Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Sobotnia medytacja

Za nami kolejna sobota, w którą udało nam się spotkać i pomedytować. Wprawdzie „muzyka medytacyjna” towarzysząca medytacji z za okna nie ułatwiała modlitwy, ale cóż, przecież „nic nas nie zdoła odłączyć od miłości Chrystusowej…” 
Póki co te rzadkie spotkania w wieży są pewna namiastką spotkań za którymi wszyscy tęsknimy. Również dzięki otwartości Margosi takie spotkania mogą się odbywać, co nie zmienia faktu, że nadal czekamy na jakąś salę z niesłabnącą nadzieją. Pewnie przed wakacjami będzie trudno coś znaleźć, ale mniej więcej od polowy czerwca opustoszeją z racji sesji egzaminacyjnych sale w wieży przy kościele św. Anny, wiec myślę, że jeszcze na czas wakacji tj. do października będziemy mogli się tam przytulic na regularne spotkania. A potem…
Potem polecam sprawę także modlitwie, myślę, że jest nie mniej ważna niż techniczne poszukiwanie miejsca do medytacji.


A wracając do sobotniego spotkania pragnę przywołać to, co było tematem naszych rozważań w czasie konferencji i Mszy świętej. Zasadniczym tematem było zanurzenie się w doświadczeniu medytacji, jako modlitwie wewnętrznej prowadzącej do aktu wiary.

Konferencja:

Im dłużej trwamy na modlitwie, tym bardziej jesteśmy wewnątrz. Oczywiście pod pewnymi warunkami, które wymagają spełnienia. Są nimi miedzy innymi próby zamknięcia zmysłów zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych po to, by moc skupić się na Bogu żyjącym w duszy człowieka.
Modlitwa wewnętrzna wymaga zdyscyplinowania zmysłów, które ją mogą utrudniać. Dlatego nauczyciele medytacji zachęcają do zamknięcia bram zmysłów zewnętrznych (oczu, uszu, powonienia, dotyku). Ponadto ważne jest, aby (przynajmniej na początku drogi modlitwy wewnętrznej) odciąć się od źródła hałasu (głosów, muzyki, obrazów). Jest to konieczne, aby całe, niczym niezakłócone bogactwo wewnętrzne mogło się ujawnić w całym swoim pięknie. Zanim się to jednak stanie musimy wejść w ciemność i ciszę. Nie bojąc się jej. Nie ulegając pokusie ucieczki czy zagłuszenia jej czymkolwiek (to jedna z częstszych pokus współczesnego człowieka – zagłuszyć cisze w sobie i wielkie zwycięstwo szatana, bo bez ciszy prawda ani o nas samych ani o Bogu nie może się objawić).
Oczywiście na początku jest to doświadczenie, które nas onieśmiela. Cisza jest przestrzenią, w której nieswojo czują się wszyscy, którzy nie są zaprzyjaźnieni ze światem duchowym. Jeśli jednak nie ulegnie się zniechęceniu ten świat ma szansę ukazać nam całe swoje niezmierzone bogactwo.
Jeśli w świecie ciszy czujemy się obco, to tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie próbowaliśmy pozostawić naszej duszy tak naprawdę u siebie.
Dlaczego uciekacie od ciszy? – pyta Mistrz Eckhart – Dlaczego nie chcecie pozostać we własnym domu? Przecież całą prawdę nosicie zasadniczo w sobie! [Kazania, 5b].


W podobnym duchu pisze św. Jan od Krzyża:
Wiedz jednak, że chociaż Bóg jest w tobie, to pozostaje tam ukryty. Potrzeba, abyś zapomniał o wszystkim i oddalił się od wszystkich stworzeń; wtedy ukryty w kryjówce swojego ducha znajdziesz Oblubieńca. Gdy zamkniesz drzwi za sobą i w skrytości serca modlić się będziesz do twojego Ojca, i tam z nim będziesz przebywać, wówczas w tym ukryciu odczujesz Go, doświadczysz Jego miłości i sam pokochasz Go i będziesz się Nim radować. [Pieśń duchowa. 1, 8-9]
Dalej mistrzowie życia duchowego zapraszają do zamknięcia bramy zmysłów wewnętrznych czyli wyobraźni.
To jednak zadanie o wiele trudniejsze…
Ilekroć modlimy się w ciszy, włącza się „kino domowe”. Chcemy myśleć o Bogu i nagle uświadamiamy sobie, że jesteśmy w pracy, na uczelni, w sklepie, na wakacjach.
Wracamy do skupienia, a za moment już planujemy popołudnie.
I tak w kółko…
Wyobraźnia niczym nieujarzmiony rumak wierzga, miota nami i ciągle przywołuje sceny z życia zewnętrznego. 
Co robić? – pyta wielu.
Odpowiedź jest jedna: Mimo wszystko musimy pozostać wierni modlitwie. Choćby wydawało się, że 95 procent czasu ulegamy rozproszeniom. A przecież to tylko wyobraźnia chodzi na spacer. Nasza wola i serce – a te są najważniejsze w modlitwie – pozostają przy Bogu…

Lecz można uczynić coś więcej! Możemy zaprzyjaźnić się z naszymi rozproszeniami i spojrzeć na nie pozytywnie. Możemy je wykorzystać do duchowego rozwoju.

Wielkim nieporozumieniem jest pogląd, że rozproszenia są oznaką, że nie potrafisz się modlić, bowiem cóż znaczy to, że masz sto i jedno rozproszenie w ciągu półgodzinnej modlitwy? Oznacza to, że sto i jeden razy odwracałeś się od rozproszeń i zwracałeś ku Bogu. Oznacza to, że sto i jeden razy powiedziałeś „NIE” sobie i 'TAK” Bogu; że sto i jeden razy spełniłeś akt bezinteresownej miłości, która pozwala ci umrzeć dla „starego człowieka”, aby mógł narodzić się w tobie człowiek nowy. [D. Torkington, Peter Calvay. Prorok]

Rozproszenia uczą nas pokory. Uświadamiają nam, że w modlitwie niemal wszystko zależy od Boga, a od nas „jedynie” wierność i otwarcie na Jego działanie. Przypominają nam one, że każdy z nas jest człowiekiem zranionym i rozbitym wewnętrznie, i że potrzebujemy nieustannego uzdrawiającego działania Boskiego Lekarza.
Rozproszenia jak nikt inny ukazują nam też obszary naszego egoizmu, wymagające szczególnego oczyszczenia.
Jeśli martwisz się np. niezdanym egzaminem, znaczy to, że znowu myślisz o sobie i nie oddałeś wszystkiego Bogu. A może ten niezdany egzamin jest wpisany w Jego plan działania w Twoim życiu. Może jest próba wiary i zaufania…
Jeśli na modlitwie błąkasz się w wyobraźni po ulicach swojego miasta, to widocznie sprawia ci to więcej radości, niż podążanie za Jezusem. 
Jeśli nachodzą cię pożądania i nieczyste myśli, to może znak, że nie chcesz oddać tej skrytej płaszczyzny twojego życia Bogu.

Rozproszenia są w modlitwie mogą stać się dla nas pomocą, gdy rozpalają nasze pragnienia. Widząc bowiem, jak daleko nam jeszcze do stopienia się z Chrystusem, nie powinniśmy się zniechęcać, lecz prosić Go z głębokości naszego serca, by On sam przyszedł i ogarnął nas swymi ramionami.


Tak więc rozproszenia mogą stać się naszymi wielkimi przyjaciółmi na drodze modlitwy wewnętrznej.
Święta Teresa z Avila zachęcała swoje siostry, by pogodziły się ze swoimi rozproszeniami na modlitwie. Ona sama doświadczała bardzo silnych rozproszeń przez osiemnaście lat swojego pobytu w klasztorze. A skoro nie przeszkodziło to jej by stać się jedną z największych mistyczek w dziejach chrześcijaństwa, to znaczy, że i nam one nie przeszkodzą.
A wszystko zależy tylko od jednego jak zwykła mawiać św. Teresa z Avila – od wytrwałości! 
Najważniejsze w modlitwie wewnętrznej jest to, byśmy trwali przy Chrystusie. „Trwajcie we Mnie…” [J 15,4]
Najważniejsze jest nie to czy mamy rozproszenia, ale to czy mamy otwarte serca, bo to one są warunkiem działania Bożej mocy w nas, mocy która nas powoli przemienia i spala.

cdn.


Minął kolejny rok

Dzisiaj mija kolejny rok od święceń kapłańskich. Już 16…
Pamiętam jak mój pierwszy proboszcz na pierwszej parafii powiedział, że ma tyle lat kapłaństwa. Pomyślałem sobie: „Ale to stary ksiądz”…
Rocznica święceń to zawsze okazja do jakiejś refleksji, choć z perspektywy czasu na wiele spraw patrzy się już inaczej. Oczywiście nie dobrze byłoby, gdyby kiedyś nieaktualne stały się słowa ks. Jana Twardowskiego, który na dzień prymicji pisał: „Własnego kapłaństwa się boję, własnego kapłaństwa się lękam i przed kapłaństwem w proch padam i przed kapłaństwem klękam.” Ono zawsze pozostanie i darem i tajemnicą.
Z biegiem lat jednak mam świadomość tego jak wiele w jego przezywaniu znaczą wszyscy Ci, którzy stają obok, na tej szczególnej drodze powołania. To w dużej mierze właśnie od nich (innych kapłanów, proboszczów, ludzi świeckich, wspólnot parafialnych czy uczniów w szkole) zależy jak je przezywamy i jak na nie patrzymy. Ja patrząc wstecz mogę za tych wszystkich, których Pan Bóg postawił na drodze mojego życia dziękować. Zatem – DZIĘKUJĘ!
Rocznica święceń to także okazja by spotkać się na tzw. zjeździe kursowym, czyli spotkaniu kolegów z roku, z którymi się studiowało i z którymi było święconym. W tym roku mam blisko, bo spotkanie jest w Sekretariacie Episkopatu Polski. To ważne żeby się tak spotkać co jakiś czas, bo na co dzień nie jest to możliwe. Wielu z kolegów pracuje daleko. Dawną archidiecezje podzielono na trzy diecezje, wiec nie bardzo są inne możliwości spotkań niż towarzyskie a na te jak zwykle jest za mało czasu. Są i tacy, którzy pracują za granica. I wreszcie tacy, których już nie ma wśród nas. O nich też pamiętamy!

Na końcu niech mi wolno będzie przywołać tu jeden wiersz znaleziony na innym kapłańskim blogu mojego nieco młodszego kolegi w powołaniu – Ks. Krzysztofa z diecezji pelplińskiej, przez którego parafię dane było mi w ostatnie wakacje przejeżdżać. Ufam, że się nie pogniewa. Pozdrawiam serdecznie!

Już niedługo
stanę przed Tobą
na kobiercu ludzkich pytań utkanym

o pierwszą miłość
gdzieś zapomnianą
o moja słabość
o przyszłość
i tyle różnych spraw na ziemi…

i spytasz tylko
czy miłujesz bardziej niż inni

bardziej niż śpiew ptaka
wodę i powietrze
i czyjeś włosy rozwiane na wietrze…

nie odpowiem – sił braknie
Ty wiesz

Niestety wciąż się przekonuję, o prawdziwości słów, że Bóg częściej jest pytaniem  a niżeli odpowiedzią, którą tak bardzo chcielibyśmy usłyszeć…

Duchowośc pod obserwacją psychologa…

Współczesna psychologia stara się odpowiedzieć na wiele pytań, także natury duchowej. Dzięki czemu możemy z niej dobrze korzystać na płaszczyźnie pracy wewnętrznej.
Niektórzy pytają czy przypadkiem psychologia nie jest zbyt narzucającą się dyscypliną i uwierzyliśmy dziś w to, że bez niej nie możemy się obejść, choć wcześniej (przez wieki chrześcijaństwa) się dało.
Co ma do powiedzenia psycholog w dziedzinie duchowości? Jakimi kompetencjami może się wykazać? Jakie znaczenie ma jego interwencja? Czy może pogłębić spojrzenie na tematy, które na pozór wykraczają poza jego dziedzinę?
Kiedy psycholog spotyka się z doświadczeniami, postawami i zachowaniami uważanymi za duchowe, inaczej mówiąc, kiedy spotyka się z życiem duchowym (lub uważanym za takie) i z różnymi jego przejawami (z modlitwą, rytualnymi gestami, wyborami etycznymi, itd.), nie zajmuje (przynajmniej początkowo) pozycji filozofa, teologa ani tym bardziej duszpasterza, lecz staje na stanowisku obserwatora, który przede wszystkim usiłuje zrozumieć. Ponieważ sytuuję tę analizę w chrześcijańskiej perspektywie, gdy jest mowa o życiu duchowym, mam na myśli życie, które jest wynikiem tchnienia Ducha, życie ukierunkowane przez Ducha — oczywiście Ducha Bożego, Ducha Chrystusa, Ducha Świętego.
Psycholog (i można by to samo powiedzieć o socjologu i antropologu) obserwuje ludzkie reakcje na obecność i na działanie Ducha.
Życie duchowe jest rzeczywistością przeżywaną i wyrażaną w ludzkich zachowaniach, postawach, sposobach myślenia i działania. Wszystkie one są dostępne dla obserwacji człowieka nauki (z pewnością otwartej i życzliwej, ale równocześnie trzeźwej i krytycznej – to ważne cechy obiektywnej obserwacji).
Dobrze kwestię tę opisuje jakiś czas temu wydana książka, której autorem jest francuski psycholog Jean-François Catalan, znany też z innej pozycji p. t. „Depresja a życie duchowe” wydanej także przez wyd. eSPe.


Religię można badać, patrząc na nią z różnych punktów widzenia. Filozof poszukuje jej fundamentu, jej znaczenia dla ludzkiej egzystencji, wpływu na los człowieka itd. Teolog stosuje metodę systematycznej refleksji o objawieniu i próbuje rozwinąć wszystkie jej implikacje. Natomiast psycholog interesuje się szczególnie tym, co człowiek przeżywa. Jego refleksja nie jest jedynie teoretycznym rozważaniem czy naukową spekulacją, lecz dotyczy tego, czego podmiot ludzki rzeczywiście doświadcza, co przeżywa, odczuwa. Zdaje on sobie sprawę, że przeżycia te są wielorakie (świadome lub nieświadome) i bywają dalekie od tego, co wyrażają oficjalne deklaracje danej religii. Niekiedy dystans między tym, co człowiek rzeczywiście przeżywa i myśli a tym, co mniema o swoim życiu i o swoich myślach bywa ogromny. Credo odmawiane w niedzielę nie zawsze wyraża adekwatnie to, w co „wierni” faktycznie wierzą (lub nie wierzą)!
Dotyczy to nawet wypowiedzi dogmatyków, zawierających (często bez wiedzy tych, którzy je głoszą) obrazy i wyobrażenia, w których poważna analiza wykazałaby łatwo dwuznaczności. Najbardziej racjonalne wyrażenia dogmatu chrześcijańskiego w wielu przypadkach odsyłają do wyobrażeń (obrazów, symboli) o archaicznym rodowodzie i wyobrażenia te (w większości nieświadome) wymagają wnikliwej analizy.
Psycholog nie jest zresztą jedynym obserwatorem zachowań religijnych. W tej dziedzinie wszystkie nauki humanistyczne mają swój wkład: historia (często tak instruktywna), socjologia, etnologia, a nawet lingwistyka, ponieważ język, którego używamy do opisu tych zjawisk, nie pozostaje neutralny! Psycholog nie może lekceważyć żadnego z tych źródeł informacji i w każdym przypadku powinien szanować specyficzny charakter obserwowanych zjawisk, wykonywanych gestów, używanych terminów religijnych, ale powinien też rozumieć, w jaki sposób świadome lub nieświadome pragnienie człowieka wyraża się w danym zjawisku, przemienia je i wykracza poza nie, by otworzyć się na inną rzeczywistość, na wezwanie Innego, który prowadzi człowieka poza samego siebie i poza dotykalną rzeczywistość.



Idąc tym tropem dzisiaj chciałbym się jeszcze przez chwile zatrzymać nad psychologicznym spojrzeniem na kwestię pokusy. Czasem bowiem nieco inne spojrzenie niż tylko duchowe na jakiś mechanizm czy zachowanie bywają bardzo pomocna w zmaganiu się z nim. Niejednokrotnie doświadczyłem już tego podczas pracy w konfesjonale.
Otóż specjaliści z dziedziny psychologii wskazują na dwa mechanizmy ulegania pokusom: jeden dotyczy zapamiętywania atrakcyjności przyjemnych i nieprzyjemnych wydarzeń, drugi preferencji (upodobania) czasu teraźniejszego. 
Pierwszy  z wyżej wspomnianych mechanizmów polega na tym, że ludzka pamięci (umysł) potrafi skutecznie utrwalić atrakcyjność zarówno przyjemnych jak i nieprzyjemnych epizodów (sami możemy to zauważyć, odkrywając jak często nasza pamięć do takich przeżyć wraca). Zdaniem psychologów dwa parametry wydają się w tym doświadczeniu najbardziej istotne: intensywność najbardziej mocnego doznania (miłego albo przykrego) oraz natężenie wrażenia końcowego. Psycholog i teolog może zadać pytanie: „Co z tego wynika dla zrozumienia mechanizmu pokusy?”. Otóż to na przykład, że narkotyk dający intensywne przeżycie przyjemności, silniejsze niż następujące potem dłuższe nieprzyjemne doznania, w rezultacie może być zapamiętany jako raczej coś pozytywnego, a nie negatywnego. Tego typu przykładów można by mnożyć. 
Drugi mechanizm, to tzw. preferencja czasu teraźniejszego – ukazuje znaną skłonność ludzi polegającą na tym, że gdy mają do wyboru nagrodę mniejszą, ale natychmiastową, i większą, lecz oddaloną w czasie, najczęściej wybierają ostatecznie tę pierwszą. Owo upodobanie można uznać za zjawisko powszechne, co pokazują liczne badania zarówno dzieci jak i dorosłych. Wprawdzie „preferowanie czasu teraźniejszego” wraz z wiekiem nieco słabnie, ale nadal jest zjawiskiem często obserwowanym. Innym ciekawym zjawiskiem towarzyszącym upodobaniu czasu teraźniejszego jest zawyżanie wartości natychmiastowej nagrody. Zawyżanie to staje się tym silniejsze, im bliższy jest moment otrzymania nagrody. I znów możemy zadać pytanie: „Co to ma wspólnego z mechanizmem?”. Pokusa zdecydowanie częściej odwołuje się do „teraz” niż do „później”; jej siłą jest przedstawienie zła jako dobra, które właśnie teraz jawi się jako dobro. Można dodać, że kategoria „później”, czyli dotycząca prawdziwych skutków ulegania pokusie, jest zaciemniana, a nawet wykreślana czy to przez kuszącego, czy kuszonego. Szatańska pokusa wprost bazuje na mechanizmie upodobania czasu teraźniejszego. Warto więc poznawać i uwzględniać te mechanizmy, aby znać swoje słabe strony. Jest to wiedza przydatna dla każdego, kto jest doświadczany pokusami. Niestety my musimy uczyć się takich zależności, aby móc skutecznie się przed nimi bronić, bo ten, który kusi jest dobrym psychologiem i znawcą naszej natury.

Przed wniebowstąpieniem

Ale teraz idę do Ciebie
i tak mówię, będąc jeszcze na świecie,
aby moją radość mieli w sobie w całej pełni.
Ja im przekazałem Twoje słowo,
a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata,
jak i Ja nie jestem ze świata.
Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata,
ale byś ich ustrzegł od złego.
Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.
Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą.
Jak Ty Mnie posłałeś na świat,
tak i Ja ich na świat posłałem.
A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie
aby i oni byli uświęceni w prawdzie.
[J 17, 13-19]


Przywołuję tu fragment modlitwy – ostatniej wypowiedzianej przez Jezusa, będącej kwintesencją wszystkiego dla czego przyszedł na świat, realizując jedyne w swoim rodzaju dzieło jego odkupienia.

To bez wątpienia najwspanialsza modlitwa, jaką możemy znaleźć na kartach Pisma świętego i najwspanialsza modlitwa jaką moim zdaniem można znaleźć w historii. 

Jednym z wyzwań nowego tysiąclecia jest prymat modlitwy w życiu uczniów Chrystusa. Chrześcijanie żyją „w świecie”, chociaż „nie są ze świata”, dlatego modlitwa może uchronić ich przed „zagubieniem” w świecie naznaczonym obojętnością i synkretyzmem.
Autentyczna modlitwa jest zawsze swoistego rodzaju „sztuką”. Wyrażenie to sugeruje, że modlitwa nie tylko jest darem, owocem działania Ducha Świętego, który kształtuje słowo, myśl i uczucia, ale wskazuje też na piękno jej inspiracji, na radość i trud, które nieodłącznie towarzyszą procesowi uczenia się modlitwy. Można by zatem rzec, że modlitwa chrześcijańska jest więc „dana i zadana”. Takiej modlitwy uczył Jezus, który sam modlił się nieustannie [por. Mk 1,35; 6,46; Mt 14,23; Łk 5,16; 6,12; 22,39-42]. 

W „ewangelicznej szkole modlitwy” , w której nauczycielem był sam Chrystus nie uczono formuł ani technik modlitwy. Jezus nie dawał swoim uczniom wskazówek teoretycznych na temat modlitwy, ale bezpośrednio wprowadzał ich w praktykę, w rzeczywistość wewnętrznej rozmowy z Bogiem, w kontemplację Ojca. Konkretnym tego przykładem jest właśnie przywołany powyżej 17. rozdział Ewangelii św. Jana. Zwykło się go nazywać modlitwą arcykapłańską lub modlitwą pożegnalną. Wieńczy on cały szereg pouczeń skierowanych do uczniów. W modlitwie arcykapłańskiej pobrzmiewają wyraźne tony modlitwy „Ojcze nasz”, której Jezus nauczył swoich uczniów [Mt 6, 8b-15; Łk 11,1-4]. 
Treścią modlitwy pożegnalnej Jezusa jest potrójna prośba: o jedność , o zachowanie [uczniów] od zła i o uświęcenie ich w prawdzie. Wprowadzeniem do tej części modlitwy jest rozwinięta inwokacja: „Ojcze święty!”. W rozumieniu biblijnym świętość oznacza oddzielenie od świata. Jezus prosi więc Ojca, aby oddzielił uczniów od świata i zachował ich „w [swoim] imieniu”. W modlitwie „Ojcze nasz” zawarta jest podobna prośba: „święć się Imię Twoje”, co oznacza „uświęć swoje Imię pośród nas”. Apostołowie są uczniami Jezusa nie poprzez osobisty wysiłek, inteligencję, wyjątkowe cechy osobowe, ale dlatego, że otrzymali dar powołania i wezwanie do świętości.

W tym sensie św. Jan uświadamia nam wszystkim, że to Bóg pierwszy nas umiłował: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował (…); kto pozostaje w miłości, pozostaje w Bogu, a Bóg w nim” [1 J 4,10.16].
Recepta, jaka ukazuje Jezus jest niezwykła i prosta: To głębokie duchowe zjednoczenie z Bogiem ma moc ustrzec uczniów od zła i uświęcić ich w prawdzie, o ile będą potrafili słuchać i będą posłuszni słowu Bożemu i natchnieniom Jego Ducha.

Ta modlitwa Chrystusa nie pozostawia wątpliwości. Modlitwa nie jest przestrzenią do kombinowania, do szukania technik służących jej autentyczności czy skuteczności, jak chcą niektórzy. Autentyczność modlitwy bierze się z zaangażowania naszego serca w głęboką jedność z Bogiem a jej skuteczność z naszej wiary  i otwarcia na Boże działanie. Choć ostatecznie wszystkie te cechy są i tak Jego darem. Ja mogę jedynie prosić i być otwartym na dar. Tylko tyle i aż tyle.

Doświadczenie bolesne…

Wczoraj już mocno zmęczony pomyślałem sobie, że może uda mi się położyć wcześniej spać, bo przez cały niemal dzień walczyłem z bólem oczu (spowodowanym pewnie zmęczeniem i niewyspaniem). I byłem już bliski zrealizowania swoich planów, ale Pan Bóg miał inne.
O pierwszej w nocy rozległ się bowiem dzwonek domofonu. Zerwałem się zatem i pomyślałem sobie, że albo ktoś sobie zażartował (bo i tak się zdarzało), albo przyszli do księdza prosić z posługą do chorego. A jest już tak, że domofon do mnie jest na samej górze, wiec statystycznie chcąc nie chcąc dzwonią najpierw do mnie.
Kiedy odebrałem, usłyszałem zrozpaczony głos kobiety mówiącej, że zmarło jej dziecko i chciałaby poprosić księdza o pomoc. Z początku myślałem, że chodzi o jakieś małe dziecko, a mając świadomość, że po śmierci nie udziela się już żadnych sakramentów (choć niektórzy nie wiedząc o tym przychodzą prosić np. o sakrament namaszczenia chorych już po śmierci), wiec zapytałem jakiej pomocy oczekują? I to co usłyszałem sprawiło, że całe moje zmęczenie opadło ze mnie w jednej chwili.
Wczoraj w naszej parafii było bierzmowanie. I właśnie do tego nawiązała  wiadomość, która mnie zmroziła a jaką usłyszałem od ludzi, którzy do mnie przyszli.
Okazało się bowiem, że dziecko, o którym wspomniano było dobrze znanym nam chłopcem (uczniem trzeciej klasy gimnazjum, bardzo inteligentnym i ambitnym), przez kilka lat będącym ministrantem, który jeszcze kilka godzin wcześniej przyjmował z radością sakrament bierzmowania a wieczorem tego samego dnia już nie żył.
Zrozpaczeni rodzice powiedzieli, że syn wyszedł wieczorem z kolegami na „Noc muzeów”. Stali zbyt długo w kolejce do Muzeum Powstania Warszawskiego i postanowili się rozerwać inaczej. Rozrywka polegała na tym, że będą się wspinali na słup, po to by wyryć na nim swoje nazwisko i wyznanie miłości dla dziewczyny (notabene obecnej przy tym wszystkim). Wybrali sobie słupy stojące przy torach kolejowych. Niestety jeden z nich – o którym tu mowa –  chcąc być ambitniejszym od innych i wyryć swój napis wyżej, może po to, by zaimponować dziewczynie, wszedł za wysoko i został porażony prądem, ginąc na miejscu.

Rodzice chłopca w odruchu swojej bezsilności i bólu przyszli w nocy do kościoła, żeby się pomodlić i przyjąć komunię w intencji tragicznie zmarłego syna. To jedno, co przyszło im wtedy do głowy.

Byłem wstrząśnięty, więc nie wyobrażam sobie nawet jak mogli się czuć oni. Jedyne, co mogłem zrobić to pójść z nimi do kościoła i się pomodlić a rano odprawić Mszę świętą za zmarłego tragicznie chłopca.

To doświadczenie, które po raz kolejny przypomina o kruchości ludzkiego życia.
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…

I pomyśleć, że jeszcze tego dnia rano cała rodzina razem (jako, że są głęboko wierzącymi ludźmi) cieszyła się sakramentem bierzmowania syna. Wieczorem, po sympatycznie spędzonym dniu on wyszedł z kolegami, by pójść do muzeum a rodzice pozwolili mu na to w dobrej wierze.  Kto mógł wtedy przypuszczać, że widzą tego miłego, uśmiechniętego i czasem może trochę zwariowanego szesnastolatka po raz ostatni…
Jeden dzień, jedna nierozważna decyzja, które potrafią zmienić raz na zawsze wszystko w życiu rodziny, zostawiając po sobie jedynie ból, smutek i bezsens.

Oczywiście o tym, że zasnę tej nocy nie było już mowy. Ale w tym wszystkim, mimo zmęczenia dane było mi doświadczyć czegoś niezwykłego – że choć w niewielkim stopniu, ale mogłem być z nimi w tym strasznym doświadczeniu, jakie stało się ich udziałem. Choć oczywiście wolałbym, żeby to była dobrze przespana noc i żeby to wszystko, co się wydarzyło w ciągu tych kliku godzin było tylko straszliwym snem. Ale niestety nie było…