Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa serca

Stanąłem przed niezwykle trudnym zadaniem. Zostałem poproszony przez Przełożoną Wspólnot Jerozolimskich o poprowadzenie konferencji na temat Modlitwy serca. Nie jest łatwo mówić o modlitwie, w której bardziej istotną kwestią jest doświadczenie niż jakiekolwiek teorie na jej temat. Tym bardziej, że właśnie ten rodzaj modlitwy, która bardziej bazuje na trwaniu, na miłości, w której słowa nie mają takiego znaczenia co samo bycie przed Bogiem jest szczególnym rodzajem podróży w nieznane, gdzie Przewodnikiem jest sam Bóg a owoce modlitwy są tym głębsze im bardziej pozwalamy się w niej prowadzić. Cóż zatem można mówić o podróży duchowej, która znana jest jedynie Bogu z dla nas zawsze pozostaje tajemnicą?…
No cóż, spróbuję. Z Boża i Wasza pomocą, dlatego proszę o modlitwę o owoce tego wspólnego poszukiwania i wchodzenia w nieznane…

Źródło na pustyni miast…

Pomyślałem sobie, że skoro jesteśmy gośćmi w kościele Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, to może warto przywołać w skrócie ich historię:


Pierwsza Monastyczna Wspólnota Jerozolimska powstała w samym sercu Paryża, w kościele Saint – Gervais, w 1975 r.


Była wynikiem  zbieżności pragnienia ówczesnego arcybiskupa Paryża, kardynała Francois Marty, z konkretną propozycją fundacji przedstawioną przez ks. Pierre – Marie Delfieux, byłego duszpasterza akademickiego Sorbony. Który to ksiądz wziął wcześniej roczny urlop i na dwa lata [tak tak, urlop można przedłużyć ] pojechał na pustynię – do pustelni brata Karola de Foucauld. Owszem, z jednej strony życie pustynne było ciężkie, ale z drugiej niosło ze sobą pewien komfort. I Pierre-Marie doszedł do wniosku, że prawdziwa pustynia – pustynia duchowa – jest w wielkich miastach… Przez te dwa lata rodził się plan – plan zostania mnichem w wielkim mieście, bez klauzury, bez opata, bez spokoju oferowanego przez klasztory na ustroniu – z którym to planem po powrocie udał się do rzeczonego kardynała. Kardynał słuchał uważnie, po czym powiedział tylko „C’est d’accord!” – „Zgoda!”.

1. Mnisi i mniszki jerozolimskie są mieszkańcami wielkich miast, żyjąc ich rytmem. To pociąga za sobą konieczność pracy w mieście oraz modlitwy w kościele otwartym na miasto.

2. Podejmują oni pracę zarobkową we własnych zawodach na pół etatu. Jest to akt solidarności i kontestacji. Kontestacji, by zarabiać tylko na swoje utrzymanie, a nie dla zysku; solidarności, by pracować, jak większość ludzi dzisiejszych czasów. Zawsze pozostają pracownikami, nigdy pracodawcami.

3. Są lokatorami, tak w odniesieniu do domów wspólnotowych, jak i do kościoła, który został im powierzony. Ich regułą jest, jak tylko to możliwe, nie mieć nic na własność, by w ten sposób odpowiedzieć jednoznacznie na zaproszenie Chrystusa.

4. Nie mają tradycyjnej klauzury. Ich klasztorem jest miasto. Zachowują jednak „klauzurę duchową”, co prowadzi ich do przestrzegania czasu i miejsc ciszy, pustyni i samotności. W sercu tej komunii zawiera się kilka znaczących gestów oderwania, jak: noszenie habitu monastycznego, ścisła klauzura celi, długi czas modlitwy i lectio divina, posiłki spożywane w milczeniu i wielki milczenie wieczorne.

5. Są oni włączeni w rzeczywistość kościoła lokalnego według zaleceń SW II, a więc więzi z biskupem miejsca.


Liturgii poświęcają cztery godziny dziennie i jest to liturgia gromadząca tłumy osób nawet w tej zlaicyzowanej Francji. Liturgia zasadniczo rzymska ma elementy bizantyńskie. Śpiewy wschodnie, czterogłosowe, wiele elementów czerpanych z prawosławia zgodnie ze słowami Jana Pawła II, żeby oddychać dwoma płucami Kościoła – wschodu i zachodu. Ponieważ żyjąc w mieście nie mogą gromadzić się na liturgię tak często, jak inne wspólnoty kontemplacyjne, w liturgię jutrzni, nieszporów i modlitwy południowej wplecione są elementy pozostałych godzin – szczególnie godziny czytań. Plus, oczywiście, elementy bizantyńskie.

Modlitwa osobista. W sercu Wspólnot znajduje się adoracja – w regułę wpisane są dwie godziny osobistej modlitwy przed Najświętszym Sakramentem, ale oczywiście w praktyce jest to na ogół o wiele więcej. Do tego dochodzi obowiązkowa godzina lectio divina dziennie i cotygodniowy poniedziałkowy „dzień pustyni”. To czas ścisłego milczenia, ścisłej samotności, dzień poświęcony w całości na modlitwę. Wspólnoty wtedy nie pracują, posiłki jedzą  w samotności, zbierają się jedynie na Eucharystię. To dzień, w którym ładują akumulatory na resztę tygodnia. Do tego w nocy z czwartku na piątek odbywa się całonocna adoracja, a mnisi i mniszki wstają w nocy, by dać odpowiedź na słowa Jezusa wypowiedziane w Getsemanii „Nawet godziny nie mogliście czuwać ze Mną?”. Oprócz tego w kościele adoracja trwa codziennie od rana do wieczora.

Plan dnia. Nieco inny w każdy dzień tygodnia, ale mniej więcej przedstawia się tak:

  5.30 Pobudka
  6.00 Modlitwa osobista w kościele przed Najświętszym Sakramentem
  7.00 Jutrznia
  7.30 Śniadanie
  8.00 Praca
12.30 Modlitwa południowa
13.00  Obiad
14.00 Modlitwa w celach [w tym godzina lectio divina, czasem wcześniej pół godz rekreacji]
17.00 Modlitwa osobista w kościele przed Najświętszym Sakramentem
18.00 Nieszpory
18.30 Eucharystia
19.30 Kolacja
20.00 Wielka cisza [czasem wcześniej kapituła czy próba śpiewu plus kompleta]
*


Pozwólcie, że głos oddam też samemu założycielowi Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich  o. Pierre Marie Delfieux:

Czy mógłby nam Ojciec przybliżyć historię powstania Jerozolimskich Wspólnot Monastycznych?   [Rozmawiał Paweł Baraniecki OCD] * 


Powstanie wspólnot wiąże się z moim doświadczeniem pustyni na górze Assekrem, na której chciałem sprawdzić czy Bóg naprawdę istnieje. Tam zbudowałem sobie małą pustelnię z zeschniętej ziemi i pozostawałem tam dwa lata. Były tam tylko skały, a ponad tym wszystkim niebo i słońce, ale miałem Biblię i był tam Przenajświętszy Sakrament. Było to w latach 1972-74, miałem już za sobą 10 lat kapłaństwa, byłem wcześniej studentem i duszpasterzem studentów na Sorbonie w Paryżu. Poprosiłem mojego arcybiskupa o spędzenie roku szabatowego na pustyni. Sahara jest ogromna, 15 razy większa od Francji, są tam tylko kamienie i wydmy, a ponad tym wszystkim niebo. Jest to ziemia naga, gdzie jest się ogałacanym ze wszystkiego. Tam byłem bardzo szczęśliwy, zbyt szczęśliwy, ponieważ posiadając Słowo Boże i Eucharystię ma się naprawdę wszystko. Ale bardzo szybko zrozumiałem, że prawdziwa pustynia nie jest tam, i że w pewien sposób bycie na Saharze jest luksusem. Zrozumiałem z całą oczywistością, że prawdziwa pustynia jest w sercu wielkich miast, a szczególnie w sercu Paryża, w którym wcześniej żyłem. Opuściłem pustynię z mocnym postanowieniem i pragnieniem, by żyć jako mnich w sercu Paryża. Natychmiast kardynał Marty arcybiskup Paryża odpowiedział „c’est d’accord!” tzn. zgoda i w ten sposób rozpoczęliśmy. Było to 1 listopada 1975 roku, w dzień Wszystkich Świętych, aby przypominać nam wszystkim, że my wszyscy świeccy i osoby konsekrowane mamy to samo powołanie i że jest to powołanie do świętości. Spośród tylu powołań, które są piękne, bo wszystkie są powołaniem do świętości, dla nas naszym powołaniem jest bycie mnichami, mniszkami w sercu miast. I to tym właśnie głównie próbujemy żyć w sercu miasta, w sercu Boga. Na razie w Paryżu, Strasburgu, Florencji, Brukseli, na Mont St. Michel, mamy również dwie wspólnoty w Rzymie i w Jerozolimie. Przybyliśmy także do Polski, aby dowiedzieć się czy Bóg chce, abyśmy zaistnieli w tym drogim nam kraju.

Na czym polega powołanie mnicha, mniszki w sercu miast?

Próbujemy żyć na sposób, który byłby jednocześnie nowy i stary. To, co nas charakteryzuje można ująć w pięciu punktach. Jesteśmy przede wszystkim mieszkańcami miasta, co to znaczy? Mnisi pierwszych wieków, udawali się na miejsca ustronne, aby tam żyć, modlić się i nieść do Boga ten świat, który ich otacza. Dzisiaj świat jest przede wszystkim miejski i to co nas charakteryzuje to stres, pośpiech, więc żeby nie odcinać się od świata, na znak solidarności z nim mieszkamy właśnie w miastach. Zwykle są to duże miasta, tam gdzie brak pokoju, tam gdzie brak skupienia, tam gdzie człowiek boi się spojrzeć na człowieka, zwłaszcza w obecnych czasach. Tworzymy pustynie, aby w nich zaistniały miejsca gdzie człowiek odnajdzie ukojenie i przypomni sobie, że Bóg istnieje i że jest się dla Niego cennym. Drugą cechą charakterystyczną jest to, że pracujemy. Tak jak każdy mieszkaniec miasta, utrzymujemy się z własnej pracy, ale pracujemy tylko 4 godziny dziennie. Dlaczego? Żeby utrzymać się w mieście trzeba pracować więc zarabiamy sami na chleb, ale nie po to, żeby odłożyć na przyszłość, żeby się wzbogacić. To znak naszej solidarności z większością mieszkańców dzisiejszego świata. Tylko 4 godziny, żeby był to wyraz swego rodzaju kontestacji, że pieniądz nie jest najważniejszy. Popołudnie jest poświęcone temu co jest najważniejsze, co nas niesie: Słowu Bożemu, życiu braterskiemu, a wieczór liturgii. Następnie, tak jak większość mieszkańców naszych miast, nie mamy własnych domów, tylko wynajmujemy mieszkania. Wspólnoty nie posiadają żadnej własności materialnej, nawet kościół do którego zostaliśmy zaproszeni przez biskupa, nie jest naszą własnością. Jest to kościół powierzony nam do sprawowania liturgii. Czwartą charakterystyką jest to, że nie posiadamy tradycyjnej klauzury. Nie jesteśmy za murem, ale klauzura istnieje – bez tego nie jest możliwe bycie mnichem, mniszką. Klauzura jest wewnątrz nas samych, jest ściśle określony czas ciszy, przyjmowania gości oraz miejsca, w których staramy się żyć ciszą. Piątą z charakterystyk jest więź z biskupem miejsca. Wspólnoty pojawiają się tam gdzie nas zaprasza. Zwykle propozycja wychodzi ze strony biskupa miejsca, który często uczestniczy w formacji i życiu naszych wspólnot. Nasza relacja z biskupem, jest znakiem że czujemy się i jesteśmy w Kościele i tak pragniemy przeżywać nasze życie mnisze. Nie można być mnichem poza Kościołem. Każdy mnich i mniszka żyjąca w Kościele uczą się po prostu kochać Kościół. Nie można kochać bliźniego, Chrystusa, jeżeli nie kocha się Kościoła, dlatego że Kościół jest. Oblubienicą Chrystusa. Apokalipsa mówi że „Oblubienica i Duch wołają przyjdź”, jeżeli nie kochamy Kościoła, nigdy nie zawołamy z całego serca tak naprawdę „Przyjdź Panie – Oblubieńcu Kościoła”.

Wspomniał Ojciec, że sprawowanie Liturgii obok Słowa Bożego i życia braterskiego, jest tym co niesie, prowadzi wspólnotę i rzeczywiście gdy się słyszy o Jerozolimskich Wspólnotach Monastycznych, pierwszym obrazem jaki się nasuwa jest uroczysty śpiew liturgii…

W istocie jesteśmy liturgami i nad tym dużo pracujemy. Oczywiście życie monastyczne to życie braterskie i modlitwa, ale nasz pierwszy „zawód” to liturgia. Jesteśmy liturgami w sercu miast. Jest ona naszym pierwszym zajęciem, i wkładamy w nią całe serce, aby była jak najpiękniejsza. Dlaczego? Nie dla estetyzmu, ale dlatego by przez piękno ludzie mogli powrócić do Tego, który jest u źródła wszelkiego piękna – do Boga. Dla nas piękno jest terminem ważnym. Na zachodzie większości z osób wiara nie mówi już zbyt wiele, niewiele mówi się o moralności, praktykowanie religii staje się coraz rzadsze, pozostaje piękno. Piękno pełne jest tajemnic, przemawia do wszystkich, jest ponad barierami językowymi i pomaga wznosić ducha, może rozbudzić wiarę, pragnienie życia moralnego, może zachęcić do praktykowania religijnego, do przyjmowania sakramentów. Jak konkretnie wygląda nasza liturgia: rano śpiewamy jutrznię, w południe modlitwę w ciągu dnia, wieczorem śpiewamy nieszpory i celebrujemy Mszę św., która stanowi dla nas centrum dnia. Czasami późno w nocy śpiewamy wigilię czy też kompletę. Oczywiście te wszystkie godziny są poprzedzone wspólnotową modlitwą w ciszy. Również przez cały dzień jest wystawiony Najświętszy Sakrament. Nasza liturgia łączy w sobie elementy Wschodu i Zachodu, staramy się je łączyć, zachęceni słowami Ojca Świętego by Kościół oddychał obydwoma płucami, Kościoła Wschodniego i Zachodniego, Kościoła niepodzielonego. Gromadzimy się razem na liturgii, bracia i siostry, jesteśmy dwoma wspólnotami niezależnymi, natomiast modlimy się razem. W naszej regule jest napisane aby wznosić w sercu miasta dwa ramiona, modlitwy uwielbienia i przebłagania, aby modlić się z miastem i za miasto, z tymi wszystkimi, którzy szukają, albo przychodzą zaczerpnąć u źródła. Liturgia stanowi też ważny element naszej formacji, to ona nas kształci, rzeźbi. Rano, w południe, wieczorem, dzień po dniu śpiewamy psalmy. Te psalmy w nas zostają, rzeźbią nas do tego stopnia, że czasami w naszych zwyczajnych rozmowach nieświadomie je cytujemy. To jest też znakiem, że rzeczywiście Duch nas zaczyna kształtować. Teologia psalmów jest niesamowita, ponieważ tu się uczymy, że historia, wydarzenia są również sakramentem. W pewnym momencie przestajemy dzielić wydarzenia na pomyślne czy niepomyślne, bo wszystko jest dobre, gdyż Bóg jest Ojcem. I to jest Liturgia. W czasie jutrzni i w czasie nieszporów każdego dnia czytane są teksty patrystyczne, w czasie modlitwy w ciągu oficjum południowego czytane są teksty mistyków, także siłą faktu te teksty, to wszystko zaczyna nas kształtować.

Czym się charakteryzuje specyficzny apostolat Wspólnot?

Przede wszystkim, nie jesteśmy parafią, u nas nie odbywają się chrzty, śluby czy pogrzeby, następnie nie jesteśmy duszpasterstwem czy jakimś ruchem charyzmatycznym, więc nie mamy w ścisłym znaczeniu tego słowa, aktywności duszpasterskiej, ale mamy to co można nazwać oddziaływaniem ewangelicznym. Ono objawia się przede wszystkim w dwóch rzeczywistościach. Pierwszą stanowi świadectwo życia braterskiego – Jezus mówi, „po tym poznają, że jesteście moimi uczniami jeśli będziecie mieli miłość jedni ku drugim” – i myślę, że właśnie poprzez to szczególnie ewangelizujemy. Bóg jest miłością, to poprzez miłość mówi się o Bogu. Drugą rzeczywistością naszego oddziaływania ewangelicznego jest liturgia, o której już było tu wspomniane. Liturgia oddaje słowo Bogu, głosi Słowo Boże, liturgia karmi serce i duszę. Sądzę, że to są dwa elementy ewangelizacji dzisiaj. I tu także sam Jezus dał nam przykład. Po pierwsze żył, życiem wspólnotowym, i poprzez nie głosił ewangelię, następnie celebrował liturgię i poprzez to głosił Królestwo Boże. Dodałbym trzecią rzecz, która nie jest tak bardzo istotna – to świat mediów. Trzeba byśmy byli w nim obecni, media kształtują całą dzisiejszą mentalność, media przyjmują linię poganizowania świata. Jeśli Kościół nie jest w nich obecny, większość świata nam się wymyka, dlatego celebrujemy liturgię w sercu miast. W Paryżu w niedzielę, w kościele St. Gervais, jest ponad tysiąc osób na Mszy św. i codziennie jesteśmy obecni w paryskiej telewizji, nasze liturgie są transmitowane dwa razy dziennie, jest pięć ukrytych kamer w kościele, i liturgia w ten sposób wypływa w świat ewangelizując go. Sądzę, że to jest właśnie rola liturgii.

W jaki sposób współczesny człowiek, żyjący tu i teraz, pracujący osiem godzin w ciągu dnia może stać się liturgiem?

Myślę, że w istocie jest to bardzo wielki problem. Trzeba ofiarować człowiekowi liturgię w miejscu, w którym żyje, dlatego liturgię zaczynamy rano, wraz z tymi, którzy idą do pracy w południe wraz z tymi, którzy są w pracy, i którzy mogą się do nas dołączyć w przerwie południowej, a wieczorem z tymi, którzy wracają z pracy. I dlatego trzeba modlić się w sercu miast. Człowiek współczesny może przyłączyć się, odnaleźć tą oazę modlitwy i rzeczywiście jest część ludzi, którzy przybywają na nabożeństwa rano, w południe i wieczorem.

Wasz sposób życia stanowi niejako kontestację życia w pośpiechu, w którym człowiek nie ma na nic czasu, dostaje zadyszki. Moje ostatnie pytanie dotyczy tego, w jaki sposób ten zagoniony człowiek ma odnaleźć pokój w sobie i w swoim życiu, w jaki sposób ma się zdać na Opatrzność Bożą?

Sądzę, że jeśli to tylko możliwe praca może stać się liturgią, a w każdym razie w życiu monastycznym jest to cel, który nam przyświeca. Można przeżywać każdy dzień, każdy wysiłek będąc świadomym spojrzenia Boga na nas. Gdy zaczynamy i kończymy pracę możemy ofiarować nasz trud w modlitwie. Św. Cyryl Aleksandryjski mówił, aby całe nasze życie stało się świętą liturgią. Właściwość życia monastycznego to właśnie to, aby uczynić z całego życia, z każdego gestu liturgię. A Pieśń nad pieśniami dorzuca, „śpię lecz serce me czuwa”. Cały świat jest liturgią. Zechce brat przeczytać psalm 19: „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza.” A więc tym bardziej człowiek powinien być liturgiem. Człowiek będzie zdolny do zdania się na działanie Bożej Opatrzności, przede wszystkim jeśli posiada wiarę. Poza tym, jeśli ma pewnego rodzaju formację duchową. Zdanie się na Opatrzność, to dzieło całego życia: to żyć w mocnej wierze, w głębokiej pokorze, i w radosnej nadziei. Trzeba by ludzie współcześni nauczyli się radości w zdawaniu się na Opatrzność Bożą. Jezus opowiedział nam o tym w 6 rozdziale ewangelii według św. Mateusza: „przyjrzyjcie się liliom polnym i ptakom powietrznym”, więc trzeba tego nauczyć się samemu i ludzi którzy nas otaczają, a przede wszystkim trzeba dbać o królestwo Boże i jego sprawiedliwość a wszystko inne zostanie nam przydane. Jest brat karmelitą – prawda! Więc trzeba pamiętać, że solo Dios basta (Bóg sam wystarczy – św. Teresa od Jezusa) i że todo e nada, nada e todo, (wszystko jest niczym, nic jest wszystkim – św. Jan od Krzyża).

 *za „Furta – forum powołaniowe” – http://www.naszepowolanie.pun.pl/viewtopic.php?id=315 

**za Witryną Krakowskiej Prowincji Karmelitów Bosych: http://www.karmel.pl/lektorium/rozmowy/baza.php?id=06

Kim jestem Panie, że doprowadzileś mnie aż dotąd?…

Kolejny dzień naszej medytacji w nowym miejscu…

Nie mogę się nadziwić tym, w jaki sposób realizuje się Boże prowadzenie. Nie mogę się nadziwić owemu pełnemu subtelnego uroku spokojowi tego miejsca, które choć umiejscowione w sercu miasta jest oazą ciszy i spokoju, miejscem odpoczynku w obecności Pana. Dla mnie fakt, że dane jest nam medytować w tym właśnie miejscu ma szczególne znaczenie, gdy patrzę na to w perspektywie ostatnich dwudziestu lat. Tyle bowiem czasu minęło od kiedy po raz pierwszy dane było mi stanąć w progach paryskiego kościoła św. Gerwazego, nad którym pieczę sprawują Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie.



Do dzisiaj pamiętam to niezwykle duchowe doświadczenie, które stało się moim udziałem, gdy modliłem się w tym szczególnym miejscu. Oaza ciszy i modlitwy w samym sercu tętniącego życiem miasta. Oaza tchnąca tak wielka mocą i energią duchową, że nie sposób było nie dostrzec jej dobrodziejstwa, którym służyła miastu właśnie przez to, że tam była i że nieustannie stawała się dla niego źródłem modlitwy przenikającej mury świątyni i unoszącej się dalej i dalej ogarniając miasto Boża opieką i błogosławieństwem.



Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak bardzo bliska stanie mi się ta wspólnota i to miejsce. 
Podczas moich kolejnych wizyt w Paryżu zawsze czułem, że muszę tam zajrzeć choćby na chwilę i że moje obecność w tym niezwykłym mieście bez obecności w tej świątyni byłaby w jakiś duchowy sposób niepełna. Nie znaczy to bynajmniej, że same Wspólnoty Jerozolimskie były mi nieznane. Z ich duchowością zetknąłem się już wcześniej, gdy po raz pierwszy wpadła mi w ręce książka założyciela Wspólnot Jerozolimskich – o. Pierre-Marie Delfieux – będąca jednocześnie regułą zgromadzenia.


Potem, gdy dane mi było jeszcze w czasie studiów seminaryjnych współpracować z ośrodkiem na ul. Łazienkowskiej, gdzie mieściło się duszpasterstwo Rodziny Rodzin zawsze jakieś wewnętrzne przekonanie podpowiadało mi, że to idealne miejsce, w którym tak jak w Paryżu, tak i tu w sercu Warszawy mogłyby żyć i służyć swoja modlitwą Wspólnoty Jerozolimskie. Wtedy oczywiście było to tylko jakieś mało realne marzenie. Ośrodek funkcjonował dobrze i nijak nie zanosiło się, że może coś w tym względzie się zmienić. Jednak pod koniec lat dziewięćdziesiątych nastąpiły zmiany, które doprowadziły do tego, że ośrodek ten został osierocony i przez kilka lat brakowało pomysłu jak go zagospodarować. Próbowano podejmować różne inicjatywy, ale wszystko to okazywało się prowizoryczne. To tak jakby to miejsce tęskniło za kimś, dla kogo zostało przygotowane. I wówczas z wielką nieśmiałością kilku duszpasterzy zaproponowało ówczesnemu arcybiskupowi Warszawy – księdzu Prymasowi Józefowi Glempowi, że może by tak zaprosić tu Wspólnoty Jerozolimskie. Ksiądz Prymas wyraził zgodę, która później musiał jeszcze potwierdzić nowy arcybiskup, gdyż ksiądz Prymas odchodził na emeryturę. Wtedy jednak, gdy padło owo „tak” Prymasa, dla obecności Wspólnot w Warszawie wiedziałem, że spełniają się marzenia, o których można byłoby sądzić, że wydaja się nierealne. A jednak u Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych… I teraz, kiedy dane mi jest siedzieć przy Chrystusie ukrytym w tabernakulum tego kościoła nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oto zamknęła się jakaś droga, która dla mnie osobiście przez bliskość Wspólnot i ich duchowości była swoista podróżą duchową, która – nie mam co do tego wątpliwości – odcisnęła na mnie swoje duchowe piętno. Dlatego patrząc wstecz w perspektywie tych dwóch dekad na usta ciśnie się mi jedno pytanie – modlitwa, tak pięknie ujęte przez króla Dawida: „Kimże ja jestem, Panie mój, Boże (…), że doprowadziłeś mię aż dotąd?” [2 Sm 7, 18]
I ciągle ciśnie mi się w tym szczególnym miejscu na myśl odpowiedź odnotowana przez Mertona: Jakakolwiek byłaby moja wewnętrzna głupota czy niewiara, wiem, że modlitwy moje i moich bliskich zostały wysłuchane. I oto jestem tutaj, bo Ty chciałeś mnie  tutaj mieć. Chciałeś abym był tutaj przed Tobą i abym w ciszy Twojej obecności mógł uwielbiać Cię za wielkie rzeczy jakich dokonujesz w moim życiu… 

Dzisiejsza Ewangelia przywołuje fragment powołania. Czy może być lepsza odpowiedź ze strony człowieka niż ta, która św. Łukasz wkłada w usta jednego ze spotkanych po drodze przez Chrystusa ludzi: „Pójdę za Tobą dokądkolwiek się udasz” [Łk 9, 57] – to dobra definicja powołania a także doświadczenia medytacji. Choć Jezus nie pozostawia złudzeń: Nie będzie łatwo…

W doświadczeniu wiary bowiem, ale także w doświadczeniu medytacji to On jest tym, który nas prowadzi. Naszym zadaniem jest podążać za Słowem, które powtarzamy i w które się jednocześnie wsłuchujemy. To ono jest drogą. Otwierając się na działanie łaski, której jest nośnikiem pozwalamy mu się prowadzić, pozwalamy by Ono dokonywało w nas swojego dzieła, według Bożych a nie naszym planów. Nie wiemy dokąd nas doprowadzi praktyka medytacji, nie wiemy jakie będą duchowe owoce tej modlitwy, ale idąc z zaufaniem za Słowem,  które nas prowadzi i które nas wewnętrznie przemienia, ufamy, że jest to najlepsza droga, jaką Pan Bóg dla nas przygotował.

Modlitwa jest drogą, choć to nie zawsze to łatwa droga. Owszem, dla tych, którzy modlą się sporadycznie może ona być – jak zwykł mawiać abp. Anthony Bloom – niczym podróż do lasu czy na grzyby. Pan Bóg bowiem nie wystawia na próbę tych, którzy w życiu duchowym nie postąpili zbyt daleko. Jednak dla tych, którzy są już zaprawieni w modlitwie może ona być swoistą próbą wiary, wyjściem na pustynię tak jak była dla wielu świętych jak  św. Tereska od Dzieciątka Jezus czy św. Jan od Krzyża. Wówczas modlitwa może być swoistą płaszczyzną wewnętrznego zmagania się. To zmaganie może dotyczyć zarówno sfery naszego ciała, naszego intelektu jak i naszego ducha.

Gdy chodzi o ciało, to jego postawa zazwyczaj powinna być pomocą w modlitwie, gdyż odpowiednia postawa będzie pociągała za sobą myśl, wyobraźnię. Czasem, gdy zdarza nam się odpłynąć myślami od treści modlitwy (czy od powtarzania słowa) to właśnie ciało, będąc na klęczkach przypomina nam o tym przed kim i dlaczego tu jesteśmy.  Innym razem same napływające myśli będą dawały o sobie znać tak mocno, że skupienie się na modlitwie i na powtarzaniu modlitewnej formuły będzie przychodziło z największym trudem.  Jeśli zaś chodzi o wymiar duchowy, to modlitwa może wiązać się z doświadczeniem oschłości, które współczesna pisarka z dziedziny duchowości Ruth Burrows porównuje z tym, jakby ktoś nagle wyłączył światło w związku z czym poruszamy się w zupełnych ciemnościach, po omacku i z największym trudem – ten opis może być doskonałym obrazem także duchowej pielgrzymki w stanach oschłości, gdy nie doświadczamy już żadnej radości z trwania przed Bogiem, gdy nie ma poczucia Jego obecności i gdy zaczynają rodzić się wątpliwości, czy to wszystko ma sens. Do tego mogą dawać o sobie znać dominujące wówczas uczucia gniewu, lęku, samotności, niepokoju, które będą nas kusiły do ucieczki. Niemniej wszystkie te stany, choć wydają nam się przekleństwem, tak naprawdę są darem i zaproszeniem Boga do wytrwałości i wytrzymałości. Oczywiście czas trwania tych stanów będzie rożna dla różnych osób (św. Matka Teresa z Kalkuty przeżywała taki stan przez czterdzieści lat, jak dowiadujemy się z jej biografii), lecz zawsze mają one moc oczyszczającą nasza wiarę. Wiele osób rozpoczynających doświadczenie modlitwy spodziewa się, że dobre i miłe doświadczenia na modlitwie będą trwały zawsze, lecz kiedy pan Bóg wzywa nas na pustynię, to zaprasza nas do większego oparcia się na Nim i na wierze niż na różnych doświadczeniach, czy stanach uniesienia, które towarzyszom modlitwie i te trudne okresy pokazują nam czy zbyt łatwo do takiego „miłego” stylu modlitwy się nie przywiązujemy.

Medytacja przez swoje ubóstwo wyrazu jest dobrym przygotowaniem do takich chwil duchowych doświadczeń, choć i na tej drodze nie jesteśmy wolni od niebezpieczeństwa przywiązania się do miłego stanu ducha, relaksu, czy radości, która jej towarzyszy. Tak więc gdy Pan Bóg zaprasza nas na pustynie i dopuszcza trudy przyjmujmy to jako dar Jego błogosławieństwa na drodze życia duchowego a nie karę.

Poza tym medytacja pozwala uświadomić sobie bardziej to, czego nie uświadamiamy sobie zazwyczaj, że nasze ciało jest też darem i jako takie jest włączone w sposób modlitwy. Wszystko, co żyje niech wielbi Pana – podpowie nam psalmista [Ps. 150]. A zatem zarówno ciało z jego postawą, jak i oddech, którego zazwyczaj sobie nie uświadamiamy, w doświadczeniu medytacji może być okazją do wdzięczności i wielbienia Pana Boga za dar życia, gdy bardziej niż zwykle się na nim skupiamy. 

Różaniec jako droga kontemplacji

     Październik to miesiąc, który w tradycji Kościoła katolickiego związany został z nabożeństwem różańcowym. Warto może zatem zatrzymać się na jego głębokiej kontemplacyjnej i teologicznej wartości, gdyż jest on jedną z form zarówno modlitwy kontemplacyjnej jak i medytacyjnej.
       Wnikając głębiej w strukturę "różańca" można zauważyć iż różaniec składa się z ciała i duszy. Ciałem są te małe paciorki, misternie przesuwane w naszych dłoniach i zanurzanie się w tajemnice życia Chrystusa i Jego Matki. Duszą natomiast jest wymiar duchowy tej modlitwy, czyli kontemplacja - zapatrzenie się razem z Maryją w Jezusa. i pełne miłości trwanie w Jego obecności. Na "różańcu" wnikamy i rozważamy w tajemnicę Chrystusa. Patrzymy na Niego z miłością poprzez różne wydarzenie z Jego życia, bo On na nas pierwszy w ten sposób spojrzał. Różaniec uczy nas przeglądania naszego życia w zwierciadle jakim jest życie Jezusa i Jego Matki. Takim doświadczeniem - ujmując to w lapidarnym skrócie -  dzieli się między innymi błogosławiony Jan Paweł II w swoim Liście Apostolskim Rosarium Virginis Mariae.

     W naszym ciągłym zabieganiu nie zawsze mamy czas aby stanąć gdzieś ” wpół drogi”, by oddać się kontemplacji. Tymczasem różaniec jest właśnie tą modlitwą którą można odmawiać zawsze i wszędzie, czy to w pracy, czy na spacerze, w podróży, stojąc w kolejce do lekarza, czy leżąc w łóżku złożony chorobą – i to wydaje się właśnie tym wyjątkowym walorem modlitwy różańcowej. W taki właśnie sposób możemy trwać razem z Maryją przy Jezusie dosłownie w każdym miejscu i czasie. 
      Nie dalej jak wczoraj idąc ulicami Starego Miasta zwróciłem uwagę na młodego, bo dwudziestokilku letniego chłopaka, który minął mnie. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt,że idąc trzymał w ręku różaniec przesuwając powoli jego paciorki. Pomyślałem sobie, że to fajne świadectwo tego młodego człowieka, który nie wstydzi się tego, że idąc ulicą odmawia różaniec. U nas to nie częsty widok a przynajmniej rzadziej spotykany niż w Hiszpanii, Portugalii czy na Malcie, gdzie spotykałem dosłownie setki młodych ludzi, którzy albo nosili zawieszony na szyi różaniec, albo często odmawiali go w miejscach publicznych – na ulicy, czy w autobusie.
 
     Wracając jeszcze do listu apostolskiego Ojca Świętego Jana Pawła II Rosarium Virginis Mariae „O Różańcu Świętym” można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, iż w tym trwaniu na kontemplacji Oblicza Jezusa pomaga mam modlitwa różańcowa, a zwłaszcza teraz gdy jest uzupełniona o tajemnice z życia Jezusa -tajemnice światła. Różaniec jest skrótem całej Ewangelii. Niejednokrotnie nazywany był wręcz Evangeliae Pauperum czyli Ewangelią Ubogich. Odmawianie różańca pozwalało nie tylko przypominać sobie, ale tez głębiej wnikać w tajemnice życia Chrystusa, którego odbiciem ma być wszak nasze życie. 
   
Różaniec jest nieustanną modlitwą czuwającego i kochającego serca. Jezus sam nas zachęca do nieustannej modlitwy i poucza, że trzeba się nieustannie modlić i nigdy nie ustawać (por. Łk 18,1) a modlitwa różańcowa służy nam pomocą aby wypełniać stanowcze zalecenie Jezusa odnośnie nieustannej modlitwy. Cała modlitwa różańcowa jest ukierunkowana na Chrystusa, to On jest w centrum, to Jego oblicze Maryja kontemplowała przez całe życie. Maryja chłonęła Jego słowo i „Zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Maryja cały czas towarzyszy swemu Synowi, w każdej chwili Jego życia a to trwanie jest jakby „różańcem” który Ona sama odmawia, Ona sama przypomina nam nieustannie „tajemnice” swego Syna i pragnie abyśmy je kontemplowali. 
     Odmawiając różaniec „oddychamy Jezusem” i w ten sposób przechodzimy od tajemnic do TAJEMNICY Chrystusa. Kontemplując Jego wcielenie przechodzimy do tajemnicy jaką jest człowiek w odwiecznym planie miłości swojego Stwórcy, gdyż jak zwykł mawiać Jan Paweł II „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa, ani człowiek sam siebie nie może zrozumieć bez Chrystusa„…



   Ta postać różańca, którą znamy dzisiaj nie powstała w jednym momencie lecz kształtowała się przez wieki, przechodząc przez różne etapy. 
     Od początku chrześcijaństwa wielu wiernych bardzo poważnie traktowało słowa św. Pawła: Nieustannie się módlcie (1 Tes 5,17). Odpowiedzią na to wezwanie, szczególnie w środowiskach pustelniczych i zakonnych, były modlitwy powtarzalne, czyli krótkie zwarte formuły wielokrotnie powtarzane, które skupiały myśli, a serca wznosiły ku Bogu. Znane są np. świadectwa o pustelniku Pawle z Teb (III w.), który starał się odmawiać każdego dnia trzysta razy «Ojcze nasz». Do liczenia modlitw używał trzystu kamyków, które kładł sobie na kolana i stopniowo zrzucał. Od wieku VI używano już do takiego liczenia sznura z paciorkami. Z IX wieku pochodzi najstarsze znane świadectwo wskazujące, że jedną z takich powtarzalnych formuł było zaczerpnięte z Ewangelii pozdrowienie anielskie «Zdrowaś Mario».
       Modlitwa ta bardzo rozwinęła się w średniowieczu, które odznaczało się niezwykłym nabożeństwem do Matki Bożej. Wtedy też pojawił się zwyczaj odmawiania 150 «Zdrowaś», co było inspirowane Psałterzem, który liczy 150 psalmów. Dlatego też mówiono o «psałterzu Maryi». Mniej więcej od XII w. znany jest zwyczaj przeplatania modlitwy «Zdrowaś Maryjo» z «Ojcze nasz». Również w średniowieczu, w czasie jednej z wielkich epidemii dżumy do pozdrowienia anielskiego dodano drugą część: Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. 
       Nadanie tej modlitwie nazwy «różaniec» nie jest łatwe do wyjaśnienia, choć wiadomo z całą pewnością, że róża od bardzo dawna jest symbolem Matki Bożej. Być może wpływ miał tu istniejący w średniowieczu zwyczaj przyozdabiania głowy wieńcem z kwiatów. Wieniec ten w niektórych językach nazywano właśnie «różańcem». Wyjaśnienie może przynosić pewna XIII-wieczna legenda. Otóż ten świecki zwyczaj ozdabiania głowy przeniesiono też na Maryję. Legenda opowiada o pewnym bardzo leniwym młodzieńcu. Jedynym dobrem jakie czynił było to, że każdego dnia splatał wieniec, którym przyozdabiał figurę Maryi. Dotknięty łaską wstąpił do zakonu. Jednakże nie mogąc w klasztorze codziennie zbierać kwiatów na wieniec, zaprzestał swojego zwyczaju. Było mu tego żal i już zamierzał opuścić klasztor, ale pewien stary mnich udzielił mu takiej rady: Jeśli chcesz życiem nowym cieszyć Maryję Królowę, z szlachetnych czynów wianek w każdy dzień niech dostanie. Wplataj weń słowa chwały (...) po pięćdziesiąt Zdrowaś Maryja codziennie będziesz odmawiać. To już będzie cały wieniec, który ona bardziej ceni niźli lilie czy róże. 
     Około XV w. odmawianie różańca połączono z rozważaniem życia Jezusa i Maryi. Wyodrębniono 15 istotnych momentów z ich życia i powiązano je z dziesiątkami "Zdrowaś Maryjo». Tajemnice podzielono na trzy części: radosne, bolesne i chwalebne. W ten sposób w ciągu kilku czy kilkunastu wieków ukształtowała się taka postać różańca, jaką znamy dzisiaj.
     Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go «otrzymać» od samej Matki Bożej podczas objawienia. Skoro jednak, jak widać, różaniec powstawał przez wieki, to nie sposób przypisać go jednemu człowiekowi. Niewątpliwie św. Dominik i jego bracia, którzy, jako wędrowni kaznodzieje przemierzali świat, ogromnie przyczynili się do rozpowszechnienia tej modlitwy. W 1569 r. papież Pius V - dominikanin - specjalnym dokumentem nadał różańcowi formę, która przetrwała aż do naszych czasów.
       Jednakże historia różańca na tym się nie zakończyła. Najnowszy etap to zmiana, którą wprowadził Jan Paweł II. W 2002 r. ogłosił on już przywoływany tutaj list apostolski O Różańcu ŚwiętymRosarium Virginis Mariae, w którym ukazał i potwierdził wartość tej modlitwy, zachęcił do jej praktykowania, a także wprowadził nowe tajemnice, które nazwał tajemnicami światła. Obejmują one najważniejsze wydarzenia z okresu publicznej działalności Jezusa, począwszy od chrztu w Jordanie aż do ustanowienia Eucharystii. Papież umiejscowił te tajemnice w strukturze różańca pomiędzy tajemnicami radosnymi, a bolesnymi. Ta nowość wprowadzona do modlitwy różańcowej jest zarazem wskazówką, że odmawiając różaniec możemy rozważać także inne wydarzenia ewangeliczne, które pozwolą lepiej i pełniej ogarnąć w medytacji tajemnicę Chrystusa. Bo taka jest istota różańca, jak to wyraził Jan Paweł II: ma prowadzić ducha do zasmakowania w poznawaniu Chrystusa. 
       
       Różaniec, uważany przez niektórych za modlitwę zbyt nudną i modlitwę ludzi prostych  zawiera w sobie bardzo głęboką teologię. Pozornie wydawać się może, że różaniec jest modlitwą wyłącznie maryjną i rzeczywiście często tak jest pojmowany. W istocie jednak w jej centrum stoi Chrystus, Jego miłość, którą nas do końca umiłował. To prawda, że gdy odmawiamy różaniec, to Maryja uczy nas odkrywać i rozumieć Boże tajemnice. W Ewangelii czytamy: «Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu» (Łk 2,19) - «wszystkie te sprawy» czyli słowa i czyny Jezusa, które nam objawiają prawdę o Bogu. Modląc się na różańcu, stajemy się jakby naśladowcami Maryi. Dzięki powtarzaniu tej modlitwy Ewangelia stopniowo wnika w obieg myśli człowieka, umacniając jego wiarę i przybliżając do Boga wedle starej łacińskiej zasady: Repetitio est mater studiorum (Powtarzanie jest matką uczących się). Można powiedzieć, że za sprawą tej modlitwy my zmierzamy tam, dokąd Maryja już doszła przed nami, czyli do pełnego zjednoczenia z Chrystusem. 
       Można by powiedzieć, że różaniec jest modlitwą dwuwarstwową. Specyficzna technika modlitewna, która polega na powtarzaniu pacierzy jest przygotowaniem serca i umysłu do rozważania najważniejszych wydarzeń z życia Chrystusa i Jego Matki, które zarazem są dziejami naszego zbawienia. Rytm i melodyka słów w różańcu nieustannie podtrzymują więź z Bogiem, pozwalają w skupieniu rozważać tajemnice, budzą pragnienie głębszej wiary i otwierają człowieka na łaskę Bożą. Jan Paweł II w swoim liście O Różańcu Świętym napisał, że modlitwa ta należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej. 


      

Aniołowie są wszędzie

Przeżywamy dzisiaj w Kościele jedno z moich ulubionych świąt: Święto Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała. Za dwa dni zaś liturgia raz jeszcze zatrzyma się nad tą tajemnicą duchów niebieskich, gdy obchodzić będziemy wspomnienie Aniołów Stróżów, które obchodzimy co roku 2 października. Oba te przywołane w kalendarzu liturgicznym dni mają nam przypominać o szczególnej Bożej interwencji w dzieje człowieka, dokonującej się poprzez Aniołów. Stąd pozwólcie na moją dzisiejszą refleksję trochę teologiczną trochę osobistą. 
Aniołowie otrzymali misję, by nas prowadzić, ochraniać, upominać, pomagać w nawróceniu, wspierać w wykonywaniu powierzonych nam zadań, bronić w momentach niebezpieczeństw i pokus. Nasz Anioł Stróż jest uosobieniem Opatrzności Boskiej w stosunku do każdego z nas osobno. Od pierwszej chwili naszego życia na ziemi do niego należy przewidywanie i usuwanie rozlicznych niebezpieczeństw, które zewsząd nam zagrażają, a które mogłyby nam przeszkodzić w osiągnięciu celu, dla którego zostaliśmy stworzeni. Zanoszą nasze modlitwy do Boga i wstawiając się za nami, przyczyniają się do naszego zbawienia. Pierwszą i najniższą posługą Anioła Stróża jest usuwanie wszystkiego, co może zaszkodzić zdrowiu i zagrozić życiu powierzonego mu człowieka. Następną posługą jest uświadamianie duszy szatańskich pułapek. Potem najszlachetniejsze i najważniejsze posługi to oświecanie, pouczanie i zachęcanie do godnego życia. Gdy jednak mimo tak czułej opieki człowiek upadnie, Anioł Stróż nie opuści go, ale będzie błagał Boga o łaskę nawrócenia, bowiem Anioł Stróż niczego tak nie pragnie, jak nawrócenia grzesznika (por. Łk 15, 7). Jedną z wielkich łask, jakie Anioł Stróż może wyświadczyć człowiekowi, jest pouczenie o zbliżającej się śmierci. Wprawdzie Anioł Stróż z polecenia Bożego zawsze jest gotów nieść nam wszelkiego rodzaju pomoc, ale prawdą jest również, że kto prosi, ten otrzymuje. Częste zwracanie się do anioła, częsta do niego modlitwa, niejako podwaja jego czujność i dobroć dla nas. Kto częściej się modli, ten więcej otrzymuje dobrodziejstw z jego ręki. Jako stworzenia czysto duchowe aniołowie posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi (por. Łk 20, 36). U ludzi dusza połączona z ciałem stanowi osobę. U aniołów osobą jest sam duch. Duchową naturę aniołów potwierdza szereg soborów powszechnych, jak np.: laterański IV (1215), lyoński II (1274), florencki (1431-1435) czy watykański I (1879-1870). Istnienie aniołów należy do prawd naszej wiary. Pośredniczą oni między Bogiem i ludźmi. Występują nie tylko w chrześcijaństwie i judaizmie, ale także w islamie i religiach staroirańskich.
 [arab:Azra’il anioł śmierci w islamie – „ten, któremu pomaga Bóg”]
 
Wedle Dunsa Szkota, Bóg na początku świata stworzył nieskończoną ilość aniołów. Według Biblii liczba aniołów jest ogromna: „Tysiąc tysięcy służyło Mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed Nim” (Dn 7, 10). „Przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów…” (Hbr 12, 22). „I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga” (Łk 2, 13). „I słyszałem głos wielu aniołów dokoła tronu… a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy” (Ap 5, 11). Na podstawie Pisma św. możemy podzielić aniołów na chóry. Ten teologiczny podział przyjmuje za kryterium stan natury, łaski i chwały. Nazwy aniołom nadał Dionizy Areopagita. Serafini (Iz 6, 2), Cherubini (Rdz 3, 24; Iz 37, 16; Ez 10, 3) i Trony (Kol 1, 16) to ci, którzy bezpośrednio wpatrują się w twarz Boga, dla uwielbienia Boga. Kolejne chóry to Panowania (Kol 1, 16), które uczestniczą z polecenia Bożego w Jego mocy i wykonują polecone im zadania. Potem są same Moce (Ef 1, 20-21), które rozumieją, co dzieje się między istotą a działaniem każdego bytu. Po Mocach są Władze (Kol 1, 16), które wszelkie czynności ludzkie kierują do Boga. Kolejny chór to Księstwa (Kol 1, 16) które pomagają w zarządzeniu, wreszcie Archaniołowie (2 Tes 4, 15) i Aniołowie (Rz 8, 38). Archaniołowie zajmują się sprawami, które dotyczą społeczności czy większej ilości ludzi. Powołani są do zajmowania się sprawami ważnymi dla tych grup osób. Stąd ich pozycja jest istotna. Michał, Gabriel i Rafał – to jedyni aniołowie, jakich znamy z imienia. Aniołowie są wspomniani w Piśmie świętym Starego i Nowego Testamentu aż 222 razy.
Pamiętam, że w moim dojrzewaniu religijnym zawsze obecne były anioły. Oczywiście jak wiele dzieci miałem nad łóżkiem obrazek z Aniołem Stróżem pilnującym w cieniu swych potężnych skrzydeł dwójki dzieci, bawiących się nad urwiskiem, w który zawsze mogłem się wpatrywać. Myślę, że ten obraz przez lata dzieciństwa zapisał się mocno w mojej świadomości. Pamiętam, że anioł na obrazku miał  zaróżowione policzki, blond loki opadające na ramiona. Dzisiaj można by określić go mianem trochę kiczowatego obrazka, ale odwoływał on zawsze do wiary w  prawdziwego Anioła Stróża.
Żyjemy w czasach, które świat duchowy, mistyczny, świat przeżyć religijnych zepchnęły na margines ludzkiej wrażliwości i zainteresowania. Jesteśmy świadkami triumfu szeroko rozumianej nauki z postępu naukowego, a z drugiej strony zastanawiają nas – lub raczej dziwią – poszukiwania ludzkości zmierzające w kierunku magii, ezoteryzmu, wróżbiarstwa. Co więcej, obserwujemy, jak na naszych oczach odradza się kult „świętych gajów” w Estonii czy Łotwie, druidów, elfów i „Matki Ziemi” we Francji, niemal powszechne staje się korzystanie z usług wróżek ż magów w Niemczech. Podobne zjawiska są zauważalne takie w Polsce.
Dziś anioły są wszędzie. W sklepach z pamiątkami, w księgarniach, na tortach, na kartach tarota, w gabinetach terapeutów, w Internecie. Anioły o wdzięcznych imionach  Samantha, Ashley i Britney. Jak na multikulturalne społeczeństwo przystało, anioły są białe, czarne i native. Aby pobudzić naszą wyobraźnię anioły bywają także bardzo cielesne, jak na przykład te w filmach (wystarczy wspomnieć  obwiesiowatego Michaela, którego grał John Travolta, działający magnetycznie na kobiety w filmie pod tym samym, co jego imię, tytułem. Czemu filmy ukazują Anioły w postaciach męskich i atrakcyjnych, przeżywających swoje rozterki jak chociażby Nicolas Cage w City of Angels? Trudno powiedzieć. Może przez to są bardziej swojskie.  Można powiedzieć, że anioły są dzisiaj w modzie!  Nie dalej jak dzisiaj w jednym ze sklepów z pamiątkami widziałem anioły na ból głowy, depresję i po prostu do ozdoby.
Zastanawiam się skąd taka popularność aniołów w społeczeństwach (bo nie dotyczy to przecież tylko Polski, gdyż modę na anioły dostrzegłem w wielu miejscach Europy i nie tylko), w których coraz mniej miejsca na religię w przestrzeni publicznej? Być może ich popularność jest odpowiedzią na duchowe potrzeby skomercjalizowanego świata, których do końca współczesny komercjalizm i materializm nie zdołał zgasić. Być może…
Choć wydaje mi się, że dzisiaj nawet religijną rzeczywistość przepuszcza się przez magiel komercji, z jedyną nadzieją, jaką jest zysk. Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy przywołać pojawiający się przynajmniej trzy razy do roku szał zakupów z okazji świąt kościelnych. Za chwilę zacznie się jeden z nich przy okazji Święta Wszystkich Świętych, gdzie obok zniczy, wirtualnych grobów w Internecie pojawią się powycinane dynie próbując połączyć te święta z zupełnie obcym naszej tradycji Hallowyn.  Nikt nie ma wątpliwości, że handel przedmiotami związanymi w jakiś sposób z kultem jest dziś przedsięwzięciem bardziej dochodowym, niż duchowym. Problem w tym, że dla wielu innych osób, które dotąd nie traciły głębi przeżycia świąt komercja związana z tymi świętami niejednokrotnie spłyca ich przeżywanie. Tak wiele osób skarży się dzisiaj, że gdy przychodzi Boże Narodzenie, to mają już dosyć atmosfery świąt, zanim się one na dobre zaczną, bo tak naprawdę żyli tą atmosferą od połowy listopada. Niektórzy nawet wolą uciec od tej atmosfery do ciepłych krajów, bo to okazja do złapania jakiegoś tańszego wyjazdu, a że tam już nie przeżywa się świąt tak jak u nas i że coraz częściej traci się coś z ich istoty, to nie szkodzi. Czy nie ma w tym jakiegoś niebezpieczeństwa duchowego, że zaczynamy święta tak jak wiele innych spraw przezywać bardziej w świecie komercji niż w sferze ducha? Może to także płaszczyzna na której warto by przywoływać jakiegoś szczególnego działania aniołów, zanim przeżywanie świąt przestane mieć już cokolwiek z doświadczenia duchowego?
W kraju, o którym dumnie mówi się, że ma 98 % katolików większości zaczyna być bliżej w święta do sklepu z pamiątkami, ozdobami, prezentami, niż do kościoła. I choć często o tym nie wiemy (a jeszcze częściej wiemy, ale się nie przyznajemy), to jednak kapitalizm zaszczepił w nas cyniczną świadomość, że to, za co się nie zapłaciło, najprawdopodobniej nie działa. Stąd może tak wielka popularność szukania  duchowych przeżyć na innej płaszczyźnie. Przywoła tu jedynie dla przykładu tzw. „terapie anielski, których reklamy narzucają się gdy tylko w przeglądarce internetowej wpisze się hasło: anioły. Fakt, że trzeba za nie słono zapłacić, sprawia, że spodziewamy się od tych pseudoterapeutów wymiernego serwisu za konkretną gotówkę, podczas gdy prawdziwy kontakt z Aniołem Stróżem – zwykle dużo skuteczniejszy –  bywa zaniedbany. 
To, że współczesnemu człowiekowi pilnie potrzeba pomocy duchowej, widać choćby po ilościach poradników wysypujących się z półek księgarskich. Szkoda tylko, że te poradniki to często po prostu zbiór (zbieranina?) rad różnej proweniencji przewodników duchowych, którzy częściej bardziej szkodzą niż pomagają. I nie przeszkadza nawet wielu osobom mieszanie tradycji chrześcijańskich z ideami wschodnich religii czy okultyzmem, o którym tak wiele dzisiaj się pisze. Przeciwnie, widziane jest to dzisiaj jako powód do dumy.
Takie szukanie „religii na skróty” czy samych tajemniczych i fascynujących doświadczeń religijnych mówi wiele o zubożonym duchowo społeczeństwie (społeczeństwach? Bo to znów nie dotyczy tylko nas), które w czasach konsumpcjonizmu szuka szybkich efektów także na płaszczyźnie życia duchowego i stąd pewnie bierze się niechęć do wyrzeczeń i długotrwałej praktyki duchowej. Tradycyjne chrześcijaństwo – pokazywane dzisiaj często w krzywym zwierciadle wydaje się zbyt restrykcyjne i wymagające – bo do czegoś tam trzeba się zobowiązać, czegoś sobie odmówić. „Czyż te wszystkie nakazy i zakazy, o których mówi Kościół nie są przypadkiem zamachem na wolność człowieka?” – pytają współcześni rewolucjoniści duchowi. I ci sami prorocy pop-duchowości proponują zabranie nas w  podróż do duchowego spełnienia, za stosunkowo małą kwotę i przy niewielkim nakładzie pracy. Dzisiaj przecież ważne są efekty! Stąd popularność takich „duchowych fast-foodów”, które wydają się mniej niebezpieczne, bo często nawiązują do elementów znanej nam religijności. Są tam anioły, jest rozwój duszy, są „rozmowy z Bogiem”, jest także wcale nie rzadkie powoływanie się na Pismo Święte. Szkoda tylko, że owa „kraina szczęśliwości” do której one prowadzą, tak szybko rozczarowuje, choć przekonujemy się o tym zbyt późno, że tak naprawdę to daliśmy się zwieść.
W przestrzeni, której kultura zrodziła się z chrześcijaństwa i tak wiele mu zawdzięcza tradycyjny Kościół ze swoim przesłaniem zaczyna przegrywać z wyzwaniami coraz bardziej skomercjalizowanego świata, sterowanego przez potężne korporacje, współczesnych proroków a może i bogów – przynajmniej niektórzy się za takich uważają. Współcześni liderzy nowej ery chętnie nawet odwołują się do mądrości (choć wrzuconej często do jednego worka) Jezusa, Gandhiego, Lao Tse, czy Dalajlamy byle tylko sprzedać to, co jest łatwo przyswajalne i atrakcyjne wizualnie.
Dzisiaj także wielu chrześcijan wydaje się bardziej słuchać współczesnych apostołów i mędrców w garniturach Armatniego, potrafiących autorytarnie wygłaszać swoje sądy, czy wróżów z krzyżami na piersiach proponujących opiekę aniołów o wdzięcznych imionach Ariel, Assaliah, czy Cassiel, których imiona każą przywoływać zapewniając o ich skuteczności.
I rzeczywiście są skuteczni! O tej skuteczności dzisiaj zaświadcza wielu egzorcystów, u których lądują przynajmniej niektórzy z tych, którzy zgodzili się mieć za przewodników tych niezwykłych aniołów i często są zadziwieni, że zamiast szczęścia i sukcesu jakie im obiecywano zmagają się z życiowymi dramatami, chorobami, rodzinnymi tragediami i innymi niespodziankami, jakie otrzymują w darze od tych niezwykłych przewodników duchowych.
To prawda, o czym pisał C. Lewis w swoich „Listach Starego diabła do młodego”, że największym zwycięstwem tego jedynego w swoim rodzaju anioła, któremu na imię Lucyfer jest to, że ludzie zwątpili w jego realne istnienie i zepchnęli przesłanie o nim do sfery mitu.
Na koniec tej może przydługiej refleksji czy może wyprysku erudycji J– sam już nie wiem, czy „gadając” tyle nie karmię swojej pychy – pozwólcie że zareklamuję ciekawy miesięcznik, który ponad miesiąc temu pojawił się na naszym rynku (właśnie wyszedł jego drugi numer), a który jest namacalnym doświadczeniem (choć smutnym)  tego o czym po trosze pisałem w dzisiejszej refleksji. Mam na myśli pismo p.t. „Egzorcysta”. Naprawdę szczerze polecam. Ufam, że jego lektura będzie dobrym świadectwem skutecznego działania naszych aniołów stróżów.

I głowa do góry! Aniołowie są wszędzie!