Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Boże Ciało i Bóg, który milczy

To, co zawsze uderzało mnie w obchodach Bożego Ciała, to ten szczególny „hałas” owej uroczystości i jej obchodów. Poza rezurekcją to jedyny taki dzień, gdzie wierni kościoła wychodzą na ulice, by głośno zamanifestować swoja wiarę. Oczywiście byłoby dobrze, gdyby procesja Bożego Ciała była manifestacją prawdziwej wiary. Niestety dla niektórych osób to jedyna okazja w roku (no może poza przyjściem ze święconką), kiedy przychodzą do kościoła. A właściwie nie muszą nawet wchodzić do świątyni, bo kościół w tym dniu wychodzi na ulice dając możliwość bycia w kościele (ba nawet blisko Eucharystii) w rzeczywistości nie będąc w kościele. No i może w tym dniu niektórzy mniej go przeklinają (poza kierowcami, którzy natknąwszy się na procesję utkną w korku) niż w rezurekcję, w czasie której Kościół nie daje się wyspać porządnym ludziom.



Nie o tym jednak chciałem pisać. Bo nie sama procesja i towarzyszący jej gwar mnie uderza, gdyż nasze procesje nawet w małym stopniu nie dorastają do gwaru i prawdziwej atmosfery święta procesji jakie można zobaczyć np. w Hiszpanii czy w Meksyku. To co urzeka mnie w sposób szczególny w tym świecie to MILCZENIE BOGA, który w zgiełku świata, przy śpiewach procesji, dzwonieniu dzwonów, ruchu ulicznym, przekleństwach kierowców wychodzi na ulice i milcząco, ukryty w kawałku białego chleba przechadza się po ulicach naszych miast.
Kiedyś jeden z moich ulubionych filozofów – Soren Kierkegard – odwiedzając Włochy widząc taką procesję odnotuje: „Spotkałem przechadzającego się ulicami miasta Boga”.
Bóg który przechadza się ulicami miast, miasteczek, wsi; Bóg milczący, spoglądający z wysokości białej hostii na otaczających Go ludzi, jakby chciał przypomnieć nam – i tym, którzy Go odwiedzają w kościele i tych, którzy zapomnieli drogi do niego – jestem tu, pamiętam o was, patrzę na was zawsze z miłością. Bóg, który nie narzuca się, nie krzyczy, którego przyjściu nie towarzyszą grzmoty, trzęsienia ziemi. Bóg, który zawsze jest delikatny w swoim przychodzeniu do człowieka, szanujący jego wolność; jego wybory, choć nie przestający o sobie przypominać: JESTEM. Dla jednych owo przypominanie będzie jedynie potwierdzeniem i umocnieniem w tym, w co wierzą, dla drugich wyrzutem sumienia, u jeszcze innych wznieci niepokój czy odruch sprzeciwu a nawet odwetu wymierzony zazwyczaj w Kościół, bo człowiek ma zbyt krotka rękę, aby dosięgnąć samego Boga, wiec atakuje symbol, który mu o nim przypomina, który nie daje mu zapomnieć, który nie daje mu spokoju.
Bóg ukryty w małym kawałku chleba, który potrafi budzić tyle emocji, tyle odruchów.


Różne są oczywiście oblicza milczenia Boga.
Dla innym przejawem tego milczenia może wydawać sie modlitwa bez odpowiedzi.
Boże mój, wołam… a nie odpowiadasz (Ps 22,3). To chyba najtrudniejszy problem związany z modlitwą: gdy nasze prośby zdają się pozostawać bez odpowiedzi, gdy prosimy, prosimy… a tu nic, jakby niebo było zamknięte na kłódkę, jakby Panu Bogu popsuł się słuch!
Jak to pogodzić z zapewnieniem Chrystusa, który mówi: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje (J 16,23).

Prawdziwa wiara i ufność, która powinna jej towarzyszyć, polega na przekonaniu, że Bóg wysłuchuje wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą – o czym sam zapewnia – por: 1 J 5,14. Już widzę sarkastyczny uśmieszek niektórych: „Ładna mi obietnica! To żadna sztuka spełniać to, co jest zgodne z Jego wolą!” Tymczasem trzeba powiedzieć: „I całe szczęście!” Przede wszystkim dlatego, że to On, a nie my, wie wszystko: zna przyszłość, którą my możemy tylko przewidywać. Myślę, że każdemu (a przynajmniej wielu) z nas zdarzyło się dziękować Panu Bogu za to, że nie spełnił naszej prośby, która przedtem wydawała nam się dobra, a tymczasem przyniosłaby fatalne skutki! Czy więc ta prośba pozostała niespełniona? Przecież ostatecznie chodziło nam o to, żeby było dobrze… i tak właśnie często się dzieje, ba, niejednokrotnie lepiej niż myśleliśmy, tylko nieraz nasz ograniczony sposób postrzegania rzeczywistości a może tez i wykrzywianie jej i ukazywanie takiej wykrzywionej rzeczywistości nam przez największego wroga Pana Boga nam nie pozwala tego zobaczyć! 

To zaufanie do dobroci i wszechwiedzy Boga ma zasadnicze znaczenie w przypadkach dla nas niezrozumiałych: gdy zdaje się, że pozostaje bez echa prośba o zdrowie dla ciężko chorego, o pracę dla bezrobotnego… przecież prosimy o dobro! Nie umiem i nie sile się nawet na odpowiedź na pytanie, z którym nie rzadko przychodzą do mnie ludzie: „Dlaczego tak jest, że Pan Bóg nie wysłuchał mojej modlitwy, choć wydawało się, że proszę o to co dobre?”, bo… ja też nie wiem wszystkiego; ale wiem, że Ten, który wie wszystko, jest Miłością i że z powodów dla nas niezrozumiałych nasze dobro wymaga czasem przejścia przez trudne doświadczenia.

Jest taka piękna opowieść o człowieku, który chciał pomóc motylowi wydobyć się z kokonu i rozciął kokon. Tymczasem była to „niedźwiedzia przysługa”: motyl potrzebował tego wysiłku, tego tarcia, by jego skrzydła mogły normalnie funkcjonować. Ten biedny motyl „dzięki pomocy” człowieka pozostał kaleką. Ileż razy prosimy Boga o takie właśnie „rozcięcie kokonu”!

Trzeba też wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, od której zależy również spełnianie naszych próśb: jest nią wolna wola ludzi, z którą Bóg się liczy (może nawet bardziej niż my!). Wyobraźmy sobie taką modlitwę żony: „Panie Boże, już tyle lat Cię proszę, żeby mój mąż był dla mnie dobry!”, co w praktyce jakże często można by wyrazić to tak: „Panie Boże, zabierz mu jego sposób myślenia, jego zwyczaje i upodobania (a zwłaszcza wszystkie wady) i stwórz go na nowo na mój obraz i podobieństwo!” Zatem chcąc spełnić to życzenie, Pan Bóg musiałby zniszczyć osobowość męża, bo żona, zamiast podjąć trud dialogu (i prosić Boga o pomoc), wolałaby dostać wszystko „gotowe na talerzyku”. Nie, Bóg za bardzo nas kocha, by spełniać dosłownie takie prośby. I to często jest dla nas argument najtrudniejszy do przyjęcia, bo my najchętniej chcieli byśmy widzieć innych tak żeby oni odpowiadali naszym wyobrażeniom. To niestety pokutujący w nas egoizm podsuwa nam takie myślenie. Na szczęście Bóg nie myśli tak jak my, choć owoce tego bywają bolesne zwłaszcza dla niego samego, gdy człowiek źle korzysta ze swojej wolności. Gdy źle wykorzystana wolność godzi w dobro innych. Wracając do tego przykładu modlącej się żony: na pewno ta modlitwa też nie pozostała bez echa, zapewne Pan Bóg – w sposób znany tylko sobie – podsuwał mężowi myśl, by starał się być jak najlepszy dla żony, żeby się zmienił, nawrócił ale On nie po to dał nam szare komórki, by wszystko robić za nas, kosztem wolności i godności innych ludzi. Cena poszanowania ludzkiej wolności aż do końca jest cena za którą nieraz trzeba wiele zapłacić i nikt nie wie tego lepiej niż Bóg, który za cenę tej wolności dał się przybić do krzyża przez tych, których stworzył z miłości. To jeden z największych paradoksów miłości Boga, tak trudny do pojęcia dla tych, którzy jak mówi sam Chrystus nie potrafią „kochać aż do śmierci…”




Innym sposobem milczenia Boga jest ten, który został wykorzystany przez filozofie ateizmu dla podtrzymania tezy, że Boga nie ma.

Jeden z pierwszych niemieckich filozofów-ateistów, Fryderyk Nietsche, w jednym ze swoich szkiców przedstawia zabawną, a zarazem tragiczną sytuację: „W samo południe, kiedy w mieście jest najbardziej tłoczno na główny rynek wbiega zdyszany człowiek. W ręku trzyma zapaloną latarnię. Zrozpaczony, rozdygotany, zaczepiając przypadkowych przechodniów, świecąc im w oczy krzyczy na całe gardło. SZUKAM BOGA. LUDZIE JA SZUKAM BOGA. POKAŻCIE MI BOGA. CHCĘ GO ZOBACZYĆ. Wokoło zrobił się gwar. Śmiechy, drwiny. Niektórzy pokazywali na niego palcami. Mówili jeden do drugiego. Wariat, obłąkany, stracił biedak rozum. On w samo południe, na ulicy, z lampką szuka Boga. Ktoś krzyknął na niego. A idźże stąd do diabła szukać sobie swojego Boga gdzie indziej! Tutaj Go nie znajdziesz. Tutaj Twojego Boga nie ma. Na to „poszukiwacz Boga” zaczął krzyczeć jeszcze bardziej! Nie! Nie mówcie tak, że tu Boga nie ma! Błagam was, nie mówcie tak! Właśnie tutaj jest jedyna oaza, gdzie jeszcze można Boga spotkać. Wasze serce to jedyne miejsce, gdzie jeszcze Bóg żyje. Nie zabijacie Boga w waszych sercach. Błagam was! Nie zabijajcie Go! Ja przychodzę ze świata, gdzie Bóg już został zabity. Świat bez Boga jest nie do zniesienia, to istne piekło. Dlatego jeszcze raz was błagam. Nie gaście w waszych sercach płomyka Jego istnienia, dopóki On jeszcze w was żyje.”




Ateizm to prąd myślowy, który od XIX w. pojawia się w historii myśli ludzkiej i który zatruł spostrzeganie Boga na zawsze. Prąd intelektualny, który popełnia największy błąd: neguje istnienie Boga. Ateiści chodzą i wołają: Bóg umarł, a jeśli nie, to udowodnijcie nam jego istnienie! Każdy człowiek posiada pragnienie poznania absolutu. Jednak, gdy ktoś posiądzie ten skarb, skarb wiary, musi bardzo uważać, by go nie utracić. Gdzie rodzi się pokusa zwątpienia w Boga?
Gdy podnoszę słuchawkę, wykręcam numer i melodyjny głos odpowiada, nie ma takiego numeru, lub gdy dzwonię do kolegi, a on nie odpowiada, lecz słyszę głuche buczenie, wnioskuję, że go nie ma. Niestety podobnie traktujemy czasem Boga. Żądamy od niego ingerencji w danej chwili, wyratowania z ciężkiej sytuacji, uzdrowienia dziecka z choroby nowotworowej, naprawienia finansów firmy, żądamy sukcesów zawodowych, dobrych ocen w szkole, życia na jakim takim poziomie. A gdy Bóg na to zdaje się nie reagować, wkracza ze swą pokusą szatan: Czy ten twój Bóg naprawdę Cię kocha, skoro nie okazuje Ci swej miłości? Czy On w ogóle istnieje, a mój głos, który słyszysz, czyż nie jest tylko głosem racjonalizmu?
W taką pułapkę wpadli Żydzi w czasie drugiej wojny światowej. Holocaust doprowadził do wielkiego zwątpienia w wybranie ich narodu przez Boga. Poczuli się przez Boga zdradzeni. Pięć milionów ofiar zorganizowanego ludobójstwa stało się faktem. Efekt jest taki, że dziś 85 procent ludności Izraela deklaruje się jako niewierzący. Pokusa była zbyt silna. Bo Bóg milczał. A w historii świata wydawał się milczeć wiele razy…
Choć filozoficzne dywagacje ateistów o „śmierci Boga” mają pewien wpływ na myślenie współczesnego człowieka, o tyle większym niebezpieczeństwem dla nas, ludzi wierzących, jest ateizm praktyczny, czyli jak to określił Jan Paweł II – życie, jakby Boga nie było. Taki człowiek uznaje istnienie Boga, ale jest mu on całkowicie obcy, nieobecny wcale w jego życiu, taki „Bóg na wakacjach”, który może i istnieje, lecz nie przeszkadza w życiu.   Niestety w dzisiejszych światach żyje tak również wielu ludzi, którzy nominalnie przyznają się do bycia chrześcijanami, stając się największym zaprzeczeniem chrześcijaństwa, które przecież poznaje się po owocach.


Kanadyjski teolog Latourelle wylicza cztery niebezpieczeństwa, które mogą doprowadzić do ateizmu praktycznego:
1. dobrobyt – człowiek, który wiedzie wygodne i bezpieczne życie, może pytać: co takiego Bóg mógłby dodać do tego, co już posiadam? Dlaczego mam tęsknić za chlebem nieba, skoro ten ziemski wystarcza mi aż nadto?

2. antyświadectwo wierzących – życie wielu chrześcijan zamiast przyciągać, odpycha od Boga i religii. Ukazują oni chrześcijaństwo zgorzkniałe, instytucjonalne, uwikłane w walkę o władzę polityczną i ekonomiczną, chrześcijaństwo budzące strach, skupione na grzechach i sankcji.

3. kult ciała – nadmierne przywiązanie do mody, apoteoza sportu, rozbicie jedności między miłością a erotyką, prowadzące do pornografii i panseksualizmu.

4. nieumiejętne korzystanie z osiągnięć techniki – masmedia i przemysł rozrywkowy dostarczają niezwykle wielkiej ilości informacji, oferują szeroką gamę propozycji, pochłaniając człowieka i jednocześnie tak go rozpraszając, że nie może samodzielnie myśleć, ani podejmować refleksji nad swym życiem.

Dobrobyt, antyświadectwo, kult ciała i złe wykorzystanie techniki mogą zająć miejsce Boga w twoim sercu. Dlaczego? Bo są namacalne, na wyciągnięcie ręki. Bo one krzyczą, a Bóg milczy.
Jakże ten nasz Bóg jest cichy… 

Może wystarczy już tych refleksji na jeden raz. Choć to dziwne, że może je wzbudzić w człowieku jeden mały, biały kawałek chleba, przechadzający się w zgiełku tłumów i postronnych gapiów, kawałek chleba w którym ukryty jest Bóg, o którym inni mówią, że go nie ma. Bóg, który nie odpowiada na zaczepki człowieka, który tak chętnie by sie nim posłużył do spełnienia swoich zachcianek. Bóg, który milczy…
Ale do czasu.

Szczególne dwa dni

Sobota i niedziela to dni, które upłynęły pod znakiem szczególnej radości z celebrowania daru kapłaństwa. Najpierw sobota – dzień święceń w archikatedrze warszawskiej, gdzie dwudziestu dwóch diakonów przez włożenie rąk biskupa, namaszczenie i modlitwę konsekracyjną otrzymało ale też przyjęło dar kapłaństwa. Jedno bez drugiego bowiem nigdy nie będzie pełnią. Tak zresztą jest z każdym darem.
Te święcenia miały dla mnie szczególnie sentymentalne znaczenie, gdyż święcenie przyjęli klerycy z roku, którego byłem opiekunem w seminarium. To dobry rocznik i wartościowi ludzie.
I niedziela – prymicje. W wielu miejscach w diecezji i w Polsce. Także i w naszej parafii.
Kapłaństwo – dar i tajemnica.




Nie da się w kilku zdaniach ująć etosu kapłaństwa. Śledząc literaturę zajmującą się tym tematem na różnych szczeblach „dokumentalności” i „fabularyzacji”, przekonuję się, że nawet na setkach stronic nie sposób opowiedzieć, na czym polega „bycie księdzem”, wszystko jedno, dawniej czy dzisiaj. Istnieją bardzo rozległe sfery kapłańskiego życia, o których w ogóle nie da się mówić tak, by nie zostały one strywializowane. Nie bez powodu Ojciec Święty Jan Paweł II, pisząc coś w rodzaju swej autobiografii, już w tytule wyakcentował dwie niesłychanie ważne cechy życia księdza: jest ono darem i tajemnicą. Opisując dar, należy przecież raczej mówić o Darczyńcy niż o obdarowanym. A tajemnica? Pozostaje do końca nie wypowiedziana.


Dzień święceń i prymicji to zawsze okazja do refleksji nad swoim kapłaństwem i nad tajemnica kapłaństwa w ogóle. Refleksja ta wydaje się tym bardziej ważna, gdy w jakiś sposób uczestniczy się w formacji przyszłych księży (czy to jako przełożony, czy to jako wykładowca). Sześć lat przyglądam się tym, którzy odkryli swoje powołanie a raczej ciągle je odkrywają, którzy gdzieś, kiedyś usłyszeli wewnętrzny głos, który  zaprosił ich do pójścia ta drogą i na który często nie bez leku, ale tez z wielkim entuzjazmem i radością odpowiedzieli. Jedni z nich gdzieś po drodze, trwającej sześc lat od chwili przekroczenia progów seminarium do chwili święceń dochodzi do przekonania, że to jednak nie ich droga. Inni odchodzą, by po jakimś czasie powrócić znowu stwierdziwszy, że już nie należą do tego świata „na zewnątrz”. Jeszcze inni po sześciu latach nieraz trudnych zmagań ze sobą i swoimi wątpliwościami, nieraz oczyszczeni różnymi kryzysami docierają do końca, by przed biskupem w dniu święceń powiedzieć swoje ostateczne „tak”. Choć to nigdy nie jest „tak” powiedziane ostatecznie. To zawsze tak, które aby stało się tym ostatecznym „TAK” musi być potwierdzane jeszcze po wielokroć zarówno w tych radosnych i przyjemnych jak i w trudnych i bolesnych chwilach życia. 

Semel eligenti quotidie eligendus est

Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę
św. Augustyn

Na różne strony myślę o tajemnicy kapłaństwa. Bycie wychowawcą a potem wykładowcą przyszłych kapłanów stawia człowieka przed koniecznością nieustannego odkrywania prawdy o kapłaństwie. Zastanawiam się nawet czy nie za dużo uczymy przyszłych kapłanów pewnych „księżowskich sprawności”, a za mało uświadamiamy czym tak naprawdę jest kapłaństwo. Zanim bowiem zaczniemy wykonywać funkcje, podejmować działania, musimy jasno uświadomić sobie, o jakie kapłaństwo nam chodzi, jakie kapłaństwo ma na myśli Jezus zapraszając nas do tego szczególnego powołania. Od tego bowiem zależy przeżywanie swojej kapłańskiej tożsamości. A we współczesnym świecie poczucie tożsamości wydaje się szczególnie aktualna kwestią.  Charles Peguy – francuski poeta i myśliciel mówił o dwóch rodzajach ludzi: o tych, którzy płyną z prądem rzeki, zachowując aktualne mody, standardy, nie pytając dlaczego, zadowalają się, że robią to co robią wszyscy. Drugi rodzaj ludzi, to ci, którzy płyną pod prąd, po to, aby dotrzeć do źródła, do żywej wody, skąd rzeka wzięła swój początek. Z prądem płyną zdaniem poety ci, którzy już za życia umarli, pod prąd płyną ludzie silni, duchowi, radykalni. Tylko u źródeł można poznać piękno, słodycz i właściwą wartość wody. I myślę, że tak jest też z kapłaństwem. Możemy się oswoić z panującym modelem kapłana, możemy się przystosować do kapłaństwa wygodnego, statycznego, świeckiego. Możemy przykroić nasze kapłaństwo do wizji i wymagań współczesnego świata (choć mimo snucie wielu teorii i tak powszechnej dziś krytyki Kościoła nie ma czegoś takiego jak kapłaństwo w wizji współczesnego świata). Niemniej przyjmując taka postawę zaczniemy się łatwo tłumaczyć, że takie są czasy, że dziś to już tak trzeba, że tak robi większość księży a nawet biskupi… 

A to ksiądz Max – tylko szkoda, że został wyświęcony dla diecezji polowej

Ale możemy też płynąć pod prąd – do źródła – choć to zawsze bardziej ryzykowne. I trzeba się liczyć z tym, że przez wielu/większość/świat będziesz niezrozumiany a może i odrzucony.  Jak pójść pod prąd. Ano trzeba zacząć od tego,  żeby usiąść na modlitwie przed Jezusem i przyglądać się temu Jedynemu Kapłanowi w najczystszej postaci. Przecież to Jego kapłaństwo jest źródłem mojego kapłaństwa i jeśli nie będę próbował wracać do tego źródła popłynę z nurtem świata i stanę się… No właśnie kim? Będę bezwiednie płynął z nurtem rzeki, jak trup, który sam nie ma w sobie życia i nie może przekazać tego życia innym. Owszem, łatwo się płynie z prądem, do tego nie trzeba wielkiego wysiłku, a przy tym ma się czasem złudne wrażenie, że skoro tak robi większość to jest w tym jakiś sens. I łatwiej wtedy usłyszeć ze strony świata pochwałę: „że jesteś swój człowiek”.
Wspomniany już francuski poeta Peguy przypomina też, że ci, którzy odważą się płynąć pod prąd muszą nauczyć się samotności i wytrwałości. Szybko się płynie z prądem, a płynięcie w stronę źródeł rzeki jest mozolne i pełne przeszkód. Z prądem płynie się w dużej grupie. Po prąd trzeba często płynąć w samotności i niezrozumieniu. Przyglądam się czasem jak łatwo ten prąd świata porywa młodych kapłanów. Jeszcze w seminarium pełni byli ideałów, pragnienia czystości, ubóstwa, ofiary, ewangelicznego życia i wystarczy kilka miesięcy, żeby odwrócić kierunek swego życia i dać się porwać nurtowi świata. Pytam ich czasem, dlaczego tak szybko zrezygnowali ze swojej radykalnej wiary, ze swoich pięknych kapłańskich ideałów? Zazwyczaj się tłumaczą, że przecież większość kapłanów żyje inaczej, normalniej, bardziej na modłę tego świata. Każdego dnia staram się nad tym rozmyślać. Pytam się wtedy Boga, czy jeszcze płynę w Jego stronę, czy już tylko w stronę świata? Czy jeszcze mam odwagę i determinację zaczerpniętą z Jego Ducha by płynąć pod prąd, czy już poszedłem na łatwiznę i pozwoliłem się porwać nurtowi tego świata, czasem tak wydawać by się mogło atrakcyjnemu a na prawdę tak złudnemu i zdradliwemu.  Kiedy staję przed Bogiem w ciszy mojego serca warto zadać sobie to pytanie…

Medytacja odpowiedzią na potrzeby ludzkiego serca

Przechadzając się po dobrych stronach Internetu można znaleźć wiele ciekawych treści. Ktoś mógłby powiedzieć: „przez przypadek!” Ale kiedy wezwiemy najpierw Ducha Świętego, to On nas poprowadzi tam, gdzie sami byśmy zapewne nie zawitali i pozwoli nam odnaleźć takie treści, jakich sami w całym tym gąszczu słów byśmy nie odnaleźli. I tak oto Duch Święty pozwolił mi znaleźć tekst, którego autorem jest znany polski benedyktyn, ojciec Leon Knabit – mnich z Tyńca, który tym razem pisze o doświadczeniu medytacji. Dla tych, którym nie dane było znaleźć tego tekstu pozwolę sobie go tutaj przywołać, bo dobrze wpisuje się on w tematykę naszego bloga. Ufam, że Ojciec Leon się nie obrazi, gdy uczyni to ktoś, kto jako benedyktyński oblat żyje w stałej modlitewnej łączności z tym wyjątkowym miejscem modlitwy monastycznej w Polsce.

Ojca Leona słów kilka:

Medytacja – ludzka potrzeba

Wśród wielu osób, które uznają wartości religijne, dokonuje się dzisiaj duży zwrot ku medytacji. Wszędzie, gdzie Kościół Katolicki propaguje medytację, stwarza warunki umożliwiające zastanowienie się nad sensem życia, pojęciem człowieka, Boga – tam zawsze są ludzie, którzy przychodzą i są łasi na tego rodzaju możliwości.

Medytacja w innych wyznaniach, zwłaszcza związana z buddyzmem, hinduizmem i wszystkimi pokrewnymi odłamami, cieszy się – wśród pewnej grupy ludzi poszukujących – wielkim powodzeniem. Jednocześnie ostrzega się, że w tych praktykach pojawiają się zagrożenia dla naszej religii katolickiej – między innymi kadzidełka, czarna magia, satanizm, okultyzm i tak dalej – wymienia się nieraz tak jednym tchem… medytacja, a zwłaszcza medytacja transcendentna niesie ze sobą duże zagrożenie.

Medytacja wschodu a medytacja chrześcijańska

Trzeba się nad tym zastanowić i to troszeczkę sprostować. Bo jeśli ta medytacja wschodnia wyklucza całkowicie chrześcijański porządek wartości, osobowość człowieka i jego relacje do Boga czy podstawowe prawdy naszej wiary katolickiej – wówczas taka medytacja (prowadząca do samouspokojenia, samouwielbienia czy może do roztopienia się we wszechświecie, którego człowiek jest cząstką) nie byłaby wskazana dla człowieka wierzącego.

W tym przypadku więc, trzeba być bardzo, bardzo ostrożnym. Wiemy bowiem, że w łonie filozofii religii Wschodu jest tak dużo kierunków czy tendencji, że kiedy się powie coś ot tak, można urazić wyznawców innej opcji, ewentualnie powiedzieć nieprawdę i przedstawić fałszywy obraz katolikom Wschodu. Co my powiemy na temat medytacji?

Medytacja w Kościele Katolickim była od zawsze. Potem, w miarę rozwoju religijności i życia religijnego czy zakonnego, zastąpiono ją modlitwami ustnymi, bardzo sensownymi – Psalmami. Jest to modlitwa, wyrażająca wszystkie stany ludzkiej duszy. Księga Psalmów jest czymś cudownym. Ludzie nawet poza Kościołem – rozsądni, czerpią z niej i korzystają. Ale potem są jeszcze modlitwy, pacierze, litanie, nowenny itd., którymi, owszem, ludzie się karmili. Jednak u człowieka niezbyt głębokiego, takie tylko modlenie się, odmawianie modlitw często powoduje całkowite spłycenie religijności i w sytuacjach zasadniczych, granicznych – jak to się dzisiaj mówi – taki człowiek nie wytrzymuje napięcia i odchodzi od Boga.

Medytacja i kontemplacja – można to nazywać najrozmaiciej. Chociaż kontemplacja w ścisłym tego słowa znaczeniu zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla dusz w stanie wysokiego mistycyzmu to jest dar, który Pan Bóg oferuje tylko niektórym. Natomiast kontemplacja rozumiana jako zastanowienie się, pomyślenie, zadziwienie się nad wielkością, różnością, sensem rzeczy – jak najbardziej, powinna być obecna w życiu każdego katolika.

Medytacja – lacińskie meditatio, czyli rozważanie – niekoniecznie musi być modlitwą. Może być traktowana jako przygotowanie do modlitwy. Medytuję, zastanawiam się nad prawdami o człowieku, o Bogu. Coś podobnego – rozmyślanie – to też medytacja.

Zamieszkać ze sobą samym

O św. Benedykcie tak pięknie powiedziano, że on habitavit secum (łac.) zamieszkał ze sobą, był ze sobą. A ponieważ, jak to Papież nam przypomniał – „człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa, a więc bycie ze sobą jest jednocześnie byciem z Chrystusem (…)”.

Kiedy chcemy wchodzić w szczegóły porównując medytację chrześcijańską i medytacją wschodnią, można zauważyć, że u nas kontemplacja, medytacja, rozmyślanie, ma doprowadzić do lepszego poznania Jezusa Chrystusa, łączenia się z nim. Dar kontemplacji pochodzi z Jego łaski odpowiednio wykorzystanej. Moje „ja” nabiera blasku dopiero wtedy, kiedy złączy się z Chrystusem. Człowiek natchniony duchem – jakimś Bożym powietrzem, zaczyna nabierać kształtów właściwych jemu. I w ten sposób dorasta się do pełni doskonałości w Chrystusie. Poza Chrystusem to jest tylko doskonalenie siebie, ewentualnie takie odcięcie się od rzeczywistości stworzonej, żeby znaleźć pokój, roztopienie się we wszechświecie – taki rodzaj nirwany.

Nie rezygnujemy z medytacji

Więc nie rezygnujemy z medytacji. Świeccy ludzie przyjeżdżają do Tyńca po to, żeby się skupić, pobyć trochę ze sobą, pomodlić się, popatrzeć, porozmawiać, pospacerować. Ale jakże wielu spośród nich duma sobie w kościele, siedzi, poza swoimi rozmaitymi ćwiczeniami i mówią, że wyjeżdżają tacy mocniejsi, że zatrzymali się, że jak gdyby orzeźwili się na tej drodze i teraz pewniej kroczą dalej wiedząc bardziej, o co chodzi.

Na pewno medytacja jest międzywyznaniowa, to jest coś bardzo ludzkiego, jest potrzebą ludzką. Z taką różnicą, że my – katolicy zawsze rozważamy, medytujemy, rozmyślamy, kontemplujemy w oparciu o Chrystusa i Jego łaskę. Natomiast inne religie próbują czerpać tę wewnętrzną moc, z samych siebie albo ewentualnie z energii świata, który ich otacza.

Może się okazać, że ta energia nazywa się Bóg i to Bóg Osobowy. Wtedy ludzie świadomi, że są na tej samej drodze, spotkają się kiedyś w punkcie, o którym wie Pan Bóg. To będzie wielka radość. Kiedy materialiści, rozmaici scjentolodzy i inni, sięgną głębiej do swojej religii, głębiej do pokładów ciała i ducha człowieka, do „ducha” materii, to być może spotkamy się u Stwórcy tego wszystkiego. I tam będzie medytacja pełna radości, bez końca. W to wierzymy. Temu dajemy świadectwo.

o. Leon Knabit OSB

Medytacja patrzeniem na Jezusa

Przestrzenią ducha,
gdzie może on rozwinąć skrzydła
jest cisza.

Milczenie, które cię chroni,
gdy rozwijają się twoje myśli..
Milczenie samych myśli,
jak wypoczynek pszczół,
gdy miód już jest gotowy
i teraz powinien stać się
ukrytym skarbem
wciąż dojrzewającym.
Milczenie myśli,
które przygotowują
swoje skrzydła,
bo niedobrze jest, żebyś był niespokojny
w swoim duchu czy w sercu.
Milczenie serca.
Milczenie zmysłów.
Milczenie wewnętrznych słów,
bo dobrze jest,
żebyś odnajdywał Boga,
który jest milczeniem wieczności.
Milczenie – porcie okrętów.
Milczenie w Bogu,
który jest wiecznym portem.

A.DE SAINT-EXUPERY





Siadamy, zamykamy oczy, zaczynamy spokojnie i głęboko oddychać a potem powoli, w rytm oddechu powtarzać w myśli słowo – modlitwę


MARANA THA

i pozwalamy słowu działać a wszystko, co do nas należy, to otworzyć się na jego działanie.

Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek. [Hbr 4, 12-13]

A wszystko po to, aby patrzeć na Jezusa. To On jest centrum modlitwy a nie nasze sprawy. To On modli się w nas do Ojca. To On jest przez Ojca nieustannie rodzony. W ciszy. W Tobie. To On trwa w akcie całkowitego daru z siebie dla Ojca.
Na dnie ludzkiej duszy Ojciec i Syn są jedno w zjednoczeniu miłości Ducha Świętego.
Modlitwa to zanurzenie się w doświadczeniu tej miłości i jedności.

Spójrzmy na to oczami wiary. To jest właśnie kontemplacja, modlitwa wewnętrzna: Patrzenie na Jezusa przez wiarę. 
Modlitwa wewnętrzna odwraca nasz wzrok od nas samych, po to by skupić go na Bogu. Jest to przygotowanie do kontemplowania Boga w niebie. Tam będziemy patrzyli na Niego twarzą w twarz, bez żadnej zasłony. I nigdy nie wyjdziemy z podziwu, czym jest miłość Ojca i Syna. Będziemy patrzyli i będziemy zanurzeni w nią całą wieczność.
Ale tego samego możemy doświadczyć już w pewien sposób już tu, na ziemi. Wprawdzie widzimy Go wciąż niejasno, jakby w zwierciadle, ale widzisz Go w prawdzie. Do tego zachęcała św. Teresa z Avila, mówiąc do swoich sióstr:

Nie żądam od was wzniosłych rozważań o Nim, ani głębokich przemyśleń. Żądam tylko jednego: abyście na Niego patrzyły! [św. Teresa z Avila, Droga do doskonałości, 28]

Oczywiście medytować można na różne sposoby. Ta forma, jaką proponujemy za ojcem Johnem Mainem i św. Janem Kasjanem jest jedna z wielu form medytacji.

o. John Main

Inną formą jest na przykład medytacja tzw. ignacjańska czy suplicjańska, w której wykorzystujemy nasza wyobraźnię, jako narzędzie modlitwy.
Możemy zatem patrzeć na Boga, czytając konkretny fragment z Pisma Świętego np. scenę z Ewangelii opisującą spotkanie Chrystusa z Samarytanka przy studni. Następnie korzystając z wyobraźni możemy spróbować wyobrazić sobie tę scenę.
A następnie możemy zrobić następny krok: znaleźć w tej scenie siebie, np. w postaci tej kobiety, która rozmawia z Jezusem. Może nasza dusza, podobnie jak jej doświadczona jest słabością; może poślubiona jest „pięciu mężom”, które mogą być np. obrazem naszych zmysłów, wśród których nieustannie się obracamy, choć nigdy nie wchodząc w siebie, tam, gdzie w głębi naszego jestestwa możemy spotkać Boga, lecz żyjąc na powierzchni. Nawet jeśli okazaliśmy się niewierni, nawet jeśli uciekaliśmy całe życie przed prawda o sobie Bóg – jak Jezus przy studni nigdy nie przerywa dialogu z nami. On pierwszy go inicjuje. On pierwszy na różne sposoby chce zwrócić na siebie nasza uwagę. Mogę poszukać tych sposobów przemawiania do mnie Boga na różne sposoby w moim życiu. 
Bóg nigdy nie przestanie na nas czekać przy naszej „studni”, gdyż jest spragniony naszej miłości. On chce ukazywać nam głębie swojej miłości, którą chce nas pociągać. I więcej nawet, On osłania przed nami tajemnicę naszego życia, mówiąc iż prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Bogu w duchu i w prawdzie. 
W taki sposób możemy patrzeć na Jezusa w każdej sytuacji opisanej przez Ewangelistów, czy szerzej patrzeć na Boga przez pryzmat wielu scen biblijnych, które mogą stać się obrazem naszego życia i szansą odkrywania prawy o nas i o Bogu.
W oparciu o takie rozważanie można następnie sformułować konkretną modlitwę będącą puentą rozmyślania.

Przywołuję taki sposób medytacji, gdyż sposób jaki proponuje o. John Main nie jest odpowiedni dla każdego. Dzisiaj w świecie silnego oddziaływania na emocje czy wyobraźnię, w świecie, który boi się ciszy i próbuje ją zagłuszać na wszelkie możliwe sposoby sposób medytacji jakiej naucza o. John Main może być bardzo trudnym wyzwaniem przynajmniej na początku drogi medytacji.
Lecz wiele innych osób odnajdzie się lepiej w medytacji, która rezygnuje z wyobraźni i z ciszy czyni przestrzeń swojego spotkania z Bogiem. Bywa bowiem i tak, że wyobraźnia, zamiast pomagać jeszcze bardziej rozprasza medytującego, a człowiek w żaden sposób nie może już medytować czytanych tekstów. Im bardziej usiłuje się wejść w ten sposób modlitwy, tym więcej odczuwa się swoją niemoc. Wówczas pozostaje ten drugi sposób patrzenia na Jezusa: bez wyobrażeń, bez porównań, w całej prostocie i ciszy naszych zmysłów zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych.
Jest to modlitwa, która nie ucieka się do obrazów, lecz przeciwnie uczy się patrzeć wprost, bez zasłony, bez żadnego pośrednictwa. Jest to patrzenie na Boga, który jest duchem, obecnego w naszym wnętrzu i przenikającego nasze życie. Boga, w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. [por. Dz 17,28]
Choć trzeba zaznaczyć, że nie jest to wcale łatwiejszy sposób medytacji dla człowieka Zachodu. Jest to rodzaj patrzenia sercem na Boga, który prowadzi aktywne życie w głębi naszej duszy. Ponieważ jednak nie istnieje żadna analogia z życia doczesnego, która mogłaby nam przybliżyć, na czym ono polega, więc może to zrozumieć jedynie ktoś, kto czegoś podobnego doświadczył.

św. Teresa z Avila i św. Jan od Krzyża

Ważne jest i należy to podkreślić, że zarówno jeden jak i drugi sposób medytacji jest dobry i prowadzi do takich samych owoców. To po prostu różne drogi na ten sam szczyt i takich duchowych  ścieżek jest dużo więcej. Ważniejsze jest to, aby każdy znalazł swoją, która najbardziej oddaje jego charakter i jest mu najbliższa. 
W doświadczeniu podążania duchowa ścieżka ważne jest to, aby się nie zniechęcać. Wytrwałość i cierpliwość to jedne z najważniejszych cech człowieka modlitwy obok pokory, która gotowa jest przyjąć po ludzku patrząc mniejsze owoce i to z wdzięcznością niż spodziewać się nie wiadomo jakich doświadczeń duchowych, będąc zgorzkniałym, że ich nie osiągamy tak szybko jak byśmy chcieli.  Dobrze jest wziąć sobie do serca rade św. Jana od Krzyża:

Nigdy nie zatrzymuj swojej miłości i rozkoszy na tym, co rozumem i zmysłami poznajesz o Bogu, lecz kochaj Go i rozkoszuj się tym, czego nie możesz zrozumieć i odczuć. Wobec tego, że Bóg jest niepojęty i ukryty, powinieneś Go zawsze za takiego uważać. I nie bądź w liczbie tych niemądrych, którzy po ludzku myśląc o Bogu, sądzą, że jeśli Go nie pojmują, nie odczuwają i nie smakują w Nim, to On jest od nich bardziej oddalony, czy bardziej przed nimi ukryty. Owszem, rzecz ma się zupełnie przeciwnie; im mniej kto pojmuje Boga, tym bardziej zbliża się do Niego. Na tym polega paradoks duchowej drogi na szczyt. Jeśli zatem zbliżysz się do Niego, z konieczności musisz dostrzegać ciemność. [św. Jan od Krzyża, Pieśń duchowa, 1,12]

Zatem im trudniej nam patrzeć na Jezusa, tym bardziej powinniśmy się cieszyć, że jesteśmy blisko Niego. Z Bogiem jest bowiem jak ze słońcem, gdy patrzymy w nie, nie dziwmy się, że nic nie widzimy.


Medytacja prowadząca do aktu wiary

Kontynuując nasze sobotnie rozważania pragnę się zatrzymać na tym, co nazywamy aktem wiary w modlitwie wewnętrznej a do czego wszystkie nasze wysiłki ostatecznie prowadzą.

Poniżej zamieszczam tekst sobotniej homilii, wygłoszonej podczas Eucharystii sprawowanej na naszym spotkaniu medytacyjnym.



za twojeniebo.pl

Modlitwa wewnętrzna prowadzi do AKTU WIARY. To właśnie w nim człowiek jednoczy się z Bogiem. Właśnie w akcie wiary Oblubieniec – Chrystus oddaje się całkowicie i ze wzajemnością Oblubienicy – temu kto wierzy.

Tu spełniają się słowa Pieśni nad Pieśniami: Mój miły jest mój a ja Jego. [PnP 2,16]

Tylko w doświadczeniu wiary zjednoczenie z Bogiem tu na ziemi może być całkowite i przemieniające duszę człowieka na obraz Boga… Bez niej wszelka przemiana wewnętrzna będzie jedynie iluzją, wytworem naszej wyobraźni pozostającym w sferze marzeń.

Czym jest akt wiary w modlitwie wewnętrznej?    

Jest wewnętrzną postawą całego człowieka, w której ten zupełnie zapomina o sobie, otwierając na oścież drzwi swojego serca, by Bóg mógł wejść w nie bez żadnych ograniczeń i działać. Jest to akt, który angażuje całą osobę: jej zmysły, ducha i duszę. W akcie wiary stając się oblubieńcem Boga człowiek wszystko oddaje Umiłowanemu, niczego nie zostawiając dla siebie. Oczywiście prawdziwy akt wiary może dokonać się tylko w miłości, rodzącej się z poznania Boga i zanurzenia w Nim. Bez miłości nie ba bowiem zaufania i nie ma możliwości bezgranicznego powierzenia się Bogu. Tylko miłość pozwala nam wznieść się ponad własne zabezpieczenia, leki czy wątpliwości, by bez zastrzeżeń oddać się Umiłowanemu. Jest to postawa, która może przejawiać się w modlitwie wewnętrznej poprzez:

Milczenie i trwanie w przeświadczeniu, że jesteś w Bogu, a On jest w tobie. Tak jak mężczyzna i kobieta są ze sobą zjednoczeni w akcie małżeńskim. Są ze sobą i dla siebie. Są jedno dla drugiego. Całkowicie, trwając w jedności ciała i ducha.

Innym wyrazem tej postawy jest myśl, skupienie i chłonięcie Bogacałą swoja istotą. Jak gąbka zanurzona w wodzie. To tak jakbyśmy słuchali ulubionego koncertu. Jesteśmy wówczas bezgranicznie zajęci tym w co się wsłuchujemy. Chłoniemy muzykę całym sobą. Zanurzamy się w nią. Pozwalamy się jej nieść. W tym momencie nic innego nie istnieje dla ciebie. Jesteś Ty i Bóg. I to w zupełności wystarcza. Wówczas radość oddania można wyrazić aktem strzelistym, który płynie z serca np. Wierzę w Ciebie; lub Jestem Twój/Twoja; lub oddaję się Tobie całkowicie…

Każda dusza znajdzie swoje własne, najbardziej odpowiednie i intymne słowa. Wówczas nasza modlitwa staje się osobista i niepowtarzalna. Bowiem nawet, gdybyśmy wypowiadali te same słowa będą one naznaczone osobistym zaangażowaniem, które czyni je autentycznymi i niepowtarzalnymi. Są to słowa, które wyrażają ciebie i twoja wewnętrzną postawę otwarcia się na Boga i Jego miłość i nie zatrzymywania niczego dla siebie. Zanika granica między moim ja i Boskim Ty. Modlitwa wewnętrzna sprawia, że stajemy się jednością. Jestem dusza zanurzona w obecność Boga, duszą, która niczego Mu nie odmawia, bo moja wola staje się zjednoczona wewnętrznie z Jego wolą.

Akt wiary jest czymś tajemniczym i trudnym do opisania, zwłaszcza dla tych, którzy nie są zaprawienia w życiu wewnętrznym. Tutaj nie potrzeba słów… Tutaj człowiek jest w innej, nadprzyrodzonej rzeczywistości, i wszelkie obrazy czy porównania zaczerpnięte z ziemskiego życia są jedynie dalekim odblaskiem tego, co się naprawdę przeżywa. Właśnie dlatego mistycy – jak św. Jan od Krzyża – czerpią z języka poezji chcąc zobrazować tę szczególna relacje między człowiekiem a Bogiem.

Aby jednak móc zrozumieć czym  jest akt wiary w modlitwie wewnętrznej musimy zdobyć się na konsekwencję codziennego i wytrwałego zanurzania się w tę formę modlitwy, której wyrazem jest np. medytacja. Ale uwaga, bo przychodzi moment, że bez niej już nie potrafimy żyć lub że inaczej nie potrafimy się modlić, gdyż zanurzając się w ten rodzaj modlitwy doświadczamy, że modlitwa staje się aktem miłości, oddania i zapomnienia o sobie. Miejscem, gdzie jestem u siebie w najbardziej autentycznym znaczeniu tego słowa. Jestem bowiem zanurzony w Tym, od którego pochodzę.

Na koniec warto zaznaczyć, że nikt nie jest wyłączony z możliwości uczestniczenia w tym doświadczeniu. Modlitwa wewnętrzna nie jest dla wybranych. Trzeba niekiedy zdobyć się jedynie na pewną cierpliwość, gdyż ostatecznie jest ona darem i nie można tego doświadczenia w żaden sposób wymusić. Ale, gdy ktoś otrzyma ten dar, trzeba także unikać porównywania się z innymi czy przekonania, że dzięki temu jestem lepszy od innych, gdyż wówczas możemy zasiać w sobie ziarno pychy, która jest największym wrogiem modlitwy wewnętrznej – zamyka nas na działania Boga. 

Modlitwa wewnętrzna staje się bowiem doświadczeniem tylko takiego człowieka, który zezwala na to, aby Bóg działał w nim bez żadnych barier.