Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Inauguracja

I stało się. Dzisiaj po raz pierwszy mieliśmy okazję medytować w nowym miejscu. Tym bardziej niezwykłym, że jest nim świątynia, a zatem miejsce, które wydaje się być najlepszym do spotkania z Bogiem, miejsce Jego nieustannej obecności w Najświętszym Sakramencie, miejsce zanurzone w klimacie modlitwy monastycznej. Dzięki spotkaniom w tym szczególnym miejscu ufam, że dobrze wpiszemy się w charyzmat wspólnoty Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich jaką jest modlitwa w gwarze miasta.

Przywykliśmy do myślenia o modlitwie jako czymś „naszym”. Innymi słowy wydaje  nam się, że owoce modlitwy zależą od naszego wysiłku. Kładę tu szczególny nacisk na słowo „naszego”. Rzadziej spoglądamy na modlitwę jako przestrzeń działania Boga, przestrzeń, w której to ja muszę umieć zrezygnować z kontroli na rzecz powierzenia się Bożemu działaniu. Doświadczenie medytacji uczy nas właśnie tego nowego spojrzenia na modlitwę. Jest przestrzenią działania Boga, do uczestnictwa w której jestem zaproszony. Jest miejscem doświadczenia obecności. Miejscem spotkania. Jak często jest tak, że spotykając się z drugim człowiekiem potrafimy myśleć już o tym, co będzie za kilka godzin, albo następnego dnia; co zjemy na kolację, albo co muszę jeszcze załatwić. To sprawia, że spotkanie, w którym uczestniczymy jest mniej pełne i owocne niż mogłoby być. Jeszcze częściej zdarza się tak, gdy przychodzimy spotkać się z Panem Bogiem czy to w Kościele na Mszy świętej czy to w codziennej modlitwie. Jestem ciałem, choć myślami i duchem jestem gdzieś indziej.
Medytacja to modlitwa, która uczy nas głębokiego zaangażowania w bycie tu i teraz. To właśnie dzięki świadomemu byciu tu i teraz, dzięki otwartości i uważnemu skupieniu się na powtarzanym słowie mamy okazję przeżyć czas spotkania z Bogiem głębiej i owocniej.
To dlatego mistrzowie medytacji tacy jak św. Jan Kasjan, św. Benedykt, św. Jan od Krzyża, Thomas Merton czy o. John Main mówią, że medytacja jest doświadczeniem.
O. Carlo Carretto zwykł mawiać: „że wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności”. Niestety ów fakt zbyt często nam umyka. Zapominamy o tym, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu. Ta nieświadomość z kolei sprawia, że dzielimy nasze życie na sacrum i profanum, tak jakby jakaś jego część realizowała się poza Bogiem.
Medytacja uczy nas życia w świadomości nieustannego trwania przed Bogiem. Uczy nas wsłuchiwania się w Jego głos, który mówi do nas przez wydarzenia życia, tak jak wsłuchujemy się w powtarzane podczas modlitwy słowo. Ale uczy także pokory. To co musimy robić, to przede wszystkim trwać. Reszty dokonuje sam Bóg. To On jest reżyserem naszego życia, naszej modlitwy. To O n decyduje o jej owocach. „Wszystko jest łaską” – zwykła mawiać  św. Teresa od Dzieciątka Jezus. I medytacja uczy nas doświadczyć tej prawdy. Wywraca nasz sposób myślenia, który podpowiada nam, że otrzymam od Pana Boga tyle na ile zasłużę i na ile zapracuję. Wszystko, czego potrzebujemy dla naszego uświęcenia mamy już wchodząc w tę modlitwę. Gdyż to, co najważniejsze, to to, że staję w obecności Boga, że doświadczenie medytacji jest miejscem działania Ducha Świętego, miejscem wylania Jego łaski. Nie dokonuje się to jednak pośród fajerwerków i niesamowitych duchowych darów takich jak lewitacja. Dokonuje się w ciszy i pokorze, dlatego jedyne, co mogę to z wdzięcznością przyjąć ten czas, który jest dla mnie darem, lecz nie mam prawa oceniać, czy moja modlitwa była udana, czy też nie, bo nie widzę jej owoców.
 
Często jest tak, że wchodząc w doświadczenie modlitwy czegoś się spodziewamy. Doświadczenie medytacji zaś uczy nas przeniesienia środka ciężkości z owego „spodziewam się” na „ufam”. A jeśli ufam, to nie potrzebuję żadnych dowodów, żadnych niezwykłych znaków potwierdzających działania Pana Boga i Jego łaski.
Dlatego medytacja, to doskonały sprawdzian naszych intencji. Jeśli szukam w niej jakichś szczególnych doświadczeń to się zawiodę, albo będę doświadczał zgoła czego innego niż się spodziewałem: bólu, niewygody, rozproszeń.
Św. Jan Kasjan zwykł mawiać, że : „dobra modlitwa jest drogą obumierania dla siebie, dla świata i wszystkiego co na nim jest, jest pracą nad opustoszeniem naszego serca i umysłu, aby mógł je wypełnić Bóg; dzięki czemu odrywamy się od naszych wyobrażeń o sobie, o świecie i o Bogu na rzecz prawdziwego doświadczenia Jego obecności i miłości”.
Medytacja jest doświadczeniem, które prowadzi nas poprzez proces oczyszczenia(burząc nasze złudzenia, wyobrażenia i pragnienia, które skutecznie odrywają nas od rzeczywistości i od zgody na Boże działanie w naszym życiu), poprzez oświecenie (które nie ma nic wspólnego z intelektualnym poznaniem, lecz jest światłem wlanym do naszego umysłu i serca przez Boga), do zjednoczenia, które jednak może dokonać się jedynie miłości bezinteresownej i ofiarnej, która także jest tylko Jego darem.
Medytacja to chłonięcie obecności Boga. To trwanie w ciszy, w której Bóg do mnie mówi i bez której nie mam szansy Go usłyszeć. Wielu chrześcijan boi się milczenia, gdyż w milczeniu jestem, zmuszony stanąć w prawdzie, w ogołoceniu przed sobą i przed Bogiem; mogę usłyszeć, to, czego nie chcę i co dotąd zagłuszałem swoim aktywizmem. Jeśli jednak nauczę się wsłuchiwać w Boga i w siebie w modlitwie, nauczę się to także robić w życiu. Nauczę się przenosić modlitwę w codzienne życie. I stanie się nią dla mnie moja praca, moje domowe obowiązki, moje spotkanie z bliskimi czy z przyjacielem a sposobem mówienia Boga do mnie rytm życia mojego miasta, płacz dziecka, czy wiadomości jakie usłyszę danego dnia w radio lub telewizji.
Dlatego pozwólmy Panu Bogu prowadzić się w doświadczeniu tej modlitwy, ucząc się zgody także na to, aby w codzienności to On trzymał ster naszego życia.

Medytacja jest doświadczeniem. Na dwie rzeczy w tym doświadczeniu warto zwrócić uwagę, gdyż dają one szansę jego pogłębienia: Po pierwsze oddech – zgodnie z tradycją Biblijną słowo ruah – oznaczające oddech jest symbolem tchnienia danego nam przez Boga, przez które Bóg daje nam życie. A zatem każdy oddech jest kolejnym darem podarowanym nam przez Boga, który wszystko podtrzymuje w istnieniu. To jedna z rzeczywistości, w którym w doświadczeniu medytacji możemy odkryć Boże działanie. To, że oddycham, że żyję jest Jego darem.
Druga rzecz to słowo. Wypowiadane przeze mnie, z serca i z zaangażowanym umysłem jest moją modlitwą. Jest to jednak modlitwa ubóstwa, ucząca mnie pokory i zawierzenia. My lubimy przypominać Panu Bogu o tym, co powinienem dla nas uczynić. Jeśli czegoś bardzo potrzebujemy, lub czegoś się boimy, potrafimy mówić mu o tym kilka razy na godzinę, żeby przypadkiem nie zapomniał. Medytacja uczy nas w jednym słowie lub zdaniu zawierzyć wszystko, uczy nas zaufania, o którym mówi Pismo święte, że „Bóg lepiej wie czego nam potrzeba, zanim Go poprosimy”. A zatem jedynie czego potrzebuję, to zaufać Mu i oddać Mu w tym słowie całego siebie z pewnością, że On wie co dla mnie najlepsze i udzieli mi tego.
Ale wypowiadane słowo to także Słowo samego Boga, który mówi do mnie. Święty Jan od Krzyża nauczał, że Bóg Ojciec wypowiedział tylko jedno słowo – był nim Jego Syn. To Słowo stało się źródłem wszystkiego: stworzenia, odkupienia. Wsłuchując się w słowo jakie wypowiadamy miejmy świadomość, że to także słowo samego Boga. Ma ono zatem niezwykłą moc stwórczą, uzdrawiającą, przemieniającą. Otwórzmy się zatem na nie pozwalając, aby Bóg mocą tego słowa dokonywał w nas swego dzieła. 
Kiedy medytujesz, to Jezus 
modli się w tobie do Ojca w Duchu.
Jesteś niesiony żarem Jego miłości.
Bądź jak rzeka służąca każdemu,
a przyjdzie czas, że przemienisz się w Miłość.
                                                                                                o. Jan M. Bereza OSB

Ambicja a medytacja


Dzisiejsza Ewangelia wymagając od nas ducha służby stawia nam wysoko poprzeczkę. Zresztą gdyby tylko tego domagał się Chrystus od nas, swoich uczniów, to pół biedy, lecz kiedy wprowadza wręcz rewolucyjną zasadę:, która kompletnie kłoci się ze współczesnym sposobem myślenia, to burzy nasz święty spokój. Zresztą Jezus celuje w burzeniu owego świętego spokoju, jaki chcielibyśmy sobie zapewnić nawet za cenę majstrowania przy wymaganiach Ewangelii. I dobrze, że to robi. Jego napominanie, które powtarzamy sobie raz za razem przy okazji wsłuchiwania się w niedzielną Ewangelię a może i częściej jest jak mantra, która chce skruszyć i ukształtować nasze serca i nasz sposób myślenia na nowo, tak jak było to w przypadku Apostołów.
Zresztą dzisiejsza Ewangelia pozwala nam zajrzeć w życie prywatne apostołów, których Jezus stara się ukształtować. Można powiedzieć, że odkrywa przed nami jedną z rozmów i zdarzeń, które są czymś na kształt ich nowicjatu. Słyszymy, że „pouczał ich”, chciał, wychodząc jak zawsze od konkretnej życiowej sytuacji – w tym wypadku od ich dyskusji – pomóc im wzrastać.
Niestety! Uczniowie nadal trwają w całkowitym „niezrozumieniu”. Nie pojmują tego, co im Jezus wyjaśnia.Po pierwsze: Dlatego, że to czego On od nich wymaga jest bardzo trudne? Ale też dlatego, że zajmuje ich coś innego: problem znaczenia i wyższości: „Kto z nich jest największy?”. Oni już widzieli się ministrami przyszłego Mesjasza-Króla i to uderzyło im do głowy.
Nie gorszmy się jednak tymi ambicjami i dyskusją Apostołów, nawet jeśli wydawać się może, że takie postawy powinny być obce najbliższym współpracownikom i uczniom Jezusa — tego Jezusa, który próbuje pokazać im, jak trudna jest droga prowadząca do zbawienia. Ta Ewangelia to także zwierciadło dla nas samych. Ona przekonuje nas, że nikt nie jest wolny od ambicji, nawet ten, kto znajduje się blisko Jezusa.To także przestroga dla nas. Iluż ludzi, początkowo bardzo prostych, upajało się najmniejszym nawet awansem na „przełożonego”. Moglibyśmy takie przykłady zaczerpnięte z życia mnożyć.
A przecież wydawać się może, że Ewangelia powinna być skuteczną odtrutką, zwłaszcza dla nas, którzy się w nią wsłuchujemy. A czy tak jest? Każdy z nas może sam sobie spróbować odpowiedzieć na to pytanie…

Ewangelia pokazując nam upodobania Jezusa, ujawnia upodobania Boga. A to oznacza ni mniej ni więcej, że jeśli ja chcę podobać się Bogu muszę się liczyć z jej wymaganiami i z tym, że czy chcę czy nie chcę będę musiał wprowadzać ją w życie.

Nie sposób nie zauważyć, że Jezus brzydzi się trzema rzeczami: hipokryzją, którą często wyrzucał faryzeuszom; materializmem, którego niewolnikiem łatwo można się stać, tak, że będzie on wyznaczał nam sposób działania, cele a nawet sposób myślenia i ambicją, zwłaszcza tą chorą i przesadzoną, co nie rzadko ma miejsce, gdy przestajemy mierzyć siły na zamiary. Owszem są i dobre rodzaje ambicji, jak chociażby ta Pawłowa, który biegnie do celu jakim jest zbawienie i zrobi wszystko, aby je osiągnąć. Nie zapomina jednak w całym tym biegu, że zarówno siły jak i możliwości realizacji tych ambicji są darem Bożym a nie przejawem egoizmu.[por. 2 Tm]


Chrystus przyszedł, ażeby służyć — wielokrotnie to powtarza i wymaga tego od swoich uczniów — i ma jasną świadomość, że ambicja jest „rakiem”, który zżera gotowość do służby. Nie można być zajętym sobą i jednocześnie troszczyć się o innych — to prosta logika ewangeliczna. A pycha szczególnie nieubłaganie niszczy to, co chcielibyśmy jeszcze nazwać ofiarnością.
Zmieszanie tych dwóch pragnień — służenia i panowania — jest tak zdradliwe, że Jezus reaguje gwałtownie. Nie chodzi już o jakąś nieco abstrakcyjną dyskusję; Jezus siada, przywołuje Dwunastu i wygłasza pamiętną zasadę ewangeliczną, rozdzielającą zdecydowanie chęć panowania od ofiarności: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”.
Chęć bycia pierwszym nie zostaje potępiona, bynajmniej! Przełożeni są potrzebni. Ale nie mogą zapomnieć, że bycie przełożonym jest przede wszystkim służbą i odpowiedzialnością! Chrystus stawiając przed nami takie wymagania przestrzega nas przed jedną z najbardziej niebezpiecznych pokus dla naszej duszy. Przed pychą, matką wygórowanych ambicji, która stawiając w centrum nasze „ja” spycha na dalszy plan nie tylko Boga, ale tez potrzeby innych.
Radykalny przewrót, który się dokonuje dzięki temu żądaniu, jest tak nieprawdopodobny, że tylko Jezus mógł uczynić to szaleństwo zasadą: „Być ostatnim”. Na wszelki wypadek, żeby nikt nie szukał wykrętów, precyzuje: „Ostatnim ze wszystkich, sługą wszystkich”.
Miałoby się ochotę powiedzieć tym, którzy chcą iść rzeczywiście drogą Ewangelii, drogą Chrystusa: „Odwagi!”. Nie jest łatwo rezygnować z własnych ambicji. Nie jest łatwo służyć i co więcej znajdować radość w tej służbie. Nie jest łatwo wreszcie „dać swoje życie” i przeżyć je w duchu służby i to często jeszcze niedocenionej i w dzisiejszych czasach niepopularnej i niedowartościowanej. Lecz tylko godząc się na takie wymagania Ewangelii mamy szansę stać się najwymowniejszym obrazem Tego, który jest prawdziwie Pierwszym ale też i Ostatnim, i przed którym czy ktoś chce czy nie chce i tak ostatecznie będzie musiał zgiąć kolano. Im mniej w naszym życiu gotowości do służby i im więcej chęci panowania i kontroli tym trudniej to kolano zgiąć przed Bogiem zarówno teraz, ale też i przy powtórnym przyjściu Chrystusa.

Miało być jednak o relacji pomiędzy wziętą dzisiaj przez Chrystusa na tapetę ambicją i chęcią panowania a medytacją. A zatem ad rem.


Dobrze wiemy, że doświadczenie medytacji, jako modlitwa ubóstwa i prostoty jest drogą, która prowadzi do przezwyciężenia naszego „ja”. Jest to to samo „ja”, które domaga się nieustannie uwagi, dowartościowania, pierwszeństwa. Jest to również to samo „ja”, które jest w nas źródłem niedobrych ambicji, pokusy kontroli wszystkiego i panowania nad innymi. Johannes Lotz określa je mianem „światowego ja”, rozumiejąc przez to „ja” które ciągle i bez reszty zajęte jest sobą i dlatego kręcące się wokół siebie samego. Jest to „ja” samolubne, powierzchowne, dbające przede wszystkim o swoją korzyść, które chce wszystko zagarnąć dla siebie i które często nie pogardzi żadnymi środkami, aby dopiąć celu. Kto z nas go nie zna? Komu z nas nie dało się we znaki. Jest to to samo „ja”, które przy okazji medytacji narzeka, że mu niewygodnie i nudno, że chciałoby zrobić coś fajniejszego i bardziej aktywnie spędzić czas.
Żarty żartami, ale jest to „ja”, które stanowi poważne niebezpieczeństwo dla rozwoju życia duchowego, gdyż nie znosi ono żadnej władzy nad sobą, włącznie z władzą samego Boga, jest to „ja” wszystkiego dotyka jedynie powierzchownie, gdyż w pogoni za różnorodnością wrażeń i efektów nie ma czasu schodzić głębiej; jest to wreszcie „ja”, które sprawia, że człowiek, który pozwala się jemu kierować jest zupełnie pochłonięty przez świat, który dla owego „ja” jest areną walki i bez którego nie może ono realizować swoich celów.  A zatem przekroczenie owego „ja”, które jest jednym z celów medytacji jest jednocześnie drogą do wyzwolenia. To wyzwolenie dotyczy zarówno uzależnienia od sfery zewnętrznej, jak i wyzwolenia w sferze wewnętrznej, gdyż to pierwsze bez tego drugiego jest niemożliwe i często staje się poważnym błędem tych, którzy chcąc podążać ścieżką życia duchowego uważają, że wystarczy oderwać się jedynie od tego, co na zewnątrz, zapominając, że źródło wszelkiego zniewolenia jest ukryte w nas samych i to tam rozpoczyna się droga do prawdziwej wolności. Próba wyzwolenia od tego, co nas pęta na zewnątrz bez osiągnięcia wyzwolenia od pęt wewnętrznych zawsze musi zakończyć się fiaskiem. Dobrze o tym wiedział Chrystus, który zawsze zachęcał nas, by zaczynać drogę ku wyzwoleniu od własnego serca. 
Medytacja jest doświadczeniem, w którym „ja” samolubne zyskuje największą ostrość. To przecież ono podsyca naszą motywację do medytacji, z nadzieją, że będzie dzięki niej większe, mądrzejsze i silniejsze. Kiedy jednak spostrzega, że doświadczenie medytacji spycha je na drugi plan i sprawia, że przestajemy się nim zajmować, wówczas to właśnie ono burzy się najbardziej domagając się ciągle odpowiedzi na pytania, które zaprzątają nasze myśli, nie dając nam spokoju: „Czy jeszcze długo do końca?”, „Ile czasu tej męki jeszcze zostało?”, „Może spojrzysz na  zegarek? Nie, to może przynajmniej pomyślisz o dzisiejszej kolacji?”; „A ten ból kolan i kręgosłupa nie przeszkadza ci? Nie boisz się, że ta medytacja to strata czasu?”Wszystkie rozproszenia, które przychodzą do nas w czasie modlitwy są jego dziełem. Nasze „ja” bowiem nie lubi być lekceważone, chce za wszelką cenę być na scenie. Owo „ja” to jeden z przejawów naszego egoizmu, który jak podpowiada nam teologia duchowości jest jednym ze skutków grzechu. Jest ono pewnym bytem, który nie potrafi się od siebie samego oderwać, który stara się czerpać wartość z samego siebie i wydaje się sam sobie wystarczać, lecz skutkiem tego jest i to, że nasze „ja” nie czuje potrzeby wykraczania poza siebie i ofiarowania siebie innym, chyba, że mu się to opłaca i służy podbudowaniu jego wartości. W ten jednak sposób koło samozachwytu i samowystarczalności się zacieśnia. Często człowiek współczesny, zabiegany nie dostrzega jak bardo jest zniewolony owymi subtelnymi manipulacjami własnego „ja”, które potrafi ukazywać się pod postacią zaradności życiowej, troski o moje dobro, przezorności. Lecz to zawsze jego maska ukazywana po to aby nie zdemaskować owego małego wrednego tyrana, który zrobi wszystko, aby nie dać się zdetronizować i nie stracić kontroli.
Piszę o tym, gdyż dopiero w doświadczeniu medytacji możemy odsłonić prawdziwe oblicze naszego „ja” i jego konsekwencji. W doświadczeniu medytacji Wschodu dużo więcej  mówi się o konieczności przezwyciężenia „ja”, które w tej praktyce odgrywa decydującą rolę. Niektórzy mistrzowie medytacji dla zobrazowania tego procesu używają porównania do oceanu, ponad którego powierzchnię wznosi się fala będąca właśnie obrazem „ja”  i która poprzez doświadczenie medytacji powinna wrócić do oceanu wszechjedności.
W świecie Zachodu, gdzie do indywidualizmu i roli „ja” przypisuje się większą rolę o konieczności przezwyciężania „ja”mówi się rzadziej. Co nie oznacza, że w chrześcijaństwie przezwyciężeniu i wyzwoleniu od własnego „ja” przypisuje się mniejszą rolę. Czyż właśnie do tego nie nawiązywał Chrystus, gdy mówił: „Ten, kto miłuje swoje życie, straci je, a kto nienawidzi swojego życia na tym świecie, zachowa je.” [J 12, 25]

A zatem ten, kto miłuje samolubne, zabiegane, wystarczające samemu sobie „ja”, to znaczy nie potrafi się z nim rozstać traci swoją prawdziwą jaźń, przez co traci to, co jest prawdziwym życiem (albo mówiąc inaczej w ogóle go nie zna, bo jak wspomniano wcześniej popychany zachciankami swojego „ja” ślizga się po jego powierzchni a z całą pewnością powierzchownego życia, życia bez głębi nie można uznać za prawdziwe i udane).
Kto natomiast walczy z tym „ja”, kto ma odwagę zadać „obumrzeć” dla niego – jak chce tego Chrystus – ten uwalnia się od niego, zyskując swoją prawdziwą jaźń i wstępując tym samym w pełnię życia. Lecz ono może się realizować jedynie w całkowitej wolności.
Medytacja chrześcijańska jest jedną z dróg prowadzących właśnie do obumarcia „ja”. Oznacza to, że umrzeć musi w nas to „ja”, które zrodziło się i utwierdza przez grzeszne samoutwierdzenie. Przy czym grzech oznacza tutaj pewien rodzaj pychy, który rodzi się z przekonania o swoje mocy, samowystarczalności, o możliwości jakiegokolwiek duchowego postępu o własnych siłach, przez co skutecznie odcina nas od całkowitego oparcia na Bogu i Jego łasce. Medytacja jest doświadczeniem ubóstwa, w którym odkrywam, że wszystko jest darem, w którym ogałacam się od wszelkich oczekiwań i pragnień, które chciałoby osiągnąć moje „ja” Jest procesem, w którym uczę się rezygnować z tego, co wydawać się może osiągalnym i namacalnym sukcesem praktyki medytacji, który może stać się pożywką dla mojego rozbuchanego ja, na rzecz bycia, na rzecz całkowitego ogołocenia, na rzecz zgody, że wszystko, co się we mnie dokonuje nie jest moją zasługą i owocem wytrwałej praktyki lecz jedynie darem, na który nie mam żadnego wpływu i który mogę jedynie przyjąć z wdzięcznością. W ten prosty i łagodny (choć burzliwy przez fakt, że nasze „ja” będzie długo dawało o sobie znać zanim ucichnie) dokonuje się proces detronizowania nas samych a zwłaszcza naszego „ja”, które tak chętnie zajmuje w naszym życiu pierwsze miejsce, na rzecz pierwszeństwa Boga. A jak mówi stara maksyma Ojców Kościoła: „Gdy już pozwolimy Bogu wrócić na właściwe Jemu (czyli pierwsze) miejsce w naszym życiu, wówczas wszystko inne wróci także na swoje miejsce i będziemy mogli doświadczyć skutków tego, co jest prawdziwym Bożym porządkiem w naszym życiu poczynając od wnętrza (serca, poprzez emocje i uczucia wyższe) aż po zewnętrzną stronę naszego życia. Gdyż jak wspomniano na początku ów proces zawsze dokonuje się w takim kierunku (od wyzwolenia wewnętrznego, od wyzwolenia naszego serca od pęt wewnętrznych do wyzwolenia od pęt zewnętrznych). A kiedy stanie się on już faktem nigdy nie przyjdzie nam do głowy sądzić, że jest on naszym dziełem. Taki pokój – zgodnie ze słowami Chrystusa – może pochodzić tylko od Boga. 

„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka.” [J 14,27]

A na koniec jeszcze zaproszenie dla tych, którzy nie otrzymali go drogą mailową. 

Jak wspominałem już na naszym blogu cieszymy się z wielkiego daru, jakim jest dla naszej grupy zaproszenie nas do medytowania w kościele Wspólnot Jerozolimskich w Warszawie. Może czas poszukiwań nowego miejsca nieco się przeciągał, ale warto było czekać, bo dar jaki nam ofiarował Pan Bóg przerósł nasze oczekiwania. Dlatego pragnę Was wszystkich zaprosić na pierwsze spotkanie medytacyjne w nowym miejscu już w najbliższą środę, czyli 26 września na godzinę 19.30 do kościoła Wspólnot Jerozolimskich przy ul. Łazienkowskiej 14. 

Tym samym zawieszamy nasze wtorkowe spotkania przy kościele akademickim św. Anny, dziękując duszpasterstwu akademickiemu na czele z Księdzem Rektorem za to, że użyczało nam miejsca na nasze spotkania.
W październiku okaże się jeszcze czy dniem spotkań medytacyjnych w kościele Wspólnot Jerozolimskich będzie środa czy wtorek, gdyż będzie to zależało od grafiku grup, który dopiero zostanie stworzony. Będziemy Was o tym na bieżąco informować. Wszystkim Wam dziękuję za cierpliwość i z nadzieją oczekuję na najbliższe spotkanie medytacyjne, polecając naszą grupę oraz Siostry i Braci ze Wspólnot Jerozolimskich Waszej modlitwie.


Ponieważ na prośbę Siostry przełożonej spotkania te będą miały charakter otwarty, gdyż wpisują się w duchowość Wspólnot Jerozolimskich dlatego zachęcam także do zaproszenia innych osób, których adresów może nie ma w naszej bazie i które dotąd nie odważyły się przyjść a które w takiej formie modlitwy odnalazły swoją drogę.

Z modlitwą i Chrystusowym pozdrowieniem:-)

Nadzieja zawieźć nie może


I stało się…

W dniu dzisiejszym otrzymałem potwierdzenie tak dawno i z nadzieją oczekiwanej informacji, że jesteśmy zaproszeni do medytowania w kościele Wspólnot Jerozolimskich w Warszawie już od przyszłej środy… Raz jeszcze spełnia się kategoryczne, bo potwierdzone osobistym doświadczeniem stwierdzenie św. Pawła Apostoła, że

„Nadzieja zawieźć nie może” [Rz 5,5]

To miło, że sami mamy okazję doświadczyć prawdziwości tych słów. Warto było czekać! Nawet jeśli trwało to długo… Pan Bóg naprawdę potrafi zadziwiać nas tym, co nam ofiarowuje. Proszę Was zatem, abyście łączyli się ze mną w modlitwie za Drogich Siostry i Braci ze Wspólnot Jerozolimskich, którzy nas przygarniają. I zapraszam na spotkania medytacyjne wszystkich Was, także tych, którzy może długo na nie zaglądali, ufając, że Pan Bóg jeśli taka jest Jego wola będzie kontynuował to dzieło, które – jak ufam – sam rozpoczął, dla dobra tych wszystkich, którzy na tej drodze modlitwy znaleźli swoją drogę pogłębiania osobistej relacji z Bogiem.

Jak wspomniano póki co spotkania będą się odbywały we środy. Przynajmniej początku października. Potem zobaczymy czy zostaniemy przy środzie czy wrócimy do wtorku, gdyż jest to zależne od kilku rzeczy. Pozostałe informację przekażę tutaj na blogu a także przez Sławka w piątek, po spotkaniu z siostrą Joanną – przełożoną wspólnoty.

Pragnę także podziękować duszpasterstwu akademickiemu św. Anny, że przez ostatnie cztery lata nas przygarniała zapewniając nam kąt do spotkań. O nich – proszę – także pamiętajcie w swojej modlitwie.

Być w tym, co należy do Ojca


Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany (Łk 2,41-51a). 

Przeżywamy dzisiaj święto świętego Stanisława Kostki, patrona Polski, patrona młodzieży. Człowieka niezwykłego i bezkompromisowego w swojej determinacji dążenia do celu. Fragment, który mógłby być mottem dla tej determinacji i dla jego poszukiwań, ale także i dla każdej i każdego z nas zawarty jest w dzisiejszej Ewangelii, którą przywołałem na początku. Jest – jeśli można to tak określić – jej sercem.
To bardzo przemawiający do mnie tekst. Jezus pozostał w świątyni, bo ona jest miejscem należącym do Jego Ojca. Czy nie umyka nam jednak, kiedy czytamy te słowa bardzo ważny fakt? Tą świątynią jestem przede wszystkim ja – człowiek. Od momentu chrztu świętego jestem świątynią Ducha Świętego, należę do Boga. I Jezus jest we mnie i jakby chciał mi przypomnieć, że ja też: powinienem być w tym, co należy do mego Ojca… To powinno być celem moich dążeń, moich poszukiwań, mottem przewodnim mojego życia.
Jezus jest we mnie, On słucha, On pyta, On uczy i uzdrawia mnie. Tylko czy jestem zdolny to dostrzec, czy chcę usłyszeć Jego głos w moim sercu?
Doświadczenie medytacji to nic innego jak ciągłe uczenie się owego wsłuchiwania się w obecnego we mnie i mówiącego do mnie Jezusa. To zgoda na to, aby Jego Słowo – mające moc stwórczą dokonywało we mnie swojego działania: najpierw uzdrowienia a następnie przemiany mojego serca, jego stwarzania, stwarzania we mnie nowego człowieka.
Jest to także droga naszej prawdziwej wolności, jakiej nie znajdziemy na żadnej innej drodze. Spójrzmy, że oddanie się wyłącznie do dyspozycji Ojca daje Jezusowi absolutną wolność wewnętrzną. Wolność wobec wszystkich ludzkich spraw; wolność wobec wszystkich ludzi, także wobec własnej Matki i przybranego Ojca. W życiu Jezusa nie będzie najmniejszego kompromisu. Wszystko zostanie poświęcone sprawie Ojca niebieskiego a więc ostatecznie sprawie dobra i miłości. Ukoronowaniem całego oddania się Jezusa swojemu Ojcu jest Jego modlitwa na krzyżu: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23, 46).
Z powodu braku pełnego zrozumienia tych słów a może i pewnego oporu przed całkowitą zgody na to aby w naszym życiu realizowała się wola Boża wiara nasza musi przechodzić przez wiele trudności (są w śród nich także jej próby, kryzysy, oczyszczenia), aż doprowadzona zostanie do całkowitego zaufania Bogu. Podobnie dla Maryi i Józefa ów brak zrozumienia był miejscem oczyszczenia ich wiary, ale też szansą jej wzrostu.
Jakżeż bliska jest nam Maryja nie rozumiejąca słów swojego Syna. Bliska, ponieważ bardzo podobna do nas. Nierzadko i my znajdujemy się w sytuacjach, które przerastają nasze możliwości rozumienia. Nie rozumiemy tego, co dzieje się w nas i z nami. Wchodzimy w jakąś niemożność wewnętrznego poznania celowości i sensowności wielu naszych doświadczeń życiowych, wielu praw życia ludzkiego, wielu prawd wiary. Wchodzimy w jakąś pustkę poznawczą.
Niejednokrotnie jakimś wewnętrznym rozdarciu — jak Maryja i Józef — szukamy długo i z bólem serca. A kiedy wreszcie znajdujemy to, czego szukaliśmy, nie rozumiemy tego do końca. Jest to dla nas zakryte. Nierzadko przed pewnymi prawdami naszej wiary stajemy jak przed murem, którego w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przekroczyć. Odczuwamy wówczas wielką pokusę odmówienia tym wydarzeniom, prawdom, prawom jakiegokolwiek sensu, ponieważ sami go nie widzimy. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że jeżeli ulegniemy tej pokusie, wówczas przekreślamy Boże plany wobec naszego życia. To tak jakbyśmy odmawiali Bogu prawa prowadzenia nas przez życie, chcąc układać sobie życie po swojemu.. Skąd my to znamy. Może właśnie ze względu na takie wybory Wiera wcale nie jest rzeczą łatwą i tak wieku od niej odchodzi, bojąc się ryzyka. Bojąc się powierzyć steru swojego życia w ręce Boga, jednocześnie tracąc nad nim kontrolę. Bojąc się wreszcie tego, że wiara zakłada nasze nie wiem, nie rozumiem, zakłada czasem chodzenie w ciemności, gdzie jak zwykł mawiać św. Jan od Krzyża jedynie Bóg może być światłem i jeśli się Go nie uchwycę zabłądzę. Dzisiaj wielu błądzi w ten sposób biorąc sobie za przewodników wiary różnych guru, czy przewodników, którzy z prawdziwym Bogiem niewiele mają wspólnego.
Jeśli jednak będziemy prosili o Boże światło, to On nam go udzieli. A nawet jeśli nie do końca będziemy potrafili zrozumieć pewne sprawy, to zawsze Bóg może nam udzielić innego bezcennego daru na drodze wiary – zgody na to, co dzieje się zgodnie z Jego planem w naszym życiu. Uczy nas tego owo Maryjne rozważanie w sercu niezrozumiałych wydarzeń, które prowadzi nas do odkrywania sensu Tajemnicy. Tajemnica przechodzi przez trudne, bolesne i często niejasne sytuacje życiowe. Dlatego jest Tajemnicą naszej wiary! Tajemnica Boga w życiu człowieka nierzadko spełnia się poza jego osobistym rozumieniem. Bóg nie ma obowiązku tłumaczyć się przed człowiekiem ze swoich dzieł dokonywanych w jego życiu, ale ma prawo domagać się od nas zaufania.

Bóg nie dokona jednak niczego w życiu człowieka bez jego wyraźnego przyzwolenia. W Maryi Bóg mógł dokonać wielkich rzeczy, także poza Jej osobistym rozumieniem, tylko pod jednym, warunkiem, gdyż Ona pozwoliła Mu działać oddając się bez zastrzeżeń do Jego dyspozycji. I to jest jedyna odpowiedź na pytanie o to jak Twoje i moje życie może stać się przestrzenią niezwykłego działania Pana Boga. Może, ale nie musi. Wszystko zależy od nas…
Boże, który mnie przenikasz i znasz doskonale.
Stworzyłeś mnie dla szczęścia, pomóż mi je znaleźć.
Ukaż mi moją drogę życiową.
Spraw, abym wybrał to, co Ty dla mnie zamierzyłeś
i do czegoś mnie sposobił jeszcze w łonie mej matki.
Chcę Ci być posłusznym we wszystkim, chcę iść gdzie mnie poślesz.
Dlatego proszę o odwagę, bym Ci zaufał bez granic,
bo wiem, że mnie kochasz i chcesz mego dobra.
Poprowadź mnie po ścieżkach Twoich.
Amen

Adauge nobis fidem…

Idziemy, pełni oczekiwań
po omacku, w nocy wiary.
Ty nas spotykasz w Adwencie historii,
Jesteś dla nas Synem Najwyższego.
Ze świętymi, którzy chodzą wśród nas,
Panie, Ciebie prosimy:
Adauge nobis fidem!
 
Idziemy, słabi i zagubieni,
często pozbawieni powszedniego chleba.
Ty nas karmisz światłem Bożego Narodzenia.
Jesteś dla nas zaranną gwiazdą.
Wraz z Maryją, pierwszą spośród wierzących,
Panie, do Ciebie się modlimy:
Adauge nobis fidem!

Idziemy, zmęczeni i cierpiący,
z wciąż otwartymi ranami.
Ty leczysz tych, którzy szukają Cię wśród pustkowia.
Jesteś dla nas ręką, która uzdrawia.
Wraz z ubogimi, którzy czekają u drzwi,
Panie, do Ciebie wołamy:

Adauge nobis fidem!

Idziemy, pod ciężarem krzyża,
Po śladach Twojej męki.
Ty zmartwychwstajesz w Wielkanocny poranek,
Jesteś dla nas Żyjącym, który nie umiera.
Wraz z poniżonymi, którzy oczekują odrodzenia,
Panie, Ciebie błagamy:
Adauge nobis fidem!

 
Idziemy, uważni na wezwanie
każdej nowej Pięćdziesiątnicy.
Ty odtwarzasz obecność tego tchnienia,
Jesteś dla nas Słowem przyszłości.
Wraz z Kościołem, który głosi Twoją Ewangelię,
Panie, Ciebie prosimy:
Adauge nobis fidem!
 
Idziemy, każdego dnia który nam dajesz,
z ludźmi, naszymi braćmi.
Ty nas prowadzisz po ziemskich drogach,
Jesteś naszą nadzieją do końca.
Wraz ze światem, 
w którym Królestwo jest pośród nas,
Panie, do Ciebie wołamy:
Adauge nobis fidem! 
Przymnóż nam wiary!
Credo, Domine!*
 
 
* Z hymnu na rok wiary: Wierzę Panie!