Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

jeszcze kilka wielkopostnych myśli

Zmęczenie daje się nieco we znaki a to znak, że Wielki Post zbliża się już ku końcowi. Ale zanim nastąpi koniec tego czasu najtrudniejszy jest zawsze jego ostatni akord, czyli czas Wielkiego Tygodnia, gdyż przynosi najwięcej pracy. Czas bezpośrednich przygotowań do Triduum, czas spowiedzi czasem prawie do północy (a w nocy z piątku na Sobotę przez całą noc z racji tzw. nocy konfesjonałów) . Jeśli dodać do tego jeszcze ostatnie rekolekcje, których wygłoszenia podjąłem się w zaprzyjaźnionym klasztorze sióstr, którym posługuję to będzie to całkiem gorący okres. Choć pewnie nie będzie to jak bym chciał czas wyciszenia i zatrzymania, bo i nauki będę głosił pomiędzy innymi zajęciami, niejako z doskoku a w międzyczasie trzeba jeszcze przygotować ciemnicę i grób Pański a w naszym kościele to całkiem spora przestrzeń do zabudowania. Ale to zawsze błogosławione zmęczenie, gdyż rodzi się z dobra. Przynajmniej tego małego, jakie można uczynić a także ze świadomości, że może udało się pomóc drugiemu człowiekowi stanąć choć o krok bliżej Boga.
Wytchnieniem w tym wszystkim staje się chwila porannej i wieczornej medytacji oraz liturgia godzin z benedyktynami z Tyńca  jaką mogę przeżyć przynajmniej duchowo (na odległość i z pomocą TVP Religia w Internecie). I znowu rodzi się tęsknota za innym miejscem…
zdjęcie z archiwum „Niedzieli”

Tak bliskie zawsze w takich chwilach wydają mi się słowa św. Pawła z listu do Filipian: Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca. Co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne. A ufny w to, wiem, że pozostanę, i to pozostanę nadal dla was wszystkich, dla waszego postępu i radości w wierze, aby rosła wasza duma w Chrystusie przez mnie, przez moją ponowną obecność u was. [Flp 1, 21-26]

Wczoraj uczestniczyłem w pogrzebie bliskiej osoby.
Lubię cmentarze z całą  ich wymową przemijania, drwiną z tego, o co z takim wysiłkiem zabiegamy a czego i tak nie będziemy w stanie ze sobą zabrać, ze świadomością, że wszyscy się tam kiedyś znajdziemy. Równi…
Cmentarz to także miejsce przypominające nam o dojrzewaniu…
do śmierci.



Od chwili poczęcia bowiem wchodzi człowiek w proces dojrzewania w różnych dziedzinach życia. Trzeba mu dojrzeć do tego, żeby zaczął chodzić, mówić. Trzeba mu dojrzeć do szkoły, do pracy zawodowej, do założenia rodziny. Można by zatem rzec, że miara dojrzałości jest czas.
Kiedy tak jednak dojrzewamy na tych rozmaitych płaszczyznach naszego życia, umyka nam niejednokrotnie świadomość, że nasze życie to także dojrzewanie do śmierci, do wieczności. A tej dojrzałości nie da się już zmierzyć czasem, gdyż śmierć nieraz w brutalny sposób rozrywa barierę czasu. Tę prawdę uświadamiamy sobie szczególnie mocno, gdy odchodzi od nas ktoś młody, ktoś w sile wieku, ktoś o kim można powiedzieć: mógł przecież jeszcze długo żyć, mógł wiele dobra dokonać. A jednak stało się inaczej.
Może to znak, że Pan Bóg przykłada inną miarę do naszego dojrzewania. To nie jest już miara czasu, ale miara serca. Przed Bogiem nie jest bardziej dojrzały ten, kto dłużej żył, lecz ten, kto bardziej kochał. Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…

jeszcze nie potrafimy zrozumieć
że jesteśmy dla siebie
darem
mieszkamy czasem pod jednym dachem
siadamy przy tym samym stole
mijamy się na schodach
na ulicy
od czasu do czasu zamieniamy ze sobą
kilka słów

dopiero wtedy
gdy zamykamy bramę cmentarza
zaczynamy rozumieć
że to było szczęście spotkania kogoś
szkoda że czasem tak późno

Wczorajszy dzień kończyła Droga Krzyżowa ulicami parafii. Przyjechał nawet biskup. Przyszło ponad dwa tysiące osób by przejść drogą, będącą jakby dopełnienie trudu, zmęczenia, różnych przeżyć, które w symbolu krzyża znajdują swoje ujście.



Droga Krzyżowa ukazuje Boga, który sam dzieli cierpienia ludzi, którego miłość nie zostaje nieczuła i daleka, ale schodzi pośród nas, aż do śmierci na krzyżu (por.Fil 2,8). Tajemnica cierpiącego i milczącego Boga – Człowieka, do uczestniczenia w której zaproszony jest człowiek.

Pozwólcie, że przywołam tu fragment z rozważań:

Człowiek w raju upadł po raz pierwszy i od tamtej chwili ciągle upada na nowo: ileż razy w upadku w grzech staje się karykaturą samego siebie, Karykaturą Bożego stworzenia; już nie obrazem Boga, lecz czymś, co wystawia na pośmiewisko, co uwłacza godności dziecka Bożego.  Upadek Jezusa pod krzyżem nie jest tylko upadkiem Jezusa człowieka, już wycieńczonego biczowaniem. W tym upadku jesteśmy zaproszeni do tego, by odnaleźć samych siebie – tak często upadających, poddających się w walce z pokusą i złem.


Upadek Jezusa pod ciężarem krzyża ukazuje nam jednak prawdę, że dopóki trwa droga naszego życia nigdy nie jest za późno, by podźwignąć się z naszego grzechu i z naszej pychy. Lecz by to uczynić musimy spełnić jeden warunek: uniżyć się, aby przyjąć propozycję Boga, aby uchwycić Jego dłoń wyciągniętą z miłością, gdyż nie własna siłą człowiek zwycięża grzech. Grzech, którego źródłem jest pycha, która wmawia nam, że nie potrzeba nam miłości i pomocy ze strony Boga,  i że sami potrafimy nadać kształt naszemu życiu. W tym buncie przeciwko prawdzie, w tej próbie bycia panami swojego życia dźwięczy odwieczna pokusa z ogrodu Eden: „Będziecie jak bogowie”. To właśnie dlatego człowiek tak chętnie samego siebie stawia w roli stwórcy i sędziego. Uniżenie się Jezusa jest przezwyciężeniem naszej buty i pychy: on dźwiga nas właśnie przez swe uniżenie. Ale tylko my możemy pozwolić na to, aby On nas podniósł. By tak jednak się stało musimy odrzucić naszą samowystarczalność, naszą mylną żądzę autonomii i uczyć się od Tego, który się uniżył, by w tym uniżeniu i w pokorze bycia sługami braci odnajdywać prawdziwą wielkość i wolność.


Jezus w tej szczególnej drodze, choć sam jest bez grzechu solidaryzuje się z człowiekiem  w jego upadku. On jak nikt inny wie, że o własnych silach człowiek nie jest w stanie dźwignąć się z niego. Potrzebuje pomocy Boga. W dziejach upadek człowieka przyjmuje coraz to nowe formy. W swoim pierwszym Liście święty Jan mówi o potrójnym źródle upadku człowieka: pożądliwości ciała, pożądliwości oczu i pysze żywota. W ten sposób, na tle przywar swego czasu, z wszystkimi jego zbytkami i wynaturzeniami, interpretuje upadek człowieka i ludzkości. Dzisiaj to odejście od Boga, jakim jest grzech potrafi przyjąć formę wielkich ideologii, czy nowego stylu życia człowieka, który w nic już nie wierzy poza własnymi możliwościami i po prostu żyje nie przejmując się niczym, w ten  sposób tworząc nowy rodzaj pogaństwa, które chcąc ostatecznie usunąć Boga w konsekwencji odziera także człowieka z jego wartości i godności. Bo jednak nie rezygnuje z walki o człowieka i przypomina mu o tym, jak wielka jest jego godność i wartość w oczach Bożych, skoro sam Bóg stal się człowiekiem, aby wskazać mu drogę w jego zagubieniu, drogę wyjścia z jego upadku.
Nasz Bóg jest Bogiem, który Bierze na siebie całego cierpienie Izraela, całe cierpienie ludzkości, dramat ludzkiego zagubienia, leku i zniewolenia grzechem. To Bóg, który najpełniej objawia swoja moc właśnie tam, gdzie wydaje się być definitywnie pokonany i nieobecny.
Tutaj nie ma miejsca na zwykły zbieg okoliczności. Wszystko, co się dzieje zawarte jest w Słowie Bożym i wsparte boskim planem. Pan doświadcza wszystkich stadiów i stopni ludzkiego zatracenia, a każdy z tych stopni, w swej goryczy, jest krokiem ku odkupieniu. To właśnie w ten sposób przynosi on do domu zagubioną owieczkę. To właśnie w ten sposób bierze na ramiona i przynosi każdą i każdego z nas.



Dzisiaj od rana przeżywaliśmy w parafii dzień chorych. Polega on na tym, że odwiedzamy z posługą sakramentalną tych wszystkich starszych, chorych i niepełnosprawnych, którzy sami nie są w stanie przyjść do kościoła. Oczywiście odwiedzamy ich regularnie, raz w miesiącu a jeśli ktoś potrzebuje to i częściej. Przed świętami jednak zbiera się zawsze więcej chętnych. Dzisiaj odwiedziłem trzydzieści osób. I muszę przyznać, że coraz bardziej rozumiem o czym mówił papież Jan Paweł II nazywając tych chorych i niepełnosprawnych „skarbem Kościoła”. Dla wielu z nich wizyta księdza jest jedną z niewielu, jakie są ich udziałem.


Wiele z tych osób, to osoby samotne, nie mające na kogo liczyć, poza paniami z opieki społecznej, które odwiedzają je dwa razy w tygodniu na godzinę lub dwie. Czasem mogą liczyć na pomoc sąsiadów (niejednokrotnie także starszych i schorowanych). Nie znaczy to, że nie mają rodzin, ale wcale nie rzadko zdarza się, że rodziny o nich zapomniały. Mam taka chorą, której córka mieszka za ściana i nie odzywa się do niej już od piętnastu lat. Do innej przyjeżdżają dzieci i pytają: „ile można żyć?”, bo odziedziczyli by już chętnie mieszkanie. Oczywiście to skrajne przypadki. Niemniej to, co uderzające, to fakt, że wiele z tych osób żyjąc w wielkim cierpieniu (co trzecia jest chora na nowotwór plus inne schorzenia), niejednokrotnie w dojmującej samotności a nie rzadko tez w ubóstwie (jednej z nich chorych po wykupieniu leków zostaje 600 zł., z czego ponad połowę musi przeznaczyć na czynsz) potrafią być radośni. Potrafią nie narzekać! Nie żądać, nie mieć pretensji. Potrafią być wdzięczni.
Tak bardzo cenie sobie te wizyty, bo w świecie ciągłych roszczeń i pretensji, z jakimi się spotykamy na co dzień oni uczą mnie pokory i czerpania radości z rzeczy małych. Spotykając się z tymi ludźmi, ucząc się ich, uczę się przewartościowywania mojego życia.

uczymy się na pamięć
Twojej Ewangelii
a Ty byś chciał
żebyśmy nauczyli się nie słów  
ale miłości
bo miłość zbudowana tylko ze słów
za bardzo boli

tłumaczymy Twoją Ewangelię
na wszystkie języki świata
ale jeszcze ciągle nie umiemy 
przetłumaczyć jej na miłość

i ciągle czekamy
na wielkie szczęście
na wielka wygraną
na wielką miłość
a małe szczęście całkiem zwyczajne
przechodzi obok


Jestem chaosem

jestem chaosem


gliną
którą tylko Bóg
potrafi ukształtować
tak jak trzeba


naczyniem
w którym ciągle brakuje
miłości


drzewem figowym
które z takim trudem
rodzi dobry owoc
najczęściej po czasie


glebą
która nie potrafi wyrosnąć
nawet trzydziestokrotnym żniwem


człowiekiem
który próbuje nadążyć za Bogiem
koleinami własnych ścieżek


tym który wierząc
potrafi nie wierzyć




Jest pewna teoria, mówiąca o tym, że po czterdziestym roku życia człowiek musi po różnych doświadczeniach i przygodach, po różnych zbłądzeniach i ślepych zaułkach w jakie się zapuścił  wrócić do świata pierwotnych wartości, które najczęściej wyniósł z domu, z którymi się utożsamiał, gdy jeszcze spoglądał na świat pełnym idealizmu i nadziei wzrokiem, bo inaczej zwariuje. Czasem wymaga to przewartościowania swojego życia na nowo a do tego trzeba odwagi. Czy ja mam? Mam nadzieję, że tak. Czy mam na to czas? Tego nikt nie wie, więc nie wolno odkładać tego na później. 

nie oddajemy wszystkiego do końca
zostawiamy sobie chociaż trochę
                   na wszelki wypadek
aby jak najlepiej zabezpieczyć przyszłość
omijamy wielkie sprawy bo zbyt niepewne
bardzo matematycznie patrzymy na życie
bo trwa przecież niezbyt długo
                   szukamy w nim szczęścia
lecz z pustą kieszenią i pustym sercem
trudno je odnaleźć
gdy nawet miłość odliczamy co dzień jak mamonę
młodzieńcze marzenia gubimy po drodze
bo nie mamy siły o nie walczyć
                   najczęściej samotnie
dopóki trwa życie trwa walka
lecz rezygnujemy z niej najczęściej
bo w takiej walce można stracić wszystko
i dlatego bez radości
                   wędrujemy w przyszłość
 
Utopia jest marzeniem, które nijak nie przystaje do rzeczywistości. Budząc w człowieku nadzieję, która są nie do spełnienia, koniec końców staje się samobójstwem (nie tylko w sferze duchowej). Święty Augustyn w sposób wyraźny rozdzielał państwo ziemskie od Państwa Bożego, czyniąc analogie między jednym a drugim, jednak ich ze sobą nie utożsamiając. Może jednym z największych naszych błędów jest to, że  próbujemy patrzeć na wieczność z perspektywy świata w jakim żyjemy, a co za tym idzie ziemski porządek próbujemy przypisać niebu. Zaczynamy kształtować wizję wieczności opartą o nasze doczesne doświadczenia, upatrując w życiu wiecznym tego, co nam jest dobrze znajome – po ziemsku pojmowanej chwały, sprawiedliwości, posłuszeństwa, pokoju. Co wówczas otrzymujemy? Karykaturę! Chwała przyjmuje karykaturę pychy, sprawiedliwość – zemsty, posłuszeństwo – tyranii, a pokój – totalnej nudy. Tworząc taką wizję nieba, odbieramy człowiekowi najgłębszą jego nadzieję. Zapominamy o słowach Jezusa, że „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało”.
Pamiętam takie piękne i obrazowe zdanie z książki Tischnera: „Ptaki fruwają wysoko, ale gniazda mają nisko”. I chyba właśnie tutaj tkwi klucz do zrozumienia relacji między sferą wartości a światem realnym, gdzie tak często ideały bywają radykalnie okrojone i zdeformowane. Bo gniazdo to miejsce, gdzie życie się dopiero formuje. Tutaj ptak nie potrafi jeszcze fruwać i samodzielnie funkcjonować – musi być karmiony, chroniony, ogrzewany… Żyjemy tu, w doczesności, jako pisklęta szykujące się do lotu. Tak wiele piskląt jednak ginie, bo uwierzyły, że mogą już samodzielnie frunąć ku niebu… Utopia pociąga, jest marzeniem, którym fajnie się karmić, które staje się bezpieczna ucieczką od trudów życia, ale jeśli nie skonfrontujemy jej z prawdą może nas zgubić.


[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=6UiBAoivy2k?fs=1]

klęczę
w środku Twojego milczenia

ta cisza jest
brzemienna

może
narodzi się z niej
 człowiek

Cena wolności

Wbrew pozorom najtrudniejszą prawdą, jakiej bronimy się uznać, to prawda o tym, że tak naprawdę każdy nikt z nas w mniejszym czy większym stopniu jest niewolnikiem i że przekonanie o wolności, jakie w sobie nosimy jest nierzadko z wielkim wysiłkiem podtrzymywaną iluzją.


Wtedy powiedział Jezus do Żydów, którzy Mu uwierzyli: „Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Odpowiedzieli Mu: „Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakżeż Ty możesz mówić: „Wolni będziecie?”” Odpowiedział im Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. [J 8, 31-36]



największym cudem świata
                         jest życie
otrzymujemy je
                         niby przypadkiem
i czasami nie wiemy
                         co z nim zrobić
pytamy ludzi
ale nikt nie ma
                         gotowej recepty
idą różnymi drogami
                         ale wszyscy błądzą
nie maja pewności

                         że tylko tą drogą
                         trzeba wędrować
mają różne zdania
                         na ten sam temat
tylko kiedy kolejny dzień
przecieka im przez palce
                         czują jak w ich sercach
                         wzbiera niepokój
wiedzą zbyt dobrze
                         że życie można przeżyć
                         tylko raz
a gdy się je zmarnuje
                         nie da się już tego naprawić


A skoro już o stawaniu w prawdzie mowa, to czuję się w obowiązku coś polecić.

To film, który jest manifestem przeciwko upadkowi myślenia we współczesnym świecie. Jest to studium, które dotyka różnych dziedzin życia począwszy od upadku systemu edukacji, poprzez sposób przekazywania informacji do różnych sposobów manipulacji, jakie stosuje się dziś w społeczeństwach demokratycznych, kształtowanych przez liberalizm. Jest to film ukazujący kulisy ideologii przekonanej, że nic nie jest bardziej doskonałe niż niepodzielne rządy rynku i dlatego gotowa jest zwalczać wszelkie argumenty, które mogłyby zdyskredytować ekonomiczną logikę neoliberalizmu. 
Zdecydowałem się zrobić film nie tyle o globalizacji ekonomii – na ten temat powstało już wiele filmów – lecz o globalizacji systemu myślenia. Ten film opowiada o kontroli umysłu, o współczesnych metodach prania mózgu, ideologicznym konformizmie, o wszechobecnej niepodważalności nowego monoteizmu, z jego wyrytymi przykazaniami, płonącymi krzewami i złotymi cielcami.
Angielskie słowo „snare” (pułapka, sidła), ma skandynawskie i niemieckie korzenie, a dosłownie znaczy pętla. Słowo „ensnare” (oplatać, usidlać) wyraża ideę zarówno pułapki, jak i powiązań, co z kolei prowadzi nas do skojarzeń z łączeniem, siecią. Natomiast słowo „neo-liberał” (neoliberalny) jest zbudowane z olbrzymiej, skomplikowanej i splątanej sieci skojarzeń, która powoduje, że polifoniczny głos można teraz usłyszeć symultanicznie, an wszystkich możliwych płaszczyznach: think tanków, systemów edukacyjnych, mediów, partii politycznych, rynków, międzyrządowych organizacji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy czy Światowa Organizacji Handlu, ponadnarodowych funduszy emerytalnych i innych organizacji inwestycyjnych, partnerstwa itp. Każde ogniowo w tym olbrzymim łańcuchu jest połączone z innym lub odnosi się bezpośrednio do sektora państwowego. Obieg neoliberalnej ideologii, dokonywany przez wszystkie możliwe sposoby jej rozsiewania, doprowadził w efekcie do monopolu na jej istnienie. Poskutkowało to jej uwiecznieniem i masowa indoktrynacją.
                                                                   z wywiadu z reżyserem filmu Richardem Brouillettem

„Film ukazujący spustoszenie, jakie przynosi absurdalna teza neoliberalizmu, że niewidzialna ręka rynku jest rozwiązaniem absolutnie wszystkich problemów i jedyną słuszna „religią ” przyszłości.”
                                                                                                                            Erwin Wagenhofer 



Ten film to wstrząsający zapis rozmów z wybitnymi intelektualistami, opowieść o mirażu wolności, którym karmi się współczesnego człowieka. Choć stawia on wiele trudnych pytań, nie daje jednak łatwych odpowiedzi. Z pewnością jednak nie pozwala ich zbyć milczeniem i zmusza do poważnej refleksji. Obowiązkowa pozycja dla tych, którym zależy jeszcze na wolności w myśleniu.



ptaki
nie rezygnują z lotu


kwiaty
nie myślą się wyrzec
swoich płomiennych barw


drzewa
ciągle rozwijają
nowe liście


rzeki
nie zatrzymują się
w biegu


czas
jak lawina
gna się od wieków


tylko człowiek
                zwalnia kroku
                ogląda się wstecz
                zawraca 
tylko człowiek
                przerywa śmiech
                depcze wiarę 
                i gubi marzenia
tylko człowiek
              maskę na maskę
              zmienia

Stawać w prawdzie

Ogłoszenie pilne:
CZŁOWIEK POTRZEBUJE BOGA!

Ogłoszenie z ostatniej chwili:
CZŁOWIEK POTRZEBUJE BOGA!

Ogłoszenie wymagające natychmiastowej realizacji:
CZŁOWIEK POTRZEBUJE BOGA!

POD GROŹBA UTRATY ŻYCIA
POD GROŹBA UTRATY RADOŚCI
BOD GROŹBĄ UTRATY SENSU
POD GROŹBĄ ZAGUBIENIA SIĘ
W DOCZESNOŚCI




Rekolekcje to czas, który w założeniu powinien prowadzić do przemiany. Jest jednak pewien warunek. By moc coś zmienić muszę najpierw uznać prawdę o sobie, prawdę, że ta zmiana jest mi potrzebna. Nie zawsze jednak ta prawda jawi się przed nami w całej okazałości. Czasem pojawia się kawałek po kawałku. Już wydawało Ci się, że wiesz wszystko o sobie a tu pojawia się kolejna odsłona dramatu, tak ja w medytacji, która stając się droga do prawdy i do wyzwolenia, gdy odsłania się przed Tobą pewien aspekt, kiedy wyzwalasz się z czegoś, co dotąd było głęboko ukryte przed tobą na dnie Twojej podświadomości i kiedy jesteś już przekonany, że to wszystko nagle okazuje się, że jest drugie i trzecie dno i kolejne i ta droga do prawdy wydaje się nie mieć końca. Trzeba niejednokrotnie długiego czasu, by dojść do prawdy o sobie (choć  i tak tylko część tego, co zobaczymy w promieniach Jego światła już po tamtej stronie). Niektórzy tłumaczą to mówiąc, że Pan Bóg odsłania nam prawdę o nas stopniowo, krok po kroku, gdyż całej prawdy o nas nie bylibyśmy w stanie znieść za jednym zamachem. To taka mądra pedagogika Jego miłości. 
Oczywiście nigdy nas do tego nie zmusza, gdyż prawdziwa miłość szanuje ludzką wolność. On proponuje nam wolność za cenę prawdy o nas, lecz zawsze mówi: Jeśli chcesz…
Jeśli nie możesz żyć w zakłamaniu, w iluzji. Jeśli chcesz możesz zostać niewolnikiem.
„Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie.Tam, gdzie Ja idę, wy pójść (ze swoim grzechem) nie możecie. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM , pomrzecie w grzechach swoich”. [J 8,21-23]



Czy czas Wielkiego Postu skłania mnie do uznania prawdy o moim życiu? Czy mam odwagę uznać prawdę, przed którą tak czeto uciekam? Jeśli tak, to znaczy, że spełnił on swoją rolę. Jeśli nie, to znaczy, że wolę być niewolnikiem niż kimś wolnym. I chociaż może się to wydać niedorzeczne wielu ludzi, także wielu chrześcijan godzi się na te niewolę, bo przywykło już do niej, bo ona już nas tak nie razi jak na początku, bo jak się okazuje można z nią żyć. A że są tego konkretne konsekwencje. Te przecież tak łatwo usprawiedliwić, zracjonalizować (mamy przecież w tym względzie znanego i oddanego współpracownika) i zepchnąć w podświadomość.








Powiedziałeś – bądźcie doskonali


a my
wmieszani w tłum
za maską przeciętności
pozbawieni chęci
wyzbyci zapału
pełzający po ziemi
dzień po dniu
godzina po godzinie
narzekamy na twardość Twojej Ewangelii


a my
czytamy Twoją Ewangelię
wzruszamy się do łez
wybieramy ją
jako życiowy elementarz
jako dobrą radę
postanawiamy według niej żyć
ale zawsze dopiero od jutra
zastrzegając sobie możliwość
dopasowania niektórych fragmentów
do mocno zaawansowanego postępu 
współczesnego człowieka
z chęcią uczynienia z naszej wiary
sprawy czysto prywatnej
zawężając ja do kilku pacierzy
mówionych w coraz większym pośpiechu
lub do sporadycznych odwiedzin Twojego domu
bo ciągle są ważniejsze sprawy do załatwienia


a Ty byś chciał
żebyśmy na skrzydłach wiary
wznosili się wysoko
aż do przekraczania granic
nieba
człowieczeństwa
miłości
poświęcenia


lecz do tego trzeba
choć trochę wiary

Nieodwracalność! Są rzeczy, których nie da się już naprawić; decyzje, których nie da się już zmienić; słowa, których nie da się odwołać albo te, z powiedzeniem których się zbyt długo zwlekało ni nie da się już ich powiedzieć, bo jest za późno.
Teraz tego czego się nie zrobiło, co się powiedziało, choć nie powinno, co się zaniechało, to co zawinione a nie do naprawienia trzeba nieść w sobie.
To także rodzaj stawania w prawdzie. Choć to prawda, która oskarża, mówi o tym, czego nie da się zmienić. Można tylko się uczyć i wyciągać wnioski. Na przyszłość. To prawda, która powinna uczyć mądrości. Tylko czy uczy?
Nie ma sensu jednak tamtych niespełnień spychać na dno niepamięci. Prędzej czy później i tak wypłyną. Są gorzką prawdą o nas. Tak często nie było nas tam, gdzie powinniśmy być, tak często nie uczyniliśmy tego, co powinniśmy uczynić, tak często zamilkliśmy tam, gdzie powinniśmy byli coś powiedzieć. I nic tego nie zmieni.





POWOŁAŁEŚ NAS DO RADOŚCI
LECZ MY CIĄGLE
                         SIEJEMY ŁZY


OBDAROWAŁEŚ NAS POKOJEM
LECZ MY CIĄGLE
                        ROZPOCZYNAMY KOLEJNE WOJNY


KAZAŁEŚ BYŚMY SIĘ MIŁOWALI
LECZ MY CIĄGLE
                        MYŚLIMY TYLKO O SOBIE


MÓWIŁEŚ ŻE MAMY CZYNIĆ DOBRO
LECZ MY CIĄGLE
                        ZRYWAMY ZAKAZANE OWOCE


TAK TRUDNO ŻYJE SIĘ W ŚWIECIE
KTÓRY OD KIEDY POWIERZYŁEŚ GO CZŁOWIEKOWI 
                        STOI NA GŁOWIE

Rekolekcje wierszem

Są ludzie
którzy potrzebują poezji
bardziej niż kazań
bardziej niż ksiąg uczonych
pisanych zawsze na temat

poezja nie kłamie
poezja nie klaszcze
nie schlebia nikomu
nie klęka przed nikim
nie martwi się nigdy
ludzkim grymasem
szydercza opinią

idzie noga w nogę
z tym kto chce jej słuchać
i
tylko czasami
płacze




Zastanawiałem się dzisiaj słuchając wielce natchnionych i dłuuuugich nauk rekolekcyjnych mojego kolegi, czy można by poprowadzić rekolekcje wierszem. Iluż ludzi zdecydowało by się na nie przyjść…
i wytrwać do końca.
Rekolekcje pisane wierszem… Mało słów. Dużo myślenia. Dużo ciszy.
Wiersz jest przynajmniej dla mnie jak przypowieść. Nigdy nie wiadomo jaka strunę w ludzkim wnętrzu poruszy. I nie zakłada, że każdy odczyta go tak, jak chciał autor. Rekolekcje pisane wierszem miałyby w sobie coś z ryzyka, że ktoś się rozminie z zamysłem prowadzącego, że nie zrozumie, że przeinaczy. Ale miałyby też coś z bezgranicznej ufności. Bo nie mogąc wpłynąć na to, jak każdy ze słuchających je odbierze wszystko a zwłaszcza ich owoce trzeba by zostawić reżyserii Najwyższego.


życie jest wierszem
który piszesz
            napisz go dobrze


życie jest pieśnią
którą śpiewasz
            niech wybrzmi do końca


życie jest drzewem
które rośnie
            pozwól wydać mu owoc


życie jest deszczem
który zginie
            on zbudzi wiosnę


życie jest chwilą
która minie
            nie prześpij chwili





Myśląc o rekolekcjach pisanych wierszem od razu przychodzi mi na myśl wielki poeta i kapłan ks. Jan Twardowski. Chyba można śmiało powiedzieć, że całe jego pisarskie życie było właśnie takimi rekolekcjami pisanymi wierszem. Zresztą tym bardziej niezwykłymi, że prostotą swoich utworów ale zarazem ich głębią trafiał do wszystkich, do dzieci i dorosłych, do uczonych i tych, którym z nauka było pod górkę, do wrażliwych i tych o nieco twardszym sercu, do wierzących i tych, którzy Panu Bogu się raczej nie naprzykrzają. I nie ma wątpliwości, że jego wierszy słuchało się dużo lepiej niż kazań czy wykładów. A ponieważ w trakcie moich studiów seminaryjnych miałem okazję mieć wykłady z ks. Twardowskim, to wierzcie mi, że wiem co mówię. Szczęście miał ktoś, kto w sali wykładowej w ogóle usłyszał co mówi, nie mówiąc już o zrozumieniu. I nie dlatego, że mówił trudno, ale dlatego, że mówił zawsze takim cichym i delikatnym głosem i na tyle szybko, że zazwyczaj trudno było wyłowić z tego cokolwiek, nawet jak mówił do mikrofonu. Wspominam to oczywiście z wielką sympatią, bo był już wtedy człowiekiem w podeszłym wieku a młodzi alumni seminarium traktowali go niemalże jak relikt. Ale kiedy znalazło się okazję do tego, by po wykładzie porozmawiać z nim sam na sam żeby dostać autograf w jego książce (co ciekawe podpisywał książki na każdym wykładzie przez cały rok, chyba musieli je znosić klerycy z całych swoich parafii) i gdy zadało mi się jakieś pytanie, uderzająca była zawsze głęboka mądrość i wiara oraz wielka radość bijąca z tego stareńkiego już poety. I jeszcze jedno dodam na koniec: Nikt, nigdy tak nie interpretował wierszy różnych poetów jak on. To była naprawdę prawdziwa uczta dla tych, którzy kochają poezję. Dawał szanse spojrzenia na nią zupełnie z innej i głębszej perspektywy.




Panie
zgubiliśmy miłość
warczymy na siebie
spotykając się przypadkowo
na schodach lub na ulicy
w zatłoczonym autobusie
gdzie ciągle ktoś
stoi komuś nad głową
w sklepie
gdzie nie brakuje towarów
tylko pieniędzy
w pracy
gdzie ciągle konkurujemy ze sobą
patrząc na siebie wilkiem
w domu
gdzie wszyscy się spieszą
i nikt nikogo słuchać nie potrafi
bo telewizor stał się ważniejszy niż człowiek
w restauracji
gdzie musimy zapłacić
za wczorajszy obiad dzisiejszą cenę
nawet w szkole
gdzie uczą nas matematyki i języków obcych
a nie uczą nas człowieczeństwa


my – niegdyś bogaci – 
mieszkańcy raju
przyjaciele Boga
dzisiaj tak często bezdomni
w swoim własnym domu