Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Potrzeba ciszy

Udało mi się jeszcze w ostatnim akordzie wakacji nawiedzić jedno szczególne miejsce. Wilno. Pierwszy raz byłem w tym mieście kilka lat temu i zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. W jego spokoju, pięknie, życzliwości ludzi. Kiedy pojechałem do Wilna po raz pierwszy zabrałem ze sobą grupę młodzieży ze szkoły Przymierza Rodzin, w której wtedy pracowałem. Gdy przyjechaliśmy już do Wilna, pomyślałem sobie, że skoczę do osławionej Ostrej Bramy, żeby zarezerwować termin na Mszę świętą w kaplicy przed wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej. Nauczony doświadczeniem Częstochowy i innych sanktuariów, gdzie Mszę w kaplicy cudownego Obrazu trzeba zamawiać ze sporym wyprzedzeniem, miałem nadzieję, że może w ciągu pięciu dni pobytu znajdzie się miejsce, żebyśmy odprawili mszę w samej kaplicy. I jakież było moje zdziwienie, gdy za pierwszym razem dotarłem do Ostrej Bramy i powitano mnie z otwartymi rękoma i powiedziano, że nie muszę czekać…
Przypomniała mi się wtedy pewna miniatura autorstwa ks. Aleksandra Niewęgłowskiego, który ujął to w piękny, poetycki sposób:
Wystarczy chwila, jedno słowo, krótka myśl,
moment zadumy,
aby przejść przez próg
i już stoisz przed obliczem najwyższego.
Nie musisz przedtem umawiać się, wydzwaniać,
zamawiać kolejki.
Jest w każdej chwili do twojej dyspozycji.
Zawsze dla ciebie.
Nie ma humorów,
nie ma biurka zarzuconego pracą,
nie jest zmęczony,
nie spieszy się.
Bóg na wiecznym dyżurze.
Bóg na każde zawołanie. Czeka w ukryciu.

Boże otwartych drzwi, przez które nie zawsze chcę wejść.
Boże czekający.
Boże nasłuchujący moich kroków.
Boże mego monologu, w którym nie dopuszczam Ciebie do głosu.
Naucz mnie rozmawiać z Tobą.
Uczyń modlitwę odpoczynkiem w Twoim Towarzystwie.

Boże w ukryciu,
cichutko zamykam drzwi i staję przed Tobą.
Obroń mnie przed pustymi słowami. 

BÓG NA WIECZNYM DYŻURZE…
I dzięki temu dane nam było odprawiać Mszę w Ostrej Bramie codziennie w czasie naszego pobytu.
Tym razem byłem już bez grupy, trochę za sprawą spotkań ekumenicznych, ale znowu udało mi się spędzić w tym szczególnym miejscu trochę bezcennego czasu.
Najbardziej przejmujące jest dla mnie zawsze czuwanie nocne, które można sobie zafundować przychodząc po prostu wieczorem do Ostrej Bramy. Udało mi się znaleźć na nie czas podczas poprzednich pobytów, udało się i teraz. Wtedy możesz poprosić i zamkną cię sam na sam (choć zwykle jest zawsze kilka chętnych osób) na całą noc z Matką. Wtedy jest czas, żeby o wszystkim powiedzieć, wszystkiego wysłuchać, aby zatrzymać się bez pośpiechu, bez patrzenia na zegarek. Po prostu być. By usłyszeć tego, który najmocniej przemawia w ciszy…
Naucz mnie rozmawiać z Tobą.
Uczyń modlitwę odpoczynkiem w Twoim Towarzystwie.

Boże w ukryciu,
cichutko zamykam drzwi i staję przed Tobą.
Obroń mnie przed pustymi słowami.

Patrząc na świat widzimy coraz częściej zabieganych ludzi, hałas, coraz mniej czasu dla
Boga… Czasem warto zatrzymać się choć na chwilkę, by uchwycić coś, czego nie da się doświadczyć
w tej ciągłej gonitwie. Bóg ciągle woła każdego z nas, kocha nas i pragnie naszej miłości. Pragnie spotykać się z nami, bo jak ktoś to ładnie powiedział jest naszym największym fanem. Chce spotykać się z nami jak z przyjaciółmi. Szkoda, że my nie zawsze odczuwamy taką potrzebę.
Gdy jednak człowiek zaryzykuje, by zaprzyjaźnić się z Jezusem i przestanie traktować spotkanie z nim jak jeden z wielu obowiązków, lecz poprzez pogłębione życie duchowe nawiąże z Nim prawdziwą przyjacielską relację – wszystko się zmienia, człowiek zaczyna spoglądać na świat zupełnie inaczej,
zaczyna dostrzegać wiele rzeczy, które wcześniej były jakby przysłonięte. Powoli zaczyna dostrzegać ten drugi, duchowy wymiar, tak często ukryty przed zabieganym człowiekiem, bo przesłonięty narzucającym się światem materialnym i myśleniem racjonalnym. Jezus jest tym, który otwiera nam oczy.
Bóg pragnie działać w naszym życiu, ale z naszej strony potrzeba
zaufania, otwarcia się na łaskę, szczerej, przyjacielskiej rozmowy, by On mógł żyć w nas.
Jak to powiedziała Matka Teresa z Kalkuty:
„Wszystko zaczyna się od modlitwy, która rodzi się w ciszy naszych serc”.

Dotknięcie Boga

To jeszcze coś na duchowy deser, żeby nie zawsze było zbyt teologicznie i głęboko. W końcu jeszcze są wakacje…
Człowiek wyszeptał: Boże przemów do mnie.
– I oto słowik zaśpiewał.
Ale człowiek tego nie usłyszał, więc krzyknął: Boże przemów do mnie!
– I oto błyskawica przeszyła niebo.
Ale człowiek tego nie dostrzegł, rzekł: Boże pozwól mi się zobaczyć.
– I oto gwiazda zamigotała jaśniej.
Ale człowiek jej nie zauważył, więc zawołał: Boże, zrób cud!
– I oto urodziło się dziecko.
Ale człowiek tego nie spostrzegł.
Płacząc w rozpaczy, powiedział: Dotknij mnie Boże, niech wiem, że jestem tu.
Więc Bóg schylił się i dotknął człowieka. Ale człowiek strzepnął motyla ze swego ramienia i poszedł dalej.
Bóg jest wśród nas. Także w małych i prostych rzeczach, nawet w dobie komputerów, więc człowiek płakał: Boże, potrzebuję Twojej pomocy!
– I oto dostał maila z dobrym słowem i słowami zachęty.
Ale człowiek zmazał go i kontynuował płacz. 


I Koru ciąg dalszy. „Closer”. Miłego słuchania.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=qvmjkeVDlQA?fs=1]

Nie ma góry
       której by odpowiednio wielka wiara,
       nie przesunęła;

Nie ma cudu,
       którego by wystarczająco duża wiara
       nie spowodowała;

Nie ma ciemności,
       w której by odpowiednio wielka wiara,
       nie zapaliła światła;

Nie ma smutku,
       z którego by odpowiednio wielka wiara
       nie czerpała radości;

Nie ma wydarzenia,
       którego choćby mała wiara
       nie nazywała zbiegiem okoliczności;

Nie ma człowieka,
       w którym odpowiednio wielka wiara innych
       nie zmieniła go.

To bez znaczenia, jak głęboko tkwi troska, jak beznadziejne są perspektywy, jak bardzo splątany węzeł, jak wielka pomyłka. Wystarczająca wiara wszystko zmieni. Gdybyś tylko mógł wystarczająco uwierzyć Bogu.

I Believe

Dawno nie miałem okazji zamieszczać tutaj czegoś ze sfery nie dosłownie duchowej, choć muzyka, zwłaszcza dobra, była i pozostanie dla mnie zawsze pokarmem dla ducha.
Chciałem dzisiaj zareklamować utwór, który usłyszałem przy okazji niesamowitej scenerii, która mniej więcej wyglądała tak:
To akurat obraz zrobiony przez niezwykłego fotografa Janusza Laskowskiego (http://www.januszlaskowski.pl/?author=1), ale doskonale oddający wspomniany klimat: Warszawa nocą, widok z XII piętra z mieszkania moich znajomych, spotkanie przyjaciół, ciepłe rozmowy i ta właśnie muzyka w tle: Koru „I Believe”
Czasem myślę sobie: Czy trzeba czegoś więcej żeby stać się uczestnikiem mistycznych przeżyć. Piękno Bożego stworzenia objawia się nie tylko w wysokich górach, czy nad rozległym morzem, którego daleki horyzont przywołuje na myśl rzeczywistość transcendentną. Bóg także objawia się w zgiełku miasta, zwłaszcza tego pogrążonego w nocnej ciszy, gdyż cisza miasta – tej kamiennej pustyni to także dobre miejsce, gdzie można Go spotkać przechodzącego.
Polecam zatem tę nutę na chwilę oddechu od zgiełku życia.
  [youtube=http://www.youtube.com/watch?v=67exjHDFz28?fs=1]
Modlić się to iść ku „Naszemu Ojcu”, Bogu-Miłości, jak rzeka ku swemu źródłu, a światło ku swemu słońcu.
Modlić się to mówić Bogu:
ŹRÓDŁO,
oczekuję od Ciebie wody żywej pomiędzy brzegami mojej codzienności,
bez Ciebie byłbym wodą stojącą,
która gnije i umiera.
SŁOŃCE,
oczekuję od Ciebie światła na moją drogę dnia,
bez Ciebie byłbym tylko dzieckiem nocy
zagubionym na drodze bez wyjścia.
WIETRZE,
oczekuję od Ciebie siły, która napełni moje ustawione żagle,
bez Ciebie byłbym tylko wyrzuconą barką,
która może by wypłynęła z portu,
nigdy jednak nie przekroczyłaby granicy mola.
WIETRZYKU,
oczekuję od Ciebie tchnienia, aby podjąć swój lot,
bez Ciebie byłbym tylko ptakiem,
który się włóczy po błocie.
…a od CIEBIE MISTRZU oczekuję,
byś sprawił, aby z mojego drzewa
i z moich strun wytrysło tajemnicze życie,
gdyż bez Ciebie byłbym tylko bezużytecznym instrumentem
leżącym nieruchomo i głucho w futerale moich dni.
***
Modlić się to iść ku Bogu, który idzie ku nam.
To rozpoznać, że On jest naszym życiem i że On jest naszą miłością.
To całkowicie się skupić i całkowicie się ofiarować,
aby pozwolić się ukochać, zanim przyjdzie wola pokochania.

Medytacja przy nurkowaniu…

Komuś ten tytuł może wydać się dziwny, ale wzorując się na zapiskach Ojca Jana Berezy, który z właściwym sobie wyczuciem dzielił się przemyśleniami na temat medytacji i sięgając do swojego osobistego doświadczenia niczym ojcowie z pierwszych wieków wprowadzając w tajemnicę medytacji pokazywał, że miejscem doświadczenia tego szczególnego rodzaju modlitwy może być każde miejsce i każde zajęcie np. obieranie ziemniaków czy praca w ogrodzie, ja także pragnę podzielić się pewnym niezwykłym doświadczeniem, jakie stało się moim udziałem. Właściwie nie po raz pierwszy  doświadczyłem tego o czym chcę napisać, ale po raz pierwszy uświadomiłem sobie to, czym się dzielę z taką siłą a jednocześnie z pewnym przymusem podzielenia się tym doświadczeniem. Pozwoliła na to moja ostatnia wyprawa żeglarska z przyjaciółmi. Już samo żeglowanie po morzu jest niezwykłym doświadczeniem. Dla mnie poza samą przyjemnością żeglowania jest ono zawsze niesamowitym doświadczeniem duchowym.  Powiedziałbym nawet, że swoistego rodzaju rekolekcjami., 



Nie wiem czy mieliście okazję kiedykolwiek żeglować po morzu. Człowiek zamknięty jest na przestrzeni kilku metrów kwadratowych, stanowiących całą przestrzeń jego życia. To, że dzieli się tak mały obszar z kilkoma osobami, to oddzielne doświadczenie, do którego jeszcze wrócę. Pierwsze odczucie, jakie rodzi się na pokładzie małej kilkunastometrowej łodzi, dokoła której jest tylko bezkresne morze to wielka pokora i zaufanie. Pokora wobec ogromu żywiołu, który gdyby chciał mógłby bez trudu roztrzaskać tę mała łupinę zbudowaną w większości z drewna,  tworzyw sztucznych i odrobiny metalu. Nie dziwię się apostołom, którzy na widok silnych fal na łódce doznali przerażenia. Jak dotąd nie miałem okazji pływać przy większych falach niż sześciometrowe, ale i tak robi to wrażenie. Żywioł, wobec którego człowiek jest w zasadzie bezsilny. I jedyne, co pozostaje, to ufność w to, że tak jak wówczas na małej łodzi jest Ktoś, kto jak wtedy na Morzu Tyberiadzkim, które tak naprawdę jest tylko dużym jeziorem, czuwa nad nią i troszczy o tych, dla których na pewien czas stanowi ona dom. Wszak wszystko jest miejscem Boga, więc dlaczego nie mała łódka na środku morza…



Jak wspomniałem dla mnie każdy rejs jest niczym rekolekcje, gdzie we wszechobecnej ciszy, wobec bicia o burtę fal próbuję odkrywać tę jedyną w swoim rodzaju Obecność. Zresztą chyba żadne miejsce (no może poza dobrym klasztorem) nie działa na mnie tak uspokajająco jak jacht. Wbrew pozorom mały jacht to doskonale miejsce do medytacji. Zawsze, kiedy tylko mogę siadam sobie na dziobie, który jest dla mnie w czasie rejsu maleńkim miejscem odosobnienia i pogrążam się w medytacji. Jestem wtedy tylko ja, morze i cisza. Mogę tak siedzieć godzinami wsłuchując się w nią. Jeszcze większe wrażenie przychodzi nocą podczas nocnej wachty, kiedy morze przybiera czarny odcień i iw ciemności słychać tylko odgłos fal uderzających miarowo o burtę łodzi. Miliony ton wody, która staje się nieodzownym towarzyszem podroży. Wtedy wszystko: woda, rozgwieżdżone niebo, wiatr stają się rzeczywistością, w której uczę się odkrywać obecność Boga. Wówczas wiara przeradza się w niemal namacalne doświadczenie Obecności tego, który wszystko przenika swoją obecnością a delikatne kołysanie łodzi jest niczym kołysanie w Jego dłoniach. Mogę tak trwać godzinami. Wówczas myśli. które na lądzie bywają tak natrętne zlewają się z szumem fal i w jakiś niezwykły sposób odchodzą, ustępując miejsca radosnemu trwaniu. Morze jest niczym pustynia. Nie sposób uciec. Trzeba wyjść naprzeciw doświadczeniu, które staje się naszym udziałem.



Jeszcze mocniej jednak można tego doświadczyć, gdy schodzi się do wody, aby zanurkować. Już dawno nie nurkowałem. Tegoroczny rejs i spokojne morze pozwoliły mi założyć akwalung i zejść pod wodę. Piszę o tym, gdyż jest to doświadczenie, którego nie da się porównać z żadnym innym. Człowiek jest zupełnie sam. Dokoła otulony wodą, która tłumi wszelkie odgłosy. Jedyny odgłos jaki dochodzi do uszu człowieka, to głęboki, miarowy oddech. Wystarczy wtedy powierzyć się wodzie, która sama cię niesie, oddychać głęboko i doświadczyć medytacji, jakiej nie da się doświadczyć nigdzie indziej. I właśnie o tym doświadczeniem chciałem podzielić się przede wszystkim, gdyż daje ono okazję doświadczenia czegoś, czego obawiam się, że nie będę potrafił należycie oddać słowami. Woda, która ogarnia cię ze wszystkich stron, mimo jej ogromu nie przeraża, ale otula cię delikatnie przynosząc wewnętrzny pokój, jakiego nie doświadczyłem nigdzie indziej. Jest to pokój tak przemożny, że ogarnia cię całego: ciało, serce, myśli. To, czego doświadczyłem to to, że czuję się pod woda jak u siebie. Nic nie przeszkadza, nic nie zakłóca twojego umysłu. Cisza, jaka panuje wokoło, przenika cię i wypełnia umysł i serce. Trwasz. I to trwanie staje się powodem wewnętrznej radości. To odczucie tak przemożne, że nie chce się go zostawiać. Pragnie się, żeby ono trwało już zawsze. Spokój, cisza, otulenie przez wodę, która jest obrazem nieustannie otulającej cię obecności Boga, która cię niesie, ochrania a jednocześnie szanuje z tak wielka delikatnością twoją wolność, poddając się temu co robisz, ustępując przed każdym ruchem twojej ręki lub nogi. Nie ocenia, nie stawia oporu. Towarzyszy. Osłania. Pod wodą nawet duże fale, jakie widać na powierzchni są niewidoczne i nieodczuwalne. Jakby także one nie chciały zakłócić tej wszechobecnej ciszy. Przypomina mi się film p. t. „Wielki błękit”. To film o nurkach. O mężczyznach konkurujących w zanurzaniu się na dużą głębokość jedynie na przydechu. Lecz to, co ciągnie bohatera tego filmu do nurkowania, to nie przede wszystkim próba pokonania przeciwnika i zanurkowania jeszcze głębiej, ale właśnie owo doświadczenie jakie niesie samo nurkowanie, które przyciąga niczym magnes, stają się obsesją, zniewoleniem. Film, o którym piszę to dramat, ale mający w sobie jakieś szczególne przesłanie, jakby tęsknotę człowieka za wolnością, którą bohater utożsamia właśnie z głębinami morza, gdzie jest sam na sam ze sobą, gdzie chciałoby się powiedzieć jest u siebie, gdzie nikt i nic nie może się wedrzeć do jego świata i go zakłócić. Gdzie się chce przebywać, bo odnajduje się w nim siebie i pokój, którego nie sposób doświadczyć nigdzie indziej.



Oczywiście woda nie jest naszym środowiskiem życia i trzeba z niej kiedyś wyjść, ale przyznać muszę, że od kiedy zanurkowałem po raz pierwszy zawsze wychodzenie z tego doświadczenia jakie niesie ze sobą nurkowanie przychodzi mi z trudem.  Mogę tak pływać całymi godzinami. Czasem bywa i tak, że temu przejmującemu doświadczeniu towarzyszą jeszcze zapierające dech w piersiach widoki jak np. rafy koralowe, które miałem okazję podziwiać nurkując w Morzu Czerwonym. Wierzcie mi, chciało mi się krzyczeć z zachwytu. I krzyczałem, jeśli można tak powiedzieć trzymając w zębach ustnik od rurki doprowadzającej tlen. Piękno Bożego stworzenia i bogactwo życia, jakie jawi się pod wodą w całej swojej krasie, mieniące się tysiącami barw i stworzeń nie da się porównać z niczym innym. Tym razem nie było raf koralowych, ale i tak widoki są przejmujące jak chociażby ławice rybek, w które wpływasz i które niczym jeden żywy organizm umykają przed tobą, przedziwne, ogromnej wielkości małże przytwierdzone do podłoża z lekko uchylonymi skorupami, dzięki czemu czerpią pokarm z przepływającej przez nie wody, czy wilka różnorodność roślin. Jakbym pływał w wielkim akwarium.


Piszę o tym, bo doświadczenie nurkowania jest dla mnie zarówno doświadczeniem jak i obrazem medytacji , o którym pisał także Jochannes Lotz, który opisując doświadczenie medytacji przyrównał je do roli pływaka. Nie wiem czy już o tym pisałem wcześniej na blogu, jeśli tak to się powtórzę (w końcu „powtarzanie jest matką uczących się” – jak rzecze stara łacińska sentencja) a jeśli nie pisałem, to pozwólcie, że w lapidarnym skrócie przywołam ten obraz:

Obraz pływaka to dobry obraz dla ukazania doświadczenia medytacji. Dopóki człowiek znajduje się na suchym lądzie i tam wykonuje ruchy pływackie, czyta poradniki na temat pływania, mają może one znaczenie przygotowujące do pływania, ale nie są jeszcze właściwym pływaniem. Przychodzi jednak moment, gdy pływak musi porzucić ląd, na którym czuje się pewnie i wejść do wody, stanowiącej bądź co bądź obcy dla człowieka żywioł. Początkowo, gdy zaczyna naukę pływania czuje się w nim niepewnie, boi się, że utonie, dlatego chętnie powróciłby na bezpieczny ląd. Podobnie jest z doświadczeniem medytacji. Można w niej wyróżnić fale przygotowawczą, w której człowiek medytujący jeszcze kurczowo trzyma się przestrzenia poza nią, gdyż nie zna jej jeszcze, mocno doświadcza fizycznego dyskomfortu przy medytowaniu a czasem nawet lęka się trwania w dojmującej ciszy medytacji. Jeśli jednak nie podda się tej pokusie, lecz wytrwale ćwiczy, doskonaląc swoje umiejętności przychodzi moment oswojenia się z żywiołem. Powierzając się wodzie z coraz większym zaufaniem doświadcza tego, że jest przez nią unoszony; z czasem porusza się w niej coraz swobodniej odkrywając radość z pływania. Pomimo tego woda pozostanie dla człowieka żywiołem obcym, który – nawet gdyby czuł się w nim wyśmienicie – musi opuścić, gdyż w wodzie nigdy nie będzie czuł się całkowicie „u siebie”. Woda bowiem nie stanowi przestrzeni życiowej człowieka. Niemniej właśnie ów moment pierwszego skoku do wody i w pewnym sensie powierzenia się obcemu żywiołowi charakteryzuje wejście w prawdziwe doświadczenie medytacji. Z tą decyzją zawsze wiąże się pewne ryzyko. Tak jak w chwili wejścia do wody pływak porzuca znany sobie grunt, który stanowi dla niego bezpieczna przestrzeń bytowania, w której swobodnie się porusza, tak wejście w medytację sprawia, że medytujący musi zaryzykować, zostawiając za sobą znaną i bliska przestrzeń myślenia i poznania racjonalnego, po to by powierzyć się temu, co często wymyka się racjonalnemu postrzeganiu, co jest dlań nieznane, niepojęte i tajemnicze. Na początku medytacyjnej podróży osoba medytująca podobnie jak poczatkujący pływak czuje się w nowej przestrzeni niepewnie, bez znanego i bezpiecznego oparcia. Z czasem jednak przestrzeń medytacji staje się czymś bliższym, ku czemu wracamy z pokojem i tęsknotą. Wytrwała praktyka sprawia, że wraz z nowym środowiskiem otwiera się przed medytującym głębia tajemnicy, tak jak przed pływakiem otwiera się niezmierzona głębia oceanu. Powoli staje się ona przestrzenią, w której medytujący czuje się coraz bardziej swojsko, w której odkrywa nie tylko to, co nieznane, ale także samego siebie, jednocześnie znajdując tam pokój i odpoczynek.  Niemniej będzie to przestrzeń, która zawsze będzie przestrzenią pewnej obcości, dlatego człowiek medytujący nie może ciągle trwać w medytacji, lecz tak jak pływak powraca na brzeg, tak człowiek medytujący wraca do swoich codziennych zadań. Niemniej doświadcza czegoś niezwykłego: im dłużej przebywa on w przestrzeni medytacji tym bardziej ten szczególny duchowy wymiar wnosi w swoją codzienność (tak jak pływak nosi ciągle w sobie tęsknotę za wodą) a ponadto uczy się odkrywać jak bardzo owa codzienność, do której powraca po medytacji jest przez ten inny, duchowy wymiar przenikana. Dzięki temu ów pierwiastek medytacji wprowadzany w codzienność staje się zaczynem jej przemiany, jako przestrzeni, w której także uczymy się odkrywać przenikającą ją tajemnicę.


Jak wspomniałem na początku jeszcze jedna rzeczywistość jest warta przywołania z rzeczonego rejsu. Zresztą dotyczy ona nie tylko tej wyprawy. A jest nią zbieranina ludzi, którzy za sprawą przygody stają na kilka lub kilkanaście dni stłoczeni na pokładzie mniejszym niż powierzchnia przeciętnego mieszkania,. Zazwyczaj jest to grupa 8 – 12 osób, w zależności od wielkości jachtu. Swego czasu miałem okazję odbyć nieco dłuższy rejs na pokładzie Pogorii, znacznie większego jachtu szkoleniowego. Więc zaznaczam od razu, że nie o takim jachcie piszę. Właśnie ograniczona przestrzeń małego jachtu i stosunkowo znaczna co do wielkości jednostki liczba pasażerów sprawia, że na pokładzie takiej lodzi trudno o prywatność. Trochę mi to przypomina życie dawnych klasztorów (o jakim między innymi pisał Merton w początkach swojego życia zakonnego), gdzie wszystko było wspólne: sypialnia, jadalnia, pokój wypoczynkowy. To kolejna odsłona wspomnianych morskich rekolekcji, gdzie uczysz się przestawać z innymi dosłownie przez 24 godziny na dobę, nie mogąc uciec przed tym doświadczeniem, chyba, żeby wskoczysz do morza.  Na szczęście życie na łodzi jest tak skonstruowane, że kiedy jedni cos robią inni śpią, żeby zachować siły na nocną wachtę, albo żeby ją odespać, ale i tak jesteśmy zdani na swoje wady i zalety i niezazbytnio uda się je przed kimkolwiek ukryć, więc nawet taki mały rejs to dobra szkoła poznawania prawdy o sobie. Jeśli tylko ktoś jest na ten rodzaj poznania otwarty, to morze przynieść ona wielkie duchowe korzyści nie mówiąc już o zadzierzganiu się głębokich więzi z tymi, z którymi się pływa. Zresztą także rzeczone wachty przypominają nieco klasztorne oficja. Wszystko ma tu swój ustalony porządek i to czy go przestrzegasz, czy angażujesz się z sercem w wykonywanie przypadających ci zadań ma istotny wpływ zarówno na bezpieczeństwo twoich towarzyszy podróży, jak i na ich samopoczucie. Słowem: taki rejs, to krótka, ale dobra morska szkoła miłości.

Wniebowzięcie i medytacja

Święta Maryjne są zaproszeniem do budowania wiary w Boga na wzór Maryi. Wczytując się we fragmenty Ewangelii, które ukazują wiarę i postawę Matki Bożej, trzeba sobie zadawać pytanie o naszą osobistą postawę wobec Boga, o zasłuchanie w słowo Jezusa i otwarcie na działanie Ducha Świętego w naszym życiu.

Każde słowo, które słyszymy w Magnificat, kieruje człowieka ku Bogu, jako Temu, który jest źródłem i dawcą wszystkiego.


Dzisiaj niestety odzwyczailiśmy się myśleć w taki sposób o Panu Bogu tym bardziej, im bardziej potrafimy być samowystarczalni, zaradni; im mocniej zdobywamy coś dzięki naszym wysiłkom i pracy. A przecież to nie zmienia prawdy o tym, że to Bóg ostatecznie jest dawcą życia, dóbr z których korzystamy czy talentów, dzięki którym je zdobywamy i pomnażamy. I każdy, kto posiada choć odrobinę tej maryjnej wrażliwość będzie jak Maryja człowiekiem radości i wdzięczności, będzie potrafił znajdować radość w rzeczach małych, powszednich i stawać się jej świadkiem; ale też za te zwykłe, powszednie rzeczy, nad którymi inni przechodzą do porządku dziennego będzie potrafił być wdzięczny. To co najbardziej uderzające w postawie Maryi, to to, że nie było w niej za grosz pychy czy egoizmu.  Mówi tylko o Tym, który Ją wybrał i obdarował, a nie o tym czego Ona dokonała. To jest cecha ludzi świętych.

Warto zatem zadać sobie pytanie: Ile w moim życiu jest takich chwil, kiedy mogę powiedzieć: „wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”!? Jeśli dużo, to dobrze, gdyż to właśnie w tych z pozoru zwykłych konkretnych wydarzeniach naszego życia, objawia się Boża wszechmoc i Jego miłość, choć raz jeszcze podkreślmy, że trzeba wrażliwości, aby je dostrzec pośród codziennych, zwykłych spraw. Jeśli zaś takich chwil będących powodem do wdzięczności jest w naszym życiu mało, jeśli łatwiej przychodzi nam narzekać, to warto zapytać siebie: Dlaczego tak jest? Powodem tego, że tak jest z pewnością nie jest fakt, że Bóg się o nas nie troszczy, że nie czyni w naszym życiu wielkich rzeczy, tylko dlatego, że brak nam na to Boże działanie wrażliwości, zobojętnieliśmy na nie i nie potrafimy już dostrzec go tam, gdzie dla innych – ludzi głębokiej wiary i ufności jest ono oczywiste!?

Wniebowzięcie wskazuje jednocześnie na tajemnicę „przebóstwienia” człowieka. „Przebóstwienie” Maryi przez Ducha Świętego nie było powierzchownym ubogaceniem Jej Osoby, lecz całkowitym przemienieniem przez miłość i to samo ma stawać się naszym udziałem, gdy podążamy za Jezusem drogą wiary.

I tutaj Maryja jawi się nam jako Mistrzyni i Nauczycielka modlitwy wewnętrznej. Charakterystycznym rysem takiej modlitwy w postawie Maryi było właśnie owo zasłuchanie się w Słowo Boże. Podobnie w doświadczeniu modlitwy medytacyjnej wsłuchujemy się w to Słowo, powtarzamy je, pragniemy aby ono nas przeniknęło, wzięło w posiadanie, aby zapuściło głęboko korzenie w naszych sercach i naszych umysłach stając się zaczynem owej wewnętrznej przemiany jaka może stać się naszym udziałem, tak jak stała się udziałem Maryi, jeśli tylko zgodzimy się otworzyć na działanie Ducha Świętego w nas. Oczywiście nierzadko owa przemiana dokonuje się w sposób niezauważalny dla nas. Owszem my lub inni – obserwując nas – możemy dostrzec skutki tej duchowej przemiany, ale i tak jej istota pozostanie dla nas tajemnicą.

Doświadczenie modlitwy wewnętrznej będzie również prowadziło nas do jeszcze jednej ważnej cechy, która staje się jej owocem. Jest to owa wspomniana wcześniej wrażliwość. Im bardziej otwieramy się na działanie Ducha Świętego w nas, im bardziej poprzez doświadczenie medytacji uczymy się „oddychać Bogiem i Jego obecnością” tym bardziej będziemy odkrywali z zachwytem, że to doświadczenie z czasem będzie przedłużało się na czas poza medytacją. W ten sposób wszystko będzie nam mówiło o Bogu, wszystko będzie przypominało o Jego obecności, działaniu, o Jego miłości, jakiej obrazem jest otaczająca nas rzeczywistość. Wraz z tym doświadczeniem będzie w nas także rodziła się spontaniczna wdzięczność już nie tylko za konkretne dary czy wydarzenia, jakie stają się naszym udziałem, ale za wszystko, co będzie nam nieustannie przypominało, że w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Czegóż zatem można jeszcze oczekiwać, skoro na wyciągnięcie ręki ma się wszystko.