Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dać sie ponieść nurtowi modlitwy

Pierwszy miesiąc wakacji za nami. Miły czas zawsze szybko mija. Ale nie ma co oglądać się wstecz, trzeba patrzeć do przodu. A przed nami kolejny miesiąc. Myśląc o tym patrzeniu do przodu pragnę też podzielić się radością płynącą z tego, że nasz długi czas oczekiwania i poszukiwania nowego miejsca do spotkań medytacyjnych dobiega końca. Szukajcie a znajdziecie…
Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie w Warszawie; fot. Grzegorz Boguszewski – fotoKAI

Od września bowiem zostaliśmy zaproszenia jako wspólnota modlitwy przez Wspólnoty Jerozolimskie do tego by realizować nasze spotkania w ich ośrodku przy ul. Łazienkowskiej a konkretnie w ich kościele.
Wszyscy, którzy po drodze zniechęcili się i zwątpili, że uda nam się znaleźć jakieś dobre miejsce zapraszam, by podnieśli głowy i nabrali ducha. Nie mam bowiem co do tego wątpliwości, że otrzymaliśmy więcej niż się mogliśmy spodziewać. Miarą wielką, utrzęsioną, opływającą wsypią w zanadrza wasze… I tak oto na naszych oczach wypełnia się prawdziwość Ewangelii. warto było czekać, szukać, nie tracić nadziei.
Myślę, że to szczególny powód do wdzięczności Bogu, do czego i Was zachęcam, ale także powód do wdzięczności  członkom (Przełożonym i kapitule) Wspólnot Jerozolimskich, które w swojej otwartości dostrzegli w naszej medytacji iw pielęgnowanej przez siebie modlitwie wspólnego ducha. Dlatego sądzę, że lepszego miejsca na spotkania medytacyjne nie mogliśmy znaleźć. Przez naszą modlitwę będziemy mogli uczestniczyć bowiem duchowo w tym, co jest powołaniem Braci i Sióstr ze Wspólnot Jerozolimskich – modlić się w zgiełku miast.

Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie w Warszawie; fot. Grzegorz Boguszewski – fotoKAI

Nie mogę jednak nie spojrzeć wstecz, choćby po to, żeby podziękować tym wszystkim, którzy do tej pory przyczynili się do tego, że nasze spotkania mogły się odbywać, stając się dla wielu osób przystania modlitwy. Dziękuję zatem Księdzu rektorowi kościoła akademickiego, duszpasterzom i siostrom oraz wszystkim, którzy otaczali nas przez te ostatnie lata życzliwością, umożliwiając nasze spotkania. Proszę zatem, nie zapominajcie o nich w modlitwie, bo nikt nie staje na drodze naszego życia przypadkiem.
Dziękuję także Wam, którzy uczestniczycie w tych spotkaniach. To już będzie prawie siedem lat, od kiedy mała grupa osób zaczęła spotykać się wtedy jeszcze w moim małym mieszkanku, żeby wspólnie medytować. Dzisiaj lista rozrosła się już do ponad stu sympatyków. Dzięki Siostrom i Braciom ze Wspólnot Jerozolimskich będziemy modlić się w miejscu, gdzie wreszcie wszyscy oni będą mogli się zmieścić za jednym zamachem. Dziękuję, że jesteście, bo stanowicie sens tych spotkań. I dziękuję za to że towarzyszyliście swoją modlitwą naszym poszukiwaniom.

Konkretne informacje pojawią się zapewne na początku września, zarówno tutaj na blogu, jak i dzięki dobroci Sławka, który na bieżąco o wszystkim informuje drogą mailową i bez którego organizacja naszej grupy by padła. Wstępnie dniem spotkań będzie wtorek lub środa. Godzina pozostanie ta sama. O innych szczegółach potem jak siostry i Bracia ze Wspólnot po sierpniowej przerwie wrócą do normalnego planu duszpasterstwa.
Ja tez korzystając z chwili wolnego znikam stąd na najbliższe dwa tygodnie. Spowodowane jest to, tym, że od jutra będę przebywał na morzu a tam brak niestety zasięgu zarówno internetowego jak i telefonicznego. Ot taka pustynia, tylko bardziej wilgotna. Choć to paradoks, że człowiek ma wokół siebie tyle wody, która nawet nie może ugasić pragnienia… Niemniej to dobry czas na to, by więcej czasu poświęcić ciszy, której na środku morza nie brakuje, oderwaniu od tego, do czego się przywiązaliśmy (nawet do ziemi, bo przez kilka dni nie widzi lądu) a przede wszystkim modlitwie, której się tez polecam.


Na koniec pragnę podzielić się rozważaniem, które towarzyszyło na podczas dzisiejszego spotkania medytacyjnego życząc wytrwałości w praktyce.


Jezus powiedział do tłumów:
Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.
Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną, drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. [Mt 13,44-46]

Medytacja to poszukiwanie ukrytego skarbu. Tym skarbem  w jest Bóg ukryty w nas. Powtarzany z wytrwałością werset modlitwy jest jak kilof, za pomocą którego przebijamy się do naszego wnętrza – miejsca, w którym mieszka Duch Święty. To coś więcej niż myślenie o Bogu. Prostota ciągle powtarzanej formuły modlitewnej jest właśnie uczeniem się rezygnacji z naszych wyobrażeń o Bogu na rzecz zaufania, w którym inicjatywę oddajemy całkowicie w ręce Boga. Bóg i Jego działanie zawsze pozostaje dla nas tajemnicą. Słowo powtarzane z wiara jest jak zawierzenie się nurtowi rzeki. Pozwalając się mu nieść mamy nadzieję, że doprowadzi nas ono do celu – spotkania z Bogiem. Lecz idąc tą drogą rezygnujemy z naszych pomysłów na to, jak osiągnąć ten cel a pozwalamy się prowadzić tą drogą jaką wybierze Bóg. Dla jednych będzie to krótsza droga, dla innych dłuższa. Ważne żeby uciekać przed porównywaniem się z innymi czy narzekaniem na wysiłek, na trudności, na to że się dłuży i pozornie nie widać owoców tej duchowej pielgrzymki.
Droga medytacji, to droga zapomnienia o osobie, o własnych zmartwieniach. Ważne jest żeby podążać wiernie za swoją formułą modlitewną.  Im bardziej jest ona osobista, im bardziej jest słowem –  darem dla nas samych tym lepiej. I wraz z oddechem, który jest przejawem życia jakie Bóg w nas tchnął stanową drogę i sposób dojścia do celu.
To, co musimy robić to po prostu trwać. Reszta jest dziełem łaski. Ważne jednak, żeby w tym trwaniu odrzucić wszelkie wyobrażenia o tym, co powinno stać się owocem takiej praktyki. To fałszywa droga. Wchodząc w medytację otrzymujemy już wszystko. Ona sama stanowi już te drogocenna perłę. Ważne żebyśmy potrafili się tym cieszyć. Przestrzeń medytacji, to przestrzeń udzielania się Boga jego dzieciom. Nie muszę już na nic więcej czekać. Nie mogę oczekiwać jakichkolwiek niezwykłych owoców medytacji. To co jest mi potrzebne otrzymuje tu i teraz, nawet gdy jak mi się wydaje nie zasługuję na to. Bóg bowiem udziela się człowiekowi za darmo. I ważne jest to, abym przyjął to co mi ofiarowuje z wdzięcznością.
Medytacja to pełne miłości trwanie w obecności Boga. A do tego nie potrzebuję niczego innego niż być. Być tu i teraz. Skupiony, zakotwiczony dzięki powtarzanemu słowu w tu i teraz. Bo „tu” i „teraz” jest miejscem Boga.








Czasem dobrze posłuchać…

Zamiast ciągle coś pisać i gadać, czasem dobrze posłuchać uczonych. W życiu wielu z nich sprawdza się obietnica Chrystusa Szukajcie a znajdziecie…
To naprawdę inspirujące cytaty i dobry punkt wyjścia do duchowej refleksji. Pozdrawiam.

Medytacja w drodze

Pomimo iż sezon wakacyjny trwa w najlepsze i pewnie można by uznać go także za dobrą okazję do odpoczynku od blogowej pisaniny, to jednak wakacyjne podróżowanie skłoniło mnie do zatrzymania się na chwilę refleksji.
Wakacje bowiem to dla wielu osób okazja do wyruszenia w drogę. Słowo „droga” , które posiada wiele odniesień wydaje się nam bardziej dzisiaj kojarzyć jednak z wymiarem fizycznym niż duchowym. Tymczasem dla nas – chrześcijan ciągłym wyzwaniem jest to, by przemierzając różne drogi fizycznie nie stracić z pola widzenia także tego niematerialnego wymiaru drogi, wydaje się nie mniej ważnego w życiu człowieka wierzącego. No właśnie. Rodzi się zatem pytanie jak wśród naszego codziennego zabiegania, przemierzania wielu dróg nie stracić poczucia tego że wszystkie one włączone są w jedną długą wędrówkę człowieka wierzącego. Także wędrówkę duchową…
W pewnym sensie odpowiedź podsuwa na m już sam termin: DROGA. Jest ona bowiem pewnym łącznikiem. Posiada zarówno punkt wyjścia, pewien kres, ku któremu zmierzamy, jak i nie mniej ważne punkty, które mijamy po drodze, a które nie rzadko na charakter tej wędrówki mają wpływ. Dlatego każdy człowiek potrzebuje wewnętrznego wyczucia tych składników drogi, gdyż dopiero gdy choćby w zarysie ma świadomość swych poczynań i obranego kierunku, jego życie nabiera sensu.


Niestety obserwując współczesny świat nie trzeba być wielkim filozofem ani socjologiem, by zauważyć pewien „kryzys drogi”, jeśli można użyć takiego określenia. Jednym z jego przejawów jest to, że współczesna cywilizacja pogubiła się gdzieś w drodze, jak gdyby nie znając i nie widząc drogi przed sobą i próbując ją nie rzadko dostosować do wymagań i oczekiwań zewnętrznych tworząc zen bardziej drogę konformizmu niż swoją osobistą, wyjątkowa i niepowtarzalna wędrówkę do konkretnie obranego celu od którego wiele zależy (jeśli moim celem jest zbawienie, to ów cel będzie determinował także moje wybory czy wartości na jakich opieram moje życie), ale bywa i tak, że inna odsłoną owego „kryzysu drogi”  współczesna cywilizacja obierając pewien chwilowy (utylitarny) cel próbuje naciskać na wszystkich, by obrali wraz z nią tę (jedynie słuszną) drogę  do niego, walcząc na różne sposoby z tymi, którzy jej nie uznają lub obrali inną drogę i inny cel. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie by zmieniać te cele, jeśli poprzednio obrane zostaną uznane za mało atrakcyjne lub mało aktualne. Ta zmiana celów, które próbuje się ukazać dzisiaj człowiekowi jako chwilowo najważniejsze i konieczne jest powodem częstego miotania się i zagubienia współczesnego człowieka, który nie mając zakorzenienia w jednym konkretnym celu i drodze, której pozostaje wierny często gubi swoja tożsamość.
Ale mając na myśli kryzys pojmuję ten termin w sensie pozytywnym (tak jak zwykło się go uznawać na płaszczyźnie życia duchowego), jako coś twórczego i odkrywczego. Kryzys to bowiem szansa odkrycia pewnej prawdy o sobie (o ile nie boimy się z nią zmierzyć), o tym na jakich wartościach opieramy nasze życie, co jest najważniejsze i do czego przywiązujemy największą wagę a wreszcie okazja do odpowiedzi na to czy czyniąc to postępujemy słusznie. Słowo kryzys pochodzi bowiem od greckiego terminu krinein, co dosłownie oznacza oceniać. A zatem są to sytuacje, które zmuszają nas ze swej natury do dokonania pewnej oceny naszego życia, dotychczasowej drogi czy postępowania. Jeśli ocena ta jednak nie byłaby obiektywna i stała by się okazją uciekania od prawdy, jaką kryzys ujawnia (co nie rzadko się zdarza, gdyż mamy w sobie tendencję do zaprzeczania czy racjonalizacji różnych postaw i wyborów) nie muszę mówić jakie może to nieść ze sobą konsekwencje.
Piszę o tym wszystkim, gdyż obecnie wędrując mam okazję odkrywać nowe kultury czy przejawy życia religijnego, które zmuszają często do myślenia.


I mimo iż nawet współczesne pielgrzymowanie jest częściej niż kiedyś związane z turystyką i pozbawione często dawnych trudów i wyrzeczeń (bo dziś na pielgrzymki udajemy się zazwyczaj autobusem, samolotem), to i tak odwołuje nas ono do ważnego wniosku, że wszyscy jesteśmy „ludźmi w drodze” i czy chcemy czy nie kiedyś ta droga musi się skończyć. Trafiłem niedawno w czasie swojej podróży na wyryty na ścianie jednego z kościołów napis, będący cytatem z Wolfganga Goethego: „Europa zrodziła się w pielgrzymce, a jej językiem ojczystym jest chrześcijaństwo”. Wydawać się może że ostatnio zarówno o jednym jak i o drugim Europa chętnie zapomina.
Przywołałem ten cytat, gdyż dla mnie samego stal się on okazja do pewnej refleksji. Droga bowiem to dar a jeśli zubożymy się o jej poznanie, nigdzie nie dojdziemy. Prawdą jest, że jej rozumienie jest wielką sztuką i należy poświęcić jej czas. Myślę, że czas urlopu jest po temu dobrą okazją, kiedy nic nas nie goni i kiedy możemy zatrzymać się w drodze na chwilę refleksji.
Kiedyś, gdy nowoczesne środki transportu nie były jeszcze tak powszechne droga była okazją do konfrontacji z trudnościami, ze samym sobą, do zatrzymania się przy czymś lub kimś kogo mijaliśmy. Czas urlopu, gdy się nie spieszymy jest okazją do praktykowania większej uważności ( cechy istotnej nie tylko dla życia duchowego), do dostrzegania i zatrzymania się przy tym co mijamy, co robimy, do chwili refleksji lub zwykłego zachwytu, po to by nie przegapić urzekającego piękna tego, co często mijamy w drodze.
Nasze życie nie może być gnaniem jak po autostradzie, gdzie liczy się jedynie cel i gdzie nie mamy nawet czasu by sie zatrzymać, co sprawia że życie z tym, co w nim najbardziej wartościowe przecieka nam przez palce i sprawia, że zaniedbujemy lub pomijamy to, co w nim ważne. Zdolność zatrzymania się i zauważenia tego co lub kogo mijamy w drodze i zachwycenia się jego pięknem jest początkiem drogi kontemplacji.

Oby do wakacji…

Wreszcie wakacje!!!
Ostatnio z pewnym opóźnieniem zamieszczałem wpisy na blogu. Brakowało mi trochę czasu na redakcję tekstów a jak wrzucam coś bez sprawdzenia to potem się przerażam ilością literówek itp. Dlatego proszę o wyrozumiałość, gdy następuje przerwa w pisaniu, bo nie zawsze źródłem tego jest wrodzone lenistwo autora tego bloga:-))
Zazwyczaj czas bezpośrednio poprzedzający wakacje to czas wzmożonej pracy, bo oprócz normalnych obowiązków pozostaje sfinalizowanie różnych spraw, sesja egzaminacyjna, do której wbrew pozorom muszą się przygotować także wykładowcy etc.
W tym roku ciekawym dopełnieniem tych rozmaitości były spotkania, które odbywały się w ramach ogólnie pojętego „Aeropagu”, czyli pewnych inicjatyw podejmowanych przez różne środowiska kościelno-naukowe próbujące wychodzić naprzeciw różnym współczesnym potrzebom. Jednym z takich spotkań był odbywający się w Krakowie w minionym tygodniu „Dziedziniec pogan”. To inicjatywa, której pomysłodawcą jest papież Benedykt XVI i którą z Rzymu rozrosła się na inne miejsca.
 Kwietniowy Areopag – debata „Powinności wobec Wolności”.  fot. Maciej Kosycarz/KFP
   
W Polsce do tej pory pozostawała ideą na papierze, lecz wreszcie odważono się ją zrealizować. Ogólnie w idei tej chodzi o to, że w ramach „dziedzińca pogan” Kościół zaprasza do wspólnej dyskusji osoby, które  uważają się za niewierzące. Chodzi o wyjście z propozycją spotkania, a nie o monolog. Komunikat płynący z Watykanu jest jasny: Współczesny świat wymaga od Kościoła nawiązania dialogu z ludźmi, którzy nie są wyznawcami Boga, ale szczerze poszukują Prawdy. Są to spotkania, które mają ukazać, że Prawda i jej odważne poszukiwanie jest tym, co potrafi łączyć ludzi o różnych sposobach myślenia. 

Adresatami „dziedzińców pogan” mają być ludzie rzetelnie dążący do Prawdy, choć niekoniecznie ujmujący swoją drogę w kategoriach religijnych. Benedykt XVI nazywa taką postawę wewnętrznej uczciwości „preambułą wiary”, czyli swego rodzaju przedpolem dla wiary. Jednocześnie Papież świetnie zdaje sobie sprawę, i to znacznie lepiej niż polscy hierarchowie, że w świecie narasta zjawisko „analfabetyzmu religijnego”. Chodzi o zwykle niezawiniony brak wrażliwości na wymiar duchowy, który może prowadzić do religijnej ignorancji. Kto wie, czy ten drugi nurt nie jest silniejszy od pierwszego, choć niestety niebezpieczny dla człowieka.   
Oczywiście wielkim wyzwaniem w tym względzie jest dla ludzi Kościoła rezygnacja z nawracania (przynajmniej mimochodem swoich niewierzących rozmówców), przy całej świadomości roli świadka wiary i prawd, które od dwóch tysięcy lat pielęgnuje.

 Tylko jak sprawić, by Kościół był znakiem dla tych, którzy poszukują, ale także dla tych, którzy niczego od wiary już nie oczekują? Oczywiście, w kontekście europejskim ów analfabetyzm religijny dotyka w sporej mierze samych chrześcijan. Dla nich odpowiedzią Kościoła ma być nowa ewangelizacja: głoszenie Jezusa tym, którzy odeszli od Kościoła lub nigdy w nim nie byli, pomimo formalnej przynależności, na którą nacisk kładą ostatnio biskupi.  Sceptycy takiego głośnego mówienia o ewangelizacji pytają: Czy kiedykolwiek Kościół z niej zrezygnował, żeby trzeba było zaczynać ja ciągle na nowo? Ale może postępujący zwłaszcza w zachodniej Europie, ale także i u nas analfabetyzm religijny jest najlepszą odpowiedzią na te wątpliwość.

Wszystko zaczęło się przed Bożym Narodzeniem 2009 r. Podczas zwyczajowego spotkania z pracownikami Kurii Rzymskiej – które jest rodzajem papieskiego podsumowania mijającego roku i wytyczania priorytetów na następny – Benedykt XVI nawiązał do swojej niedawnej pielgrzymki do Czech. Mały kraj, w którym nastąpiła religijna zapaść i większość społeczeństwa uznaje się za ludzi niewierzących, skłoniła Benedykta XVI do stwierdzenia, że „musimy troszczyć się, by człowiek nie odkładał kwestii Boga jako podstawowego pytania egzystencjalnego swego istnienia”.

To wtedy Papież po raz pierwszy powiedział o dziedzińcu pogan. Wyjaśnił, że w świątyni jerozolimskiej na specjalnie wydzielonym miejscu gromadzili się nie-Żydzi, tzw. bojący się Pana, aby oddawać kult prawdziwemu Bogu, takiemu, jakiego sami znają. „Sądzę, że Kościół powinien także dziś otworzyć jakiś rodzaj »dziedzińca pogan« – mówił kurialistom Benedykt XVI. – Do dialogu z innymi religiami powinno się dziś dołączyć szczególnie dialog z tymi, dla których religia jest czymś obcym”.

Inicjatywa szybko zaczęła się konkretyzować. Pieczę nad nią sprawuje specjalnie powołana fundacja i Papieska Rada Kultury.  „Dziedziniec pogan ma być przestrzenią dialogu z ludźmi niewierzącymi, wyznającymi ideały etyczne, ale dalekimi od jakiejkolwiek koncepcji transcendencji, a jednak szukającymi odpowiedzi na pytania egzystencjalne naszych czasów”.   „Dziedzińce” odbyły się już między innymi w Paryżu, Barcelonie, Palermo, Bukareszcie czy Tiranie. Pragnieniem Ojca Świętego było, żeby miejscem takiego spotkania stała się tez Jerozolima. 
Oczywiście można postawić kolejny zarzut, że „dziedzińce pogan” ze swojej natury są propozycją głównie dla wykształconych. Organizatorzy ufają jednak, że mimo swego elitarnego charakteru z czasem staną się dziedzińcami, których głos dotrze również do uszu wszystkich poszukujących, dla których przysłuchiwanie się merytorycznym dyskusjom mogłoby stać się pożywka dla własnej refleksji lub szansa znalezienia odpowiedzi na pytania czy wątpliwości, które w sobie noszą.  
Dziedziniec Collegium Maius podczas debaty z cyklu: Dziedziniec pogan – Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Przy okazji rzeczonego „dziedzińca pogan” udaje się zrealizować także inne cenne inicjatywy. Jedna z nich jest spotkanie w ramach dialogu chrześcijańsko – muzułmańskiego, w jakim miałem okazje uczestniczyć.Uczestniczyli w nim przedstawiciele kilku krajów Europy, w których kwestia wzrastającej liczby środowisk muzułmańskich staje się powodem działania i głębokiej refleksji. Pisze o tym, bo było to bardzo ciekawe spotkanie, stanowiące pewnego rodzaju skondensowanie wiedzy na temat islamu w Europie. Z jednej strony są to bowiem wśród muzułmanów mieszkających w Europie środowiska, które chętnie włączają się w dialog i sugerują, że w niektórych kwestiach etycznych moglibyśmy jako chrześcijanie i muzułmanie mówić jednym głosem, który byłby wówczas może bardziej słyszalny. Jednym z przykładów takiego dwugłosu była odbywająca się przed kilku laty konferencja w Kairze, na której bardzo mocno wybrzmiał chrześcijańsko – muzułmański sprzeciw wobec fali aborcji, którego nie dało się nie usłyszeć we współczesnym świecie. 
Niemniej – co nie umknęło uwagi uczestników zeszłotygodniowej konferencji – rozwijający się szybko w Europie islam, stawia nowe wyzwania nie tylko przed Kościołem, którego rolą jest ewangelizacja ale także przed niewierzącymi, z którymi islam w przeciwieństwie do Kościoła nie widzi potrzeby dialogu. Może się bowiem okazać w niedalekiej przyszłości, że jest to religia, która przysporzy osobom ostentacyjnie deklarującym się jako niewierzące i promującym laickie idee więcej kłopotu niż tak często dyskredytowane przez współczesną Europę chrześcijaństwo.

Nieco więcej na temat ciągle zmieniającego się za sprawą muzułmanów obrazu Europy napisze przy okazji, ale przyznać muszę, że wnioski z konferencji były tyleż zaskakujące, co niepokojące. A przynajmniej takie powinny być dla niektórych krajów zachodniej Europy. Może to ostatnia okazja, żeby obudzić się z letargu, zanim to przebudzenie okaże się dużo bardziej drastyczne.

Ale póki co wracając do tego bardziej optymistycznego akcentu wakacji, wybieram się właśnie na urlop, choć i ten przynajmniej po części upłynie pod znakiem spotkań z muzułmanami. Tym razem jednak nie z urzędu a z przyjemności. Stąd prośba o wybaczenie, jeśli olejne wpisy pojawią się na blogu dopiero za jakiś czas.


Pozdrawiam Drogich Czytelników i życzę owocnego wypoczynku wakacyjnego tym wszystkim, którzy także wybierają się na urlop.


P.S. Byłbym zapomniał. Ponieważ w wakacje niewiele się dzieje w wieży przy kościele św. Anny, to przez najbliższe trzy miesiące myślę, że możemy wrócić do spotkań w starym miejscu. Po wakacjach ufam, że uda się nam przenieść już w nowe miejsce. Jesteśmy po miłych i pozytywnych rozmowach ze Wspólnotami Jerozolimskimi. A żeby nie zapeszać polecam te dobre plany modlitwie.

Dotyk Boga

Bóg jest dobry – to myśl przewodnia dzisiejszej liturgii, a wszystko, co stworzył, było bardzo dobre – uzupełnia autor Księgi Mądrości. I na szczęście, ani grzech, ani szatan, ani śmierć nie są w stanie tej fundamentalnej dobroci która jest w nas zniszczyć. Być może ktoś uznałby za przejaw pychy, albo przynajmniej nieskromności, gdybym zaproponował mu (może w ramach pokuty), żeby stanął przed lustrem i patrząc na siebie powiedział: „Udałem się Bogu. Jestem dobry”. Ale taka jest właśnie prawda o nas, którą odsłania nam Pismo Święte.  I nawet grzech nie jest w stanie tego dobra w nas zniszczyć. Bo niejednokrotnie bywa i tak, że także grzech jest owocem poszukiwania dobra, choć rozumianego niestety w opaczny czy egoistyczny sposób.

Prawda o naszej dobroci potrafi być przed nami ukryta, tak jak kawałek złota potrafi się ukryć przed człowiekiem.  Ale jeśli ktoś jest mądrym i doświadczonym zbieraczem, to wie, że trzeba podejść blisko, pochylić się, odgarnąć ziemię i muł by móc odkryć skarb. I taki jest nasz Bóg – odgarnia naszą martwotę, błoto naszego grzechu. Odnajduje to, co pierwotne i niezniszczone. To co jest skarbem ukrytym w naszym wnętrzu.

Tylko On potrafi przywrócić do pełni życia nawet wtedy, gdy wszystkie ludzkie środki zawodzą,  tak jak uczynił to z kobietą od dwunastu lat cierpiącą na krwotok. Potrafi nawet odnaleźć życie tam, gdzie inni widzą tylko śmierć. Wie, że mała dziewczynka tylko śpi snem śmierci, a On, nasz Zbawiciel, ma moc obudzić ją także z tak głębokiego snu.

Aby odnaleźć w nas ukryty skarb, pierwotne dobro, Jezus musi nas dotknąć. Przebić się przez naszą powierzchowność. Odgarnąć błoto naszych grzechów. A On dotyka wszystkich, nawet trędowatych – ludzi żyjących w izolacji od całego świata, nawet tych spisanych przez innych na straty, nawet tych uwikłanych w wielkie grzechy i zniewolenia. Nasz Bóg nikogo nie spisuje na straty, nikogo nie przekreśla.  Jest ujmujący swoją miłością tak jak z miłością ujął dłoń dziewczynki – córki Jaira. Potrafi dotknąć czasem bardzo mocno i głęboko, jeśli tego potrzebuje nasze serce i czyni to przez swoje słowo, przez łaskę sakramentów a nieraz przez wydarzenia naszego życia. Także te trudne. Ale żadne z nich nie jest nam dane na darmo, bez powodu. Nawet wówczas, kiedy dotyka nas przez różne doświadczenia, które ukazują nam naszą prawdę o nas samych, nieraz bolesną czyni to zawsze po to, aby nas wyzwolić z tego, co nas ogranicza. Aby na nowo rozpalić w nas płomień, który jest żarem obecnego w nas Ducha. Tak, nasze życie jest życiem pełnym dotyków Boga. Chodzi o to, abyśmy potrafili je dostrzec i właściwie zinterpretować tak, jak potrafili je dostrzec i zinterpretować bohaterowie dzisiejszej Ewangelii.

Nie wiadomo, co w tych historiach bardziej podziwiać: wytrwałą wiarę, połączoną z ogromną determinacją, czy wielką cierpliwość. W przypadku chorej kobiety było to 12 lat poszukiwań, zmagań, walki o nadzieję. Również droga przełożonego synagogi do Jezusa nie była prosta. Nawet jeśli nie trwała zbyt długo, to z pewnością musiał on zaryzykować swoją pozycję społeczną i religijną, aby móc się z Nim spotkać. Pismo święte przytacza wiele podobnych historii, które pokazują, że wszystko, co w naszym życiu jest ważne, wymaga zaangażowania i walki. Często jedyną bronią, jaka pozostaje człowiekowi, jest wiara i zaufanie Bogu do końca.
Słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii „Nie bój się, tylko wierz” są skierowane nie tylko do Jaira ale także do każdej i każdego z nas.

Może więc warto zadać sobie pytanie, jak my się zachowujemy w obliczu trudności? Czy umiemy cierpliwie czekać albo — gdy jest taka potrzeba — aktywnie działać? Nie muszę wymuszać na Bogu Jego uwagi moimi sprawami. On jest nimi żywo zainteresowany, jest blisko nas w każdym doświadczeniu naszego życia, jest bliżej nas niż to zwykle podejrzewamy i wraz z nami przeżywa i doświadcza tego, co jest naszym udziałem.

Chrystus bierze nas za rękę lub raczej to nasza wiara chwyta Jego dłoń, aby podtrzymała nas w drodze naszego życia. Kto jednak nie rozbudza swojej wiary, nie stara się jej pogłębiać nie będzie mógł także doświadczyć mocy działającego Chrystusa, tak jak doświadczyli jej Jair czy owa cierpiąca kobieta z dzisiejszej Ewangelii.