Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wiara – otwarcie drzwi, do których puka Bóg

Ciekawą definicję wiary znalazłem w Encyklopedii Powszechnej:

„…postawa psychologiczna wyznawców danej religii, polegająca na przeświadczeniu o prawdziwości jej twierdzeń, mimo ich niesprawdzalności; jest to także zespół tez głoszonych przez daną religię…”.
 

Nauka jak to nauka, ujmuje wszystko w dosyć lapidarny i racjonalny sposób, szkoda jednak, że definicja ta nie wspomina o doświadczeniu, które w przeżywaniu naszej wiary wydaje się zasadniczą kwestią. Doświadczenie bowiem jest tym, bez czego wiara – przynajmniej dla mnie – pozostaje jedynie pewnym rodzajem ideologii. I może to także jest powodem odchodzenia wielu osób od wiary, bo skoro to jedynie zespół przekonań, to przecież przekonania można zmieniać i nie ma w tym niczego dziwnego. Z wiarą, jako doświadczeniem już nie jest tak łatwo, gdyż zakłada ona nawiązanie relacji, zaś zerwanie relacji to już coś zupełnie innego niż zmiana poglądów.

Obserwując z boku dzisiejsze społeczeństwa (zwłaszcza europejskie, gdzie tak wielką wagę przykłada się do zepchnięcia kwestii wiary do sfery prywatnej) trudno jest jednoznacznie określić jakie miejsce w życiu każdego z nas odgrywa wiara. Oczywiście wiara nie musi dotyczyć jedynie kwestii religijnych. Może to być wiara w pieniądz i jego siłę, w siebie i swoją samowystarczalność. Dzisiaj taka wiara wydaje się znajdować więcej uznania w sferze publicznej. Tylko Pan Bóg i zasady, które On nam podpowiada wydają się być zagrożeniem dla tej sfery.

Warunki w jakich żyjemy zmuszają do ciągłej pogoni za pieniądzem, z domu do pracy, z pracy do domu w tak zwanym międzyczasie znajdujemy chwilkę aby zastanowić się czy istnieje jeszcze jakiś sposób lub możliwość „dorobienia po godzinach”. Wszystko jeszcze się kręci, kiedy starcza na zapłacenie czynszu, opłacenie rachunków, rat, kupno nowego ubrania i różnych drobiazgów – kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy pieniędzy zaczyna brakować. Wtedy nagle ginie gdzieś nasza pewność siebie, pewność jutra i nasza wiara w samych siebie i naszą samowystarczalność.

Nie tak dawno przechadzając się ulicą Miodową w stronę kurii spotkałem mojego dawnego kolegę ze szkoły. Stał w gronie osób, które oczekują każdego dnia w kolejce po posiłek przed kościołem oo. Kapucynów. Zobaczył mnie. Poznał. Nieco zdziwił, bo szedłem w koloratce, a nie miał pojęcia, że zostałem księdzem. Nie widzieliśmy się już bowiem ponad dwadzieścia lat. Usiedliśmy, żeby porozmawiać. Uderzyło mnie to, co powiedział. Dopóki nie upadł dopóty nie miał za bardzo czasu pomyśleć o Panu Bogu. Miał kiedyś dom, rodzinę, dobrą pracę. I oczywiście jak wielu innych nie za dużo czasu, żeby myśleć o czymkolwiek innym niż o pracy, bo choć dobrze płacili mieli także adekwatne wymagania. Nie miał jednak siły dźwigać zbyt dużych wymagań, pretensji żony, że zbyt mało czasu poświęca rodzinie (choć przynosił dużo pieniędzy), rosnących oczekiwań szefa. Żeby uciszyć stres i wyrzuty sumienia sięgnął po alkohol. Raz. Potem drugi. I nawet się nie obejrzał jak został na ulicy. Niektóre rzeczy pamięta dosłownie jak mgłę, tyle tylko, że alkoholową. 
Dzisiaj wychodzi powoli na prostą, choć jeszcze długa droga. Trochę działa w fundacji przeciwdziałania alkoholizmowi. Spotyka tam wielu ludzi wierzących. Niestety bardziej wierzą w siebie, w pieniądze, w znajomości. I nie chcą mu uwierzyć, że to złudna wiara. On też miał wielu znajomych. Nawet dobrze sytuowanych, wiele mogących. Dzisiaj się do niego nie przyznają.

Odwołując się do powyższej definicji wiary, jako pewnej postawy psychicznej, wydaje mi się, a właściwie mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że ludzie są dzisiaj bardzo słabi psychicznie, łatwo ulegają depresji, łatwo się załamują i giną stłamszeni przez problemy i tępo życia jakie narzuca nam otoczenie. Kiedy jest źle – zaczynamy zadawać sobie pytania o sens życia, istnienia, odzywa się w nas chęć odnalezienia cudownego środka i recepty na lepsze życie – szukamy, czasami odnajdujemy a czasami błądzimy i kiedy na nowo zatrzymujemy się i zastanawiamy co dalej? Nagle okazuje się, że jesteśmy jeszcze bardziej pokaleczeni niż na początku naszej wędrówki. Szkoda tylko, że te pytania często przychodzą tak późno. Chciałoby się przywołać porzekadło: „Mądry Polak po szkodzie”. Oczywiście nie podważam wagi doświadczenia ani w kwestii dorastania do dojrzałości ludzkiej ani w na płaszczyźnie wiary. Lecz pewnych doświadczeń nie da się już wymazać z naszego życia. Owszem mogą nam posłużyć jako przestroga, jako życiowa mądrość. Ale zawsze będą już miały wpływ na nasze życie, nasze wybory, nasz sposób patrzenia.

Z okien księgarni krzyczą do nas setki tytułów o tym jak zrobić karierę w tydzień, jak postawić kilka kroków i osiągnąć życiowy sukces – autorzy tych pozycji przekonują nas, że nie ma rzeczy niemożliwych do osiągnięcia a rady, które prezentują są gwarantem powodzenia i nadania naszemu życiu właściwego sensu i wartości. Ludzie czytając takie rzeczy – wierzą im, przez co wokół wytwarza się cały zestaw fałszywych wartości którym oddajemy cześć. To takie bożki współczesnego świata. Nie nowe, bo już święty Paweł o nich pisał m. in. w Pierwszym Liście do Koryntian, ale i w innych miejscach także.

Zupełnie źle zaczyna się dziać, gdy owe „bożki” nie działają w naszym przypadku, zaczynamy zastanawiać się co jest nie tak, czy wina leży po naszej stronie czy?


Co w takim momencie zazwyczaj robimy? Dobrze byłoby, żebyśmy przypomnieli sobie, że kiedyś mówiono nam o Kimś takim jak Bóg, który wysłuchuje każdego, do którego wszyscy mogą przynieść swoje utrapienia i problemy prosząc o pomoc. Nazywa się to nawróceniem. Może Bóg nie obiecuje łatwych sukcesów, ale gwarancję prawdziwego szczęścia: Błogosławieni jesteście… [ Łk 6,20 nn] Oczywiście to szczęście, którego przyczyny i wizje rozmijają się zazwyczaj z pojęciem szczęścia w ujęciu świata, ale przynajmniej jest prawdziwe i nieprzemijające.
Niestety zazwyczaj tak nie myślimy. Lecz jak w starożytności na miejsce bożków, które się nie sprawdziły szukamy sobie innych, z nadzieją, że te nas nie zwiodą. Przecież jest ich dzisiaj tak wiele. I całe biada (przywołane zaledwie przedwczoraj w Ewangelii przez Jezusa) polega na tym, że kolekcjonują je także ludzi, którzy mówią o sobie, że są ludźmi wierzącymi. Dlatego ostatnio, jeśli ktoś mówi mi, że wierzy, ja pytam: W co? Czasem rozmówcy wydają się zaskoczeni tym pytaniem. Ale może zdarzy się tak, że to pytanie pobudzi do refleksji i do zobaczenia, jak niewiele nasze codzienne wybory mają wspólnego z prawdziwą wiarą w Boga.

W rzeczywistości tak wiele osób wciąż nie bardzo rozumie i nie zastanawia się nad ty, co oznacza prawdziwa wiara, na czym ona polega, czym się objawia i jak powinna wyglądać. Zresztą sądzę, że prawdziwa wiara wymusza na nas ciągłe zadawanie sobie tego pytania, skoro jest drogą, poszukiwaniem…

Na jednym z blogów – jakich dzisiaj wiele i z których całkiem sporo dotyczy spraw wiary i życia duchowego – znalazłem taki wpis: Nigdy nie wątpiłam w to, że Bóg istnieje, ale do momentu kiedy nie oddałam Mu swojego życia. Dla mnie był Kimś bardzo odległym i prawie nierealnym. Pojawiał się w mojej głowie w chwilach zwątpienia, rozterki i w momentach kiedy sama siebie pytałam co dalej. Był jak dobry wujek, który zabiera na ciastko kiedy jest źle, ociera chusteczką zapłakane oczy i rozumie lepiej niż wszyscy wokół. Przychodziły chwile kiedy wiara w to, że jest Ktoś kto kocha mnie – mimo wszystko a nie tylko dzięki czemuś – dodawały mi siły i sprawiały, że wewnątrz czułam wprost niebiański spokój i pewność, że nie jestem pozostawiona sama sobie, ale przy mnie jest Bóg.

Jedynie w Bogu jest spokój znajduje dusza moja,
Bo w Nim pokładam nadzieję moją!
Tylko On jest opoką moją i zbawieniem moim,
Twierdzą moją, przeto się nie zachwieje.
W Bogu zbawienie moje i chwała moja;
Skała mocy mojej, ucieczka moja jest w Bogu.[Ps. 62,6-8]


Oczywiście każdy z nas pojęcie wiary zdefiniowałby inaczej. I tak powinno być. Bo choć ma ono cechy wspólne dla wszystkich wierzących, to jednak nacechowane jest także bardzo indywidualnym rysem, na który w pływ ma nasza osobowość, doświadczenia, wychowanie, kultura i otoczenie w którym żyje oraz bardzo osobistej relacji jaką ma z Bogiem.

Ciekawym zjawiskiem psychologicznym jest jednak fakt, że mając problemy i doświadczając kłopotów każdy zazwyczaj przypomina sobie o Bogu i do Niego przynosi swoje modlitwy i prośby. Kiedy jest nam źle, kiedy czujemy się osaczeni, zatrwożeni, samotni; zwracamy się właśnie do Niego, bardziej Go szukamy i oczekujemy, że odpowie na nasze wołanie. Spotykam się nierzadko z prośbą padającą z usty ludzi, którzy naprawdę z wiarą nie mają wiele wspólnego, a którzy gdy jest naprawdę źle proszą o modlitwę. Inna sprawa czy ewentualne rozwiązanie trudnej sprawy potrafią potem odnieść do Boga. Niestety zazwyczaj równie szybko o Nim zapominają, jak wcześniej sobie o Nim przypomnieli.

Nagle gdzieś w naszej świadomości zapala się „zielone światełko”, które otwiera nam oczy na Bożą potęgę, na Boże działanie, nagle uświadamiamy sobie, że szukamy Boga ze względu na to Kim jest, co robi, co sobą reprezentuje. Wierzymy bowiem i wiemy, że On nas wysłucha, że nie pogardzi, czujemy się w Jego towarzystwie bezpieczni, Jemu możemy w pełni zaufać.

Oczywiście nie jestem pesymistą. Proroctwa wielu filozofów i socjologów wieszczących w XX wieku rychłą śmierć Boga i religii się nie spełniły. Wydawałoby się, że w dobie dzisiejszej techniki i pogoni za pieniądzem – ludzie zapomną o Bogu – ale na szczęście tak nie jest. Dowodem na to są setki świadectw ludzi, których Boże dotknięcie przemieniło na zawsze, którzy szukali sensu dla swojego życia i znaleźli go w Bogu i głębokiej wierze. Nie mało w tym gronie ludzi nauki, świata biznesu, polityki. I to buduje.

Są też wśród nas tacy, którzy w poszukiwaniu własnej drogi i odpowiedzi na setki pytań trafili do grup obiecujących łatwe i szybkie zbawienie, proste odpowiedzi i raj na ziemi. Wciąż problemem są dzisiaj takie grupy które tak naprawdę z Bogiem nie mają nic wspólnego. I jest ich dzisiaj wciąż nie mało. Co więcej trafiają do nich nie ludzie mało wykształceni, lecz raczej tacy, którzy zmęczeni poszukiwaniami, są spragnieni głębokich przeżyć, duchowych, czy też pewnej elitarności i magii, jaką dają zamknięte grupy, fałszywe nauki czy filozoficzne dogmaty prowadzące ostatecznie donikąd. A co do magii, to jak już wspominałem na tym blogu zadziwia mnie ilość naiwnych ludzi masowo zdążających po porady do różnego rodzaju wróżbitów. Nie wiem czy starożytny Rzym mógłby ilością osób parających się tym fachem konkurować z nami. Niestety to także nie rzadki proceder, z jakim się spotykam w konfesjonale.

W pierwszym liście św. Pawła do Tymoteusza napisano: „…a Duch wyraźnie mówi, że w późniejszych czasach odstąpią niektórzy od wiary i przystaną do duchów zwodniczych i będą słuchać nauk szatańskich” [1 Tym 4,1 ].

Dlatego też, tak ważne jest dzisiaj to co napisał Jan w Apokalipsie 3:20 „Oto stoję u drzwi i kołaczę, Jeśli kto usłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego”.


Dzisiaj nie da się już wymówić, że nie słyszałem tego pukania. Jeśli człowiek go nie słyszy, to jedynie z tego powodu, że sam zatkał sobie uszy i nie chce go usłyszeć.

Każdy z nas dostał od Pana wolną wolę, możliwość dokonywania wyborów. Każdy z nas sam dzierży klucz do drzwi własnego serca i sam decyduje o tym, przed kim je otworzy. Lecz jeśli je otwiera, to musi także liczyć się z konsekwencjami tego, co lub koga zaprasza do środka.


 *     *     *     *     *     *     *
 A skoro już o drzwiach mowa, to załączam obiecany skecz kabaretu Moralnego Niepokoju, o którym rozmawialiśmy po ostatnim spotkaniu medytacyjnym, ze szczególną dedykacją dla Moniki, która stoi przed decyzją o zakupie drzwi:-) 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=HKiIqp74ZhU?fs=1]

Mistrz Eckhart i medytacja


Nie jest tajemnicą, bo wspominałem już o tym na tym blogu, że jednym z moich ulubionych myślicieli jest średniowieczny dominikański mnich zwany Mistrzem Eckhartem. Jego myśli bowiem są dla mnie nieustannie źródłem, które zmusza umysł do wyrywania się z utartych ścieżek myślenia i stereotypów do prawdziwej wolności. Pisząc to mam na myśli również to, że wiele mu zawdzięczam także w dziedzinach, z którymi dane mi było się związać przy okazji mojej pracy. Mam na myśli religioznawstwo, gdyż Mistrz Eckhart jest doskonałym przykładem człowieka budującego swoim sposobem myślenia pomost zrozumienia pomiędzy przedstawicielami rożnych religii takich jak chociażby chrześcijaństwo a buddyzm czy taoizm, będących  przyczynkiem nie do wyrzekania się swojej własnej tożsamości czy do jakiegoś synkretyzm. Lecz do dialogu i otwartości na drugiego człowieka w jego często innym, bo uwarunkowanym kulturowo sposobie myślenia.  Zresztą swojego patrona widzą w nim także protestanci, teiści, ateiści czy panteiści, co jeszcze bardziej podkreśla niezwykłość jego myśli. Można by pokusić się o ocenę, że swoim myśleniem mocno wyprzedzał współczesne mu czasy, przez co nierzadko był nie rozumiany przez swoich. Wystarczy wspomnieć, że pod koniec swojego życia przez swoich przełożonych został zmuszony do milczenia i że cieniem na jego twórczości położyło się oskarżenie go o herezję. Jego postać przypomina mi po troszę innego mistyka i myśliciela – św. Jana od Krzyża, także odrzuconego przez swoich i pod koniec życia podobnie jak Eckhart –  zapomnianego.
Na szczęście przetrwał dzięki jego wiernym uczniom i odnalazł rekompensatę w pracach późniejszych filozofów, takich jak Hegel, Schelling, Schopenhauer, Heideger czy Jaspers, którzy odkrywając jego myśli, uznali je za fundament europejskiego ducha.
Dzieląc się fenomenem jego myśli pozwolę sobie przywołać pewną opowieść z życia Mistrza Eckharta, będącą jak sądzę także dobrym komentarzem do doświadczenia medytacji.
Podczas jednej ze swych licznych podróży Mistrz Eckhart spotyka rycerza, który przysiadłszy na kamieniu spogląda przed siebie.
– Czemu tak siedzisz i patrzysz mój synu? – pyta Mistrz Eckhart
– Rozmyślam – odpowiada rycerz.
– To dobrze. A nad czym?
– Myślę nad tym, jak powinno się tu na świecie żyć.
– Cudownie! – woła mistrz. I jak?
– Co jak? – pyta rycerz.
– Jak twoja konkluzja?
– Żadna. Jestem bezradny. – odpowiada rycerz.
– Ooo, to jeszcze lepiej. – uśmiecha się Mistrz. A wiesz może dlaczego?
– Jasne – mówi rycerz. Nie umiem pogodzić trzech rzeczy. Pierwszą jest bogactwo. Oczywiście chcę być bogaty. Chcę mieć świetnego konia, ładny zamek, piękny i wielki las przy zamku, łąki, rzeki, góry, jeziora, wioskę i ludzi, którzy do mnie należą i skwar, na którym moi ludzie tańczą i śpiewają z radości. I tysiącletnią lipę.
– A gdy to wszystko posiądziesz? – pyta Mistrz
– Nie w tym rzecz. Jak w tych ciężkich czasach miałbym zacząć zdobywać taki majątek? Czy mam go innym odebrać, czy mam rabować, mordować, dręczyć ludzi i wyzyskiwać ich, jak czyni to wielu innych?
– Dlaczego by nie?
– Albowiem chcę jeszcze drugiej rzeczy: honoru – kontynuuje rycerz. Ludzie powinni wymawiać moje imię z szacunkiem. Powinni mówić: równy z niego facet, do tego jeszcze prawdziwy człowiek, gdyby wszyscy byli tacy jak on, świat byłby uporządkowany. Gdziekolwiek bym się nie pojawił, ludzie powinni mnie miłować.
– Ooo, do stu piorunów! – krzyknął Mistrz Eckhart.
– Tak! I jak mam się przy tym wzbogacić? – pyta zafrapowany rycerz. Nawet jeśli bym się czegoś dorobił, będą mi zazdrościć, starać się mi zaszkodzić, będą mnie oczerniać. A gdybym chciał bronić własnej skóry, przestanę być znowuż lubiany.
– No cóż – rzecze Mistrz Eckhart przechadzając się.
– I jeszcze sprawa trzecia: miłość Boga – dodaje rycerz.
Mistrza zatkało:
– Nawet to?
– Co znaczy nawet to? – pyta rycerz. Nie nawet, lecz przede wszystkim. Chcę żeby Bóg mnie wspierał, żeby przyjął mnie do swego wiecznego raju, gdy kiedyś to wszystko tutaj dobiegnie końca, żeby pomagał mi w moich zmaganiach, bym zawsze zwyciężał.
– I oczywiście nie dajesz sobie z tym wszystkim rady? – pyta Mistrz z przekąsem.
– Oczywiście, że nie – odpowiada rycerz. Nie ma wszak pokoju na świecie, każdy walczy z każdym i nie ma nikogo, komu zależałoby na sprawiedliwości.
Mistrz Eckhart potrząsnął głową i rzekł:
– Ani chybi ku zagładzie musi zmierzać świat, skoro wszyscy myślą tak jak ty.
Rycerz drgnął.
– Jeśli każdy będzie się starał wydrzeć ze świata możliwie jak najwięcej – kontynuował Mistrz – to dużo z niego nie pozostanie. Wzbogacić będziesz się mógł jedynie kosztem innych. Skąd zatem miałby się wziąć pokój? I skąd sprawiedliwość, jak każdy pragnie nosić wielkie imię kosztem innych, obnosić się, afiszować? I jakby jeszcze tego było mało, pragnie zawłaszczyć dla siebie Boga. Gdyby wszyscy tak czynili!…
– Ale przecież wszyscy tak czynią! – odparował rycerz.
– Właśnie! – rzecze mistrz Eckhart i odchodzi.
Gdy jednak po pewnym czasie powraca widzi rycerza nadal siedzącego na kamieniu.
– I co? – rzecze Mistrz Eckhart
– Przemyślałem twoje słowa – odpowiada rycerz. Niektóre wprawdzie obco dla mnie brzmiały, lecz chyba muszę przyznać ci rację.
– Wcale mi na tym nie zależy – odpowiada Mistrz.
– Niektóre zaś – ciągnął dalej rycerz – wydały mi się znane. Niektóre z owych wątpliwości i pytań mnie również zaprzątały już głowę. Zapomniałeś mi jednak powiedzieć, co mam czynić?
– Nic! – rzecze Mistrz Eckhart. Absolutnie nic nie masz czynić i absolutnie niczego nie masz chcieć. Siedzieć na słońcu i nie pytać, czy jest twoje. Spoglądać z radością na łąki, rzeki, jeziora i góry i nie chcieć ich posiadać. Radować się ludźmi i nie chcieć wiedzieć, czy i co o tobie mówią. Im mniej od nich oczekujesz, tym bardziej jesteś wolny. A Bóg? Jego zostaw najlepiej w spokoju! Wtedy będzie twój. Ze wszystkim się pogódź: z ziemią, z niebem, może nawet z piekłem; z życiem, ze śmiercią, jeśli potrafisz to sobie wyobrazić, to nawet z wieczną nicością. Niczego nie chcieć, to jest to! Kto tak wiele pragnie jak ty, już jest zgubiony.
Mistrz Eckhart co jakiś czas wracał myślami do owego spotkania. Co pewien czas widział przed sobą obraz rycerza, jakby swój pierwowzór. Zadziwiający człowiek – myślał o nim. Rozmyślał, marzył, układał wiersze, śpiewał. Siedział na kamieniu, po środku krajobrazu i myślał. W herbie miał ptaka, i choć jeszcze w klatce, to jednak ptaka…
Przywołuję tę opowieść, gdyż jest ona doskonałym tłem do rozważań o modlitwie, zwłaszcza o medytacji.  „Nic nie robić. Siedzieć w słońcu i nie pytać czy jest twoje”. No właśnie. Podstawą modlitwy jest przede wszystkim bycie. Nie mniej ważna jest jednak nasza wewnętrzna postawa. Mistrz Eckhart doskonale wyraża ją słowami: „Niczego nie chcieć, to jest to!” Komuś wydać może się to dziwne, lecz dobra modlitwa wymaga od nas swego rodzaju ubóstwa, które wyraża się rezygnacją z oczekiwań czy wyobrażeń tego, co jest jej owocem. Jeśli bowiem nie potrafimy się wyzbyć tych oczekiwań, to bardzo szybko przyjdzie rozczarowanie i zawód, że nie ziściło się to, co zgodnie z moim oczekiwaniem czy wyobrażeniem powinno być owocem modlitwy. Znam wiele osób, które odrzuciły modlitwę właśnie dlatego, że nie spełniła ich oczekiwań. Pan Bóg – ujmując to słowami rycerza – nie chciał pomagać w zmaganiach i nie chciał, żeby stanęło na tym, co sobie wymyślili.
Jeśli jednak zgodzę się na to, żeby niczego nie oczekiwać, wówczas wszystko, czego doświadczę i co stanie się owocem modlitwy będzie dla mnie darem, który przyjmę z wdzięcznością, lecz nigdy nie stracę poczucia właśnie tego, że to dar. Łaska i nic więcej. Nie jest on owocem mojej zasługi, wierności, czy wytrwałości. Jest jedynie darem bezinteresownej miłości Boga. Jedyne, co mogę zrobić, to stanąć przed Nim z pustymi rękoma. Im bardziej są puste, tym bardziej Bóg będzie mógł je napełnić. A im bardziej próbuję nimi coś uchwycić, nie ważne czy dotyczy to wartości materialnych czy duchowych, o tyle mniej w nich pozostaje miejsca na to, by Bóg coś w nie włożył.
”Im mniej od nich oczekujesz, tym bardziej jesteś wolny. Niczego nie chcieć, to jest to! Kto tak wiele pragnie jak ty, już jest zgubiony” – mówi Mistrz Eckhart. To doskonałe wprowadzenie do medytacji – modlitwy, która właśnie uczy nas swoim stylem ubóstwa, ogołocenia i zgody na to, co Pan Bóg chce nam dać i gdzie chce nas doprowadzić a nie realizacji tego, co sami sobie wymyślimy.
I jeszcze jedno. Każdy z nas ma w swoim herbie ptaka, który jest symbolem wolności, do której zostaliśmy powołani. A to czy jest on jeszcze w klatce czy też zdołał się już z niej wyrwać zależy do nas…

Trudny dialog


Dzisiaj we wszystkich kościołach w Polsce na prośbę Episkopatu odczytywany jest list zawierający tekst porozumienia, jakie zostało podpisane 17 sierpnia tego roku pomiędzy abp. Józefem Michalikiem – reprezentującym Kościół katolicki w Polsce a patriarchą Moskiewskim i Wszechrusi Aleksym II, reprezentującym Rosyjski Autokefaliczny Kościół prawosławny.
Podpisanie dokumentu odbiło się szerokim echem zarówno w mediach jak i w wielu środowiskach zarówno katolickich jak i prawosławnych, wzbudzając wiele kontrowersji i szereg opinii nierzadko krytycznych wobec tego dokumentu. To, co szczególnie podkreślali krytycy to fakt, że w dokumencie jedynie ogólnikowo wspomniano o bolesnej historii, która najpierw domaga się ukazania jej w prawdzie a dopiero potem gestów pojednania i ewentualnego przebaczenia. Ponadto wielu krytyków mocno podkreślało, że jest to wydarzenie mocno uwikłane w polityczne zależności, co umniejsza jego wartość, gdyż jak sugerowali patriarcha Moskwy i Wszechrusi nie czyni niczego bez uzgodnienia z władzami Federacji Rosyjskiej a często pod jej dyktando.
Wspominam o tym, bo z okazji podpisania tego dokumentu zadawano mi wiele pytań (zarówno osoby prywatne jak i medialne) z nim związanych, prosząc o moja opinię jako osoby, która z racji pełnionej funkcji zajmuje się dialogiem ekumenicznym. Stąd moja mała refleksja, jaka podejmuję właśnie w tym miejscu.
Po pierwsze myślę, że dobrze, że z treścią tego porozumienia mogli się zapoznać wierni w kościołach. To okazja do wsłuchania się w – moim zdaniem – głęboką i mocną treść tego dokumentu, po to by móc wyrobić sobie na jego temat osobista opinię. Oczywiście warunkiem szczerego wczytani a się w tę treść jest próba odczytania go bez emocji, które zawsze zaciemniają zawsze prawdę. Tło tworzenia tego dokumentu jest mi bliskie z tego względu, że jedną z osób przygotowujących jego podpisanie jest biskup, z którym mam przyjemność na co dzień współpracować – dobry ekumenista i doskonały znawca rosyjskiej duszy. Warto zatem nadmienić, że jego ostateczna wersja została okupiona wieloma długimi dyskusjami i to wcale nie łatwymi. Tym bardziej, że zwłaszcza prawosławna strona (zwłaszcza wielu duchownych tamtejszego Kościoła) podchodziła i podchodzi do tego dokumentu z wielką rezerwą. Do niedawna żadna zresztą ze stron nie myślała o podpisaniu tego dokumentu w „oprawie politycznej” jak ostatecznie się to dokonało. Miejscem jego podpisania miał być Sekretariat Episkopatu Polski, przy uwzględnieniu ewentualnej gościny udzielonej przedstawicielom państwa. Ale od początku miał to być dokument kościelny i jako taki był zawsze przygotowywany w ramach trwającego już przecież od kilkudziesięciu lat dialogu bilateralnego między kościołami. Stało się nieco inaczej i bez wątpienia przeniesienie tej uroczystości na zamek królewski, przy gremialnym udziale władz państwa nieco zmieniła jego wymowę, gdyż została odebrana przez społeczność jako widowisko kościelno – polityczne. Nie wnikam, dlaczego ostatecznie tak się stało, ale z punktu widzenia ekumenii sytuacja ta nie wpłynęła na jakość tego wydarzenia z perspektywy dialogu między chrześcijanami, która to perspektywa dla nas – ludzi Kościoła – powinna być podstawową. I dlatego ja sam jedynie z takiej perspektywy chcę na to wydarzenie spoglądać. Może się bowiem okazać, że dając się zbyt łatwo manipulować różnego rodzaju komentatorom, których podstawa myślenia nie jest duch Ewangelii my sami – jako uczniowie Chrystusa – pozwolimy by nasza uwaga skupiła się na rzeczach nie najważniejszych a na drugoplanowych. A NAJWAŻNIEJSZA ZAWSZE JEST MIŁOŚĆ!
Dlatego dla mnie z punktu widzenia troski o jedność Kościoła, który kocham i któremu staram się służyć najważniejsze jest pytanie, czy podstawą tego dokumentu była miłość, pragnienie wybaczenia – jakiego od nas oczekuje Chrystus, oraz pragnienie dążenia do coraz większej jedności – zgodnie z pragnieniem naszego Mistrza, który modlił się w Modlitwie Arcykapłańskiej: Aby byli jedno? [J 17,21] Jeśli bowiem odpowiedź na te wszystkie pytanie będzie twierdząca, to o nic nie musimy się martwić, gdyż Bóg sam dopełni dzieła, jakie rozpoczął i w konsekwencji będzie prowadził do pojednania w prawdzie i w miłości. Tym wszystkim, którzy najpierw domagają się zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone w przeszłości i uznania win odpowiadam:  Boję się prawdy bez miłości, gdyż taka rodzi jedynie chęć odwetu i rozdrapuje stare rany. Jeśli natomiast na pierwszym miejscu postawimy miłość i to miłość miłosierną, to nie musimy się obawiać o to, czy poznamy prawdę, gdyż miłość zawsze prowadzi do prawdy i do prawdziwego przebaczenia, choć niejednokrotnie wymaga to czasu. Ale któż ma większą cierpliwość i kto potrafi czekać na owoce jeśli nie miłość właśnie, wedle słów św. Pawła : Miłość cierpliwa jest… [1 Kor 13,4]
Natomiast jeśli u podstaw tego dokumentu nie leżała miłość tylko polityka, to i tak nic z tego nie wyjdzie, chyba, że wcześniej dokona się nawrócenie na poziomie ludzkiego serca i to po obu stronach. Choć także i w tym drugi przypadku nie pozostawał bym bez nadziei, gdyż Pan Bóg jest niezwykłym Reżyserem ludzkiej historii, i jeśli człowiekowi nie zabraknie otwartości na Jego natchnienia, to również dokument  napisany pod dyktando politycznych zysków potrafi wykorzystać, jako fundament do zmiany ludzkiego życia. Jeśli tylko człowiek chce. Pan Bóg przecież wiele razy w historii udowadniał nam – ludziom tak bardzo ograniczonym i zapiekłym w swoim myśleniu i patrzeniu – że potrafi pisać prostymi zgłoskami na krzywych liniach naszego życia.
Dlatego dla mnie bez względu na to co z ludzkiej strony  było źródłem tego porozumienia, ów dokument ma wielka wartość, tak jak wszystko, co ma w sobie nawet odrobinę dobra. Resztą ufam, że przy odrobinie ludzkiej dobrej woli Bóg wydobędzie. Dla mnie – jako osoby zajmującej się czynnie ekumenizmem – w tym wszystkim a zwłaszcza w dialogu z naszymi Braćmi z innych Kościołów zawsze mottem przewodnim były słowa św. Pawła: Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemna miłością [Rz 13,8]. Ona potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, czego niejednokrotnie sam byłem świadkiem i zabezpiecza nas przez zbyt pochopnymi i niesprawiedliwymi osądami.

Medytacja – droga do wewnętrznego pokoju


O Boże, użycz mi pogody ducha, 
abym godził się z tym, 
czego nie mogę zmienić, 
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, 
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego. 
Pozwól mi, cały ten dzień przeżyć 
w świadomości upływającego czasu. 
Pozwól mi rozkoszować się chwilą 
w świadomości jej ograniczenia. 
Pozwól mi zaakceptować konieczność, 
jako drogę do wewnętrznego pokoju. 
Pozwól mi, za przykładem Jezusa, 
przyjąć także ten grzeszny świat, jakim jest, 
a nie, jakim ja chciałbym, aby był. 
Pozwól mi zaufać, że będzie dobrze, 
jeśli zdam się na Ciebie i Twoją wolę. 
Tak będę mógł być szczęśliwym w tym życiu 
i osiągnąć pełnię szczęścia z Tobą 
w życiu wiecznym. 
Amen.    

Każda modlitwa jest zazwyczaj ukierunkowaniem naszego serca i naszych myśli.
Prawdziwa modlitwa (a mówiąc to mam na myśli taką, która angażuje człowieka – jego serce i umysł a nie jest jedynie odklepywaniem pewnych formuł, byle tylko coś zaliczyć i skończyć) prowadzi nas bowiem do spotkania, jest urzeczywistnieniem tego Królestwa, o którym Jezus mówił, że jest pośród nas. Modlitwa stwarza pomost łączący codzienną rzeczywistość z wymiarem duchowym. Oczywiście te dwie rzeczywistości nieustannie się przenikają, lecz nie zawsze żyjemy świadomością owego przenikania. Stąd modlitwa jest doświadczeniem, które sprawia, że ta świadomość w nas się budzi a z czasem staje się nieodzownym towarzyszem naszej życiowej wędrówki. Jak bowiem Chrystus mógłby stawiać przed nami zadanie, abyśmy się nieustannie modlili, gdyby najpierw nie zrodziła się w nas świadomość, że w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, a więc, że jesteśmy z Nim w ciągłym kontakcie (przynajmniej możemy być, jeśli my go nie zerwiemy, jeśli nie zatrzaśniemy drzwi). A wówczas nasze życie będzie stawało się modlitwą. Modlitwą będzie wszystko, co robię. Gdyż tak naprawdę modlić się, to kochać. A jeśli będę uczył się wszystko czynić z miłością, wówczas moje życie będzie nieustannym strumieniem modlitwy i to modlitwy stwórczej, gdyż miłość zawsze jest stwórcza. W ten sposób uczestniczy w wielkim dziele odwiecznej miłości Boga. Z kolei życie w duchu miłości daje nam wolność. Ta wolność zresztą przejawia się także w tym, że duchowa łączność, w której mogę nieustannie trwać sprawia, że moje życie nigdy nie jest ograniczone do doczesności. Wszystko bowiem, co wyrasta z miłości i z ducha odciska swoje piętno w wieczności. A zatem już tutaj uczestniczę w życiu wiecznym, o którym mówił Jezus, i które mam dzięki mojemu włączeniu w Jego życie. To z kolei staje się w nas źródłem pokoju. Pokoju tak głębokiego, że nikt i nic nie zdoła go – zgodnie z obietnicą Jezusa – nam odebrać, gdyż jest on darem samego Boga, w łączności z którym trwamy. Tak więc w modlitwie zawarta jest bezgraniczna siła, która łączy nas ze źródłem życia, z wszechmocą nieskończoności, z Bogiem, naszym Ojcem. 
Prawdziwej modlitwy trzeba się jednak nauczyć. Jak wspomniano bowiem na początku modlitwa, która płynie tylko z ust, nie doprowadzi nas do ziemi obiecanej wewnętrznego życia. Słowa wypowiedziane bez wewnętrznego zaangażowania  nie otwierają drzwi naszego wnętrza, na działanie przemieniającej obecności Boga, który pragnie wejść i zamieszkać w moim sercu ze swoją łaską i miłością. I nie chodzi o słowa, długość modlitwy lub inne jej zewnętrzne cechy. Siła nie leży ani w samym słowie, w literze, w dźwięku. Prawdziwa modlitwa rodzi się w głębi wnętrza – wypływa z duszy i z serca. W prawdziwej modlitwie dziecko mówi do swojego Ojca w swoim wnętrzu. Mówi nie przez słowo, ale przez to, że jest, że kocha i że z zaufanie powierza się Jego miłości. To właśnie to zaufanie i ta miłość stają się siłą zdolną skruszyć najtwardsze mury i uleczyć najbardziej bolesne rany. To właśnie to zaufanie, które umieszcza nasze życie w miłujących dłoniach samego Boga zdolne jest stać się źródłem niczym niezmąconego pokoju w nas. Źródłem wewnętrznej radości, której nic i nikt nie zdoła nam odebrać. Radości tryskającej ku życiu wiecznemu. 
Istnieje taki aspekt medytacji, który jest dobrze znany z doświadczenia każdemu, kto medytuje. Mam na myśli aspekt wpisany bardzo głęboko w tradycję chrześcijańską. Chrześcijanin bowiem wie, że Jezus jest Drogą, Prawdą i Życiem. I że jak sam powiedział, przyszedł po to, aby dać nam swój pokój i ten pokój nam zostawić.

Święty Łukasz rozpoczyna swoją Ewangelię, mówiąc, że Chrystus przyszedł po to, „aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju” [Łk 1, 79]. Ten pokój, o którym wspomina ewangelista jest czymś wyjątkowym i można go doświadczyć jedynie w Chrystusie.
Święty Paweł podejmując tę myśl w swoim Liście do Rzymian mówi: „zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa” [Rz 5,5].
Medytacja jest właśnie tą modlitwą, którą można by bez przesady określić mianem „bramy prowadzącej do doświadczenia Chrystusowego pokoju”. Jest to bowiem droga do zamieszkania w nas samego Chrystusa, poprzez słowo. Wypowiadane przez nas słowo, w które jednocześnie wsłuchujemy się całym umysłem i sercem, jest niczym zasiewanie ziarna pokoju w nas, z którego ma wyrosnąć owoc. Ale doświadczenie medytacji to także szukanie pokoju. A gdzie szukać go lepiej niż wchodząc przez tę szczególną modlitwę do naszego wnętrza, gdzie Chrystus zamieszkuje w naszych sercach. Poprzez praktykę medytacji tam Go właśnie szukamy a poprzez wsłuchiwanie się w Jego słowo, które wybrzmiewa w nas zanurzamy się w Jego obecność, gdyż Chrystus sam jest Słowem a jednocześnie jest „naszym pokojem” [por. Ef 2,14].
To właśnie w Liście do Efezjan  święty Paweł mówi, że Chrystus jest tym, który zburzył wszelkie bariery (symbolicznie nawiązując do muru świątyni w Jerozolimie, oddzielającego  dziedziniec wewnętrzny, który prowadził do miejsca obecności Boga i na który niektórzy tylko mieli wstęp od dziedzińca zewnętrznego). On także ma moc burzyć to wszystko, co usiłujemy w naszym życiu podzielić na sferę sacrum i profanum, prowadząc do jedności i uświadamiając nam, że w życiu i sercu chrześcijanina nie może być rozdwojenia i że wszystko jest jednością.

Z wnętrza pochodzi wszystko…

To niezwykłe, jak każda z pozoru prosta sytuacja życiowa jest dla Chrystusa okazją do ukazania głębszej – duchowej perspektywy. Wystarczy zwykły zarzut faryzeuszy skierowany pod adresem Jego uczniów i dotyczący zewnętrznej strony praktyk religijnych, aby ukazać, jak bardzo pomylili się zamieniając priorytety i zamiast tego, co wewnętrzne (duchowe) dają pierwszeństwo temu, co zewnętrzne, a więc i mniej istotne.
To, o czym mówi dzisiaj w Ewangelii Chrystusa to ważna przestroga także dla nas. Łatwo bowiem dopada nas pokusa pomylenia priorytetów i dania pierwszeństwa temu, co zewnętrzne przed tym, co wewnętrzne.
Niestety dotyczyć to może także sfery duchowej tak, że ciągle aktualną staje się przestroga proroka Izajasza, przywołana dzisiaj przez Jezusa: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie”. [Mk 7,14]

Chrystus wskazuje na serce jako źródło nie tylko naszych wyborów, naszego sposobu myślenia, ale także zasadniczą płaszczyznę, gdzie rodzi się i rozwija życie duchowe. Niestety dzisiaj wciąż spotyka się wielu ludzi, dla których życie duchowe pozostało jedynie zewnętrzną praktyką, utrwaloną przez lata powtarzania pewnych rytuałów, lecz nigdy nie stało się sprawą serca. Taka religijność niestety nie potrafi przemienić człowieka i nie ma szans stać się prawdziwą motywacją jego wyborów czy sposobu myślenia. A co bardziej tragiczne jak mówi sam Chrystus w dzisiejszej Ewangelii może okazać się wyrazem czci realizowanej na próżno…   
Aby jednak rzeczywistość życia duchowego mogła realizować się na płaszczyźnie serca potrzebna jest przede wszystkim otwartość i pokora. Życie duchowe to bowiem zawsze dar. Wielu ludzi próbuje robić z siebie aniołów, zapominając o tym, że żyją na ziemi. Wydaje im się, że postąpili na drodze życia duchowego tak dalece, że brakuje im tylko skrzydeł. Dlatego Pan Bóg w swojej mądrości pozwala nam czasem doświadczać trudów modlitwy, abyśmy zasług związanych z jej owocami nie przypisywali sobie, jakby chcąc nam powiedzieć podobnie ja faryzeuszom, że więcej szody może przynieść nam pozowanie na kontemplatyka czy charyzmatyka niż pokorne uznanie swojej małości.
Głębia życia duchowego nie polega bowiem na niezwykłych darach, lecz na gotowości całkowitego oparcia się na Bogu. Bliższy Boga jest ten, kto służy mu przez wysiłek zmagania się z własną słabością, wytrwałość, pokorę i czystość serca niż ktoś obdarowany niezwykłymi charyzmatami. Dlatego tak często Chrystus odwołuje się do prostoty, ukazując wartość prostej modlitwy a przestrzegając przed najbardziej wzniosłymi rozumowaniami, jeśli są pozbawione pokory, które jak w wypadku faryzeuszy łatwo rozmijają człowieka z drogą zbawienia.
Dlatego tak ważnym jest, abyśmy w modlitwie i w ogóle w życiu duchowym potrafili przyjmować bardziej postawę tego, kto żebrze i oczekuje na dar niż kogoś, kto chce Boga zaskoczyć swoimi umiejętnościami i swoją elokwencją. Bóg bowiem zawsze wsłuchuje się w serce a nie w słowa. I to On – który zna potrzeby naszego serca – lepiej wie co sprzyja naszemu duchowemu wzrostowi. Dlatego, jeśli otrzymujemy dar łatwej modlitwy czy radość z jej przeżywania, stawajmy zawsze w postawie wdzięczności, gdyż nigdy nie jest to naszą zasługą.
Dlatego tak ważnym jest, abyśmy potrafili doceniać prostą modlitwę. Im mniej w niej słów a więcej oparcia się na mocy Bożej, tym mniej pokus wpadnięcia w samozachwyt i próby zachwycenia Boga swoją mądrością i zdolnościami. Ale trzeba abyśmy wystrzegali się także wszelkiego porównywania z innymi. Jeśli udało nam się za łaską Boga odnaleźć naszą własną formę modlitwy, która prowadzi nas do głębszego zjednoczenia z Bogiem, nie sądźmy, że jesteśmy lepsi od innych. To, co dzieje się bowiem w naszym życiu duchowym nigdy nie opiera się na naszych zasługach, ale na Bożym Miłosierdziu. Dopóki tego nie zrozumiem i nie uznam, mogę nie otrzymać żadnych darów, gdyż mogły by się one stać pożywką dla mojej pychy i w konsekwencji obrócić się przeciwko mnie i mojemu duchowemu wzrostowi.
Dlatego raz jeszcze idąc za radą Chrystusa ważne, abyśmy zwracali się w naszym życiu duchowym ku naszemu wnętrzu a mniej przywiązywali wagę do strony zewnętrznej. Jeżeli bowiem nasze wnętrze nie będzie zaniedbane od strony duchowej o zewnętrzną stronę życia (zarówno duchowego, jak i codziennego) nie będziemy musieli się martwić. Lecz jeśli zatrzymamy się jedynie na płaszczyźnie zewnętrznej (skupiając się na tym, co widoczne dla oczu) możemy w ten sposób zbudować tamę dla łaski, nie pozwalając się jej przebić do naszego serca, a tym samym na jego prawdziwą przemianę, która jest początkiem drogi nawrócenia. 

Owocem modlitwy przeżywanej jako prawdziwa i głęboka więź z Bogiem jest skarb ukryty w naszym wnętrzu. Jednak bez Bożej pomocy i bez Bożego światła nie damy rady go odnaleźć. Dlatego modlitwa powinna być drogą po której zawsze stąpam za Jezusem, wsłuchany w Jego głos a nie Ciągnę Go za sobą wymagając, aby to On słuchał tego, co ja mam do powiedzenia.

I właśnie dlatego Chrystus dzisiaj upomina nas: „Słuchajcie Mnie wszyscy i zrozumiejcie!” [Mk 7, 21] Bez tego zasłuchania nie ma ani prawdziwego życia duchowego, ani prawdziwego chrześcijaństwa, ani zrozumienia tego, czego Bóg od nas oczekuje.