Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Poszerzyć horyzonty naszego widzenia

Żeby już do końca zareklamować przywołanego przeze mnie metropolity Antoniego Blooma pozwolę sobie przytoczyć jedną z jego katechez: Historia Bartymeusza-historia każdego z nas.


Sądzę, że jedną z przeszkód, które nie pozwalają nam być naprawdę sobą i odnaleźć własnej drogi, jest to że nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece jesteśmy ślepi. Gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy ślepi, jakże usilnie szukalibyśmy uzdrowienia! Praw­dopodobnie szukalibyśmy zdrowia, jak Bartymeusz,  u ludzi: lekarzy, kapłanów, uzdrowicieli, a następnie, straciwszy  zaufanie do książąt i synów ludzkich, w których nie masz zbawienia, zwrócilibyśmy się może do Boga. Ale tragedia na tym polega, że nie rozpoznajemy swej ślepoty — zbyt wiele rzeczy narzuca się naszym oczom abyśmy mogli uświadomić sobie rzeczy niewidzialne, na które właśnie oślepliśmy. Żyjemy w świecie rze­czy, które zagarniają naszą uwagę i same się nam zalecają, tak że nie potrzebujemy ich nawet oceniać — po prostu są tu oto, pod ręką, gotowe do użycia. Rzeczy niewidzialne nie zalecają się nam same, nie rzucają się nam w oczy — musimy ich szukać i odkrywać je. Świat zewnętrzny żąda naszej uwagi — Bóg zabiega o nas inaczej. Przypominam sobie słowa pewnego starego mnicha, który mi kiedyś powiedział: „Duch Święty to taki duży, bardzo płochliwy ptak, który usiadł gdzieś nieda­leko ciebie. Kiedy zauważysz, że się zbliża nieśmiało, strzeż się Go spłoszyć. Nie ruszaj się. Pozwól, by sam przyszedł do cie­lne”. To pewnie nasunie ci zarazem skojarzenia ze zstąpieniem Ducha Świętego w postaci gołębicy. Obraz ptaka zniżającego lot, płochliwego, a zarazem gotowego się nam powierzyć, jest obrazem objawionym i pełnym znaczenia. Pewien Japończyk jednak wyraził kiedyś wątpliwość: „Rozumiem, o co chodzi, kiedy w religii chrześcijańskiej mówi się o Ojcu i o Synu, ale nie rozumiem znaczenia czcigodnego ptaka”.
Aby kontynuować przez chwilę tę symbolikę nieśmiałości, serca, które się oddaje, ale nigdy nie prostytuuje, zajrzyjmy do Małego Księcia Antoine de Saint-Exupery’egó, gdzie lis opi­suje Małemu Księciu, jak powinien go oswajać: musi być bar­dzo cierpliwy, siadać w pewnej odległości i spoglądać nań kątem oka, nic nie mówić, ponieważ słowa są przyczyną nieporo­zumień. I każdego dnia powinien przysuwać się trochę bliżej, aż wreszcie zostaną przyjaciółmi. Postaw Boga w miejscu lisa i oto masz obraz miłującej, nieskalanej płochliwości, powścią­gliwej, która oddając się nie pomiata sobą. Bóg nie zaakcep­tuje gładkich, ugrzecznionych stosunków ani nie będzie narzu­cał swojej obecności — ofiarowuje ją, lecz tylko wtedy gdy. zostaje przyjęta na tych samych warunkach, przez tak samo pokorne, miłujące serce, aby odtąd obydwa, nieśmiało, bojaźliwie szukały się nawzajem, z głębokim obopólnym szacun­kiem i dyskrecją, zgłębiając świętość i niezwykłe piękno wza­jemnej miłości.
Świat zewnętrzny sam się nam narzuca. Świat wewnętrzny może być odczytany, ale nigdy hałaśliwie nie zwraca na siebie uwagi. Musimy postępować łagodnie i ostrożnie, obserwować świat wewnętrzny jak ptasznik na czatach, który zajął pozycję w lesie czy w polu, milczący, lecz napięty, spokojny, ale bystry i czujny. Tę postawę skupionej uwagi, która pozwala spostrze­gać to, co inaczej umknęłoby naszej świadomości, ładnie wy­raża stary wierszyk dla dzieci:
Żyła sobie na dębie stara, mądra sowa.
Coraz więcej widziała, lecz nie rzekła słowa.
A im mniej mówiła, tym słyszała więcej.
Czemuż nie naśladować mądrości ptaszęcej?

Oślepieni światem rzeczy zapominamy, że nie zawiera on tych głębi, które człowiek zdolny jest odkryć. Człowiek jest mały i wielki jednocześnie. Kiedy umieszczamy siebie na skali wielkości wszechświata — nieskończenie ogromnych i nies­kończenie znikomych — widzimy siebie jako drobinę kosmi­cznego pyłu, ulotną, znikającą, bez żadnego znaczenia. Ale kiedy zwrócimy się do wewnątrz, widzimy, że nic z tych rzeczy niezmierzonych nie jest dostatecznie wielkie, by nas wypełnić. Cały świat stworzony pada jak ziarno piasku w głębinę na­szego bytu, jesteśmy zbyt obszerni, by nas wypełnił i nasycił. Jedynie Bóg, który nas stworzył dla siebie, na swoją miarę, może tego dokonać. Według słów Anioła Ślązaka: „Jestem wielki jak Bóg — a On jest mały jak ja”.
Świat rzeczy ma swoją gęstość, nieprzenikliwość, ciężar i masę, ale nie ma głębi. Zawsze możemy wnikać do serca rze­czy i kiedy osiągniemy punkt najgłębszy, jest on kresem i nie ma żadnego sposobu, by sięgnąć dalej, w nieskończoność. Śro­dek koła jest jego punktem najbardziej wewnętrznym i kiedy chcemy wyjść poza niego, dotrzemy tylko do powierzchni po przeciwnej stronie obwodu. Pismo Święte mówi o głębi ludz­kiego serca — nie jest to głębia, którą by można zmierzyć. Prawdziwą naturą serca jest bezmiar, przekraczający ograni­czenia jakiejkolwiek miary. Jego głębia jest zakorzeniona w bezmiarze samego Boga. I tylko wówczas, gdy zrozumiemy różnicę między obecnością, która się narzuca, a obecnością, której musimy szukać przeczuwając ją w swoim sercu, gdy zrozumiemy różnicę między ciężką, nieprzejrzystą, gęstą masą świata wokół nas i naszą ludzką głębią, którą wyłącznie Bóg może napełnić, a ponadto gdy dostrzeżemy także głębię każdej rzeczy stworzonej, której powołaniem jest, aby stała się miejs­cem objawienia Bożej obecności, wówczas dopiero możemy i zacząć nasze poszukiwania, spostrzegłszy, że to co widzialne zaślepiło nas i że ta ślepota przeszkadza nam uchwycić to, co niewidzialne.
Być ślepym na niewidzialne, to być świadomym tylko tego, co da się uchwycić, to być na zewnątrz, poza pełnią wiedzy, poza doświadczeniem całej rzeczywistości tego świata, którego prawdziwa realność jest w Bogu i w którego sercu jest Bóg. Ślepiec Bartymeusz był tego właśnie świadomy, ponieważ dzięki ślepocie fizycznej świat widzialny go nie napastował. Mógł krzyczeć w ostatecznej rozpaczy wyczuwając z całą, roz­paczliwą nadzieją, że zbawienie przechodzi obok niego, ponie­waż czuł się odrzucony. Powodem tego, że my wszyscy prze­ważnie nie potrafimy tak wołać do Boga, jest to że nie uświa­damiamy sobie, jak dalece jesteśmy odcięci od całkowitej wizji świata — wizji, która gwarantuje pełną realność światu wi­dzialnemu. Obyśmy potrafili nauczyć się być ślepymi na to, co widzialne, aby móc wejrzeć głębiej, w to co niewidzialne w nas i wokół nas, w to co przenika wszystkie rzeczy swą obecnością!
Ślepota bywa wieloraka. U świętych— ale nie u nas — może wynikać z oślepienia zbyt wielkim światłem. Święty Symeon Nowy Teolog mówiąc o Bożej ciemności powiada, że jest nadmiarem światła, tak że ktokolwiek w nią wkroczył, stał się niewidomym od jej blasku. Może to być ślepota otwartych oczu. Tołstoj w Wojnie i pokoju opowiada o Piotrze Biezuchowie, który patrząc w szeroko otwarte, piękne oczy Heleny wi­dział w nich tylko siebie uwolnionego od wszystkich błędów, takiego jakim ona, naiwna, go widziała. Patrzył w jej oczy i widział tylko siebie, pomijając ją całkowicie! I my tak postę­pujemy, nawet mając do czynienia z rzeczami. Zwracając się na przykład w stronę okna możemy skupić spojrzenie na samej szybie okiennej, na własnym zamazanym odbiciu albo na wi­doku za oknem. Możemy patrzeć obojętnie i bezmyślnie, jak przechodnie na ewangelicznego Bartymeusza. Możemy patrzeć oczyma pożądania, jak ów żarłok Dickensa, który widząc stado na łące potrafił tylko pomyśleć: „Oto żywe befsztyki!” Możemy patrzeć oczyma nienawiści, spojrzeniem straszliwie wyostrzonym, ale z diabelską bystrością, widząc tylko samo zło, złośliwą karykaturę rzeczywistości. I w końcu możemy patrzeć oczyma miłości, sercem czystym, które widzi Boga i Jego obraz w każdym człowieku, nawet jeśli jest to obraz zamglony docierając wzrokiem poprzez mylne pozory i sprze­czne doświadczenia do prawdziwego, głębokiego, tajemniczego ludzkiego „ja”. Bo z patrzeniem jest tak, jak to powiedział lis Małemu Księciu: „Widzi się dobrze tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.                                            
Musimy zrozumieć, że głębia rzeczy, ich bezmiar, wołanie wieczności całego świata, umyka naszej świadomości, że potra­fimy sobie uprzytomnić ten wymiar rzeczywistości w pewnego rodzaju pierwotnym, zalążkowym doświadczeniu, jeśli żywimy pewność istnienia świata niewidzialnego. Taką pewność mo­żemy żywić dzięki wierze, z mocnym przekonaniem, że to czego nie dostrzegamy oczyma, jest najbardziej realne, obecne i warte oglądu, będąc ukryte poza powierzchnią rzeczy widzia­lnych, w ich sercu, w ich tajemniczej istocie. Taki akt wiary oznacza uznawanie świadectwa tych, którzy są świadomi świata niewidzialnego, nawet jeśli jesteśmy w stanie traktować to świadectwo jedynie jako hipotezę roboczą, tymczasową i pro­wizoryczną, pozwalającą na dalsze penetracje. Bez niego jed­nak żadne dociekanie niewidzialnego nie będzie możliwe. Nie rozpoczniemy poszukiwań, jeśli z góry, a priori, jesteśmy prze­świadczeni, że nic nie znajdziemy, bo nic takiego nie istnieje. Musimy więc uznać doświadczenia nie jednego, lecz wielu, a nawet milionów ludzi, którzy w ciągu dziejów, w ramach chrześcijaństwa i poza nim, doświadczyli niewidzialnego i dali świadectwo jego istnieniu.
Musimy też, jak sądzę, poszerzyć horyzonty naszego widze­nia i rozumienia życia w ogóle. Żyjemy dziś w stanie iluzji mniemając, iż wszystko co nie jest racjonalne, jest tym samym wątpliwe. A jednak psychologia pokazała nam, że w wewnętrz­nym życiu człowieka decydującą rolę odgrywają czynniki irracjonalne. Kiedy mówię „irracjonalne”, nie rozumiem przez to, że są one sprzeczne z rozumem. Istnieje na przykład rozle­gła dziedzina ludzkiej miłości, czy to w przyjaźni, czy to w ro­dzinie, czy w takiej miłości, która wydobywa z tłumu i wyróż­nia tego jedynego, unikalnego człowieka i zmienia dla nas cały porządek świata. Jak się wyraził jeden z greckich pisarzy: „Za­nim człowiek spotka i pokocha tę dziewczynę, która stanie się jego narzeczoną, otoczony jest wieloma mężczyznami i kobie­tami, ale kiedy odkryje ukochaną, od tego momentu istnieje dla niego ona, a inni to tłum”. Doświadczenie to, tak bogate i skomplikowane, i tak powszechne, należy do porządku ir­racjonalnego w tym sensie, że nie może być sfabrykowane przez rozum. Kochać kogoś, to nie roztrząsać rozumowo argumenty „za” i „przeciw” — to przeżywać bezpośrednio i doświadczać faktu, który narzuca się sam przez się i drąży nasze „ja” zbyt głęboko, abyśmy byli zdolni posługiwać się argumentami racjo­nalnymi. To samo w doświadczeniu piękna, czy to muzyki, czy sztuk plastycznych, doświadczeniu, które przenika przez oczy lub uszy. Nie polega ono na sumowaniu racji przemawia­jących na rzecz uznania i podziwu dla jakiegoś dzieła sztuki. Jeśli chcemy podzielić z kimś nasze doświadczenie piękna utworu muzycznego, rzeźby, architektury, czy malarstwa, zaczynamy go nakłaniać słowami Chrystusa, który mówił do swoich pierwszych uczniów: „Pójdźcie i zobaczcie!” Z całą pewnością nie zaczniemy od słów: „Najpierw wyjaśnię ci całe piękno tego dzieła sztuki, a kiedy je już zrozumiesz, wówczas pozwolę ci go doświadczyć”.
W tych dwóch pierwszych doświadczeniach miłości i piękna spostrzegamy, że zostaliśmy postawieni przed kimś lub czymś, co mogło być przez nas przeoczone, co mogliśmy latami pomi­jać, a może i nigdy nie zauważyć. W grupie ludzi dziewczyna i młody mężczyzna są częścią tłumu. I nagle pewnego dnia za­czynają siebie dostrzegać. Coś się wydarzyło, jakby promień światła prześwietlił ciemny dotąd witraż. Bez niego wyglądał jak pokreślona czarnymi liniami plama jednolicie szarego tła —  kawałek  ściany.   Raptem  nastąpiła  iluminacja,  powstało piękno, zrodziło się znaczenie, wyrosła jakaś treść. Teraz wi­dzimy witraż. Promień słońca jest efemeryczny, wyczerpie się u schyłku dnia albo nawet za chwilę, ale ktokolwiek zobaczył oświetlone nim okno, wie, że nie jest ono szarą plamą, lecz wi­trażem,  który może czasem stać się niewidzialny.  Pewność przeważa nad sprawdzalnością — i to właśnie nazywamy  wiarą. Wiem „teraz, że całe to piękno, które raz dostrzegłem, ist­nieje naprawdę, chociaż wydaje się niekiedy, że zgasło.
Na dwa sposoby można teraz oglądać owo okno w świetle przeżytej wizji. Jak wszelkie objawienia, ma ona sens dwojaki: piękno witraża zostało ukazane dzięki prześwietlającemu okno promieniowi słońca, ale i witraż ujawnił jednocześnie ów pro­mień, który bez niego pozostałby niedostrzeżony.
Dwoje ludzi spotyka się i objawia się sobie nawzajem, oglądając siebie jakby w wewnętrznym prześwietleniu łaską, w całym blasku rzeczywistości Bożej, takimi jakimi widzi ich Bóg. A kiedy blask przygasa, ci dwoje mogą zachować pamięć i pewność wi­zji objawionej im tylko dlatego, że Bóg rozświetlił ich głębie i okazał je im nawzajem. Najczęściej jednak, zobaczywszy się w tej Bożej glorii zapominamy, że ją oglądaliśmy dzięki światłu nie od nas pochodzącemu i wyobrażamy sobie w swej głupocie, że owo piękno jest właściwością samej osoby, na której się objawiło. To co było witrażem, staje się idolem, a objawienie traci swą przejrzystość i staje się murem, poza którym już nic nie widzimy. Wiemy o tym aż nadto dobrze —  cała literatura dostarcza wystarczająco wielu przykładów, jak ulotne przeżycie wizji może się przekształcić w idolatrię, którą nazywa się namiętnością i czyni wdzięcznym przedmio­tem fabuł powieściowych we wszystkich krajach i językach.
Zanim nie nauczymy się zachowywać przeżycia wizji wraz z całym bogactwem dwustronnej współzależności objawiają­cego i objawionego; dopóki z uporem będziemy przekształcać w idole to, co Bóg nam objawia jako piękno swojej sztuki, do­tąd każdą sposobność do objawienia zmienimy w okazję do utraty widzenia w ogóle. Bo kochając dziewczynę, czynimy z niej idola, bo dostrzegłszy piękno drzewa na tle nieba, zas­koczeni, że go poprzednio nie zauważyliśmy, czcimy samo drzewo, ignorując złożony splot rzeczy i zdarzeń składających się na wyjątkowe warunki objawienia czegoś, co nie mogło być dotąd spostrzeżone. A tak postępując, nigdy w najmniejszym stopniu nie dowiemy się, nawet na czysto naturalnym pozio­mie, w czysto ludzkiej płaszczyźnie, na czym polega ów nowy, dodatkowy wymiar rzeczywistości i nadal będziemy się poruszać i żyć w dwóch tylko wymiarach: czasu i przestrzeni. Mu­simy zaakceptować to co unikalne w doświadczeniu miłości, by odkryć i ocalić to odkrycie piękna ludzkiego i piękna rzeczy. A odkrywszy ów unikalny wymiar, który przekracza wszelkie miary rozumu i może być wprawdzie przez rozum badany, ale nigdy nie będzie jego wytworem, możemy dopiero powoli za­cząć się zbliżać do odkrywania śladów Boga. W chwili gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy ślepi i dla­tego pozostajemy na zewnątrz królestwa, możemy się zająć swoim stosunkiem do niego i do Boga — badać ów stosunek w całej jego realności, nie karmiąc się złudzeniami. Przed­stawmy więc sobie nas samych, stojących na ulicy, wyrzuco­nych za drzwi z wiecznego mieszkania, zziębniętych, próbują­cych ogrzać sobie ręce przy ogniu rozpalonym po drugiej stro­nie drzwi, usiłujących uczestniczyć w życiu, które pozostaje stale dla nas nieosiągalne i wyobrażających sobie przy tym, że mdła iskierka, która się w nas od czasu do czasu rozżarza, jest już całym królestwem, jakie tu i teraz da się osiągnąć. Ale to nieprawda. To jeszcze nie jest królestwo — to zaledwie zada­tek życia, obietnica, wezwanie, złożone w nas po to, byśmy trwali w nadziei stojąc tam, gdzie Ewangelia każe nam rozpo­czynać naszą podróż — przed drzwiami stale dla nas zamknię­tymi, do których nieustannie kołaczemy, aż zostaną otwarte. Musimy trwać w gotowości wobec misterium niedostępnego je­szcze dla nas, musimy wołać, krzyczeć do Boga, szukać drogi tak długo, aż rozpostrze przed nami swój szlak wiodący wprost ku niebu. I trwać tak z niezachwianą pewnością, że Bóg w sto­sownym czasie spełni nasze modlitwy. Celowo nie powiedzia­łem: „wysłucha”, ponieważ Bóg słucha nas zawsze, chociaż nie zawsze daje nam zauważalną odpowiedź. Bóg nie jest głuchy na nasze modlitwy, ale my nie zawsze jesteśmy zdolni zrozumieć znaczenie Bożego milczenia, które jest odpowiedzią na nasz krzyk. Jeśli pojęliśmy już przynajmniej to, że jesteśmy za drzwiami, na zewnątrz, to możemy też pojąć i zmierzyć nasze ludzkie osamotnienie, a także odległość, jaka nas dzieli od źró­dła radości, do której jesteśmy powołani, od pełni, którą nam Bóg ofiarowuje. I możemy jednocześnie docenić — a jest to niezwykle ważne — jak jesteśmy obdarowani wbrew swojej nieskończonej nędzy. Wiemy tak niewiele o rzeczach Bożych, tak słabo jeszcze żyjemy Jego życiem, a jednak co za bogac­two otwiera się przed nami przez jedno mgnienie przeczucia obecności, wiedzy i komunii — w błysku, który zapala się na­gle w sercu ciemności, jaką jesteśmy my sami! Skoro owa cie­mność potrafi być tak bogata w światło, skoro nieobecność może tak jaśnieć obecnością, skoro nieśmiały zalążek życia może błyszczeć taką pełnią, to z jakąż nadzieją, z jakimż unie­sieniem radości powinniśmy stanąć pod owymi zamkniętymi drzwiami, żywiąc szczęśliwe przeświadczenie, że pewnego dnia drzwi się nam otworzą i doświadczymy wybuchu takiej pełni życia, jakiej nie potrafimy jeszcze w sobie pomieścić.
Nie znaczy to, że powinniśmy zawsze poszukiwać obecności Bożej na drodze postrzeżeń ani też zawsze się spodziewać, że się nam objawi w sposób rozpoznawalny. Ewangelia daje nam dostateczną liczbę przykładów, które wyraźnie pokazują, jak dalecy jesteśmy od rozumienia świętości i majestatu Boga, jak rzadko zdumiewamy się Nim, i dlatego wypatrywanie Jego obecności wydaje się nam czymś całkiem naturalnym, podczas gdy naprawdę powinniśmy nieśmiało prosić Boga, pokładając nadzieję w tym co niemożliwe, by nas przemienił i nawrócił, zanim zaczniemy oczekiwać, że się znajdziemy w Jego zatrwa­żającej obecności. Każde bowiem spotkanie z Bogiem, w więk­szym lub mniejszym stopniu, jest już zapowiedzią Sądu Ostate­cznego — znaleźć się twarzą w twarz z Bogiem żywym jest czymś w rodzaju śmierci, czymś sprowadzającym straszliwe konsekwencje. Spotkać Boga, to przejść „kryzys”, a greckie słowo krisis to tyle co „ostateczna próba” — sąd. Stając w obecności Boga jesteśmy potępieni albo zbawieni, a zależy to od tego, co chowamy w swoim sercu i jakie świadectwo wydaje o nas nasze własne życie. Oto dlaczego prorocy Sta­rego Testamentu — można by tu cytować wiele fragmentów — tak często narzekali: „Biada mi, widziałem Boga, umrę!” Bo jest to więcej niż może znieść dusza ludzka, zanim nie zo­stanie wszczepiona w życie samego Boga w Chrystusie.
Jest rzeczą nierozważną szukać spotkania, zanim się do niego dostatecznie nie dojrzało. Oto dlaczego całe nauczanie Kościoła Prawosławnego dotyczące modlitwy i życia ostrzega nas: „Nie szukaj doświadczeń mistycznych, proś Boga w akcie adoracji z takim skupieniem uwagi i wiary na jakie cię stać, z taką nadzieją i pragnieniem, jakie są w twojej mocy, proś, aby cię przemienił, urobił i przygotował, byś mógł „pewnego dnia” Go spotkać”. I jest to czymś głęboko zakorzenionym w Ewangelii: przypomnij sobie choćby połów ryb. Piotr za­biera Jezusa do swojej łodzi po tym, jak przemawiał On do tłumów, ale mimo iż był przy tym obecny, Piotr nie dostrzega Jego majestatu. Pan poleca uczniom wypłynąć na głębię i za­rzucić sieć. Piotr odpowiada: „Trudziliśmy się całą noc i nic nie złowiliśmy, ale na Twoje słowo uczynię, jak każesz”. Za­rzuca sieć i nie może jej wyciągnąć! Prosi, aby inni rybacy na sąsiednich łodziach pomogli mu i wówczas dopiero zaczyna ro­zumieć, co się dzieje — wprawdzie jeszcze nie całkowicie, do­póki Ojciec Niebieski nie objawi mu, że Chrystus jest Synem Boga Żywego — ale dostrzega, że oto jest w obecności czegoś czy kogoś większego niż wszystko, co jest w stanie pojąć. Zostaje porażony lękiem, upada do stóp Jezusa i krzyczy: „Odejdź ode mnie, bo jestem grzesznym człowiekiem!” I w tym momencie ma przebłysk intuicji — spostrzega majestat Tego, który od dawna był wśród nich obecny. A postrzegając jedno­cześnie, kim jest sam, błaga, by Jezus od niego odstąpił.
Czy często nam się zdarza, w chwilach pogłębionej modlitwy, kiedy jesteśmy świadomi, kim jest Bóg, czym jest Jego świętość i wielkość, że mówimy: „Panie, odstąp ode mnie, nie jestem godny tej bliskości, którą mnie obdarzasz”? Czy nie częściej raczej prowokujemy Boga, wymuszamy na Nim tę bliskość i domagamy się intymności, do której On nie dąży, narzucamy się Mu, żądając otwarcia drzwi, które On trzyma jeszcze zamknięte? Przypomnijmy sobie także historię setnika, który błagał Chrystusa o uzdrowienie swego sługi: „Przyjdę i uzdrowię go” — powiada Jezus. „O nie”, odpo­wiada setnik, „nie fatyguj się, Panie, sam. Ja też przecież mam ludzi pod swoją władzą i rozkazuję im, a oni są mi po­słuszni. Wystarczy, że powiesz słowo, a mój sługa wyzdro­wieje”. Czy taka jest i nasza postawa? Czy mamy takie samo poczucie taktu względem Boga, by nie zmuszać Go do przyjś­cia? Słowo wystarczy — więcej nam nie trzeba. Czy respe­ktujemy suwerenną wolność Boga i czy wielbimy jej wielkość? Czy jesteśmy przekonani, na mocy wewnętrznej pewności, że Jego słowo staje się życiem dla tych, do których zostało skierowane? Gdybyśmy tylko zdawali sobie sprawę, że przez własną ślepotę znaleźliśmy się poza królestwem, poza obecnością, pokornie pukalibyśmy do drzwi, szukali drogi, wołali do Pana, a nie domagali się grubiańsko: „Otwórz nam zaraz, nie mamy cierpliwości czekać, pokaż nam się teraz, bo już nam się dłuży czekanie!” Właśnie dokładnie tak mamy zwy­czaj się zachowywać. W ciągu dwudziestu czterech godzin potrafimy wykroić może pół godziny, by je poświęcić Panu i dziwimy się że w chwili, gdy wymawiamy słowa: „W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, Trójca Święta w całym swym majestacie nam się nie objawia!
Abp Antoni

O odwadze modlitwy


Wspominałem już kiedyś o niezwykłym nauczycielu modlitwy jakim był prawosławny metropolita Londynu o. Antoni Bloom i lekturze, na którą trafiłem kiedyś w latach mojej wczesnej młodości i która tak naprawdę stała się dla mnie pierwszą prawdziwą szkołą modlitwy a przynajmniej lekturą, która na trwałe zmieniła mój sposób patrzenia na modlitwę.
                                            
„Szukając Boga, musimy pokochać bliźniego, a szukając bliźniego, musimy kochać Boga” – pisze. I dalej, już na przykładzie, objaśnia: „Rosyjski świątobliwy starzec w jednym ze swych listów opowiada, jak pewnego dnia zapytano go:                                                                         
– Jak to się dzieje, że twoi robotnicy pracują tak pilnie i wytrwale, podczas gdy ty ich wcale nie pilnujesz, a ci, którzy są pod naszym dozorem, stale próbują nas oszukać? Święty starzec odpowiedział:                                                                                                    
– Kiedy rano wybieram się, aby im wyznaczyć dzienną pracę, ogarnia mnie litość nad nimi. Opuścili swoje wioski i rodziny dla nędznego zarobku – jakże muszą więc być ubodzy! A kiedy po wyznaczeniu im dziennego zadania powracam do swojej celi, wówczas modlę się za każdego z nich. Mówię do Pana: – Boże, pamiętaj o Mikołaju, który jest taki młody. Pozostawił nowo narodzone dziecko, by szukać pracy, bo nie było innego sposobu zaradzenia ich ubóstwu. Pomyśl o nim i chroń go od złych myśli. Pomyśl o niej i bądź jej obrońcą. A modląc się tak, coraz bardziej odczuwam obecność Boga, aż wreszcie pochłania całą moją uwagę i już nie zważam na nic na świecie poza Nim. To co ziemskie znika, zostaje tylko Bóg. Zapominam o Mikołaju, jego żonie, dziecku, wiosce, o ich ubóstwie i pogrążam się cały w Bogu. I w Jego głębi odnajduję Boską miłość, która obejmuje Mikołaja, jego żonę, dziecko, ich ubóstwo i wszystkie ich potrzeby. Strumień tej miłości sprowadza mnie z powrotem na ziemię i skłania do modlitwy za nich. I znów wszystko się powtarza. Obecność Boża mocniej mnie obejmuje, a to co ziemskie oddala się. Znów porywa mnie głębia, w której na powrót odnajduję świat, tak bardzo przez Boga umiłowany”.
Autor z mocą podkreśla, że szukanie Boga jest zajęciem zuchwałym, jeśli nie towarzyszy mu głęboka pokora. I żeby Go spotkać, nie wystarczą same zmysły, czy „techniki” modlitwy. Musimy mieć zapał i pragnienie – musimy chcieć usłyszeć i zobaczyć. Prawdziwemu życiu modlitwy towarzyszy pasja. Pozwólcie, że  znów odwołam się do pięknej recenzji tej ważnej dla życia duchowego pozycji:     
„Metropolita analizuje spotkanie z Bogiem w niektórych szczególnych stanach i sytuacjach – w pokorze, prawdzie, rozpaczy, zgiełku, milczeniu, liturgii.
                                                                                                                                                                                                                  
Bardzo często dziwimy się, że nasze modlitwy nie są wysłuchane – pisze władyka. – Sądzimy, że wystarczy ofiarować Bogu modlitwę, aby Go zobowiązać do wysłuchania nas. W rzeczywistości, jeśli uważnie zbadamy motywy skłaniające nas do modlitwy i przyjrzymy się naszym potrzebom, które przedstawiamy Bogu, zauważymy, że nie prosimy na ogół o rzeczy niezbędne nam do życia, ale zupełnie zbyteczne. Łatwość, z jaką porzucamy modlitwę w chwili, gdy nie jesteśmy wysłuchani, dowodzi, że nawet jeśli prosimy o coś, z czego nie powinniśmy rezygnować, to nie mamy ani cierpliwości, ani wytrwałości, by obstawać przy swojej prośbie. W ostateczności wolimy raczej obejść się bez tego, co dla nas konieczne, niż desperacko walczyć. Pewien Ojciec Kościoła powiedział, że modlitwa jest jak strzała – zdolna lecieć, wzbijać się jak najwyżej, przeszywać ostrzem przeszkody, ale tylko wtedy, gdy jest wypuszczona silną i pewną ręką z dobrze napiętego łuku. Trafia w sam środek tarczy, jeśli ramię łucznika jest mocne i dokładne. A czego najbardziej brak naszej modlitwie, to właśnie siły ducha i odczucia powagi własnej sytuacji.                                                                                                                                                                                                                         
Władyka zwraca uwagę, że spotkanie między Bogiem i nami w stale zakorzenionej modlitwie doprowadza zawsze do milczenia. Uczy rozróżniać dwa milczenia. Milczenie człowieka to głębsza od mowy komunia z Bogiem, ściślejsza od tej zapośredniczonej przez słowa. Milczenie Boga to milczenie nieobecności. Boże milczenie wobec naszej modlitwy może trwać krótko, a może stwarzać wrażenie, że będzie trwało zawsze. Poprzez nie Bóg może chcieć nas skłonić do skupienia wszystkich sił, wzmożenia wierności i doprowadzić w ten sposób do głębszej ze Sobą więzi, niż byłoby to możliwe, gdyby modlitwa przychodziła nam bez trudności. Władyka zwraca tu uwagę na jeszcze jeden aspekt.                                                                                                                                                                                                                                   
– Czytając uważnie Ewangelię przekonujemy się, że jedyną modlitwą, na którą Bóg nie udzielił odpowiedzi, jest właśnie modlitwa Chrystusa w Getsemani – pisze. – Musimy o tym pamiętać, ponieważ zbyt często próbujemy tłumaczyć milczenie Boga w kategoriach ludzkiej niewystarczalności lub Bożej niemożności. Próbując bronić honoru Boga, mówimy: „Moja albo twoja wiara była widocznie nie dość wielka, by Bóg na nią odpowiedział cudem”. A kiedy mamy słabą wiarę, mówimy, że to właśnie Bóg nie mógł odpowiedzieć, bo widocznie nie był zdolny albo zainteresowany. Nie ma-my jednak żadnego wytłumaczenia braku odpowiedzi na modlitwę Chrystusa. Wiara Syna Bożego musiała być doskonała. I nie możemy wątpić w miłość Boga do swego Syna. A poza tym, czyż sam Chrystus nie powiedział, że Ojciec mógłby wysłać dwanaście hufców anielskich, by Go obronić? Jeżeli Chrystus został opuszczony, to dlatego że Bóg przewidział, iż coś lepszego stąd dla nas wyniknie za cenę poświęcenia Jego życia. Metropolita Bloom podczas nagrywania audycji prawosławnej w radiu BBC.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          
I w innym miejscu metropolita podsumowuje: Powinniśmy pojąć, że Bóg poprzez milczenie odwołuje się do uśpionych w nas mocy, albo – mierząc nas już własną miarą – ofiarowuje udział w zbawczym dziele Chrystusa.                                                                                                                                                                                                                                                 
Rzadko też np. dostrzegamy, że wyrazem miłosierdzia może być choroba czy osamotnienie, które Bóg nam zsyła, bo często jest to jedyny sposób, za pomocą którego może On położyć kres naszemu zewnętrznemu i wewnętrznemu zgiełkowi. Metropolita odwołuje się do naszych doświadczeń: „Jakże często krzyczymy: – Gdybym tylko zyskał krótki czas pokoju i wytchnienia, gdyby tylko ktoś zdołał mnie przekonać, że życie jest czymś wielkim, że wieczność naprawdę istnieje! A Bóg zsyła nam trudne chwile, aby nas poskromić przez chorobę lub inny wypadek losowy, lecz my zamiast zrozumieć, że oto dano nam szansę powrotu do siebie i skupienia, wycofania się z zamętu, że przyszedł czas naszego odrodzenia, zaczynamy rozpaczliwie walczyć o to, by jak najprędzej powrócić do poprzedniego stanu, odrzucając ukryty w zdarzeniu dar Boży, ponieważ nas instynktownie przeraża”.                                                                                                                                                                                                                                                                                                               
I zaraz potem podkreśla: „Wizja życia jako daru Bożej opatrzności nie oznacza, że mamy prawo obarczać Boga odpowiedzialnością za wszystko zło, które się dzieje w świecie. Wedle starej nauki chrześcijańskiej, na losy świata wpływają trzy rodzaje woli: wola Boga, mądra i miłująca, zdolna działać z niepodległą mocą i niewyczerpaną cierpliwością, wola szatana i mocy ciemności, zawsze złych i bezlitosnych wobec duszy człowieka, oraz wola upadłego człowieka, niepewna, wahająca się między wezwaniem Bożym a uwodzeniem szatańskim, wyposażona w straszliwą moc wolności wyboru między Bogiem i Jego przeciwnikiem, życiem i śmiercią, dobrem i złem”.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                       
– Czy należy modlić się słowami ułożonymi przez innych? Czy nasze własne słowa nie wyrażają adekwatniej tego co mamy na myśli i sercu?
                                                        
– Nie, to nie wystarczy – odpowiada metropolita. – Modlitwa, do której powinniśmy zmierzać, nie jest prostą, liryczną ekspresją tego kim jesteśmy, co wiemy i czego pragniemy. W ten sam sposób, w jaki uczymy się od wielkich mistrzów muzyki i sztuki, na czym polega artystyczne piękno, uczymy się także od mistrzów życia duchowego, którzy osiągnęli to do czego my zmierzamy – stali się rzeczywistymi, drogocennymi członkami Ciała Chrystusowego. Od nich musimy się nauczyć, jak się mamy modlić, jak nabyć chrześcijańskie usposobienie umysłu, woli i serca.                                                                                                                                                                                                                                                   
Odnosi się też do innej kwestii. Łatwo się modlić w chwili zdumienia, uniesienia lub gwałtownego bólu. Trudniej modlić się w trakcie nudnych, męczących, szarych dni, kiedy nie dzieje się wokół ani w nas nic, co by nas pobudzało do modlitwy. Jak mamy wtedy postąpić?
                                                                                                                                                                             – Powinniśmy się zmusić do modlitwy – odpowiada metropolita. – Stanąć w Bożej obecności mocą czystego aktu wiary, wiedząc że jest Bóg i Kim jest. Przystępujemy do Niego z uwielbieniem, w pełnej szacunku bojaźni, jaka należy się wszystkiemu co święte. Czynimy stanowczy wysiłek, by skupić uwagę na Bogu. Zmuszamy się do tego, ponieważ chcemy Go spotkać nie dla bezpośrednio odczuwalnej radości, lecz ze względu na radość bardziej długotrwałą, która będzie nam dana, kiedy zostaniemy przemienieni przez kontakt z Nim i zaczniemy żyć życiem Bożym.                                                                                                                                                                                                                                                                                              
Druga część książki jest zbiorem rozważań na temat wybranych fragmentów Ewangelii: historii Bartymeusza, przypowieści o faryzeuszu i celniku, historii Zacheusza, przypowieści o synu marnotrawnym, o sądzie, o talentach stanowiących podróż duchową wiodącą do krzyża i Zmartwychwstaniu. Podobnie jak pierwsza zaskakuje wielopłaszczyznową analizą tekstu, bogactwem przykładów.                                                                                              
Nie da się ukryć, że „Szkoła modlitwy” to mądra i pasjonująca książka, to prawdziwe rekolekcje na temat modlitwy pisane ręka jednego z jej największych XX-wiecznych mistrzów.
Antoni, imię świeckie: Andriej Bloom (ur. 19 czerwca 1914 w Lozannie – zm. 4 sierpnia 2003) – rosyjski biskup prawosławny. Syn rosyjskiego dyplomaty. Dzieciństwo spędził w Rosji i Persji. Jego matka była siostrą kompozytora Aleksandra Skriabina. W 1923 rodzina Bloom, zmuszona z powodu wybuchu rewolucji październikowej do opuszczenia placówki w Persji, zamieszkała w Paryżu. Przyszły duchowny ukończył w 1939 w Paryżu studia biologiczne, następnie zaś medyczne. W domu nie odebrał wychowania religijnego. Do lektury Ewangelii, którą w swoich wspomnieniach określał jako początek pogłębionego życia duchowego, skłonił go przypadkowy udział w wykładzie ks. Sergiusza Bułgakowa.
W czasie II wojny światowej był lekarzem w armii francuskiej, następnie uczestniczył we francuskim ruchu oporu. 16 kwietnia 1943 archimandryta Atanazy (Nieczajew), służący w cerkwi Trzech Świętych Hierarchów w Paryżu przyjął od niego wieczyste śluby mnisze. Przez kolejne kilka lat mnich Antoni prowadził prywatną praktykę lekarską. 27 października 1948 metropolita Serafin (Łukianow) wyświęcił go na hierodiakona, zaś 14 listopada – na hieromnicha.
Od września 1950 był proboszczem parafii św. św. Filipa i Sergiusza w Londynie. W 1953 został mianowany igumenem, zaś trzy lata później – archimandrytą. W grudniu 1956 został proboszczem parafii Zaśnięcia Matki Bożej i Wszystkich Świętych w Londynie. 30 listopada 1957 miała miejsce jego chirotonia na biskupa siergijewskiego, wikariusza Zachodnioeuropejskiego Egzarchatu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. 10 października 1962 został ordynariuszem nowo powstałej eparchii suroskiej, jednostki administracyjnej egzarchatu obejmującej terytorium Wielkiej Brytanii i Irlandii. W tym samym momencie otrzymał godność arcybiskupią. W 1966 Antoni (Bloom) został podniesiony do godności metropolity i zarazem objął urząd patriarszego egzarchy Europy zachodniej.
Działalność tego hierarchy w Wielkiej Brytanii znacząco przyczyniła się do rozwoju sieci placówek duszpasterskich Patriarchatu Moskiewskiego w tym kraju, co pozwoliło na powołanie odrębnej eparchii (przed przybyciem Antoniego (Blooma) do tego kraju istniała tam jedna stała parafia rosyjska). Był zaangażowanym uczestnikiem ruchu ekumenicznego, autorem zbiorów kazań i tekstów teologicznych. W 1974 na własną prośbę zrezygnował z godności egzarchy, pozostając metropolitą suroskim.
31 stycznia 1983 otrzymał doktorat honoris causa Moskiewskiej Akademii Duchownej. Posiadał również analogiczne tytuły uniwersytetów w Cambridge i Aberdeen. Jego teksty teologiczne i kazania były drukowane w języku rosyjskim i angielskim oraz transmitowane przez BBC. W języku polskim wydane zostały prace Szkoła modlitwy, Odwaga modlitwy oraz Rozmowy o śmierci i umieraniu.
Duchowny zmarł w dniu 4 sierpnia 2003 roku po przebytej chorobie i operacji przeszczepu serca duchowny zmarł. Został pochowany na cmentarzu Brompton w Londynie.

Cisza, która nie jest pustką

A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. [Mk 6,30]

Bóg dla naszego dobra zaprasza nas czasami do wejścia w doświadczenie samotności i milczenia – dwóch postaw, które na pierwszy rzut oka wydają się czymś trudnym. Jesteśmy stworzeni do relacji, do przyjaźni, do bycia dla drugiego. Dlaczego więc w życiu potrzebujemy chwil samotności, pełnych milczenia?

 „Poprowadzę ją na samotność i będę tam mówił do jej serca” (Oz 2,14). To chyba najlepsza odpowiedź jakiej można udzielić na takie pytanie. Bym mógł usłyszeć Boga mówiącego do mojego serca muszę znaleźć przestrzeń ciszy. Zarówno tej zewnętrznej jak i wewnętrznej. W przeciwnym razie zgiełk, jaki rozlega się w okól nas i nie rzadko w nas potrafi skutecznie zagłuszyć głos Boga mówiącego do nas.  

Samotność i milczenie przez wielu ludzi postrzegane są jako przekleństwo. Dlaczego? Ponieważ utożsamiają je z pustką, sztuką dla sztuki (milczę dla samego milczenia) lub formą ucieczki od konfrontacji z rzeczywistością (boję się zaryzykować i stawić czoła wyzwaniom lub uciekam od relacji).  Oczywiście jeśli powiedzielibyśmy, że samotność bądź milczenie są czymś łatwym, to skłamiemy. To trudne i wymagające sprawdziany, dzięki którym jednakże poznajemy lepiej siebie i pozwalamy mówić swojemu wnętrzu. A ono naprawdę ma nam dużo do powiedzenia. W doskonały sposób ujął to św. Igancy Loyola gdy proponował swoje rekolekcje, ale nie tylko on.  Jeśli potrafimy przynajmniej raz na jakiś czas zawalczyć o ciszę i bycie sam na sam ze sobą przed Bogiem wówczas pośród zgiełku życia, nasze serce znajdzie w końcu trochę odpoczynku a nasza najbardziej wewnętrzna istota może w rezultacie odkryć swoje najskrytsze pragnienia (również te często zagłuszane przez nas) i celach, po to by zawierzyć je także Bogu i zapytać, co On – nasz Przyjaciel o tym myśli.

Jednak cisza, jaką mamy tutaj na myśli nie jest tylko zwykłym zamknięciem ust, gdyż ono jest jedynie najbardziej zewnętrznym jej przejawem. Tak naprawdę chodzi o cos więcej. Z pomocą przychodzą nam tutaj mistrzowie modlitwy, którzy rozróżniają trzy rodzaje milczenia:

1. Milczenie języka– najbardziej zewnętrzne i najbardziej oczywiste. Po prostu, ograniczamy swoje mówienie, nie podejmujemy zbędnych rozmów, nie próbujemy swoją mową skupić uwagi innych na samych sobie. Poza tym, czasami potrzebujemy mocnego ograniczenia swojego gadulstwa, a nawet całkowitego zamilknięcia (może to być także owocna forma acezy).

2. Milczenie ciała– dotyczy naszego zachowania i zewnętrznych reakcji. Może być tak, że swoim językiem nic nie będziemy mówili nic, ale gestami, gwałtownością, zabieganiem czy zdenerwowaniem będziemy krzyczeć, jak człowiek niemy – swoim ciałem. Milczenie jest przejawem panującego w nas pokoju, stąd ten rodzaj milczenia zachęca nas do spokoju, rozluźnienia swego ciała, niewykonywania równocześnie kliku czynności na raz. To wszystko po to, aby nasze życie nie toczyło się w ciągłym napięciu. Czyż w Ewangelii znajdziemy jakiś epizod, w którym Jezus działa zbyt gwałtownie, spieszy się, biegnie? Nie! Zachowanie Jezusa jest przejawem panującego w Nim pokoju (np. brak pośpiechu w celu wskrzeszenia Łazarza, czy uzdrowienia córki Jaira).

3. Milczenie serca– najmniej widoczne, a zarazem najważniejsze. W swoim sercu nosimy może wiele myśli, planów, inicjatyw, spraw do załatwienia, problemów, która nas nurtują, wyzwań, które stawia nam życie. Wielokrotnie powracamy do tych samych kwestii, próbując je rozwiązać. Niejednokrotnie żałujemy może, że postąpiliśmy w taki czy taki sposób i chcemy niejako odwrócić bieg historii, układamy alternatywne rozwiązania. I po co? Świat idzie dalej, historia zmierza do przodu. Na nic nasze spekulacje dotyczące przeszłości. W prostocie serca jesteśmy zaproszeni do tego by oddać Bogu swoją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, ponieważ Bóg ma wobec nas najlepsze plany, a nasze jedyne zadanie to szukanie Jego woli. Kiedy coś nie układa się według naszej myśli  czy potrafimy modlić się słowami: „bądź wola Twoja!?”, tak widocznie Ty chciałeś. To właśnie ta modlitwa jest przejawem milczenia serca, a nadmiar celowo rozwijanych myśli jest objawem chęci bycia samodzielnym i myślenia: „poradzę sobie bez Boga, sam rozwiążę ten problem, mam lepszy plan na swoje życie”.

Dopiero milczenie obejmujące wszystkie te trzy sfery jest prawdziwym milczeniem, w którym łatwiej nam usłyszeć to, co Bóg do nas mówi. Milczymy, aby słuchać i aby usłyszeć.

Milczenie to twój sposób na słuchanie. Wsłuchujesz się w głos Boga, a On nie mówi w zgiełku zbędnych słów, zbieganiu i pośród tysięcy planów, gdzie nie ma dla Niego miejsca.

Bóg mówi pośród ciszy.

I’m the silence


I’m coming with the wind,
I am the sand,
I am the ocean,
I am the silence.

Przeciw Duchowi Świetemu

Trudno czytać dzisiejszą Ewangelię, nie potykając się o te nie zawsze zrozumiałe słowa: „Wszystkie grzechy będą odpuszczone, kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia”.

Zauważmy najpierw, że wszyscy rzucają się na drugą część tekstu — tę, która budzi nasz niepokój — a zapominają o pierwszej, która przecież jest radosna: „Wszystkie grzechy będą odpuszczone”. Po to zresztą Chrystus przyszedł na świat.  Są to słowa Miłości, która uśmiecha się czule do naszej słabości, słowa, które przemieniają nasze zniechęcenie w optymistyczny trud.
Ale prawdą jest, że tekst nieodparcie przyciąga nas ku owemu „jednak”: wszystkie grzechy zostaną przebaczone, jednak… Nie jest to już spokojne kazanie, wchodzimy w klimat największego niezrozumienia zarówno przez bliskich, którzy mówią: : „Odszedł od zmysłów!” jak i przez faryzeuszów osądzających, że: Jezus „Ma ducha nieczystego”. Jest to zarzut tak straszliwy, że Jezus, głęboko dotknięty, może tylko powiedzieć: „Wszystko, tylko nie to!”.


Jezus, który przyszedł, aby objawić, do jakiego stopnia Bóg jest przebaczeniem i Miłością, i który sam jest najczystszym obliczem gotowości  całkowitego przebaczenia („wszystkie grzechy będą odpuszczone”), zostaje oskarżony, że jest tylko kuglarzem, opętanym, narzędziem w rękach ducha kłamstwa; ducha nieczystego. Inaczej mówiąc narzędziem szatana.  I ta właśnie postawa staje się powodem tak mocnej i radykalnej opinii Chrystusa: Wszystko można przebaczyć, z wyjątkiem tego bluźnierstwa, które znajduje się poza możliwością przebaczenia.
Jest to bluźnierstwo przeciwko Duchowi, który jest w Jezusie i który jest Duchem Najczystszej Miłości Boga. I ten Właśnie Duch zostaje uznany za ducha nieczystego! Innymi słowy mówiąc jest to postawa odrzucenia Miłości Boga w sposób najbardziej radykalny, gdyż jest zaprzeczeniem istnienia tego, który jest źródłem miłości i przebaczenia. Najchętniej powiedzielibyśmy sobie, że ten tekst nas nie dotyczy, że jest tylko taką biblijną ciekawostką. Tymczasem jego nauka nadal pozostaje aktualna.
Uczeni w Piśmie trwają w odrzuceniu świadomym i upartym Bożej miłości i mądrości. Nie chcą przyjąć poglądów, które zmusiłyby ich do zmiany ich własnych poglądów: w Jezusie Duch chce ich pouczyć o Miłości Boga, chce ich uwolnić od ich ograniczonego sposobu patrzenia na Boga, od Jego wykrzywionego obrazu, jaki sobie stworzyli.  Ale oni nie chcą! Wolą ubliżać temu  Duchowi, który chce ich obdarować prawdą i miłością. Ale nie to ubliżanie jest najgorsze, lecz stan, w jakim się utwierdzają: nadal będą wyobrażać sobie Boga na swój sposób, odrzucając to, co Bóg chce im powiedzieć o sobie. Pomiędzy Duchem a sobą wznoszą mur i nie może ich dosięgnąć żadne przebaczenie, gdyż sami je odrzucają i zamykając się naprawdę o Bogu skazują się na przyjęcie postawy, w której nigdy nie dowiedzą się, kim jest Bóg i jak wielka jest Jego miłość i gotowość do przebaczenia.


Dla zrozumienia tych słów bardzo istotny jest kontekst, w jakim Jezus je wypowiada. Oto właśnie uzdrowił opętanego, który był niewidomy i niemy, a faryzeusze zarzucają mu, że dokonał tego w imię władcy złych duchów. Słowa Jezusa o bluźnierstwie przeciw Duchowi Świętemu są komentarzem do postawy faryzeuszów. Właśnie o tę postawę, nastawienie człowieka chodzi najbardziej w grzechu przeciw Duchowi Świętemu. 
     Katechizm Kościoła wymienia następując  postawy będące przejawem grzechu przeciw Duchowi Świętemu:
1.     Grzeszyć zuchwale w nadziei miłosierdzia Bożego.
2.     Rozpaczać albo wątpić o łasce Bożej.
3.      Sprzeciwiać się uznanej prawdzie chrześcijańskiej.
4.     Zazdrościć lub nie życzyć bliźniemu łaski Bożej.
5.     Mieć zatwardziałe serce na zbawienne natchnienia.
6.     Umyślnie zaniedbywać pokutę aż do śmierci.
          Dlaczego grzechy te nazwane są grzechami przeciw Duchowi Świętemu? Otóż Bóg wchodzi w życie każdego człowieka, niezależnie od wyznawanej przez niego religii, poprzez swego Ducha. To Duch Boży objawia człowiekowi Boży zamiar. Poczynając od sumienia, które otrzymuje każdy człowiek, poprzez dary sakramentalne dla ludzi wierzących po najwznioślejszą kontemplację wszystko to jest działaniem Ducha Świętego w człowieku. I na każdym z tych poziomów człowiek może przyjąć postawę otwarcia na Bożego Ducha albo się na Niego zamknąć.
Patrząc na te sześć wyżej wymienionych punktów można zauważyć, że za każdym stoi taka postawa: „Boże, ja wiem lepiej od Ciebie”. Wiem lepiej, kiedy powinieneś być miłosierny, wiem lepiej jak mam żyć, wiem lepiej co powinni od Ciebie dostać inni ludzie a co ja. I właśnie taka postawa to jedyna postawa człowieka, w której nie może on skorzystać z Bożego miłosierdzia. Bóg szanuje wolny wybór każdego. Jeśli pozwolę Bogu, żeby mnie zbawił, to On to zrobi. Jeśli mu nie pozwolę, bo całym swoim myśleniem i postępowaniem będę na Niego zamknięty, to On na siłę nawracać mnie nie będzie.
Jest to jedno z najbardziej tajemniczych i mocnych stwierdzeń Jezusa skierowanych do ludzi. Pokazuje stanowczość Boga w stosunku do tych, którzy odrzucają Boga w pełni świadomie i w pełni dobrowolnie pokazując swoim życiem i tym co głoszą sprzeciw wobec Boga i Jego miłości. I może właśnie dlatego jest to postawa, która nas wierzących powinna skłaniać do modlitwy o nawrócenie zatwardziałych grzeszników i o uzdrowienie ich serca i ich sposobu myślenia przez Miłość Boga, zanim będzie za późno.