ukrzyżowanego, to święto tajemnicy Krzyża. I to właśnie w niej ów niemiecki teolog odnajduje analogię do dnia powszedniego każdego chrześcijanina, w którym przychodzi mu się zmagać z doświadczeniem grzechu, który jest przyczyną Krzyża, z odczuciem daremności życia, nienawiścią wrogów, zdradą przyjaciół, samotnością, oddaleniem od Boga. „Czyż nie są to wszystko doświadczenia, jakie często towarzyszą ludzkiej codzienności?” – pyta Rahner. W Eucharystii te wszystkie odczucia i doświadczenia, zarówno wielkie i małe ofiary ludzkiego życia i zmagania najpełniej łączą się z ofiarą samego Chrystusa. 

Z kolei wychodząc z Mszy świętej, wkraczamy w naszą codzienność. W ten sposób ofiara Chrystusa łączy się z krzyżem naszej codzienności, stając się poprzez komunię z Nim źródłem siły do stawiania czoła codziennej rzeczywistości i duchowej walki. Dlatego Eucharystia staje się dla nas zachętą i źródłem siły do przyjmowania na siebie ciężaru krzyża codzienności, zarówno tego wielkiego (jak np. poważna choroba) , jak i mniejszego, gdy krzyżem staje się nieraz sama codzienność ze swoją monotonią, szarością, powtarzalnością.

Dzień powszedni jest dla Rahnera ciągiem dalszym Komunii eucharystycznej. „W codzienności bowiem wyraża się to, co jest istotą Komunii: wzrastanie w łasce, umacnianie więzi z Jezusem”. To, co w Eucharystii odbywa się za sprawą znaków sakramentalnych, w codzienności przybiera szarą, powszednią postać. Z drugiej strony codzienność zdaniem Rahnera staje się dobrym przygotowaniem do Komunii, gdyż dobre przeżycie Eucharystii zakorzenione musi być w zwykłym życiu, aby nie tkwiła ona w próżni i nie była oderwana od rzeczywistości codziennego życia, skoro życiu pośród tej codzienności ma służyć. „Jeśli bowiem ołtarzem nie stanie się nasza codzienność, to czym będzie Eucharystia?” – pyta Rahner. I odpowiada: „Może jedynie mniej lub bardziej istotnym przerywnikiem w trudzie codziennego pielgrzymowania.”

Eucharystia – jak mówi Katechizm – to szczyt i źródło modlitwy i chrześcijańskiego życia, ale będzie to dla nas prawda jedynie abstrakcyjna, jeśli ze szczytu nie będziemy uczyli się patrzeć na naszą codzienną rzeczywistość a ze źródła nic nie będzie wypływać, co miałoby rzeczywisty wpływ na nasze codzienne życie. Jak pisze Maria Węglewska: „Niedzielna Eucharystia jest jak urodziny – cudownie, że się je obchodzi, przynosi prezenty i mówi >>dobrze, że jesteś<<, ale jeśli pomiędzy urodzinami nie spotyka się tej osoby, nie mówi do niej i nie pisze, to co znaczą te prezenty i te życzenia, i po co to wszystko?”

Słowa kończące każdą Eucharystię są jak posłanie w codzienność: „Idźcie w pokoju Chrystusa!” Ale to nie tylko posłanie, lecz także powołanie i konkretne zadanie do wykonania. Dla Rahnera Eucharystia jest nie tyle źródłem mocy do przetrzymania codzienności, ile raczej dziełem Boga, który posyła ludzi w codzienność, nie pozostawiając ich jednak samych, ale w Komunii eucharystycznej wchodząc w tę codzienność razem z nimi i swoją łaską. Po wyjściu z kościoła zatem nic się nie kończy. Jedna rzeczywistość przechodzi w drugą. Ofiara składana na ołtarzu w świątyni przechodzi w ofiarę składaną na ołtarzu codzienności.

Zachwyt cudem Eucharystii – tym, że Bóg zostawił siebie tak namacalnie, w kruchej postaci chleba, że powierzył się nam tak całkowicie i bez zastrzeżeń ma nas prowadzić do życia duchem Eucharystii w codzienności. Tylko wówczas ma ona sens. A duchowość eucharystyczna – jak zwykł mawiać bł. Jan Paweł II – to nic innego jak rozdawanie siebie. I wskazywał przy tym na Maryję, jako przykład ofiarowania siebie i swojego życia na służbę (wręcz ofiarę) dla Boga i innych. W tym sensie jak nauczał błogosławiony papież Polak Maryja była kobietą Eucharystii, zanim jeszcze Jezus ustanowił ją w Wielki Czwartek. Dlatego też możemy do Maryi uczyć się jak żyć na co dzień duchowością Eucharystii

W Eucharystii dokonuje się cudowna przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. Ta przemiana, której jesteśmy świadkami i której skutki przyjmujemy do naszych serc powinna być dla nas także źródłem naszej osobistej przemiany: zmiany naszego sposobu myślenia, wartościowania, życia. Jeśli zatem ta przemiana, jaka ma miejsce na ołtarzu nie wpływa na nasze życie i nie przemienia nas, to znaczy, że może w zły sposób ją przezywamy.

Duchowość eucharystyczna, to duchowość komunii, czyli wspólnoty, jedności – jak zwykła to podkreślać Chiara Lubich założycielka Ruchu Focolari. Takiej komunii bardzo potrzebuje współczesny świat, pełen napięć i konfliktów. Dlatego Eucharystia to posłanie w codzienność, do budowania jedności, o którą modlił się Chrystus podczas Modlitwy Arcykapłańskiej; do budowania nie o własnych siłach, ale w oparciu o Jego moc i łaskę.

Modlitwa w codzienności

Chrystus zachęca nas, swoich uczniów, abyśmy modląc się prosili Ojca: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Jest to dowód na to, że Bogu zależy na naszej codzienności. Ucząc nas modlitwy zakorzenionej w naszej codzienności Chrystus zachęca nas, abyśmy stale wyrażali troskę o ten elementarny wymiar naszego życia, jakim jest pożywienie i trud związane z codziennością.

Podczas pewnych rekolekcji ktoś postawił kiedyś bardzo trafne pytanie: ” Czy modlitwa nasza należy do naszej codzienności, czy też wyrywa nas z codzienności?” Karl Rahner w swojej teologii chwili obecnej wprowadza bowiem istotnie rozróżnienie między modlitwą codziennością i modlitwą w codzienności. Jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma rodzajami modlitwy?

Wszyscy zgodzimy się zapewne ze stwierdzeniem, że modlitwa to przede wszystkim dialog człowieka z Bogiem.  Im bardziej opiera się ona na intymnej i głębokiej relacji tym lepiej. Czy jednak nasza codzienność może stać się modlitwą? Otóż zdaniem św. Pawła Apostoła, który zachęca: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17), nie tylko może się nią stać, ale powinna być wręcz imperatywem chrześcijańskiego sposobu życia. Jak jednak to uczynić? Otóż drogą do tego, aby nauczyć się modlić codziennością jest ofiarowanie Bogu naszej codzienności a wraz z nią i nas samych a konkretnie tego, co jest owocem naszego działania. Modlitwa codziennością to nic innego, jak ofiarowanie Bogu swojej pracy, swoich relacji z innymi ale także swojego odpoczynku. Chodzi zatem o to, aby całe życie stało się modlitwą. I wbrew pozorom wcale nie najważniejsze są tutaj słowa, ale postawa naszego serca, nasza chęć ofiarowania siebie i naszego życia Temu, kogo kochamy i który ostatecznie jest przecież ich Źródłem. W ten właśnie sposób odpowiadamy na zaproszenie do modlitwy nieustannej.

Pragnienie modlitwy poprzez codzienność jest bardzo chwalebne, ale warto pamiętać, że nie jest ono także wolne od duchowych niebezpieczeństw. Chodzi o to, że nie wolno go absolutyzować i sprowadzać całej swojej modlitwy jedynie do modlitwy codziennością. Nie ma wątpliwości, że kiedy przyglądamy się życiu Jezusa, to On modlił się całym swoim życiem, gdyż całe Jego życie było jednym wielkim aktem ofiarowania przeżywaniem w łączności z Ojcem. A mimo to jednak Chrystus nie rezygnował z modlitwy, która była spotkaniem sam na sam z Bogiem, spotkaniem wyłączonym z codziennej aktywności, gdzie mógł zanurzyć się w ciszy osobistej modlitwy. Karl Rahner nazywa to dla odróżnienie modlitwą w codzienności i porównuje do relacji małżeńskiej. Nie wystarczy w niej, że mąż w ciągu swojej codziennej aktywności pamięta o żonie, że wyśle jej czasem miłą wiadomość np. sms-a świadczącego o jego pamięci i miłości, że pracując czyni to także dla swojej żony i dobra jej oraz rodziny. Ważne jest również to, że poza tą codzienną aktywnością znajduje czas by pobyć z żoną sam na sam, po to by wyszeptać jej do ucha: „kocham cię” i żeby podzielić się z nią swoimi przeżyciami.

Podobnie jest w naszej relacji z Bogiem. To wspaniałe, że mamy intencję ofiarowani Bogu wszystkiego, całego naszego dnia, że pamiętamy o tym iż nasze życie przeżywane jest w przestrzeni Jego obecności, ale było by jakimś brakiem, gdybyśmy tej relacji nie umacniali chwilami bycia sam na sam z Bogiem, gdzie bardziej osobiście możemy powiedzieć mu o wszystkim, zwłaszcza o naszej miłości, ale także o tym co nas niepokoi nie przynaglani pośpiechem codziennych zadań. Taka modlitwa to nic innego jak uczenie się odpoczywania w Bożej obecności, ale także a może przede wszystkim uczenie się wsłuchiwania w to, co Pan Bóg ma nam do powiedzenia, jako swoim uczniom i jako swoim umiłowanym dzieciom i przyjaciołom. Potrzeba nam zatem także stanięcia przed Bogiem w ciszy naszego serca, gdyż to ona jest domeną mówienia Boga. Oba te rodzaje modlitwy przez to, że się wzajemnie dopełniają sprawiają, że nasze życie staje się coraz bardziej zjednoczone z Bogiem i staje się coraz bardziej jednością a więc nie jest już dzielone na sacrum i profanum, na przestrzeń „z Bogiem” i przestrzeń zarezerwowaną dla nas, co nierzadko jest pokusą której ulegają także ludzie wierzący. 

Na tym bowiem polega ów szczególny związek modlitwy  z codziennością. Tak jak cały wymiar duchowy czy jak kto woli religijny naszego człowieczeństwa nie jest ona nigdy jedynie specyficznym dodatkiem do ludzkiej egzystencji, lecz jej najgłębszym wyrazem. Modlitwa jest tym wymiarem naszego chrześcijańskiego życia, który winien wyrastać z życia i do życia powinien prowadzić. Modlitwa to szansa dzielenia naszego życia z Bogiem, jak z przyjacielem a w związku z tym , tak jak każda prawdziwa przyjaźń nie dzieje się gdzieś na uboczu naszego życia, ale jest zanurzona w codzienności, w nurcie życia warz z jego potrzebami, radościami, cierpieniami, z jego sukcesami i porażkami, poprzez które Bóg także mówi do nas i kieruje w tajemniczy sposób naszym życiem. By jednak nie rozminąć się z Jego planami na nasze życie i by zrozumieć to Boże działanie, jakie dokonuje się pośród codzienności muszę po prostu to codzienne życie dzielić z Tym, który w najwyższym stopniu jest nim zainteresowany i zatroskany. Jakże inaczej spoglądali byśmy na naszą często szarą codzienność, żyjąc świadomością, że Bóg nie czeka na nas gdzieś na mecie naszego życia, ale wraz z nami, ramię w ramię idzie przez naszą codzienność, jako nasz Przyjaciel i Towarzysz drogi, gotowy zawsze nam usłużyć swoją łaską i wesprzeć swoim mocnym i miłującym ramieniem.

Duchowość chwili obecnej

Praca, miłość, modlitwa… 

Pracuję, więc jestem. Kocham, więc jestem. Modlę się, więc jestem. To trzy fundamentalne wymiary naszego życia. Od tego, jak je przezywamy zależy tak naprawdę całokształt naszego życia. W każdej z tych sfer chodzi bowiem o pokazanie, że codzienność i duchowość to rzeczywistości nierozerwalnie ze sobą związane. Duchowość chrześcijańska to przecież nie tylko akty pobożności. Duchowość to pewien swoisty, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju i charakterystyczny dla każdej osoby sposób życia duchem Ewangelii. To pewien bardzo osobisty sposób zjednoczenia z Bogiem. Osobisty, bowiem każdy z nas tej duchowości nadaje niepowtarzalny charakter właśnie poprzez to, że jest ona moja i nikt nie jest w stanie jej powielić. Raz kształtujemy ją bardziej świadomie, gdy z większą świadomością przeżywamy nasze życie, innym razem czynimy to mniej świadomie. Nie zmienia to jednak faktu, że czy tego chcemy czy nie nasze życie jest i pozostanie w relacji do Boga, w którego przestrzeni obecności przecież żyjemy.

Nasza duchowość to nie tylko modlitwa a przynajmniej nie tylko taki rodzaj modlitwy, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Tak naprawdę wszystko może być wyrazem naszej duchowości, gdyż wszystko może wyrażać, umacniać, utrwalać i pogłębiać naszą więź z Bogiem; ale też wszystko może ją osłabiać. W głębszym sensie właściwie dla chrześcijanina nie ma spraw neutralnych, które nie maja wpływu na naszą duchowość. Mogę źle wbić gwóźdź w ścianę a mogę uczynić to dobrze, mogę starać się ładnie posprzątać w mieszkaniu a mogę to uczynić byle jak; mogę dobrze przygotować się do wykładu czy egzaminu a mogę sobie odpuścić licząc, że jakoś to będzie. Nasza duchowość wyraża się zatem w naszym stosunku do bardzo prozaicznych mogłoby się wydawać rzeczy takich jak praca, obowiązki domowe, miłość do innych, ale także w tym jak traktuję swoje ciało, jak traktuję bliźnich, jak traktuję dar czasu, który został mi dany… Chrześcijaninem jest się 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. To praca na full time! I ten czas, to sposób wyrażania naszej duchowości. To nasz stosunek do codzienności, do tego jak przezywamy i traktujemy chwile obecną. 

Bóg bowiem nie przychodzi do nas wczoraj, ani jutro. On jest obecny dzisiaj. Każda chwila naszego życia jest chwilą, w której On na nas czeka, w której do nas mówi. Nasze życie dzieje się w teraźniejszości. Najważniejsza jest chwila, którą właśnie przezywamy. Ona jest wszystkim, co tak naprawdę posiadamy. 

Znany pisarz duchowy Henry Nouven pisał: ” Aby żyć życiem teraźniejszym, musimy być głęboko przekonani, że najważniejsze jest >>tu i teraz<<. Nieustannie jesteśmy rozpraszani przez przeszłe wydarzenia albo przez to, co może się wydarzyć w przyszłości”. Na przeszłość jednak nie mamy już wpływu, a przyszłość jest nam nie znana a co gorsza może jej w ogóle nie być! Nie wiemy bowiem ile czasu nam jeszcze zostało, zanim dobiegnie kresu nasza ziemska pielgrzymka. Dlatego Chrystus zachęca: „nie troszczcie się zbytnio o dzień jutrzejszy” [Mt 6,34].

Dlatego jak przekonuje karmelita ojciec Viktor Sion: „Największym naszym skarbem jest teraźniejszość. To ona stanowi sam fundament naszego zjednoczenia z Bogiem”.

Teraźniejszość, codzienność, zwyczajność – to zatem swoisty sakrament Bożej obecności. I nie jest żadną przesadą użycie w odniesieniu do niej właśnie tego terminu. Przecież sakramentalne znaki odwołują się właśnie do codzienności, do tego, co widzialne, do tego, co znamy, aby pokazać nam ukrytą w nich tajemnicę. W chrześcijańskim rozumieniu cała struktura ludzkiego świata jest sakramentalna. Dla człowieka wiary całe stworzenie jest znakiem Stwórcy, choć znaki te w ludzkiej codzienności nie łatwo dostrzec, bo życie powszednie pełne jest nudy, rutyny, monotonii, która zabija w nas taki sposób patrzenia na rzeczywistość. Dlatego warto i trzeba mówić o specyficznym, codziennym wymiarze duchowości chrześcijańskiej.Jest nią przestrzeń całego naszego życia, w którym staramy się żyć duchem Ewangelii i zjednoczenia z Bogiem pośród naszych stałych, codziennych obowiązków, w doświadczeniu naszych radości i smutków, cnót i wad, z którymi przychodzi nam się zmagać. Słowem: z jednej strony wielkość chrześcijańskiego powołania, z drugiej zaś – proza życia. Codzienność duchowości chrześcijańskiej to zatem stałe, codzienne zmaganie się dobra ze złem, świętości z grzechem, entuzjazmu z rutyną. To rzeczywistość wyznaczana przez grzech powszedni,ale także przez powszednią łaskę, która przypomnijmy jest zawsze większa od ludzkiej słabości, bo jej źródłem jest miłość Boga, większa niż ludzki grzech. Zatem o kształcie naszej duchowości decyduje każda chwila. Naszym zadaniem jest odkrywać jej smak, codzienną łaskę, która jesteśmy obdarowani i zwyczajne piękno, ukryte w tym, co nas otacza.

„Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go pierwszy raz” – to sekret Boga, który przed śmiercią poznał Oskar, bohater książki Erica-Emmanuela Schmitta p. t. „Oskar i Pani Róża”. Chodzi zatem o zachwyt, który – jak się okazuje – jest nie tylko początkiem filozofii, ale też początkiem w pełni chrześcijańskiego przeżywania codzienności jako daru, łaski i tajemnicy obecności i działania Boga w naszym życiu. Chodzi zatem o rzecz wydawało by się prozaiczną a przecież tak trudną, aby nasze życie przezywać w sposób nadzwyczajny. Na tym polega nasze chrześcijańskie powołanie. 

Już Wielki Tydzień, więc nie pędź, żebyś go nie przegapił…

Jak przeżyć ten Wielki Tydzień, tak aby był dobrym przygotowaniem do przeżycia nadchodzących świąt? Może po prostu starając się o większą uważności w przezywaniu chwili obecnej. Wówczas może dane nam będzie doświadczyć Chrystusa wchodzącego w nasze życie zarówno w te święta a potem następnego i następnego dnia naszego życia….

Warto zadać sobie pytanie: Czy traktuję moją codzienność, jako miejsce przychodzenia i działania Boga? A może jest tak, że uważamy iż nasze sprawy są zbyt błahe, aby Bóg miał zawracać sobie nimi głowę… Wbrew pozorom spotkałem księży, którzy nosili w sobie takie przekonanie. To bardzo błędny obraz Pana Boga, o którym sądzimy, że jest On zainteresowany wielkimi wzlotami ludzkiego ducha, nieskończonością, sprawami wiecznymi a nie przyziemnymi, doczesnymi, skończonymi…

Chrześcijaństwo zaprasza nas jednak do innego spojrzenia na sprawy codzienności. Jest taka historia związana ze znanym rabinem Menachenm Mendlem, który zapytał pewnych uczonych żydowskich: „Gdzie mieszka Bóg?” Odpowiedzieli z przekonaniem znawców: „Przecież cały świat jest pełen Boga, zatem nie sposób wskazać jednego miejsca.” On jednak kwitując ich odpowiedź uśmiechem odrzekł: „Bóg mieszka wszędzie tam. gdzie się go wpuści”…

Jeśli zatem zechcemy wpuścić Boga do swojej codzienności, to możemy doświadczyć prawdy o tym, że nasz codzienność może monotonna, zwyczajna a może nawet nielubiana jest miejscem działania Boga i wylewania na nas Jego łaski.

Jednym z wielu problemów współczesnego człowieka, ale także i współczesnego chrześcijanina jest to, że ucieka on od swojej codzienności. Jest to jednak także ucieczka od naszego człowieczeństwa, które przecież nierozłącznie jest związane z naszą powszedniością, powtarzalnością, może rutyną. Tymczasem Pan Bóg zaprasza nas do zanurzenia się w codzienność, aby tam móc doświadczyć Jego działania. Chrystus zaprasza nas, abyśmy byli jego świadkami nie kiedyś, nie w sferze marzeń, ale teraz, dzisiaj, w naszej zwykłej codzienności. To jest duchowe wyzwanie, które przed nami stawia.

Karl Rahner, niemiecki jezuita, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku pisał, że: „Bóg kieruje nami za pomocą powszedniego dnia z niezwykłą celnością”, dlatego wiele miejsca w swojej teologii poświęcił tzw. teologii codzienności. Znane jest słynne stwierdzenie tego teologa: „Chrześcijanin przyszłości albo będzie mistykiem, albo w ogóle go nie będzie”. Nie chodzi tutaj jednak o nieustanne oddawanie się medytacji czy kontemplacji. Mistycyzm w ujęciu Rahnera polega na umiejętności dostrzeżenia wymiaru głębi, duchowej tajemnicy, będącej fundamentalnym składnikiem każdego istnienia właśnie we wszystkim, co jest nam dane każdego dnia. To świadomość tego, że każda, nawet najmniejsza chwila zakorzeniona jest w misterium miłości Boga, z którego wszyscy czerpiemy.

Idąc tym tropem Rahner mówi o mistycyzmie spraw powszednich, o mistyce najbardziej szarych dni. Twierdził nawet, że ten trudny do określenia „mistycyzm” życia codziennego „będzie uznany za istotę chrześcijaństwa”. Nauczał, że istnieje specyficzna łaska codzienności – Boży dar zawarty w najzwyklejszych wydarzeniach szarego życia, uchwytny pomimo ich zwyczajności. Uświadomienie sobie tej prawdy może okazać się prawdziwą rewolucją w przeżywaniu naszego chrześcijaństwa. Rewolucja ta polega na odkryciu, że codzienność – pozornie powierzchowna, często „świecka” i „światowa”, mająca niewiele wspólnego z Bogiem czy wręcz niejednokrotnie wręcz oddzielająca od Niego – zawiera wymiar głębi, gdyż tak naprawdę wypełniona jest Bogiem a skoro tak to i Jego łaską. Jeśli chrześcijanin uświadomi sobie tę prawdę, to nie będzie już musiał uciekać się do jakichś wyszukanych praktyk, lecz dostrzeże, że swoją wiarę może przezywać pośrodku codzienności a modlitwą uczynić każdy zwyczajny gest czy wybór. W tym ujęciu codzienność jawi się jako miejsce spotkania z Bogiem, jako szansa doświadczenia działania Ducha Świętego i Jego łaski.  Bóg będzie wówczas przeżywany jako ktoś bliski, zgodnie z tym, co pisze św. Paweł: „W rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17, 27-28]. To spotkanie Boga w codzienności nie musi być wcale takie trudne jak się wydaje. Dla człowieka wiary wszystko bowiem może stać się wydarzeniem łask.

Żyjąc wiarą, nie trzeba już zatem uciekać od spraw doczesnych – jaki kiedyś było w zwyczaju. Dzisiaj potrzebna jest wiara – jak mówił Rahner – miłująca ziemię”. Świat nie jest przeszkodą dla człowieka wierzącego. Jest on bowiem stworzony i zbawiony przez Boga. Zwłaszcza chrześcijanin powinien mieć zatem przyjazny stosunek do świata. Przecież nawet nasz Bóg nie uciekał od świata, ale stał się człowiekiem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chrześcijanin, który siłą rzeczy jest zanurzony w sprawach powszednich jest jednak także powołany, aby na wzór Chrystusa przekraczać poczucie własnej skończoności.  Prawdziwe chrześcijaństwo nie jest zatem dodatkowym uzupełnieniem ludzkiego życia o tak zwany wymiar religijny, lecz przenika wszystkie jego wymiary. Dla chrześcijanina nie ma już „porządku świeckiego i świętego, życia codziennego i niedzielnego obrządku. Całe życie jest otwarte na sacrum”.  Całe życie chrześcijanina staje się zatem darem i ołtarzem i na tym polega nasz udział w powszechnym kapłaństwie. Nie znaczy to bynajmniej, że wszystko w naszym życiu jest sakralne, ale znaczy to, że wszystko może być uświęcane, ponieważ dla człowieka wiary, żyjącego w przestrzeni oddziaływania Boga nie ma obszarów zasadniczo świeckich. W jakimś sensie o tej pełnej wiary intuicji naszych przodków przypominają nam kapliczki czy krzyże stawiane na polach, przy drogach, na ulicach, modlitwa przed posiłkiem, czynienie znaku krzyża na chlebie, przed jego pokrojeniem. Jak wiele z tych gestów ludowej pobożności wyrugowaliśmy z naszego życia? Warto zapytać, czy ich skutkiem nie jest mniejsza świadomość życia w obecności Boga!?

Poszukiwanie Boga w codzienności musi w konsekwencji prowadzić do jej przemiany. Nie chodzi jednak o zmianę rzeczywistości, gdyż codzienność pozostanie zasadniczo taka sama, zmienia się jednak nasze spojrzenie na nią. Codzienność i sposób jej przeżywania możemy rozumieć bowiem jako swego rodzaju test wiary, sprawdzian jej głębi i autentyczności. Chociaż Bóg nie przychodzi z zewnątrz do naszej codzienności, by ją przemieniać, lecz jest w niej już od początku obecny – to jednak na co dzień jesteśmy zazwyczaj nie czuli na tę milczącą obecność. Jak pisał Rahner: „zagłuszamy głos dobiegający z najgłębszych pokładów naszego człowieczeństwa, bo mamy serca zasypane przez gruz spowszednienia, sceptycyzmu, zgorzkniałości i rozpaczy – jesteśmy wówczas uwięzieni w skończoności, w przemijaniu, w rozczarowaniach, w nędzy, w beznadziejnych wysiłkach”.

„Mistyka codzienności jest łaską, w całej pełni łaską” – pisał Rahner. Pierwszym krokiem ku otwarciu zasypanego serca jest dostrzeżenie własnej niewystarczalności i słabości oraz wyznanie w modlitwie: „Wierzę, Panie, zaradź memu niedowiarstwu” [Mk 9,24]. Sprawą kluczową jest tu odpowiednie podejście do życia – z wiarą. Taka postawa nie sprawia, że w jakiś istotny sposób zmienia się zewnętrzna rzeczywistość, sprawia natomiast, że zmienia się sposób patrzenia na rzeczywistość, zmienia się jej interpretacja – człowiek dostrzega jej głębszy wymiar. Chrześcijanie nie widzą przecież świata odmiennego niż ten, który dostrzegają inni ludzie. Widzą ten sam świat, lecz patrzą nań (a przynajmniej powinni patrzeć) inaczej tj. w perspektywie wiary i odkupieńczego działa Chrystusa. A to oznacza, że chrześcijanin jest tym, który patrząc głębiej, widzi ukrytą w rzeczywistości tajemnicę działającego tu i teraz Boga, dlatego patrzy z nadzieją, która pozwala mu spoglądać dalej, poza horyzont i z miłością, która pozwala mu sięgać głębiej nie zatrzymując się jedynie na tym, co powierzchowne. Patrzeć po chrześcijańsku to dostrzegać, że – jak pisał bł. Jan Paweł II w liście apostolskim „tertio millennio adveniente” – „w codziennym ludzkim doświadczeniu kiełkują już ziarna ostatecznego zbawienia, które nastąpi na końcu czasów”.

Kardynał Leo Suenens napisał modlitwę poranną, która jest przejawem takiego sposobu myślenia: ” Pragnę spoglądać na świat oczyma przepełnionymi miłością; patrzeć ponad to, co jest tylko pozorem; widzieć Twoje dzieci tak, jak Ty sam je widzisz i dostrzegać w nich to, co dobre… – są to słowa, które są doskonałym wprowadzeniem w codzienne obowiązki, pozwalające nam może nieco inaczej spojrzeć na to, co jawić się może jako szare i monotonne i są jednocześnie prośbą o łaskę, abyśmy potrzfili zobaczyć rzeczywistość choć trochę tak, jak widzi ją Bóg.

Co stanie się z naszym powszednim życiem, gdy będziemy potrafili inaczej spojrzeć na świat, odsypać „zasypane serca”? Zmieni się i niewiele, i nieskończenie wiele – niewiele, bo codzienność pozostanie codziennością; nieskończenie wiele, bo w szarej codzienności paradoksalnie odkryjemy Bożą łaskę.

Łaska codzienności, to nie łaska „tania”, gorsza czy szara, to jedynie łaska trudniej dostrzegalna. Według znanych słów z Listu św. Pawła do Rzymian:” „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” [Rz 5,20], jeśli istnieje grzech powszedni i związana z nim powszednia łaska i to łaska silniejsza niż ten grzech, to podobnie jek istnieje codzienność istnieje także łaska codzienności przewyższająca jej szarość, nudę i monotonię i mająca moc wprowadzić w codzienność kolor i radość z odkrywania tego, co jest Bożym darem i działaniem.

Aby móc jednak tego doświadczyć trzeba się zatrzymać! W pośpiechu nie sposób tego dostrzec. Rozwiązywanie problemu z codziennością nie polega zatem na zmianie tego, co robimy, ale – jak to robimy. Mistrz Eckhart zwykł mawiać: Mądrość polega na wykonywaniu najbliższego obowiązku: wykonywaniu go z całego serca i znajdowaniu w tym radości”. Z czego się cieszyć – zapyta ktoś? Myślę, że wystarczającym powodem może być fakt, że czyniąc coś wykonujemy jakieś dobro, z którego my,lub inni będą mogli korzystać oraz to, że mogę z tego uczynić mój dar miłości dla Boga, w odpowiedzi na to, co mi ofiarował tak obficie w otaczającej mnie rzeczywistości. Moim zdaniem to jeden z najlepszych sposobów, by odpowiedzieć na apel św. Pawła Apostoła: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” [1 kor 10,31].

Ostatnia prosta

W dzisiejszej liturgii mieszają się dwa klimaty: tryumf (którego symbolem jest uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy) z przegraną (przynajmniej po ludzku tak odbierana była haniebna śmierć na krzyżu); okrzyki „hosanna” z okrzykami „ukrzyżuj; królewskie powitanie z szyderczym „witaj, Królu Żydowski’, radosny śpiew z wściekłym wyciem żądnego krwi tłumu; wreszcie palma i krzyż – znaki zwycięstwa, choć w tak różny sposób osiągniętego.

Są to obrazy, które z jednej strony przestrzegają nas przed postawą pychy, tą samą, która towarzyszyła Piotrowi zapewniającemu o gotowości poświęcenia życia dla Jezusa, gdyż przypominają nam jak zmienny potrafi być człowiek i jak łatwo potrafi ulec manipulacji i psychologii tłumu (dzisiaj tak wszechobecnym); ale także uświadamiają nam, że w naszym życiu po radości, uznaniu przez innych i splendorze Niedzieli Palmowej przychodzi niejednokrotnie gorycz Wielkiego Piątku i krzyża, który w ten lub w inny sposób wpisany jest w nasze życie.

Wchodzimy dzisiaj w obchody Wielkiego Tygodnia, czasu, który dla chrześcijan ma szczególny wydźwięk. Dobrze byłoby przeżyć go inaczej, w większym skupieniu i zanurzeniu się w głębokie treści, jakie on ze sobą niesie, aby nie wejść w przeżycie tegorocznego Triduum Paschalnego z marszu i żeby znowu nie nie powiedzieć za tydzień: 'święta, święta i po świętach”. Chrystus bowiem zachęca nas, prosząc: „Czuwajcie ze Mną”. [Mt 26, 38]