Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

O cierpieniu i nie tylko

Ostatnio mniej systematycznie udaje mi się pisać niż kiedyś. Trochę przez pewne kłopoty techniczne jakie pojawiają się ostatnio na blogu. Może to z przeładowania. Dlatego to znak, że może warto pisać mniej a bardziej z sensem. Ale tez trochę z powodu wielości pracy. Mam nadzieję, że jak uda się złapać trochę luzu to wpisy będą bardziej systematyczne.

Muszę podzielić się z czytelnikami tego bloga wielkim i radosnym odkryciem, że blog zyskuje coraz większą rzeszę czytelników. Moim zamysłem było to, że będzie on skierowany do osób interesujących się głównie modlitwą wewnętrzną (medytacyjną) a nawet bardzo konkretnej grupy osób, z którymi dane jest mi razem tworzyć od kilku lat grupę medytacyjną. To właściwie za ich namowa powstał blog, gdzie miałem wrzucać nasze rozważania i konferencje, które początkowo były wprowadzeniem do naszej modlitwy, tak, aby można było do nich wrócić. Teraz to, co zacząłem ze skromną myślą o grupie medytujących Przyjaciół zaczęło przerastać moje oczekiwania.  Ostatnio dostaję coraz więcej e-maili od osób, które natknęły się na tego bloga „przy okazji” i albo dzielą się swoim doświadczeniem, albo proszą o jakąś radę. Staram się na bieżąco odpowiadać na ich pytania, wątpliwości czy nawet zastrzeżenia do tego bloga (i dziękuję że są, bo uważam, że mogą się mu przysłużyć w pozytywnym tego słowa znaczeniu a jednocześnie zmuszają piszącego do większej odpowiedzialności za słowo, które trafia do większego grona czytelników).

Pomyślałem zatem, że niektórymi przemyśleniami będę się dzielił szerzej, bo może także inni znajdą w nich coś dla siebie. Wiem, że mogę to czynić jedynie w zakresie swoich małych umiejętności i ufać, że Pan Bóg posłuży się tym słowem lepiej niż ja, na co nieustannie liczę i że to, co piszę bardziej pomoże niż zaszkodzi czytelnikom. A żeby tak się stało podjąłem – ufam, że pod natchnieniem Ducha Świętego, na którego zesłanie oczekujemy – postanowienie, że rosnące grono czytelników warto otoczyć jeszcze intensywniejszą niż dotąd modlitwą. Zapewniam bowiem, że jesteście obecni w moich codziennych modlitwach a także i przy ołtarzu, ale pomyślałem, że dobrze byłoby w intencji czytających tego bloga odprawić co jakiś czas Mszę świętą. Trudno mi przesądzać o jej regularności, ale póki co będę to robił przynajmniej raz w miesiącu. Resztę owoców pozostawiając Duchowi Świętemu.


Ostatnio w jednym z nadesłanych listów ktoś dotknął sensu cierpienia, wiec pozwolę sobie nieco szerzej do niego wrócić, choć temat ten był już na tym blogu przywoływany.

Temat cierpienia jest w chrześcijaństwie jednym z tematów centralnych i przez to bardziej niż inne, tematem, w którym skupiają się paradoksy chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo jest bowiem religią paradoksów. Nie da się go zakuć w ramy systemu logicznych twierdzeń i uczynić z jego głoszenia gładkiego, potoczystego wykładu filozoficznego. Dla jednych jest to problem, dla innych radość. Problemem jest to dla tych, którzy chcieliby ogarnąć wszystko swoim rozumem i w ten sposób zawładnąć Bożym objawieniem, radością zaś dla tych, których Bóg obdarzył łaską prostoty. Jaka jest istota owej paradoksalności chrześcijaństwa? Tkwi ona w jego korzeniach. Otóż chrześcijaństwo jest objawieniem mądrości Bożej, która przekracza i kontestuje mądrość ludzką. Mądrość Boża zawstydza mądrość ludzką :
Napisane jest bowiem: Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę. Gdzie jest mędrzec? Gdzie uczony? Gdzie badacz tego, co doczesne? Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata?…Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców… [1 Kor 1, 19-20; 26-27]
W przypadku cierpienia widać to w sposób szczególny. Mądrość ludzka motywowana religijnie starając uporać się ze straszliwym dramatem cierpienia ludzkiego próbuje mu nadać wartość odkupieńczą, jakby to cierpienie zbawiało świat, czy pojedynczych ludzi. Chcąc oprzeć taki sposób myślenia na Piśmie św. bardzo chętnie sięga się do zwrotu zaczerpniętego z Listu św. Pawła do Kolosan, w którym autor listu pisze: ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa 2 [Kol 1,24]. W tym tak rozumianym zwrocie kryją się jednak dwa niebezpieczeństwa. Pierwsze już wspomniane, jakoby cierpienie miało w sobie moc zbawczą, a drugie to przekonanie, że cierpieniom Jezusa jeszcze czegoś brakuje i trzeba tychże cierpień dopełniać, jakby Chrystus cierpiał za mało, żeby zbawienie się dokonało, i dlatego potrzebne jest jeszcze dodatkowo nasze cierpienie.
Niestety i jedno i drugie prowadzi nas fałszywą drogą.
Co do wystarczalności cierpień Chrystusa wątpliwości nie pozostawiają już komentatorzy biblijni  Listu św. Pawła do Kolosan.  Między innymi w Biblii Tysiąclecia w komentarzu do wspomnianego wersetu (a w wydaniach z szerszym komentarzem egzegetycznym jest to podkreślone jeszcze mocniej) czytamy: Skuteczności zadośćczyniącej i uświęcającej męki Chrystusa nie może niczego brakować i odsyła nas do Listu do Hebrajczyków. Tam zaś znajdujemy takie między innymi słowa: Na mocy tej woli uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze . Jak więc można dopełniać czegoś, co jest samo w sobie pełne i doskonałe?
Co się zaś tyczy przekonania, że to cierpienie zbawia świat i że Bóg Ojciec potrzebuje cierpienia swego Syna i naszego cierpienia, żeby dokonać zbawienia rodzaju ludzkiego, to trzeba nadmienić, że takie myślenie jest absolutnie niechrześcijańskie, to rodzaj cierpiętliwego pogaństwa ubóstwiającego cierpienie. Tymczasem chrześcijaństwo nie jest religią masochistów.


Cierpienie samo w sobie (czy mamy na myśli cierpienie Chrystusa na krzyżu czy cierpienie kogokolwiek wierzącego) jest przekleństwem. Nie ma ono nic wspólnego z Paschą, która jest treścią chrześcijaństwa. Istotą zaś Paschy jest fakt, że Bóg przeprowadza człowieka na różnych poziomach ze śmierci do życia. To nie cierpienie i krzyż zbawiło świat. Wielu bowiem ludzi fizycznie i psychicznie bardziej cierpiało od Jezusa, setki tysięcy zostało ukrzyżowanych, ale żaden z nich świata nie zbawił. Na świecie i dziś jest taki ogrom cierpienia, że gdyby to ono samo w sobie miało moc zbawczą, pewnie świat byłby już wielokrotnie zbawiony. Tak jednak nie jest. Jest raczej odwrotnie, toż to właśnie cierpienie woła o Zbawiciela. Bóg nie jest źródłem cierpienia i go nie potrzebuje. O ty w piękny sposób pisał już przywoływany przeze mnie wcześniej na tym blogu Clive Lewis w kontekście ciężkiej choroby swojej żony, gdy zmaga się z doświadczeniem cierpienia osoby kochanej. W lapidarnym skrócie można to prześledzić na filmie p. t. „Cienista dolina” (który swoją droga gorąco polecam także ze względu na wspaniałą, oscarową rolę Hopkinsa). Bóg nie jest tyranem sycącym się cierpieniem poddanych, przeciwnie, jest Miłością i płacze nad tragedią swych dzieci – co Lewis mocno podkreśla uzasadniając dalej dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie.

Dlaczego zatem człowiek cierpi – zapytamy? Najgłębszą i najprostszą zarazem odpowiedzią byłoby: Cierpi dlatego, że nie jest jak Bóg. Bardzo ważne jest tu słowo “jak”. Nie chodzi bowiem o to, żeby być Bogiem, ale o to, by być “jak” Bóg. To bodaj najgłębsze pragnienie człowieka i, dodajmy, pragnienie słuszne. Jego źródłem jest fakt, iż jesteśmy stworzeni “na obraz i podobieństwo” Boże. Bóg sam, który zasiał w człowieku to pragnienie, wzywa ludzi wielokrotnie już Starym Testamencie: Bądźcie świętymi, bo ja jestem święty, ja Bóg wasz! [Kpł 19,2; 20,7; 20,26] a Jezus dając nowe przykazanie powie wprost: Miłujcie się wzajemnie tak, jak ja was umiłowałem [J 13,34]. Bóg w swej najgłębszej istocie jest właśnie Miłością. Człowiek cierpi dlatego, że nie może kochać tak, jak tego pragnie, a pragnie kochać tak, jak kocha Bóg. A jest tak dlatego, że jest ograniczony przez swój lęk przed śmiercią i przed bezsensem, który szatan skrzętnie wykorzystuje. Sytuacja ta ma swój początek w grzechu pierworodnym, którego istotą jest niewiara w Miłość Boga. Człowiek nie wierząc, że Bóg kocha go w sposób bezwarunkowy, sam nie może kochać, tak jak pragnie, czyli nie może kochać tak jak Bóg. Pozbawiony jest swego źródła, czyli źródła miłości. A ponieważ dla człowieka być albo nie być, to być albo nie być kochanym, żyje więc w rozdarciu. Przez to wszystko człowiek jest w niewoli śmierci, nad którą władzę sprawuje szatan. Umacnia on w człowieku niewiarę w miłość Boga i każe mu szukać miłości i sensu życia poza Bogiem, na drogach grzechu, które zawsze prowadzą człowieka do rozczarowania a nierzadko do samozniszczenia i niszczenia innych. Człowiek zmuszony jest do radzenia sobie o własnych siłach, do zapewnienia sobie nieśmiertelności na jakiś własny sposób, najczęściej kosztem innych, zwykle najsłabszych. Tutaj także odbija się echem pokusa bycia jak Bóg, która tak bardzo dotyka człowieka w jego pragnieniu samowystarczalności i samostanowienia o sobie. Człowiek mając wspaniałe pragnienia i ideały, osiąga ich przeciwieństwo, bo próbuje je osiągnąć inaczej niż Bóg zaplanował, rozmijając się ze swoim szczęściem i spełnieniem. Sytuację tę z niezwykłą jasnością opisuje św. Paweł w Liście do Rzymian, z którego niech mi będzie wolno przywołać jedynie fragment: Jak długo bowiem wiedliśmy życie cielesne, grzeszne namiętności [pobudzane] przez Prawo działały w naszych członkach, by owoc przynosić śmierci [por. pełny fragment:  Rz 7,5-24].

Dla św. Pawła słowo “ciało” nie oznacza “ciała fizycznego”, lecz ów kompleks psycho-fizyczny, jakim jest człowiek odseparowany od Boga poprzez grzech. Wieźć życie cielesne – znaczy więc żyć pod dyktatem grzechu (dosłownie: będąc jego niewolnikiem), być zdanym na własne siły i w konsekwencji bezradnym wobec podstępów szatana. Apostoł napisze dalej: Przekonałem się, że przykazanie, które miało prowadzić do życia, zawiodło mnie ku śmierci. Albowiem grzech, czerpiąc podnietę z przykazania, uwiódł mnie i przez nie zadał mi śmierć. Prawo samo jest bezsprzecznie święte; święte, sprawiedliwe i dobre jest też przykazanie. A więc to, co dobre, stało się dla mnie przyczyną śmierci? Żadną miarą! Ale to właśnie grzech, by okazać się grzechem, przez to, co dobre, sprowadził na mnie śmierć, aby przez związek z przykazaniem grzech ujawnił nadmierną swą grzeszność.

Św. Paweł chce tu powiedzieć, że grzech jest tak potężną rzeczywistością duchową, iż manipuluje w człowieku nawet Prawem Bożym, samo Prawo Boże staje się jego narzędziem. Św. Paweł niczego bardziej nie pragnął, jak wypełniać Prawo Boże co do joty i w ten sposób służyć Bogu, skutek zaś był taki, że niszczył dzieło Boże prześladując Kościół. Chcąc z całych sił czynić dobro, czynił w rzeczywistości zło. Uświadomienie mu tej prawdy przez Chrystusa pod bramami Damaszku było dla niego ogromnym wstrząsem. Ślepota fizyczna, której tam doświadczył, była tylko obrazem ślepoty duchowej, o wiele dla niego boleśniejszej. Ten własny dramat i zarazem dramat każdego człowieka opisuje i analizuje w dalszej części tekstu: Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci?

To pytanie, a raczej okrzyk rozpaczy, w dojmujący sposób ukazuje ciężar i niemożliwość wyjścia z tej niewoli. Apostoł jednak zaraz daje odpowiedź pełną nadziei, której zawsze człowiek może się uchwycić w sposób niezawodny: Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!

To jeden z tych fragmentów, które są moim zdaniem najmocniejsze i najpiękniejsze i gdy go czytam nigdy nie mogę oprzeć się głębokiemu wzruszeniu, czując ogromną wdzięczność do św. Pawła, który przez swoje własne, bardzo bolesne doświadczenie i podzielenie się nim z nami zaoszczędza nam powtarzania tej arcybolesnej drogi pokazując jej duchowy przebieg i skutki.

Bóg zbawił człowieka w ten sposób, że w Jezusie Chrystusie Bóg objawił swą prawdziwą naturę czyli Miłość. Jezus wszedł w największym stopniu w bezsens świata, w tragedię cierpienia i poczucia odrzucenia, które towarzyszy człowiekowi, żeby pokazać, że ta miłość, której człowiek pragnie i potrzebuje, a w którą nie wierzy, istnieje naprawdę, że niewiara w miłość Boga jest strasznym oszustwem szatana. Jezus pokonał tego, który dzierży władzę nad śmiercią. Zniszczył ostatecznie jego pełen kłamstwa monopol interpretacyjny na życie. Objawiając miłość Boga wszedł w skrajne wyniszczenie i śmierć najhaniebniejszą ze wszystkich, ale Bóg go wskrzesił. Odtąd krzyż i śmierć straciły dla wierzących w Niego charakter definitywnego wyroku i opuszczenia przez Boga. W samym środku beznadziejnego cierpienia i haniebnej śmierci rozbłysła nadzieja chwały. Zmartwychwstanie jest pieczęcią Ojca na życiu Jezusa. To jest ostateczne i niezaprzeczalne potwierdzenie zwycięstwa Boga i Jego miłości.

Dopiero w tym paschalnym kontekście można właściwie zrozumieć, w jaki sposób dopełnia się cierpień Jezusa w naszym ciele? Św. Paweł  pisze:
Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. Jego sługą stałem się według zleconego mi wobec was Bożego włodarstwa: mam wypełnić /posłannictwo głoszenia/ słowa Bożego. Tajemnica ta, ukryta od wieków i pokoleń, teraz została objawiona Jego świętym, którym Bóg zechciał oznajmić, jak wielkie jest bogactwo chwały tej tajemnicy pośród pogan. Jest nią Chrystus pośród was – nadzieja chwały [Kol 1,24-27].

Św. Paweł mówi tu o tajemnicy ukrytej od wieków i pokoleń, która teraz została objawiona. Chodzi tu o tajemnicę krzyża chwalebnego, o życie mocniejsze od śmierci, o Miłość Boga i o tę radość, której chrześcijaninowi nikt nie odbierze, a która pochodzi ze zwycięstwa Chrystusa nie tylko kiedyś – 2000 lat temu, ale i dziś w tych, którzy z Niego czerpią swe życie. Dlatego Paweł może powiedzieć raduję się w cierpieniach i nie być masochistą, ani cierpiętnikiem. To nie cierpienie, ale właśnie Miłość Boga objawiona w Jezusie Chrystusie, przede wszystkim w Jego cierpieniu i krzyżu, zbawia świat. Rzeczą najważniejszą nie jest to, że Jezus dużo cierpiał, ale to, że Bóg wszedł w śmierć, że samo ŻYCIE weszło w śmierć, w najdalsze odmęty ludzkiej egzystencji i że tam właśnie przełamało śmierć, że tam zajaśniało Zmartwychwstanie. Także i nasze cierpienia i krzyże same z siebie nie zbawiają nikogo. One mają taką moc tylko wtedy, gdy w nas jest ta miłość, wierność i ufność, która była w Jezusie, kiedy przez nasze codzienne cierpienia, krzyże i umartwienia codziennie przechodzi Jezus Chrystus i daje nam życie, swoje życie. A takie życie jest widoczne dla innych i w ten sposób dopełniamy udręk Chrystusa, gdyż świat widzi w nas moc i miłość Boga, która jedynie zbawia, a której nie może teraz zobaczyć konkretnie w Jezusie uwielbionym, przebywającym w niebie. Tak więc w moich cierpieniach objawia się moc i miłość Boga. To, co po ludzku bezsensowne – np. miłość nieprzyjaciół – w moim życiu staje się sensowne i inni to widzą. Doświadczają tego i w ten sposób buduje się Kościół. Kościół bowiem rodzi się i rozwija poprzez świadectwo.

Świat i Kościół nie potrzebują cierpienia. Jest go ponad miarę! Potrzebują natomiast świadectwa, tzn. objawiania się w ludzkim krzyżu mocy i miłości Boga, gdyż tak naprawdę dopiero takie objawienie się mocy i miłości Boga nadaje sens bezsensowi świata. Tam, gdzie kończą się możliwości człowieka, przychodzi czas na działanie Boga. Owa potężna rzeczywistość grzechu sprawiła, że moc i miłość Boga objawiają się w sposób szczególnie wyrazisty i przekonywujący właśnie na tle słabości człowieka. Znali to dobrze mistycy jak choćby św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila, która mawiała: Albo cierpieć, albo umrzeć. I nie był to masochizm, było to pragnienie, aby dokonywało się zbawienie w niej i poprzez nią. Nie ma innej drogi! Miłość Boga, także ta objawiająca się w wierzącym chrześcijaninie jest niszczona przez grzech i szatana i w spotkaniu z tą rzeczywistością zawsze owocuje krzyżem, ale też przynosi z mocy Bożej zmartwychwstanie i zwycięstwo.

Lekcja dla nas wszyskich

Na poczatek tygodnia pozwólcie, że przywołam pewną hisorię opowiedzianą przez pewnego taksówkarza z Nowego Jorku:



Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. To miał być to mój ostatni kurs tego wieczoru i pomyślałem że wrócę do „bazy”, ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. „Minutkę!”, odpowiedział wątły, starszy głos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze…

Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych.

U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.

Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem.

„Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?”, zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.

Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.

Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. „To nic”, powiedziałem, „Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę.”

„Och, jesteś takim dobrym chłopcem” , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: „Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?

„To nie jest najkrótsza droga”, odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.

„Och, nie mam nic przeciwko temu”, powiedziała. „Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum…”

Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. „Nie mam już nikogo z rodziny”, mówiła łagodnym głosem. „Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele…”

Wyłączyłem licznik… „Którędy chce Pani jechać?”

Przez następne dwie godziny jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.

Jechaliśmy przez okolicę, w której żyła z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła bym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.

Czasami prosiła bym zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.

Gdy pierwsze promienie Słońca zaczęły pojawiać się nad horyzontem, powiedziała nagle „Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę”. Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.

Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi..

Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.

„Ile jestem panu winna?” Spytała, sięgając do torebki.

„Nic”, powiedziałem.

„Trzeba zarabiać na życie”, zaoponowała.

„Są inni pasażerowie,” odpowiedziałem.

I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.

„Dałeś staruszce małą chwilę radości”, powiedziała. „Dziękuję”.

Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka .. Za mną zamknęły się drzwi – był to dźwięk zamykanego Życia ..

Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?

Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.

Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.

 Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich…




Czego Wam i sobie życzę.



Wszak życie składa sie z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest. Dobrego tygodnia!

Radość z kochania


Dzisiejsza Ewangelia opowiada nam o radości kochania: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była, i aby radość wasza była pełna”.

Często gdy słyszę te słowa, odczuwam swego rodzaju  smutek. Tak trudno dzisiaj wśród chrześcijan dostrzec związek między wysiłkiem kochania i radością. To tak jakby wymaganie miłości, jakie stawia przed nami Jezus było niezwykle wielkim ciężarem.  Tymczasem gdybyśmy potrafili przekonać siebie i nauczyć młodsze pokolenia, że praktykując miłość bliźniego, zostaje się po brzegi napełnionym radością, sądzę, że ani my ani ono nie musiałoby już szukać radości gdzie indziej. Ale aby ten sekret szczęśliwego życia móc ukazać ludziom młodym, musi on najpierw stać się naszym udziałem! I tu rodzi się pytanie: Czy ja wierzę w to, że miłość ofiarowana innym może napełnić nas radością? Jezus zaprasza nas byśmy otworzyli się na tę obietnicę.

„To wam powiedziałem, aby radość moja w was była”. Radość „moja”. Radość Jezusa. Tak samo jak mówi: Daję wam „mój” pokój. Jeśli o tym nie będziemy pamiętać, o tej radości szczególnej, na którą prosty przepis daje nam Jezus, będziemy zmagać się ze sceptycyzmem wokół nas i być może również w nas pytając ciągle: „Czy aby na pewno zrobienie wszystkiego, aby być dobrym, czyni człowieka szczęśliwym? To takie trudne, czasem tak zniechęcające. A może jest inny sposób, łatwiejszy!?
A kiedy zwątpimy w to, co proponuje nam Chrystus, wtedy łatwo złapać się na lep różnych pseudo radości czy pokoju, które proponuje nam świat. Lecz Chrystus przestrzega nas, że świat nigdy nie da nam takiego pokoju i radości, jakie On nam daje.

Łatwo się zamknąć w naszych małych ogródkach egoizmu i ofiarowania innym dobra tylko takiego, które się opłaca, czy miłości za którą dostanę coś w zamian. Jezus jednak chce wyrywać nas z takich uprzejmości, które są wykalkulowane, nieszczere i przez to rzeczywiście nie przynoszące radości. On chce nas poprowadzić do całkowitego szaleństwa. „Kochaj tak jak Ja”, a odkryjesz radość, o jakiej nie miałeś pojęcia.

Można długo trwać wobec tego „tak jak Ja”, nie mając odwagi spojrzeć na to, co Jezus nam proponuje i nie mając odwagi zaryzykować takiej miłości.
Ale trzeba mocno podkreślić, że miłość do której nas wzywa Jezus nie jest miłością, na którą możemy się zdobyć sami. Ta miłość jest darem! Jest owocem naszego życia w głębokiej duchowej łączności z Bogiem.  Chodzi o to, abyśmy włączyli się w miłość, która łączy Jezusa i Ojca. Tak jak tydzień temu Jezus prosił: „Trwajcie we mnie” – z tego trwania w łączności z Nim czyniąc warunek naszego owocowania.

„Jak Ojciec Mnie miłuje i jak Ja Go miłuję, tak i Ja was umiłowałem; i tak jak ja was umiłowałem, chciałbym, żebyście się wzajemnie miłowali. Wejdźcie w tę miłość, trwajcie w mojej miłości, tak jak ja trwam w miłości Ojca”. To życie duchem tej miłości, oddychanie nią i kontemplowanie jej poprzez modlitwę i Słowo Boże stajemy się zdolni by kochać tak jak Jezus. Medytacja zdaje sie być doskonałym narzędziem zanurzania sie w to doświadczenie miłości Boga.

Słowa „tak jak” i „trwać” należałoby napisać dużymi literami. Będziemy mogli kochać tak jak Jezus, jeśli będziemy trwać w Jego miłości, w miłości samego Boga.
Niektórzy to „tak jak” rozpatrują w kategoriach marzycielskich, jako pewnego rodzaju bajkę. Ale skoro uważamy, że Ewangelia jest naprawdę tekstem natchnionym, a zatem do wierzenia i do zrealizowania, czemu nie mielibyśmy wierzyć w to niezwykłe zaproszenie Jezusa: „Jeśli chcesz, możesz kochać tak jak Ja”. I wielu świętych jest świadkami tego, że to możliwe. Że to zaproszenie Jezusa do życia w miłości to nie utopia, nie bajka… Bóg jest miłością i oto dane mi jest w tej miłości współuczestniczyć! W Jego radości kochania. Czy to naprawdę zbyt piękne, żeby było prawdziwe?

To piękne, rzeczywiście, ale trzeba ocenić cały ciężar tego zaproszenia do miłości. Po słowach: „Miłujcie się tak jak Ja was umiłowałem”, Jezus od razu wypowiada zdanie, które budzi w nas lęk: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje”. Radość kochania napełnia nas w sposób szalony i niewyobrażalny, ale Jej cena także jest szalona. Zrozumiałe są nasze wahania, oraz drwiny ludzi, którzy na nasze „kochajmy!” patrzą nieco jak na tych żołnierzy operetkowych, którzy śpiewają „maszerujmy!”, ale nie ruszają się z miejsca.

Trzeba tutaj, bardziej niż kiedykolwiek, wyjść poza słowa. Trzeba odwagi by ta miłośc stała się wyborem, aby nie była przez innych wyśmiana, wyszydzona.
Do dziś rozbrzmiewa mi w uszach niewinne i nieubłagane pytanie jednego z uczniów, które padło kiedyś na lekcji religii. Powiedziałem właśnie, że żyć Ewangelią, to znaczy praktykować miłość braterską. Wtedy pewien młody człowiek zapytał: „Gdzie tak się dzieje?”.

Chciałoby się powiedzieć – popatrz na mnie, na moje życie! Jednak czy mogę tak powiedzieć o sobie, gdy ktoś mnie zapyta, gdzie znaleźć taką miłość? Jeśli nie, to znaczy, że mamy jeszcze dużo do nadrobienia w przyjęciu prawdy Ewangelii i życiu jej duchem. Bowiem dopiero gdy będę mógł powiedzieć osobie pytającej o miłość: popatrz na moje życie a zobaczysz, będziemy mogli doświadczyć tej obiecywanej przez Jezusa  pełni głębokiej Radości, której nikt i nic nie zdoła nam już odebrać.



Dzień Chronicznego Zmęczenia

Dawno mnie tutaj nie było…
Przyczyn jest wiele. Jedne mniej wazne drugie banalne. Najpierw problemy tecniczne komputera, który pracował wedle sobie tylko wiadomych zasad. Czasem sie jednak łudzimy, że panujemy nad tym wszystkim, co jest wytworem naszych rąk. Moja próba podporzadkowania sobie komputera skończyła sie tym, że skasował mi calą zawartośc jednego z dysków zostawiając jedynie dokumenty zaczynające się na litere „z”. Może to znak, że byłem za bardzo przywiązany do jego zawartości i postanowił zastosować taka mini terapię uwalniającą od wszelkich przywiązań stając się cichym wspólpracownikiem Tego, którego pragnieniem jest uczynienie nas prawdziwie wolnymi… Chyba mi nawet bardzo nie szkoda tego, co starciłem, choć do końca nawet nie ogarniam tego, co tam było. A było tego kilkadziesiąt gigabajtów.
Potem przyszła tzw. „majówka”, choc trudno orzec czy była dla mnie jekimolwiek oderwaniem, które początkowo sobie planowałem. Koniec końców byłem po niej bardziej zmęczony niż przed nią. Może dołożyło się do tego jakieś przesilenie, które ostatnio odczuwam. A może to zwykły kryzys wieku średniego. Dzisiaj jest chyba dobry dzień na to, żeby skreślic takie słowa. Obchodzy Dnia Chronicznego Zmęczenia. Nie wiedziałbym nic na ten temat gdyby nie konferencja, w której przyszło mi uczestniczyć. Czego to już psychologia współczesna nie wymyśli, żeby usprawiedzliwić różnego rodaju kryzysy dotykające współczesnego człowieka. Na syndrom ten Międzynarodowa Komisja Zdrowia przyjęła jako termin jednej ze współczesnych chorób psychosomatycznych. Mogę zatem pójść do lekarza i powiedzieć, że sie wypaliłem i powinieniem dostać zwolnienie… I co wiecej NFZ jeszcze za to zapłaci. A symptomy? Jednym znich jest to, że wstając rano nie chce mi się iść do pracy. Pytanie zatem czy jest jeszcze ktoś zdrowy? Doszukujemy sie róznych pwodow naszego wypalenia, zamiast uznać jedo istotne źródło, o którym mówi w Ewangelii Jezus: „nikt nie może przynosić owoców, jeśli nie trwa we Mnie”. [por. J 15, 1nn]. Warto pytać zatem siebie: Czy ta bezsilność, bezowocność i pesymizm jakie nam towarzyszą nie biorą się przypadkiem z odłączenia od Winnego Krzewu? Po co szukać innych przyczyn, kombinować? Jezus zacheca nas by zejść do źródła. 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=vp_kLqOegQw?fs=1]

Oczywiście zmęczenie dopada każdego z nas, zarówno to psychiczne jak i fizyczne.Psychologia zreszta powiada, że jeden z tych rodzajow zmęczenia jest często skutecznym antidotum na drugie. Tu akurat musze sie zgodzić. Nie raz sprawdziłem. Czasem porządne zmęczenie fizyczne staje sie skutecznym antidotum na zmeczenie psychiczne. Chodzi jednak nie o samo zmęczenie, które przychodzi i odcodzi, lecz o to, co jest głębiej, poza tym zmęczeniem.

We mnie gdzieś głęboko jest pasja. I czasem wystarczy klika dni oderwania, aby odkryć ją na nowo. Tak nawiasem odkryłem niedawno całkiem miłe mniejsce odosobnienia nieopodal mnie. Klasztor Sióstr Służebnic Krzyża. Zaciszne i mile miejsce, by pobyć w ciszy.
Cisza jest dobrym miejscem „dokopania” sie do pasji drzemiacej w nas, choć na mnie jeszcze mocniej działaja wszelkiego rodzaju zmiany. Stają się katalizatorem pasji. 
Więc czekam
czekam zmiany

czekam lata

czekam tego, co ma przyjść



Moja intucja podpowiada mi różne rzeczy, ale poza nią muszę wsłuchiuwać się w Ducha. Bo pomimo naszych pragnień, które też są ważne – jak podkreśla tzw. duchowość nieautorytarna – to własnie Duch wie, co dla nas najlepsze. Choć tak często bronimy się przed tym, co On ma nam do zproponowania, do czego nas wzywa swoim subtelnym glosem dźwięczącym w głebi naszego serca, który tak skutecznie zagłuszamy naszymi pragnieniami.

I znowu przypomina mi się Merton, ze swoim ślubem miejsca, którego ciągle coś gdzieś gnało, niepokoiło, skłaniało do szukania miejsca, które uznałby za odpowiednie. Żył w miejscu, w którym Pan Bóg go postawił, ale zawsze tęsknił za innym. Przyjmował z wdzięcznością to, co Pan Bóg mu dawał, ale zawsze chciał czegoś więcej… Czynil z „TU I TERAZ” swoją przestrzeń, w której próbowal sie odnaleźć a nade wszystko odnaleźć Boga, ale jednocześnie wybiegał poza nią. Dla jednych było to przejawem braku dojrzałości, dla innych było to cechą świętych. „Szukajcie a znajdziecie…”

Najważniejsze jednak jest to, aby się nie zamykać na istotne natchnienia, na prowadzenie Ducha, by nie skostnieć, nie zgnuśnieć, nie wpaśc w rutynę.
Bo każda rutyna i każda maniera

są śmiercią wiary i śmiercią sumienia

więc daj nam Boże nie zamknąć się na Twoje natchnienia.

Ileż z nich bowiem zostało przeoczonych, zmarnowanych czy zagłuszonych przez lęk, egoizm czy zwykłe wygodnictwo. Tak często sprzedajemy pierwsze miejsce przeznaczona dla Boga i Jego prowadzenie w naszym życiu za cenę przysłowiowych „trzydziestu srebrników” lichego luksusu, wygodnictwa czy spełnienia naszych ambicji lub pragnień, które koniec końców i tak nas rozczarują.

Prawdziwa istota nas samych jest jak zagubiona drachma, która zginęła nam w życiowym rozgardziaszu, a której ciągle szukamy [por. Łk 15,8]. Odnajdziemy ją dopiero wówczas, gdy zwrócimy Bogu należne miejsce w naszym życiu. Odnajdziemy ją dopiero wtedy, gdy poodsuwamy wszystkie meble. Na nic sie nie zda to, iż urządzilismy się dobrze. Sam Bóg w momencie naszego kryzysu powywraca wszystko do góry nogami, tak, aby pomóc nam odnaleźć to, co przez brak uważności utraciliśmy. 

Spotkanie

Ostatnie dni przynoszą nam lekturę Ewangelii opowiadającą o spotkaniu Jezusa z Nikodemem:
„Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Niego nocą i powiedział Mu: «Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z Nim». (J 3, 1-2)

Przyszedł do Jezusa wieczorem. Co uczy nas to spotkanie? Uczy nas przede wszystkim, że nie da się żyć bez spotkania. Człowiek potrzebuje spotkania z Bogiem. To spotkanie nazywa się doświadczeniem wiary. Już po wielokroć wspominałem, że wiara to nie zbiór jakichś idei, rytuałów, praktyk, które dziedziczymy po starszych pokoleniach. Wiara, aby miała sens, aby spełniała swoją rolę musi wyrastać ze spotkania, z relacji.

Spójrzmy na ikonę spotkania Jezusa z Nikodemem. Wiele możemy się z tego spotkania nauczyć. Nikodem przyszedł do Jezusa wieczorem, kiedy był już po różnych zajęciach, gdy mógł się już się nieco zdystansować od codziennych zadań. Sami jakoś tez czujemy, że wieczór jest dobrym czasem na spotkanie, na bycie dla siebie. Stad może tak popularne są wieczorne spotkania wśród ludzi młodych. Zresztą nasza kultura i rytm pracy i dnia także sprzyjają takiej porze spotkań. Ale poza porą muszę jeszcze znaleźć czas, aby spotkanie mogło dojść do skutku. Czas, kiedy nie będę patrzył na zegarek, czas, w którym będę wyłącznie dla drugiego. To także definicja modlitwy. To zatem także pewien rodzaj dyscypliny, która wymaga od nas takiego uporządkowania dnia, aby na ważne spotkanie nie zabrakło czasu. A zatem w praktykowaniu wiary potrzebna także jest dyscyplina i siła woli. Bywa tak, że nie chce się rozmawiać, że jest się zmęczonym. Są chwile, że trzeba będzie o ten czas zawalczyć. Bo jeśli odpuszczę sobie dzisiaj, stworzę furtkę, to następnym razem pójdzie łatwiej. To dotyczy także modlitwy, medytacji, mszy świętej – spotkania z Bogiem.

Zatem trzeba od siebie wymagać, aby otworzyć się na drugiego (czy to będzie Bóg, czy człowiek), bez tego nie ma mowy o nawiązaniu relacji. Mogę bowiem być z drugim, ale nie otworzyć się na niego, ale wówczas to nie będzie spotkanie, które buduje relacje.

Chrystus otworzył się na Nikodema. Pragnieniem Boga jest to, by spotkać się z

człowiekiem. W nawiązaniu relacji człowieka z Bogiem to zawsze Bóg pierwszy wychodzi z inicjatywą.

Z kolei zanim Nikodem otworzył się przed Panem Jezusem z pewnością długo się Mu przyglądał. Prawdopodobnie podziwiał Go po cichu za wiele rzeczy, za wiele niezwykłych znaków, jakich był świadkiem lub o jakich słyszał. Musiały go one intrygować jako uczonego. I w pewnym momencie nabrał odwagi by pójść i otworzyć się przed Jezusem.  Nami jest podobnie. Potrzebujemy uchylić przed kimś tajniki naszego serca. Każdy z nas szuka kogoś takiego komu mógłby zaufać, przed kim mógłby otworzyć się, porozmawiać o tym, co go nurtuje. Wielką potrzebą ludzkiego serca jest móc powiedzieć komuś tego, co się przeżywa. Dramatem jest, gdy kogoś takiego nie ma….

Czasem dobrze uczyć się takiej wrażliwości, która potrafi dostrzec taką potrzebę w drugim człowieku. Chrystus miał taka zdolność. Nie tylko potrafił dostrzegać, wręcz wyławiać z tłumu potrzebujących, ale także otwierać ich serca.

Zatem, trzeba spoglądać czasami w ludzkie oczy, bo w nich wiele można zobaczyć. W oczach można dostrzec czego potrzebuje drugi człowiek. Trzeba spoglądać w to okno duszy. I trzeba tak żyć, aby ludzie mogli mieć do nas zaufanie, abyśmy chcieli i potrafili innych wysłuchać, ofiarować im dar słuchania, dar wsłuchania się w nich. To niemalże chrześcijańska powinność zwłaszcza tak bardzo konieczna w czasach wszechobecnego tempa życia, pośpiechu, gdzie spotkanie bez spoglądania na zegarek staje się niemalże luksusem, darem. W czasach ogromnego deficytu na takie spotkania w gronie najbliższych. Tak często spotykam młodych ludzi, moich uczniów, studentów, z którymi rodzice już od dawna nie rozmawiali, bo nie mieli czasu…

Jezus nie uciekał od rozmowy, nie wykręcał się. Miał czas dla każdego. Słuchał nie tylko uszami. Patrzył nie tylko oczyma. Więcej, Jezus często sam inicjował spotkania, dialogi. Także ten z Nikodemem. Choć dla Nikodema nie był to łatwy dialog. „Jak się nie staniesz jak dziecko nie wejdziesz do królestwa niebieskiego”. Żądanie dla Nikodema niezrozumiałe. Warunkiem dialogu jest wzajemne otwarcie się na siebie. To jest

umiejętność słuchania, ale też umiejętność wypowiedzenia się i danie szansy wypowiedzenia się drugiemu. Ale to też odwaga mówienia prawdy. Prawdziwy i konstruktywny dialog może bowiem dokonywać się tylko w prawdzie. Prawda jest warunkiem i cechą otwartości. Jeśli nie mam odwagi powiedzieć drugiemu prawdy (choćby najboleśniejszej) ciągle jestem zamknięty na niego.

Pan Jezus bardzo odważnie podjął kwestie starości duszy Nikodema. Dotknął jego wszystkich problemów. „Musisz się na nowo narodzić” – odnowić się, żeby nie zmarnować życia…

Żeby spotkać się z drugim, trzeba mieć odwagę bycia szczerym. To jest bardzo nieraz trudne. Nie mamy nieraz pewności, czy nasza otwartość zostanie uszanowana, czy ktoś tego nie wykorzysta. Ale bez szczerości nie ma prawdziwego spotkania. Zatem potrzeba być człowiekiem pełnym szczerości. Otwarcie się jest darem, zatem często powinniśmy prosić o to,  byśmy potrafili otwierać na innych i być szczerzy. To powinno cechować uczniów Chrystusa  i gdy będziemy o ten dar prosić, On zawsze nam tego daru udzieli.

Uczmy się takiej otwartości najpierw na modlitwie. Musimy być szczerymi przed Panem i musimy uczyć się słuchać tego, co On do nas mówi. Wówczas tak jak dla Nikodema będą to spotkania przemieniające, niezwykłe, spotkania dzięki którym będziemy uczyli się bardziej jeszcze rozumieć siebie samych i wsłuchiwać się w to, co nam w duszy gra a przez to także będziemy uczyli się wsłuchiwać w innych. A wówczas może Bóg pozwoli, aby i przez nas dotarła do kogoś odpowiedź, której ten drugi tak bardzo potrzebuje.