Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bóg miłosierny aż tak…

W ostatnich kilku latach telewizje wielu krajów podwyższyły oglądalność i zrobiły niemałe pieniądze dzięki różnego typu talk-show, które karmią publiczność mniej czy bardziej prawdziwymi zwierzeniami z życia swoich bohaterów. Dla wielu osób jest to okazja do otwarcia się i powiedzenia o swoich problemach. Istnieje jakieś ogromne zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju „publiczne” konfesjonały. Pomijając cały komercyjny wymiar przedsięwzięcia, trzeba zauważyć, że fenomen tego rodzaju produkcji nie pozostaje bez odniesienia do osobistych przeżyć konkretnego człowieka. Z jednej strony tego, który mniej czy bardziej szczerze opowiada przed kamerami o swoim życiu, z drugiej – tego, który z zapartym tchem śledzi przeżycia bohaterów programu. Telewizyjne konfesjonały, tworzone za pomocą talk-show, bardzo często pokazują jakiś wewnętrzny niepokój, którego człowiek sam nie jest w stanie w żaden sposób usunąć ze swego życia. Stara się mu zaradzić mówiąc o swoich problemach lub – jako widz – przeżywając problemy, z którymi borykają się inni ludzie, a które są mu bardzo bliskie. Okazuje się jednak, że mimo tylu wysiłków to jednak nie wystarcza .

Początek dzisiejszej Ewangelii ukazuje Chrystusa, który pozdrawia uczniów słowami „Pokój wam” i zaraz potem przekazuje im misję odpuszczania grzechów. Pokój, który przynosi, łączy się w nierozerwalny sposób z darem przebaczenia i jest tak naprawdę jedynym rodzajem pokoju, który mam moc przynieść pełne i wewnętrzne uzdrowienie człowieka.

Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299) – powiedział do Pan Jezus do siostry Faustyny.

Czasy dzisiejsze to czasy wolnego rynku i konkurencji. A więc słowem – wytrychem, tym, o co chodzi w życiu, staje się sukces, wygrana. Pochwała sukcesu naciera na nas z każdej strony, jest wszechobecna. To oczywiście kształtuje nasze życie, sposób myślenia, oceniania siebie i innych. Nie zadajemy sobie jednak sprawy, że jest to myślenie, które takie pojęcie jak miłosierdzie odsuwa na margines naszego życia. W życiu oddanemu jedynie zdobywaniu sukcesów nie ma bowiem miejsca na miłosierdzie, na współczucie. Miłosierdzie wydaje się być raczej filantropią, luksusem, na który może sobie pozwolić człowiek dopiero po osiągnięciu sukcesu. Niestety życie i myślenie oparte na dążeniu do sukcesu za wszelką cenę staje się z czasem życiem nieludzkim o czym wcale nie rzadko przekonujemy się w naszych miejscach pracy. Niestety jest to myślenie, które wydaje się zniewalać także chrześcijan.

I może właśnie dlatego zainfekowany dziś takim myśleniem świat szczególnie mocno potrzebuje odnowienia tajemnicy Bożego miłosierdzia. Potrzebujemy doświadczyć Bożego miłosierdzia, bo tylko ten, kto doświadczył miłosierdzia, może nim żyć. Tylko gdy potrafimy całym sercem uwierzyć że dla nas chrześcijan liczy się tak naprawdę inny sukces – sukces mierzony miarą miłości, dopiero wówczas, zdołamy przywrócić postawie miłosierdzia należne miejsce w naszym życiu.

Dzisiaj także gubi nam się zależność między miłosierdziem i sprawiedliwością. W narastającym klimacie konkurencyjności zmienia się samo pojęcie sprawiedliwości. Sprawiedliwość pojmujemy coraz bardziej bezosobowo i formalnie: jest to zgodność z obowiązującym prawem. W takim pojęciu sprawiedliwości nie ma jednak miejsca na miłosierdzie, którego domaga się od nas Chrystus. Wręcz przeciwnie – miłosierdzie dzisiaj zaczyna być pojmowane jako odejście od zasad sprawiedliwości a nie rzadko też jako słabość.

Tymczasem biblijne pojęcie sprawiedliwości jest zupełnie inne. Biblijny ideał sprawiedliwości koncentruje się na człowieku, a nie na prawie: Sprawiedliwy jest najpierw Bóg – a Jego sprawiedliwością jest właśnie miłosierdzie, następnie za sprawiedliwego jest uważany ten człowiek, który jest miłosierny. Człowiek o zatwardziałym sercu w żaden sposób nie może zostać uznany za sprawiedliwego, choćby dokładnie wypełniał wszystkie przepisy prawa. W Biblii miłosierdzie jest sercem sprawiedliwości. Tylko miłosierdzie potrafi być sprawiedliwe wobec człowieka.

Zadziwiający jest opis Kościoła w Dziejach Apostolskich, jaki odnajdujemy w dzisiejszej liturgii – ludzie pełni apostolskiego zapału, poświęcenia, ofiarności, gotowości na cierpienie, gorliwej modlitwy, a przede wszystkim pełni wzajemnej, serdecznej miłości. Pełni Ducha Świętego. Jakby ulepieni z innej gliny, nieprzystający do nas. Albo odwrotnie. To my nieprzystający do nich ze swoją ociężałością, obawami i niechęcią do straty tego, czego się tak często kurczowo trzymamy.

Jednak Jan napisał Ewangelię, abyśmy uwierzyli, a wierząc mieli w sobie życie. Takie samo niezwykłe życie, jak to opisane na kartach Pisma. Miłosierny Jezus objawił się im, aby uwierzyli. Objawił się też Tomaszowi i pozwolił siebie dotknąć. A my? Samo czytanie tych słów łączy nas ze zbawczym wydarzeniem. Ale Bóg przygotował nam coś więcej.

Zmartwychwstały, z przebitym sercem, z którego wypływają krew i woda. Te dwa promienie oznaczają krew i wodę – blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz… („Dzienniczek” nr 299). Ten Zmartwychwstały każe namalować obraz, byśmy nauczyli się na Niego patrzeć. Patrzeć i rozpoznawać. Patrzeć i uczyć się czym jest miłosierdzie!

Przyjęcie orędzia o miłości miłosiernej, do czego wzywa nas Chrystus jest otwarciem się na działanie Ducha Świętego, który jako jedyny mam moc uleczyć rany serca, obalać mury odgradzające nas od Boga i innych ludzi wzniesione przez pychę i egoizm. Tylko On jeden potrafi nas nauczyć czym naprawdę jest miłość i przekonać, że naprawdę warto nią żyć. Jezus Zmartwychwstały wysyłał uczniów z orędziem, by nieśli je światu: „Idźcie i nauczajcie”, posłał s. Faustynę: „wysyłam cię do całej ludzkości z moim miłosierdziem”. Dziś także, przypominając słowa Jana Pawła II, posyła każdego z nas: „Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. Bo tylko miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój a człowiek szczęście”. Warto wczytać się w obietnice Jezusa zostawione przez św. Faustynę każdemu z nas będące gwarancją zbawienia. Lecz warto też pamiętać o tym, że dane są one tylko tym, którzy sami odważą się kierować w życiu miłością miłosierną. Ostatecznie bowiem to właśnie z miłości będziemy sądzeni.

Między życiem a życiem

Przeżywamy dzisiaj drugą rocznicę tragedii smoleńskiej. Kolejna szansa, żeby się zatrzymać, zadumać, pomodlić.


Dwa lata temu miałem to szczęście (jeśli można użyć takiego określenia!), mieszkać przez ścianę z pałacem prezydenckim i osobiści doświadczać tego niezwykłego nastroju, jaki stał się udziałem ludzi stojących w długich kolejkach na Krakowskim Przedmieściu po to jedynie, by przez chwilę oddać hołd parze prezydenckiej. Bywało, że stali w kolejce po siedemnaście godzin… W tej katastrofie sam straciłem kilku przyjaciół. Wtedy tamta atmosfera zadziwiała mnie za każdym razem, gdy wychodziłem na ulicę, budziła nadzieję. Szkoda, że na tak krótko jej wystarczyło…



Dzisiaj wśród wielu słów, jakie padły jako komentarz do tamtych wydarzeń uderzyły mnie słowa jednego znanego psychologa, który domagając się szacunku dla rodzin ofiar tej katastrofy i konieczności ich zrozumienia jako argumentu użył słów: „bo przecież śmierć osoby bliskiej jest źródłem rozpaczy, do której człowiek ma prawo, gdyż śmierć jest przecież ostatnim akcentem ludzkiej egzystencji, bo po niej przecież już nic nie ma”. Trochę szkoda mi się zrobiło, gdy je usłyszałem. Nie szkoda, że takie słowa padły, ale szkoda tego, kto był autorem tych słów. Smutne musi być takie życie bez nadziei. Życie ze świadomością, że za te sześćdziesiąt, siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat wszystko się skończy i tyle się człowiek nasyci, ile przez te kilkadziesiąt lat użyje, zdobędzie, osiągnie. Chciałoby się przywołać nad takim patrzeniem na życie i śmierć znane słowa Koheleta: „Marność nad marnościami, wszystko marność”[Koh 1,2].


Przywołuje te słowa nie ze względu, że mnie zdziwiły, bo słyszę takie teorie nie pierwszy raz. Czynie to jedynie dlatego, że jesteśmy w okresie wielkanocnym, okresie zmartwychwstania, w którym szczególny nacisk kładziemy właśnie na wiarę w to, że życie nie kończy się z chwilą śmierci. Więcej nawet, od chwili zmartwychwstania Chrystusa mamy na to dowód i nie da się tego wytłumaczyć zbiorowa hipnozą blisko pięciu set osób, które wdziały Chrystusa po zmartwychwstaniu (co przywołuje św. Paweł por. 1 Kor 15,6), jak tłumaczą to niektórzy psychologowie.
Ta wiara pozwala nam na zupełnie inne spojrzenie na doświadczenie śmierci, także tej tragicznej i mimo bólu, czy smutku, które są ludzkim doświadczeniem, spoglądać na nią z nadzieją.
Nie zawsze jest to łatwe, ale zmartwychwstanie Chrystusa rzuca na tę kwestię zupełnie inne światło. Również dla uczniów Jezusa było to wydarzenie, które zmuszało ich do zupełnego zreformowania swojego sposobu myślenia.Sam Jan Apostoł przyznaje się w swojej Ewangelii, przywoływanej wczoraj, że do chwili spotkania Zmartwychwstałego „nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On powstać z martwych” [J 20,9]
Teologia żydowska bowiem przez długi czas nie zajmowała się w ogóle kwestią życia po śmierci. Owszem istniała teza, że dusza ludzka jest nieśmiertelna i że po śmierci nie umiera lecz wstępuje do Szeolu – czegoś w rodzaju otchłani.



Pojęcie szeolu nie miało w sobie jednak nic z nadziei i radości, było w przekonaniu Izraelitów miejscem smutnym, gdzie dusze przebywały w czymś na wzór snu, letargu. Niemniej były tam zapomniane przez Boga. Przekonanie o tym, że Bóg ma jednak władzę nad duszami w Szeolu zaczyna się kształtować dopiero w okresie niewoli babilońskiej  trwającego od 587 do 539 roku przed Chr. Musiało jednak upłynąć jeszcze wiele czasu, żeby ta teoria się upowszechniła. Dopiero w pierwszym wieku przed Chr. smutny i nieokreślony Szeol zaczyna ustępować miejsca w teologii rabinicznej dualistycznej wizji życia po śmierci, w której źli zostawali potępieni, a dobrzy udawali się na łona Abrahama. To z teorii rodzi się przekonanie rozpowszechniane przez niektórych uczonych w Piśmie, że dusza po śmierci może się doskonalić a skoro tak, to musi być to koniecznie związane z jej połączeniem z ciałem. Teorii tej sprzeciwiali się jednak Saduceusze – stronnictwo religijno-polityczne w Judei wywodzące się z zamożnych warstw społeczeństwa (związanych z arystokracją i kapłanami Świątyni Jerozolimskiej), doskonale znające Pismo Święte, które przyczyniło się do reformy w interpretacji Biblii (uznając jedynie jej dosłowną interpretację i odrzucając wszelka ustna tradycję, która nie znajdowała swojego wyraźnego potwierdzenia w Piśmie Świętym). Do dzisiaj zresztą przekonania o życiu po śmierci nie są w judaizmie zdogmatyzowane, stad również możliwość przyjęcia wiary w reinkarnację, jaka pojawiła się wśród wyznawców żydowskiej kabały.

Wracając jednak do wydarzeń wielkanocnych – stały się ona dla uczniów Jezusa (przecież Żydów) powodem do przewartościowania swojego myślenia na temat życia po śmierci i to, co dotąd mogło być dla nich mglistym przekonaniem i nadzieją, wraz ze spotkaniem Zmartwychwstałego stanie się faktem, którego niezaprzeczalnym dowodem jest właśnie Chrystus, którego spotykali po Jego zmartwychwstaniu, dotykali a nawet jedli z Nim i pili, aby nie pojawiły się wątpliwości, że Ten, którego widza to jedynie duch. To właśnie to przekonanie sprawiało, że nikt i nic nie mogło im już tej pewności odebrać i gotowi byli za te prawdę oddać swoje życie. Nie musieli się bowiem bać śmierci, gdyż ich Nauczyciel udowodnił im, że ma nad nią władzę absolutną i że nikt nie wyrwie ich z Jego ręki.


Na uwagę zasługuje też przywołany dzisiaj fragment Ewangelii (J 20,11-18). W obrazie tym widzimy Marię Magdalenę stojącą i płaczącą nad pustym grobem. Cały jej świat, kolejny raz, legł w gruzach. Po raz pierwszy, gdy Chrystus, Ten, dzięki któremu odzyskała kiedyś sens swojego życia umarł. A teraz dlatego, że Jego ciało, któremu chciał oddać ostatnią posługę, nad którym chciała się raz jeszcze pochylić w swojej rozpaczy zostało zabrane z grobu. A ona nie wie gdzie.

Uderzające jest jednak w całej rozpaczy tej kobiety, że wystarczy, że ktoś, kto ją kocha i jest przez nią kochany, wymówi jej imię, aby jej życie znów nabrało sensu i blasku.

Warto zaczerpnąć dla siebie z tego ewangelicznego wydarzenia naukę. Dziś bowiem, Jezus zwraca się do mnie i do Ciebie po imieniu, tak jak zwrócił się kiedyś do Marii Magdaleny. Jest to słowo, które on zawsze wypowiada z najczulszą miłością – Twoje imię. Jeśli będziemy szli przez życie słuchając Jego głosu – On sprawi, że nigdy się nie zgubimy, że nigdy nie zagubimy ani sensu życia, ani drogi do szczęścia, nawet wówczas, gdy inni będą chcieli nam pokazywać szczęście konkurencyjne i przekonywać, że życie trwa tylko do śmierci,a potem nie ma już nic. Dlatego warto przychodzić wszędzie tam, gdzie ten głos można usłyszeć, gdzie on ciągle wybrzmiewa. na modlitwie, w Piśmie Świętym czy w eucharystii, gdzie Zmartwychwstały objawia się najpełniej i gdzie możemy Go zobaczyć i dotknąć. Jeśli tak jak Maria Magdalena przychodzimy w tych dniach do grobu Jezusa i widzimy, że jest on pusty, to nikt nas już nie musi przekonywać dlaczego tak jest. 




Resurrection


Triduum Paschalne prowadzi nas od Ostatniej Wieczerzy poprzez sąd, drogę krzyżową i śmierć na Golgocie do pustego grobu. Czterej ewangeliści, tak często rozbieżni w swoich opowieściach, ostatni rozdział o Zmartwychwstaniu zaczynają jednakowo: „Pierwszego dnia tygodnia”. O świcie tego pierwszego dnia rodzi się wiara paschalna, nasza wiara.


Początkowo były to tylko zdumienia w mroku („Jeszcze było ciemno” — precyzyjnie notuje Jan, który lubi znajdować symbole), potem nastąpiło poruszenie miłości. Jan, „uczeń, którego Jezus miłował”, pokazuje nam inną umiłowaną, Magdalenę: wiara i miłość są ściśle ze sobą złączone. Zbliżając się do końca czterech Ewangelii, widzimy, że jeśli jest dla nas jakaś rzecz pewna, to jest nią właśnie pewność, że całe nasze życie i jego sens  opiera się na tych dwóch rzeczywistościach: wiara i miłość.

Magdalena widzi odsunięty kamień, biegnie, aby zawiadomić Piotra i Jana, i wypowiada tak straszne słowa, że myśl o śmierci Jezusa staje się jeszcze cięższa: „Nie wiem, gdzie Go położono”. Ma już na myśli tylko martwe ciało, przedmiot. Ciągle jeszcze stoimy na brzegu przepaści nie do przebycia.

Ale Jan i Piotr biegną, odkrywają pierwsze oznaki „czegoś innego”: pusty grób oraz płótna i chustę starannie zwinięte. Całkowita konsternacja! Piotr ciągle czuje się bezradny („zdziwiony” — powie bardziej opanowany Łukasz).

Jan, opierający się bardziej na intuicji niż Piotr, stawia olbrzymi krok wiary: „Ujrzał i uwierzył”. Ewangelista podkreśla to niesłychane „uwierzył”, które od tej pory rozdzielać będzie dwa światy przed i po Zmartwychwstaniu: „Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On miał powstać z martwych”.

Ujrzeć, rozumieć, wierzyć to słowa kluczowe narodzin naszej wiary. Ewangelista mówi o sobie: „Ujrzał i uwierzył”. O Magdalenie  zaś powie, iż oznajmiła: „Widziałam!”. Potem również uczniowie „widzą”, i wreszcie Tomasz „widzi i wierzy”.


Ale wówczas Zmartwychwstały wypowiada wielkie błogosławieństwo: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Jest to szansa dla nas; wielka rzeka wiary łączy nas z tamtym porankiem Zmartwychwstania. Wiara nie jest rozmyślaniem o Bogu, jest darem Boga, który otwiera nas na to, co pierwsi wierzący zobaczyli i zrozumieli: pusty grób, spotkania z Jezusem zmartwychwstałym i świadectwo Pisma.

Dar Boga i zmaganie się człowieka. Od samego początku wiara musiała wydobyć się z cienia, z niepewności, z opieszałości w zrozumieniu. „Nie wiem” — mówi Magdalena — to pierwsze słowa tamtego poranka wiary. „Nie rozumieli — wzdycha Jan, a Jezus wyrzuca uczniom idącym do Emaus: „Jeszcze nie rozumiecie? Jak nieskore są wasze serca do wierzenia”.


Większość z nas przyjęła wiarę z łatwością i niestety nie rzadko w tej biernej łatwości pozostała. „Ależ tak, jestem chrześcijaninem i to nawet praktykującym”, albo jeszcze gorzej:  „jestem wierzącym ale nie praktykującym – co zdaniem św. Pawła jest nie do pogodzenia”. Ale atmosfera, którą my – ludzie wierzący oddychamy na co dzień, jest zabójcza dla naszej wiary i pobożności. W klimacie, w którym liczy się zysk i konsumpcja, przy nieustannym nacisku naukowców, psychologów oraz telewizyjnych showmanów, wiara w Zmartwychwstanie domaga się kultury wiary, domaga się odważnych świadków, żeby ci, którzy będą po nas jeszcze mieli z czego czerpać i od kogo się uczyć. Rodzice martwią się, że ich dzieci odchodzą od wiary i zastanawiają się, w jaki sposób mogliby ją lepiej przekazywać. Pierwszą odpowiedzią jest pytanie: jaką wiarę, jakie zrozumienie wiary mamy do przekazania? Bo jeśli taką, która nie ma za wiele wpływu na nasze codzienne wybory, do której się wstydzimy publicznie przyznawać – to może nie warto!


Refleksja na ten temat obudzi w nas być może chęć lepszego poznania Biblii oraz pogłębienia wiary. Może pomoże nam zrozumieć, że prawdziwa wiara to nie jakaś idea, którą powtarzamy, nie zbiór praktyk czy obowiązków kultu, ale to żywa osoba Jezusa Chrystusa. Jeżeli nie spotkam Go tak jak ci, którzy spotkali Go po zmartwychwstaniu, jeśli nie nawiążę z nim osobowej relacji, to skarzę moja wiarę na powierzchowność.  Jest to ciągle wiara poranka Wielkanocnego. Wiara, która nieustannie ubogaca się właśnie przez to, że jest przeżywana w sposób osobowy, jako relacja miłości. Nie wystarczy śpiewać „Pan zmartwychwstał”, trzeba zgodzić się, że jej wyznawanie będzie pociągało za sobą w moim życiu konkretne konsekwencje. Jeśli boję się tych konsekwencji, jeśli boje się dostosować moich wyborów dnia codziennego do wiary, albo jeśli nie mam odwagi pokazać tych konsekwencji wynikających z mojej wiary innym – ciągle jeszcze jestem niewierzącym.

Słuchając Ewangelii okresu Zmartwychwstania Pańskiego, warto zwrócić uwagę, że wszyscy, którzy spotkali Chrystusa i wyznali wiarę w Jego zmartwychwstanie, nie potrafią milczeć.

Nasza wiara, jeśli jest prawdziwa i jeśli rzeczywiście wynika ze spotkania z Chrystusem, musi również zaowocować otwarciem na innych i gotowością przyznawania się do niej w każdym miejscu i czasie Nie ma prawdziwego chrześcijaństwa bez świadectwa i bez pragnienia, żeby dzielić się naszą wiarą z innymi.

W czasie, kiedy tak często mówi się o zagrożeniu laicyzacją, może warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem mój brak odwagi w dawaniu świadectwa wierze nie przyczynia się do jej szybszego rozwoju.


WSZYSTKIM WIERNYM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA, PRZYJACIOŁOM I TOWARZYSZOM DROGI ŻYCZĘ OWOCNEGO PRZEŻYWANIA CZASU PASCHY.

NIECH TO NIE BĘDZIE CZAS KOLEJNYCH ŚWIĄT,
KTÓRE SZYBKO PRZEŻYJEMY, BY JESZCZE SZYBCIEJ O NICH ZAPOMNIEĆ,
LECZ NIECH BĘDĄ ONE WYDARZENIEM, KTÓRE RZUCA PRAWDZIWE ŚWIATŁO NA NASZE CODZIENNE ŻYCIE,
ŚWIATŁO, KTÓREGO ŻADNE WĄTPLIWOŚCI ANI CIEMNOŚCI
NIE ZDOŁAJĄ JUŻ PRZYĆMIĆ.

Ryzyko Pana Boga

Wielki Piątek. Dzień będący pamiątką męki i śmierci Chrystusa.
Jedyny dzień w roku, w którym nie sprawuje się Mszy świętej.

Mówi się i pisze dużo o wypełnionej oczekiwaniem ciszy Wielkiej Soboty. Kto wie, czy nie należy zacząć mówić też o ciszy wielkiego Piątku. O tej trwającej od zakończenia liturgii Wielkiego Czwartku pustce i ciszy, będącej znakiem – właśnie… czego?
Ktoś powiedział, że Triduum Paschalne najtrafniej streszcza jedno zdanie Apokalipsy. „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 22,5). Puste tabernakulum, chrzcielnice pozbawiona wody, brak paschału to właśnie znaki oczekiwania na nowy początek.
Pustka, cisza, i oczekiwanie – miną. Zapełni się tabernakulum, zapłonie paschał, poświęcone zostanie źródło. Niby wszystko będzie po staremu. Biada nam, gdyby jednak tak miało się stać. „Oto wszystko czynię nowe.” [Ap 21,5] Nie po to, by wszystko było po staremu. Przychodzę po to, by odnowić…

Gdy spoglądamy na historię zbawienia a zwłaszcza, gdy przyglądamy się jej ostatniej odsłonie od chwili przyjścia na świat Zbawiciela aż do momentu Jego śmierci na krzyżu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Pan Bóg jest nieprzewidywalny. Bowiem wypełnienie mesjańskich obietnic odbyło się w sposób tak nieprawdopodobny, że nawet środowisko, które doskonale znając zapowiedzi dotyczące przyjścia Mesjasza, studiujące księgi nie było w stanie w to uwierzyć.
No i trudno się temu dziwić. Bóg,który staje się człowiekiem? To przecież przerasta ludzką wyobraźnię. Wydarzenie z Betlejem dla uczonych w Piśmie wydawało się zagrożeniem ortodoksji, zaś jego dalszy ciąg przerodził się w zagrożenie narodowe: „Jeśli Go tak zostawimy, przyjdą Rzymianie i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród” [J 11, 47-48] – takie było uzasadnienie wyroku śmierci wydanego na Jezusa. I rzeczywiście z ludzkiego punktu widzenia mogło być bardzo niebezpieczne.
Dzieło o kosmicznym znaczeniu; dzieło, które na zawsze miało odmienić losy świata i człowieka rozpoczęło się ale i zakończyło przy zadziwiającym wręcz ubóstwie środków. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku, to nie mogło się udać. I przez wielu było odebrane jako ostateczna przegrana Jezusa – także przez Jego uczniów.




Pomysł Pana Boga zrealizowany w historii, która zaczęła się w Betlejem (małej i zapomnianej dziurze ówczesnej Palestyny) z zakończyła na Golgocie – śmietniku Jerozolimy było aktem – jeśli wolno tak powiedzieć – wielkiej odwagi Pana Boga. Między innymi dlatego, że pomysł ten szedł w poprzek ludzkich oczekiwań i wyobrażeń.
Lecz to, co zaczęło się w Betlejem (a jeszcze wcześniej w Nazarecie) to była wielka decyzja Pana Boga, decyzja, która zamyka w sobie także cały świat ludzkich decyzji, nie rzadko wielkich w wymiarze każdego konkretnego życia lub życia społeczności. Wielkie decyzje to wielkie ryzyko ale tez i wielkie zaufanie. To ryzyko popełnienie błędnych wyborów. Czy nie lepiej jednak podjąć to ryzyko, niż z decyzją zwlekać w nieskończoność, by koniec końców nie podjąć jej wcale.
Niestety my często boimy się  wielkich i ryzykownych decyzji. Wolimy być ostrożni. Drżymy, żeby nie naruszyć status quo jakiejś idei lub instytucji. Wolimy nie popełnić błędu, żeby nie było strat, niż zaryzykować. Irytuje nas wszytko, co wychodzi poza ramy… No właśnie czego? Kulturowego obyczaju, tradycji przez małe „t”, naszych ludzkich przyzwyczajeń. Wielkie rzeczy i wielkie przemiany zarówno w świecie, Kościele jak i w osobistym życiu dokonywały się dzięki odwadze ludzi, którzy nie bali się ryzykować. I nie chodzi oczywiście o gloryfikowanie odwagi dla samej odwagi. Niekoniecznie każdy, kto wyłamuje się z ram instytucji, jest dobrym prorokiem. Mam na myśli odwagę tych, którzy w swoim działaniu i wyborach nie są skupieni na sobie, którzy gotowi są znosić własne upokorzenia i klęski, którzy są pokorni, choć czasem dla tych „poprawnie myślących” nieznośni. Ale to właśnie tacy ludzi staja się najbardziej skutecznymi narzędziami w ręku Boga, który dzięki ich pomocy, odwadze i zaufaniu zmieniają ciągle oblicze tej ziemi. „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, ten je znajdzie. [Mt 16,25]

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=TSYWpUrvnKk?fs=1]


 „Oto wszystko czynię nowe.” [Ap 21,5]

Przypatrzcie się bracia powołaniu waszemu…

Przypatrzcie się przeto bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga.  [1 Kor 1, 26-29]
Dziś czas na chwilę refleksji nad najcenniejszymi pamiątkami: nad Eucharystią i nad sakramentem kapłaństwa. Nad tajemnica owego daru zatrzymują się dwie sprawowane w Wieli Czwartek liturgie. Pierwszą z nich jest Msza św. zwana Mszą Krzyżma, która sprawowana jest w kościołach katedralnych wszystkich diecezji świata w godzinach przedpołudniowych, gdzie wokół biskupa gromadzą się wszyscy kapłani danej diecezji, by wspólnie sprawować Eucharystie dziękując za dar kapłaństwa i odnawiając swoje przyrzeczenia, jakie składali w dniu święceń.

Zaś popołudniu we wszystkich kościołach sprawowana była Msza święta Wieczerzy Pańskiej będąca pamiątkę wydarzeń z Wieczernika. Na zakończenie liturgii przenosi się Najświętszy Sakrament do tzw. Ciemnicy, będącej obrazem więzienia, w którym Chrystus po pojmaniu w ogrodzie Getsemani ostatnia noc przed męką i śmiercią.



W Wielki Czwartek sam Chrystus wprowadził w Wieczerniku  zupełnie nowe rozumienie obrzędu żydowskiej Paschy. Pamiątka Eucharystii przez Niego ustanowiona została  wkomponowana w tradycyjną żydowską ucztę paschalną. Ta ceremonia była od wieków pamiątką sięgającą wydarzeń, które dokonywały się, gdy Izraelici wychodzili z Egiptu. Paschalna uczta była dla nich pierwszą największą świętością. Dopiero później dołączono do niej Torę, czyli prawo (których autorstwo przypisuje się Mojżeszowi), oraz cały system rytów świątynnych (choć zanim została wzniesiona świątynia w Jerozolimie miejscem kultu był Namiot, w którym przechowywano tablice z Dekalogiem ofiarowane mojżeszowi na Górze Synaj) który wędrował wraz Ziemi Obiecanej .
Uczta paschalna była niczym innym jak święta uczta wspomnień. Zawsze podczas Paschy, w trosce o żywą tradycję, któryś z najmłodszych uczestników zadawał gospodarzowi pytanie dotyczące wyzwolenia narodu Wybranego z niewoli, co stawało się wstępem do opowiadania co roku na nowo o wielkich dziełach Bożych, które cały Izrael wspominał. Rozpoczynano owe opowieści od wspomnienia krwi baranka, która wybawiła Izraelitów od śmierci. Od uczty urządzanej w noc wyprowadzenia Izraelitów z Egiptu, dokładnie według instrukcji podanej przez Boga Mojżeszowi, której celem było przygotowanie Izraelitów do wyjścia z kraju symbolizującego ich niewolę do Ziemi Obiecanej będącej symbolem wolności podarowanej im przez Boga jeszcze Abrahamowi. Upłynęły już wieki a w dniu Paschy ta historia wyzwolenia ofiarowanego Żydom przez Boga jest ciągle powtarzana. Z czasem do historii nocnego wyjścia z Egiptu Izraelici stopniowo dopisywali podania o nowych interwencjach Boga, tak w okresach swojego wielkiego zaufania do Niego, jak i w okresach niewierności.


I oto nadszedł moment, by uczta paschalna, która od samego początku była symboliczną zapowiedzią ofiary Chrystusa (Bożego Baranka) mogła w pełni zrealizować swoją zapowiedź. Stało się to możliwe dzięki wydarzeniom zbawczym mającym miejsce w 30 r n. e. Wielowiekowa tradycja Izraela stała się tylko oprawą i preludium do tego, co miało miejsce w tamtych dniach w Jerozolimie, gdy obiecywany Mesjasz przez swoja ofiarę na Krzyżu dopełnia nowej Paschy, do której przeżywania tym razem zostaną zaproszeni wszyscy ludzie bez wyjątku.
Jezus, świadomy tego, że zbliża się chwila Paschy, w której on sam stanie się owym Barankiem złożonym w ofierze dla zbawienia świata, dokonał największego z cudów: ustanowił ucztę z własnego Ciała i Krwi, która od tej pory będzie nie jakimś symbolem (jak chcą niektórzy) czy wspomnieniem wydarzeń z Golgoty, ale ich prawdziwym urzeczywistnieniem. Dodając: „To czyńcie na Moją pamiątkę”.


Obrzęd uczty Jezusa z uczniami w Wieczerniku, wkomponowany w paschalną ucztę wspomnień, która miała miejsce w czwartkowy wieczór jest wyraźnie ukierunkowany na to, co stanie się w Wielki Piątek. Jezus otwiera przestrzeń czasu; nie tylko tego, który jest za nami, ale i tego, który jest przed nami. Otwiera również przestrzeń miejsca. Wykracza poza mury Wieczernika. Decyzja Jezusa pójścia na śmierć krzyżową jest już w pełni podjęta w Wieczerniku. Świętym pokarmem nie jest już jednak baranek paschalny, lecz są nim Ciało i Krew Jezusa. Ciało, które zostanie wydane i Krew, która będzie wylana. To właśnie przyjęcie tej prawdy, która była tak trudna do pojęcia dla Żydów (stąd wielka rzesza uczniów odeszła, gdy Chrystus zaczął o tym nauczać) staje się centralnym motywem naszej wiary. Tajemnicą, wobec której ludzki rozum musi pozostać bezradny. To, że za każdym razem, gdy na ołtarzu odprawiana jest Eucharystia chleb i wino staja się rzeczywistym ciałem i krwią Chrystusa można przyjąć tylko w wierze.

Jeden z najstarszych i najbardziej znanych cudów eucharystycznych wydarzył się w VIII wieku w Lanciano we Włoszech, miejscowości położonej kilka kilometrów od brzegów Adriatyku. Około roku 700 do klasztoru świętego Legoncjana przybył pewien grecki mnich. Jak podają historycy niezwykłego wydarzenia, mnich ów bardziej rozkochany był w nauce niż religii. To bezgraniczne zawierzenie rozumowi sprawiało mu trudności z przyjęciem tego co nadprzyrodzone. Nachodziły go wątpliwości czy w konsekrowanej Hostii prawdziwie obecny jest Chrystus. Modlił się przy tym, by Pan Bóg rozwiał jego zwątpienie, by uczynił coś, co pozwoliłoby mu uwierzyć. Pewnego dnia odprawiając Mszę świętą. poczuł, że wątpliwości miast ustępować pogłębiają się bardziej. Z tym uczuciem wymawiał słowa konsekracji. I wtedy zdarzył się cud. Na jego oczach chleb zamienił się w prawdziwe Ciało zaś wino w prawdziwą Krew. Przerażony i zaskoczony przez dłuższą chwilę stał nieruchomo. Potem, szczęśliwy, ze łzami w oczach poprosił wszystkich zebranych na Mszy św., by podeszli bliżej. „Oto Ciało i Krew naszego ukochanego Pana, który przybył do nas” – powiedział mnich. Wieść o nadprzyrodzonym wydarzeniu szybko się rozeszła. Do klasztoru przychodziły rzesze pielgrzymów, by na własne oczy ujrzeć cud. Ciało i Krew umieszczono w specjalnym tabernakulum. Przez setki lat Święte Relikwie w Lanciono były otaczane czcią.
Po przeszło tysiącu lat cud eucharystyczny nadal możemy oglądać. Ciało pojawiło się w kształcie pierścienia wokół Hostii i choć Hostia przez lata skruszała Ciało nadal jest widoczne. Badania dowiodły, że Ciało to mięsień serca. Pięć kropli wina zamienione w Krew do dziś spoczywa w przezroczystym kielichu. Krew przekształciła się z czasem w pięć małych skrzepów, które zostały przez naukowców zidentyfikowane jako krew ludzka grupy AB. Dokładnie taka sama, jaka została znaleziona i zbadana na słynnym Całunie Turyńskim. Badacze (a warto nadmienić, że badali ją nie tylko wierzący ale i niewierzący genetycy i inni badacze m. in. prof. Lacombe – odkrywca chromosomu Y)wykluczyli także jakiekolwiek oszustwo.

Sakramentalna obecność Chrystusa sprawia, że bez najmniejszego lęku może do Jezusa podejść każdy, komu na spotkaniu z Nim zależy. Chrystus chciał, byśmy wspominali Jego śmierć i zmartwychwstanie nie w atmosferze lęku, cierpienia i grozy, ale w atmosferze wielkiego dziękczynienia za to, co dla nas uczynił. Pamiątka Golgoty, dramat śmierci i strasznej agonii zostały zakryte przez samego Jezusa przepiękną, niezwykle prostą a zarazem czytelną zasłoną.


Raz jeszcze trzeba to podkreślić, że nie jest to tylko wspomnienie. Jest to uobecnienie wydarzeń Wielkiego Piątku i Wielkiej Niedzieli. Jest to Boski gest Jezusa, który zaprasza do uczestniczenia w tej wolności, za którą On zapłacił swym cierpieniem i swoją śmiercią.
Uczniowie Chrystusa bardzo wiernie wypełnili polecenie Mistrza: „To czyńcie na Moją pamiątkę”.
Jednym z najstarszych zapisów mówiących o sprawowaniu Eucharystii jest tekst św. Pawła, znajdujący się w Liście do Koryntian. Św. Pawła (a gdy miała miejsce śmierć Jezusa jeszcze Szawła) nie było w Wieczerniku. On spotkał się z Eucharystią sprawowaną już przez chrześcijan. Opisał więc jej celebrację. Znamienne jest jednak to, że bardzo stanowczo broni świętości Boskiego pokarmu i prawdziwości Eucharystii. Paweł jest świadomy obecności żywego Boga w konsekrowanym chlebie i przy tym pierwszym, najstarszym jego zapisie, pojawiają się słowa przestrogi: „Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije”. [por. 1 Kor 11,27].
Oprócz św. Pawła tajemnicę Wieczernika opisują synoptycy Marek, Mateusz i Łukasz. Każdy z nich zanotował obrzęd konsekracji chleba i wina oraz obrzęd Komunii świętej, czyli spożywania przez uczestników wieczerzy świętego pokarmu w Wieczerniku. Święty Jan pisze pod koniec I stulecia. Rozbudowuje tajemnicę Wieczernika, ujawniając jego niepojęte bogactwo. Jest to zapis świętej uczty wspomnień dokonany przy pomocy serca. Przekazuje go bowiem uczeń, który w czasie owej świętej uczty spoczywał na sercu Mistrza. Jan ujawnia wszystkie części Mszy świętej; a więc akt pokuty, czyli umycie nóg.Każda Msza święta rozpoczyna się wspomnieniem własnych grzechów i prośbą o ich oczyszczenie.



W Wieczerniku tajemnica grzechu była obecna w Wielki Czwartek poprzez zapowiedź zdrady Piotra, przez zapowiedź zwątpienia uczniów oraz przez ostatnią dramatyczną próbę wezwania Judasza do nawrócenia ze złej drogi. W Wieczerniku nie ma teoretycznych rozważań o grzechu. Jest mowa o konkretnych grzechach uczestników pierwszej Mszy świętej. I grzech zostaje usunięty ręką samego Zbawiciela. Umywanie nóg to akt pokuty. To nie my jednak w tym akcie oczyszczamy się z grzechu. Oczyszcza nas Bóg. Nie jesteśmy w stanie usunąć swojego grzechu, tak jak to chciał uczynić Piotr, musimy złożyć swoją głowę i serce, ręce i nogi w dłonie Zbawiciela, by obmył to, co nas plami. Liturgię słowa w czasie Świętej Ofiary ujął św. Jan jako objawienie miłości i jako pouczenie dotyczące miłości. Niepojętej miłości Boga do nas. „Nie nazywam was sługami, ale przyjaciółmi” [J 15,15]. Niepojętej miłości wzajemnej. „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem” [J 15,17]. Również w Wieczerniku jest objawiona tajemnica miłości nieprzyjaciół jako dar Jezusa ofiarowany Judaszowi. Jest to odpowiedź na jego zdradę. Jezus wyciąga doń rękę pełną chleba. Modlitwa eucharystyczna została zanotowana przez św. Jana jako przepiękna Modlitwa Arcykapłańska samego Jezusa o jedność Kościoła, jego świętość, powszechność, apostolskość i o jego miłość.


Każda Eucharystia to zaproszenie do Wieczernika, jakim staje się kościół, w którym jest sprawowana jako pamiątka i jako rzeczywistość. Boskie zaproszenie do wejścia w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa oraz zesłania Ducha Świętego. Wystarczy tylko maleńkie ziarnko wiary, przypominające ziarenko gorczycy, by wejść w to bogactwo i by zostać nim oczarowanym i przemienionym na zawsze.
Skoncentrowanie wszystkich tajemnic zbawienia w sakramentalnych znakach Wieczernika – tajemnicy Wcielenia, śmierci Chrystusa, Jego zmartwychwstania, wniebowstąpienia i zesłania Ducha Świętego – wymagało oddania kluczy do tego skarbu w uświęcone ręce człowieka. Do przygotowania uczty eucharystycznej potrzebny jest bowiem kapłan. To w jego rękach i dzięki jego posłudze chleb zamienia się w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew. Oczywiście nie czyni on tego własna mocą, nie ma w tym nic z magii ani z psychologicznej manipulacji jak chciał tego swego czasu słynny psychiatra C. G. Jung w swojej książce „Symbol przemiany w Mszy”. Czyni to na mocy sakramentu święceń, udzielanych mu przez biskupa, którego sukcesja apostolska nieprzerwanie łączy z Apostołami i z Chrystusem zasiadającymi w Wieczerniku. Gest nałożenia ręki, jaki jest elementem sakramentu święceń, jest właśnie takim znakiem ciągłości i gdyby cofnąć się wstecz, dojść by można przez dwa tysiące lat bez naruszenie tej ciągłości do samego Chrystusa i pierwszych uczniów, którzy właśnie w geście nałożenia rąk przekazywali sobie władzę kapłaństwa, o czym czytamy w m. in. Dziejach Apostolskich.


Innymi słowy nie byłoby Eucharystii, gdyby nie było sakramentu kapłaństwa. On jest konieczny, by Wieczernik był nieustannie otwarty. Kapłan jest żywą pamiątką Wielkiego Czwartku. Jego rodowodu trzeba szukać w Wieczerniku. Kapłan jest darem Boga, którego wielkości nikt nie potrafi wycenić.

Rozważcie potęgę kapłana. Jego słowo kawałek chleba przeistacza w Boga! To więcej niż stworzyć świat. Idźcie się wyspowiadać Najświętszej Pannie lub aniołowi. Czy dadzą wam rozgrzeszenie? Czy dadzą wam Ciało i Krew Pana naszego? Nie, Najświętsza Panna nie może sprawić, by Jej boski Syn zstąpił pod postacią hostii. I nawet dwustu aniołów nie zdoła wam dać rozgrzeszenia. A kapłan, jakkolwiek byłby prosty może to zrobić. (…) Kapłan, to coś wielkiego!

św. Jan Maria Vianney – proboszcz z Ars
Na koniec tych rozważań niech mi będzie wolno przywołać modlitwę papieża Benedykta XVI, jaka wypowiedział w pierwszy Wielki Czwartek, jaki przeżywał będąc już głowa Kościoła:

Niechaj Duch Święty, przemieniający chleb w Ciało Syna Bożego, a wino w Jego Krew, i dający moc rozgrzeszania konsekrowanym dłoniom kapłana, przemieni nasze serca w dobry chleb, który karmi, a naszą miłość w dobre wino, które napełnia innych radością. Niech święta pamiątka Wielkiego Tygodnia, dostępna dla nas każdego dnia, pomoże nam w odkrywaniu niepojętej miłości, która dla naszego zbawienia wezwała Syna Boga do ukrycia swego majestatu pod niepozorną postacią chleba.
A już zupełnie na zakończenie pewna opowieść, która mam nadzieję pozwoli uświadomić sobie nam wszystkim wagę naszego osobistego powołania bez względu na to, jakie ono jest.

Przypatrzcie się bracia powołaniu waszemu (1 Kor 1, 26)

Pewien młody mnich został wysłany na kilka miesięcy do jednego z klasztorów we Flandrii, gdzie wraz z innymi zakonnikami miał tkać ogromny gobelin. Po kilku dniach żmudnej pracy zdenerwowany zerwał się z krzesła i krzyknął: „Wystarczy! Dłużej już tak nie mogę! Instrukcje, jakie otrzymałem, są bezsensowne! Tkam złotą nitką i nagle, ni z tego ni z owego, muszę ją przecinać! Cóż za marnotrawstwo!”.

Najstarszy mnich rzekł: „Synu! Nie widzisz gobelinu w taki sposób, w jaki będą go wszyscy oglądać. Siedzisz po jego lewej stronie i do twoich obowiązków należy utkanie jedynie małego fragmentu”. Następnie zaprowadził go w miejsce, skąd doskonale było widać cały gobelin, zawieszony w ogromnej pracowni. Młody mnich z wrażenia stracił mowę.

Brał udział w tkaniu przepięknego obrazu przedstawiającego fragment z życia Świętej Rodziny, a jego złota nić stanowiła część lśniącej aureoli wokół głowy Pana Jezusa. To, co młodemu mnichowi wydawało się marnotrawstwem, w istocie było cudownym dziełem. (por. B. Ferrero, Ważna róża).


Młody mnich tkając we Flandrii ogromny gobelin, dopiero po dłuższym czasie docenił jego piękno. Czasem nasze życie, składające się z poszczególnych wyborów, decyzji jest niczym tkanie takiego gobelinu. Nie zawsze widzimy jego sens. Więcej nawet, wiele rzeczy wydaje nam się przejawem bezsensu i marnotrawstwa. Ważne jest, by każdy z nas jak najdokładniej umiał przypatrzeć się swojemu powołaniu ucząc się dostrzegać nawet pozornie małe i nieistotne rzeczy jako część wielkiego dzieła, które za pomocą naszych rąk, serc i wyborów Bóg tworzy od początku istnienia człowieka. Z punktu widzenia kogoś, kto żyje zaledwie kilkadziesiąt lat, może to wszystko wydawać się mało istotne, ale warto pamiętać, że jest to punkt widzenia mocno ograniczony jak w przypadku owego mnicha i że dopiero dobry Bóg ma prawdziwy ogląd rzeczywistości. I On jest tym, który potrafi pisać prostymi zgłoskami nawet na krzywych liniach naszego życia. Kimś, komu nawet nasze marne życie a nawet grzech morze posłużyć, do tworzenia historii zbawienia, którego Ty i ja jesteśmy częścią.


Dlatego nieustanne dziękuję za każdą i każdego z Was, których Pan Bóg postawił na drodze mojego życia i kapłaństwa. I zapewniam, że zawsze pamięć o Was noszę w sercu i modlitwie.