Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zatrzymać się…

Kolejne rekolekcje. Kolejna szansa zatrzymania się choć na chwile w biegu. Czy z niej skorzystam? Czasem trudno pogodzić bardziej wytężoną pracę duszpasterską, którą przynosi czas rekolekcji i schyłek Wielkiego Postu z chęcią zatrzymania się na dłużej.

Jest takie miejsce
za którym tęsknię
chociaż go nie znam



Jeśli jednak nie udaje się zatrzymać na dłużej, to może uda się przynajmniej zatrzymać nad czymś głębiej. W końcu po to są rekolekcje. Czasem trzeba zatrzymać się stając się „biorcą” po to, żeby potem moc z czego oddawać i by koniec końców nie zostać z pustymi rękami i sercem jedynie dlatego, że nie zdążyło się w tym ciągu pracy samemu zaczerpnąć ze źródła.



To nie my wybieramy sobie czas, w którym żyjemy. Może wolelibyśmy kiedy indziej, gdzie indziej, wygodnie, spokojnie, przyjemnie, z kocykiem na kolanach, przy kominku, przed telewizorkiem, z kawusią w ręce, z książką na kolanach, w ciepłych bamboszach, zachowując intymność i kameralność.

Ale Bóg wybrał dla nas ten właśnie czas i to właśnie miejsce.  I każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie: Do czego Pan Bóg mnie zaprasza pozwalając mi żyć tu i teraz? To jest pytanie o sens i wartość życia. Ważne jednak, żebyśmy nie ulegli pokusie narzekania. Nigdy nie było łatwych czasów dla tych, którzy chcieli żyć duchem Ewangelii.

Czas to nie droga szybkiego ruchu pomiędzy kołyską a grobem, czas – to umiejętność zatrzymywania się i dobrego wykorzystywania każdej chwili. Sztuka życia – to cieszyć się małym szczęściem; żyć chwilą obecną – ona jest wszystkim, co mamy. 

zbudowaliśmy świat
w którym wszystko stoi na głowie
białe nazywa się czarnym a czarne białym
kłamstwo udaje prawdę
a prawda próbuje za wszelką cenę
ukryć się w kącie
bo nie wyleczyła się jeszcze z braku odwagi
rację mają ci którzy głośno krzyczą
i przepychają się łokciami
a dobrzy
nie po raz pierwszy nabrali wody w usta
jakby przepraszali za to że żyją
miłość nazywa się głupotą i zacofaniem
a nowoczesność polega na tym
żeby sprzedać siebie za dobrą cenę
i nie przejmować się niczym

zamurowaliśmy siebie we własnym świecie
teraz
pozostały nam już tylko marzenia o wolności
i wspomnienie utraconego szczęścia



Kto jest dobry, kto żyje miłością może się spodziewać, że wcześniej czy później zostanie ukrzyżowany, ale jeśli nie godzi się na to nigdy nie dowie się, czy jego miłość była prawdziwa, gdyż prawdziwą miłość sprawdza się w tyglu doświadczeń.

Jezusowi też nie wszystko się udało.

Nie potrafił nawrócić faryzeuszów i saduceuszów, kapłanów. Spotykał się z niepowodzeniem również u zwyczajnych ludzi – w Betsaidzie, Korozain, Nazarecie, Kafarnaum. Ponosił klęski nawet u swoich najbliższych. Nie tylko Judasz Go zdradził. Daleko wcześniej wielu z nich odeszło od Niego. A przecież był najlepszym z ludzi i całe swoje życie poświęcił pomaganiu potrzebującym, i kierował się w swoim działaniu najbardziej bezinteresownymi motywami.

I tobie nie wszystko uda się w życiu. Nawet wtedy, gdy będziesz kierował się najczystszymi pobudkami i będziesz starał się postępować najlepiej, jak cię na to stać.

 Niech Cię to nie gorszy ani przeraża. Wszyscy jesteśmy gotowi odnosić sukcesy, tak jak rodzimy się po to, aby żyć. Musimy się uczyć ponosić porażki. One także służą naszemu dojrzewaniu.



Zgubiliśmy Cię Panie
w codziennym pośpiechu
w natłoku rzeczy i spraw
w pogoni za pieniądzem
w zatroskaniu o lepsze jutro
w niepokoju teraźniejszości
która jest daleka od marzeń
w pomieszaniu rożnych opinii
w interesownej pobożności
która zawsze kończy się
pretensjami i odejściem
od tego czego nigdy nie było
od tego czegośmy nie chcieli
albo nie umieli zrozumieć

zagubiliśmy Cię
w zwyczajnym lenistwie
w wygodnej obojętności
w głupim małpowaniu innych
w trosce o postęp
choć niekoniecznie duchowy
w walce o wolność
choć nie zawsze od grzechu
która bardzo szybko przeradza się w samowolę
i kończy postawieniem świata 
na głowie

Na szczęście
Ty nigdy nie przestajesz
nas szukać


Chleba i igrzysk

Rzadko zdarza się, żeby film wchodzący na ekrany kin wśród recenzentów zasługiwał na miano rewelacyjnego. Tak jest w przypadku „Igrzysk śmierci”. Pomyślałem sobie zatem, że zobaczę film, który zasłużył na taka ocenę w oczach krytyków.



Film zrobiony na podstawie książki to początek triady fabularnej adresowana do nastolatków, choć nie tylko. Pierwszy tom: „Igrzyska śmierci”, to książka bardzo oryginalna. Jest to ponura, futurystyczna wizja świata, w którym bogaty hegemon siłą podporządkowuje sobie resztę kontynentu, dzieląc go na dwanaście zniewolonych Dystryktów. Demokracja upada, uzurpatorska władza głodem wymusza posłuszeństwo w podległych prowincjach. Każda z nich dostarcza stolicy – Kapitolowi – niezbędnych bogactw i surowców, żywiąc próżniaczą i zdegenerowaną kastę rządzących.Wzniecony przed laty w jednym z Dystryktów
bunt zakończył się rzezią i pacyfikacją. „Na pamiątkę” i ku przestrodze poniżonym prowincjom Kapitol organizuje każdego roku koszmarne „Dożynki”. W każdym z Dystryktów losowana jest para nastolatków obojga płci (między 12. a 18. rokiem życia), która uczestniczyć będzie w okrutnym reality show. Dwudziestu czterech zawodników walczy w nieznanym sobie terenie, nafaszerowanym kamerami, aż do momentu, dopóki nie ocaleje tylko jeden z nich. Na oczach telewizyjnej widowni nastoletni gladiatorzy tropią się wzajemnie, ukrywają, podchodzą, walczą o żywność i wodę… I wreszcie – zabijają.
Igrzyska śmierci wpisują się w coraz liczniej reprezentowany futurystyczny trend w literaturze. Kształtując
kolejne katastroficzne wizje społeczeństw przyszłości, autorzy wykorzystują zjawiska
i zagrożenia będące udziałem współczesnych nie tylko nastolatków: raz są to narkotyki ( jak w przypadku E-denu Mikaela i Raymonda), lub obsesja na punkcie wyglądu zewnętrznego (seria Brzydcy, Śliczni, Wyjątkowi, Nieważcy Scotta Westerfelda). W tym wypadku przekształconym zjawiskiem współczesności jest reality show. Uczestnicy nie tylko muszą za wszelką cenę dążyć do zabicia innych, ale równocześnie dbać o własny wizerunek, cały czas grać dla milionów widzów przed telewizorami. Wizja żądnej sensacji niezliczonej gawiedzi, z zapartym tchem śledzącej zmagania mordującej się nawzajem grupy nastolatków, jest prawdziwie przejmująca i stanowi świadome nawiązanie do tradycji starożytnego Rzymu. Słynne zawołanie Juwenalisa Panem et circenses („chleba i igrzysk”) staje się tym samym hasłem-symbolem powieści Collins, co znajduje potwierdzenie w nazwie państw a Panem (z łac. chleb). Również idea trybutu, który dystrykty rokrocznie spłacają stolicy, zaczerpnięta została ze starożytności – ofiarę z młodych ludzi składano mitycznemu Minotaurowi. Ciekawie przedstawienia są w książce i filmie bohaterowie (a to za sprawą nieźle grającej rolę głównej bohaterki Katniss – Jennifer Lawrence). Bohaterowie bowiem mimo młodego wieku nie są ani słabymi fizycznie dziećmi, ani znużonymi życiem i spętanymi przez system rzeczywistości dorosłymi. Energia i zdolność podejmowania ryzyka – inny niż euforia, depresja czy efekt szalejących hormonów – czyni ich zdolnymi do przekształcania świata, obalania ustrojów, wprowadzania zmian, których, z racji zawieszenia między dzieciństwem a dorosłością, są symbolem.
Film ogląda się nieźle, choć w stosunku do książki zawiera pewne braki. I chyba nie da się go traktować jedynie jako taniej rozrywki. Każdy bowiem choć trochę bardziej wrażliwy obserwator z łatwością dostrzeże drugie dno ukryte w scenariuszu. Przesłanie jest jasne: może jest prawdą, że dziedziczymy grzechy ojców, ale nie musimy iść w ich ślady. Nie istnieje bowiem z góry określone przeznaczenie a człowiek w każdej – nawet wydawałoby się w najbardziej ograniczonej możliwości wyboru – może pozostać wolny, nie poddając się manipulacji. Ostatecznie zatem niczego nie możemy być pewni, nawet w sytuacjach, które wydają się z góry wyreżyserowane.
Warto do tego dodać jeszcze kilka zdań z recenzji Michała Walkiewicza: „Trylogię Suzanne Collins na podstawie której powstał film określa się mianem satyry na nową rzeczywistość medialną i jej związki z polityką. Być może nie jest to najważniejszy wątek w filmie, ale na pewno dostrzegalny. Świetne oddają  to zwłaszcza sceny w telewizyjnym talk-show, a także trening uczestników igrzysk: muszą oni nie tylko szkolić się w śmiercionośnym rzemiośle, ale również dbać o dobry kontakt ze sponsorami i podtrzymywać niezbędny do przetrwania status celebrytów. Ta satyryczna nuta nadaje niespotykany smak wątkowi miłosnemu – chyba najbardziej skonwencjonalizowanej strukturze fabularnej we współczesnych filmach. Nie wiemy bowiem, czy uczucie, które łączy głównych bohaterów, jest autentyczne, czy to jedynie gra prowadzona ku uciesze gawiedzi.”
Niemniej film może dać trochę do myślenia, choć książka wydaje się być dużo ciekawsza. Czy zasługuje jednak na tak wysokie noty otrzymane przez krytyków!? Każdy musi ocenić sam.

Widziałem taki obraz
Płotno bez ram
Nieskończonej wielkości
Barwy wypalone
Obecnością słońca
Kształty niewyraźne
Trudne dla oka

Taki widziałem
obraz
wolności

i jeszcze jeden obraz:

I jeszcze jeden film. Zrobiony w zupełnie innej konwencji. Carnahan stworzył film, który nie pozwala o sobie długo zapomnieć.  Bohater filmu grany przez Neesona wciela się w pokonanego przez życie twardziela, który wraz z kilkoma sobie podobnymi musi walczyć o przetrwanie w niedostępnej alaskańskiej tundrze, po katastrofie samolotu, którym lecieli. Film jest pełnokrwistym dramat, a nie jedyni jakimś efektownym kinem akcji w stylu survivalowym. Poza tym jest obrazem kryjącym w sobie wiele wymiarów, obracającym się nie tylko wokół motywu przetrwania w surowym i nieprzyjaznym dla człowieka świecie arktycznych mrozów, ukazującym jego małość, lecz podejmujący również wątki egzystencjalne takie jak doświadczenie ludzkiej słabości zarówno w wymiarze fizycznym jak i psychicznym, szukanie tego co w życiu stanowi o jego wartości i wreszcie pytanie o sama wartość życia nie tylko w obliczu śmierci i chęci przetrwania, ale zmagania ze świadomością przegranego życia i żalem jaki z tej świadomości wyrasta.
Wielka wartością tego filmu jest fakt, że „Przetrwanie” wydaje się być obrazem dojmująco rzeczywistym, którego wartość podkreślają jeszcze  uderzające nieprzeniknione pejzaże jednego z niewielu miejsc na planecie, w którym natura nie uległa człowiekowi i współgrający z zimowym krajobrazem chłód wiejący z melancholijnej aury roztaczanej nad poczynaniami bohaterów. 
 Przetrwanie”, to nie jakaś tania rozrywka lecz pełen piękna, terroru i kojącego poczucia łaski, miejscami melancholijny obraz, który stawia nas twarzą w twarz z naszymi największymi lękami i nie pozwala przejść obok niego obojętnie.
Myślę, że to dobry film także w czasie Wielkiego Postu. 

Wszystko sie zmienia


Otwarcie na Słowo, to warunek owocnej modlitwy wewnętrznej. Ono bowiem jest drogowskazem. Wskazuje drogę. Dlatego pomimo medytacji tak ważne jest, abyśmy karmili się Słowem Bożym. Poza medytacją ważne jest, abyśmy nie rezygnowali z lektury Pisma Świętego. Doświadczenie medytacji pozwoli nam lepiej wsłuchiwać się w to, co Pan Bóg chce do nas przez nie powiedzieć. Nie chodzi o to, żeby czytać dużo. Ważniejsze jest żeby czytać ze skupieniem. Byśmy nauczyli się „przeżuwać” tekst tak jak starotestamentalni prorocy, jako ojcowie pustyni. Krok po kroku pozwalając mu się prowadzić wgłąb tajemnicy. Lektura Pisma Świętego, jeśli jest uważna stawia nas zawsze w świetle samego Boga. Czytając poznajemy Jego samego, Jego charakter, Jego myślenie, Jego sposób patrzenia. Czytać tak, aby chłonąć Go całym sobą. Nie tylko umysłem, ale i sercem. Po to by się z Nim zjednoczyć.
Kiedy czytamy, nie zabiegajmy o to, aby poznać coś nowego. Tak jak w doświadczenie medytacji, ważna jest otwartość. Niczego nie zakładaj z góry. Bóg wie czego nam potrzeba i powie Ci, to, co musisz wiedzieć, wtedy, gdy będzie to konieczne. Daj Mu wolną rękę, zaufaj Mu i pozwól działać tak jak On chce.
„Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (Ps 37, 5)
Czytanie duchowe jest warunkiem, by obecność Boga stawała się w nas naprawdę żywa i przemieniająca. To słowo to sam Jezus. Ono jest zatem Drogą, która podążając odkrywamy ów ukryty sens, widoczny dla tego, kto potrafi patrzeć wzrokiem wiary. Od przemiany tego sposobu patrzenia zaczyna się droga do głębszego zjednoczenia z Bogiem, zjednoczenia, które choć dopełni się dopiero po tamtej stronie życia, zaczyna się już tutaj, gdy potrafimy dostrzegać znaki Jego działania w nas i wokół nas. Wsłuchując się w Słowo nauczysz się je dostrzegać. Ono bowiem uczy nas wrażliwości. Ono także staje się najpiękniejszą modlitwą, gdy sami doświadczamy trudności w tej materii. Jeśli bowiem stwierdzisz, że nie umiesz się dziś modlić lub że modlitwa przychodzi Ci z wielkim trudem, zacznij w ciszy, powoli czytać Jego Słowo. I to już wystarczy. Bo wówczas On sam będzie modlił się w nas.
„Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (Ps 37, 5)

Dzisiaj
Deszcz zapukał do mych drzwi
Otworzyłem
Powitałem gościa
Nie chciał wejść
Więc wyszedłem
Zobaczyłem świat pełen kolorów
Czysta prawda wolna od kłamstw
Wszystko się zmienia
Uległem
Łza szczęścia łączy się z kroplą deszczu
Jestem
Znów jestem


A jutro
Słońce
Przyjdzie odwiedzić
Zajrzy do okna
Zapuka do drzwi
Nie będzie mnie w domu
Znów jestem

Nocne spotkania…

Ewangelia mówiąca o spotkaniu Jezusa z Nikodemem, przywołana w ostatnią niedzielę tak mocno oddaje charakter Wielkiego Postu. Najcenniejsze chwile naszych spotkań z Bogiem, to te, które odbywają się w ciszy, której nikt i nic nie zakłóca. Nikodem wybrał noc po pierwsze dlatego właśnie, że mógł spokojnie porozmawiać z tym niezwykłym Nauczycielem o swoich wątpliwościach, gdy nie było wokół tłumów, które ciągle czegoś chciały a ponadto wybrał noc z lęku przed krytycznym spojrzeniem mało wyrozumiałych kolegów faryzeuszy. Noc wydawała się najbardziej odpowiednia na intymne spotkanie. Noc ma w sobie coś magicznego. Dla Nikodema także stała się nocą odsłonięcia tajemnicy, jakiej dotąd nie rozumiał. Nam czasem także trzeba powrotu do tej tajemnicy miłości Boga, aby wszystko odkrywać na nowo, w zupełnie innym świetle.
„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”. To zdanie wydaje się być kluczowe w dziele nowej ewangelizacji, o której znowu tak wiele się dziś mówi w coraz bardziej laicyzującej się Europie. Europie, która coraz częściej wstydzi się swoich chrześcijańskich korzeni i chrześcijańskiej tradycji, dla której tradycja ta wydaje się być przeszkodą na drodze do pełnej wolności – jak próbują dzisiaj usprawiedliwiać swoje poglądy liberałowie. Kluczem do odkrycia na nowo przez współczesnego człowieka sensu wiary i Kościoła jest Słowo z dzisiejszej Ewangelii, które mówi o Bożej miłości. Jak głosić tę wiarę w dzisiejszym świecie? Jak skutecznie dawać świadectwo? Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że bardziej wiarygodne są czyny aniżeli słowa. 
Ks. Luigi Giussani, założyciel ruchu Comunione e Liberazione, na ostatnim zjeździe ruchów katolickich w Rzymie mówił: „Życie jawi się jako żebranie. Prawdziwym bohaterem historii jest żebrak: Chrystus żebrzący o ludzkie serce i ludzkie serce żebrzące o Chrystusa”. Jak odnaleźć te żebrzące serca, które dzisiaj często wstydzą się przyznać do swego duchowego ubóstwa, próbując je zakryć różnego rodzaju pseudowartościami, które proponuje im świat, a której potrafią jedynie na chwilę zagłuszyć duchowy głód, ale nie są w stanie człowieka duchowo nakarmić ani napełnić i wcale nierzadko pozostawiają po sobie jeszcze większego moralnego kaca i duchową pustkę?
Jadąc nie tak dawno pociągiem, próbowałem nawiązać kontakt z pasażerami. Obok siedział pan w średnim wieku czytał książkę. Młoda dziewczyna siedząca na przeciwko miała na uszach słuchawki. Para „zakochanych” była zajęta sobą, i to w dość nieskromny sposób. Ktoś rozwiązywał krzyżówkę i dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy sobie pomocy. Tylu ludzi, wydawałoby się tak blisko, a tak dalecy sobie i zamknięci w swoim świecie. Była sobota, wracałem z rekolekcji. Zacząłem modlić się za tych ludzi. Zastanawiałem się, jak ewangelizować świat, w którym przyszło mi żyć? Niby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. A jednak…
Na jednej ze stacji pan, który siedział obok mnie, zamknął książkę. Spojrzałem na okładkę. Była na niej twarz Chrystusa z Całunu Turyńskiego. Nasze oczy się spotkały. Czułem, że się rozumiemy. Za chwilę ktoś poprosił, aby mu pomóc zdjąć bagaż z górnej półki. I znowu spojrzenie w oczy… Jakieś porozumienie.
Często krótkie chwile spotkań bez słów, ale przeżyte świadomie, pozwalają zobaczyć Jezusa żyjącego pośród nas.
Ludzkość miała wielu dobroczyńców, wielu bohaterów i obrońców, lecz Zbawiciela tylko jednego: Jezusa Chrystusa. Powiedziano o Nim: „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?” Wielu w Niego powątpiewało, wielu odeszło; mówili, że trudna jest Jego mowa, któż jej może słuchać. Były momenty, gdy wyzywano go od żarłoków, pijaków a nawet opętanych przez diabła. Wreszcie przyszedł moment, gdy Go zdradzono, pojmano, umęczono uprzednio wyszydziwszy na drzewie krzyża. Ale jak pisze św. Paweł: potrzeba, było tego wyszydzenia Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego uwierzy i nie zwątpi, miał życie wieczne.
Okres Wielkiego Postu to czas głębokiego przeżywania tajemnicy naszego zbawienia i dziękczynienia za nie. Wielki Post to zaproszenie by pójść drogą codziennego  życia wraz z Jezusem, może bardziej uważnie niż dotąd, zatrzymując się, próbując zauważyć, dostrzec i docenić to, co często mijamy bez zatrzymania, bez chwili refleksji. To uczenie się dostrzegania działania Pana Boga w świecie i w ludziach. Wiele jest znaków nadziei. Lecz żeby je dostrzec, musimy jak Nikodem zatrzymać się, musimy poprosić Chrystusa, aby nauczył nas patrzeć na rzeczywistość we właściwy sposób, bez narzekania, bez roszczeń, z wdzięcznością i miłością. A wówczas będziemy potrafili dostrzeż znaki Bożego działania w świecie. Te znaki — to również codzienna uczciwa praca, punktualność, słowność, bezinteresowność czy dobroć, z jaką się spotykamy i jaka potrafimy ofiarować innym…

Jak mamy żyć, by ewangelizować? By dawać świadectwo, którego brak zarzuca nam – chrześcijanom współczesny świat!?  Mam najpierw zaufać Bogu i czynić to, co do mnie należy — w tym miejscu i w tej chwili, w jakiej dzisiaj jestem. Mam żyć prawdą i dobrze wykorzystać chwilę obecną, jako szansę bycia bardziej dla Boga i dla bliźniego.
Bóg jest odpowiedzialny za to, co stworzył. Odpowiedzialny w najwyższym stopniu. Odpowiedzialny za życie każdej i każdego z nas. Nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i miał życie. Aż tak umiłował świat, „że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.
Bóg daje swego Syna, ale potrzebuje mojego otwarcia na Niego,  potrzebuje swoich współpracowników, tych którzy wierząc w niego i  na tej wierze budując swoje życie będą potrafili odważnie przyznać się do tego przed światem. Warto przychodząc do Jezusa w ciszy wieczornej medytacji prosić o tę odwagę dla siebie.

Bóg – życie, które tętni we mnie

Czym jest modlitwa w ciszy?
Jest najlepszym i najgłębszym sposobem dotknięcia rzeczywistości. Skoro jest ona szansą zjednoczenia z Bogiem, to jednocześnie dzięki temu zjednoczeniu otrzymujemy jakościowo inny, dużo głębszy wgląd w rzeczywistość.
Bo Bóg JEST.
Jest we mnie, w Tobie, jest w rzeczywistości, choć ta nie jest w stanie go ogarnąć. Potrafi jednak mówić o Nim. Potrafi doń prowadzić. Każdego. Także niewierzącego. Jeśli tylko będzie uważnym i wrażliwym obserwatorem.
To jednak z prawd modlitwy wewnętrznej. To między innymi z tej prawdy Ojcowie ostatniego soboru wyciągają wniosek o tym, że do Boga i do zbawienia może dotrzeć każdy człowiek, nawet nie wpisujący się w żadną tradycję religijną, byle by tylko miał dobrą wolę i szukał (mówi o tym zarówno soborowa Deklaracja Nostra aetate jak i Dominus Iesus).
Bóg jest w centrum (zarówno w odniesieniu do duszy jak i rzeczywistości) i tam powinien szukać Go człowiek. To nie jest KTOŚ niedostępny, kto stworzył świat i więcej się nim nie interesuje. To KTOŚ kto jest w najgłębszej i najbardziej intymnej relacji do swojego stworzenia. Dlatego rzeczywistość to przestrzeń, w której mogę Go dotknąć, zarówno ta zewnętrzna jak i wewnętrzna (przestrzeń mojego serca).
Aby jednak dotknąć Go dotykiem wiary i by doświadczyć tej najbardziej intymnej więzi jakiej na imię miłość musimy wyruszyć w podróż w głąb. Nawet jeśli podroż ta zaczyna się na zewnątrz, próbując rozpoznać Stwórcę w stworzeniu, to i tak ostatecznie musi nas doprowadzić do wnętrza, tam gdzie mieszka On zawsze.
Kiedy zamykasz oczy i skupiasz się, masz szansę odkryć w sobie tajemniczą OBECNOŚĆ. Bóg pulsuje w Tobie pełnią swojego życia. Choć nie dostrzegamy tego na co dzień, bo dokonuje się to w najgłębszych pokładach duszy ludzkiej, tam, gdzie nie maja dostępu żadne zmysły. To jednak prawda.
Aby opisać rzeczywistość Królestwa, Jezus uciekał się do prostych obrazów. Warto iść tą sama drogą, aby uświadomić sobie bogactwo jakie jest w nas i pełnię życia, jakie ma szansę być udziałem każdej i każdego z nas, jeśli pozwolimy zaprosić się do uczestniczenia w tej rzeczywistości.
Bóg jest Trójcą. To znaczy ŻYCIEM. Jest rodzeniem, umieraniem i zmartwychwstawaniem.
Jest MIŁOŚCIĄ. Ta miłość przenika i pulsuje w każdej duszy. 
Dla lepszego zrozumienia tej tajemnicy i zależności św. Paweł używa często porównania z ciałem, z organizmem.
Najcenniejszym organem człowieka jest jego serce. Ono bije nieustannie. Od początku, od stadium życia płodowego aż do ostatniego tchnienia [średnio 60 razy na minutę, 3 600 razy na godzinę, 86 400 razy w ciągu doby, 2 592 000 razy w ciągu miesiąca, 31 104 000 w ciągu roku]. W każdej sekundzie tłoczy krew, która rozchodząc się po całym organizmie niesie mu życie. I nigdy nie przestaje, czy śpimy, czy odpoczywamy – ono pracuje. Za darmo! To najpokorniejszy organ, dobrze ukryty, który robi to, co do niego należy.
Serce to obraz Ojca. On jest w Tobie, choć sobie tego nie uświadamiasz. Niewidzialny, dyskretny, pokorny. Jest Tym, który daje życie. Pulsuje. Jak serce „wyrzuca” krew tak Ojciec „wyrzuca” z siebie Syna. Już nie tylko 6o razy na minutę, nie tylko przez siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat, ale zawsze. W czasie i poza czasem. Rodzi Go, wydaje, nie zatrzymuje dla siebie. Tylko po to, abyś Ty miał życie!
Krew jest obrazem Syna, który daje siebie w sposób całkowity, bez zatrzymywania czegokolwiek dla siebie z tego, co otrzymał od Ojca. Zadaniem krwi jest nieść do każdego zakamarka organizmu tlen i substancje odżywcze, które są dobrym symbolem Ducha Świętego, który jest tchnieniem ożywiającym. Tlen, powietrze to obraz Pneumy – owego powiewu, który niegdyś unosił się nad wodami a teraz przenika każdą i każdego z nas tak jak przenika życie Ojca i Syna, by nieść nam to, co najcenniejsze z tej ożywiającej relacji najdoskonalszej miłości.
I tak dzieje się bez przerwy.
W każdym człowieku bez ustanku Jezus żyje, umiera i zmartwychwstaje. Czy śpisz, czy pracujesz; czy odpoczywasz, czy modlisz się, czy o tym myślisz, czy też nie, On dokonuje w Tobie swego dzieła – PASCHY – przejścia przez śmierć do prawdziwego życia. Trójca Święta pulsuje w Tobie i nigdy nie przestanie w Tobie tętnić swoim wewnętrznym życiem.
Medytacja to szansa doświadczenia tego pulsowania w nas.
Takiego Boga właśnie dotykamy, gdy medytujemy. Żywego. Nieustannie obecnego. Będącego w samym środku nas samych. Z takim Bogiem jednoczy nas doświadczenie medytacji, będące spotkaniem z Nim, dotknięciem nasza wiara i miłością i zatopieniem się w tej niezwyklej i ożywiającej rzeczywistości.
Jak bowiem pisze św. Jan od Krzyża: „właściwością miłości jest pragnienie, by się złączyć, zjednoczyć i upodobnić do przedmiotu naszej miłości”. (Noc ciemna, II, 13,9)
Mam nadzieje, że ten prosty obraz pomoże zrozumieć doświadczenie medytacji. Gdy przychodzą trudności by w niej wytrwać spróbuj skupić się na tej prawdzie. I pamiętaj, że gdziekolwiek medytujesz nigdy w tym doświadczeniu nie jesteś sam. Zawsze jesteśmy tam zanurzeni w Nim razem…

* * * * *

A na koniec jeszcze jeden utwór zespołu Ashram stylizowany na hymn z niesamowitym wokalem. Nie mogłem się oprzeć, żeby go nie wkleić.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=tKauUrnUtpk?fs=1]

I hear the silence,
I close my eyes,
I want to run like a river flows

I feel the distance,
I stare at the space,
I want to fly to where the wind can blow

Nevermore sorrow, no more pain, no more tears
No more sorrow

I hear the silence,
I close my eyes,
I want to run like a river flows

I feel the distance,
I stare at the space,
I want to fly to where the wind can blow

Nevermore sorrow, no more pain, no more tears
No more sorrow

I słowa też niezwykłe… 
Zupełnie jak doświadczenie medytacji.




Słyszę ciszę,
Zamykam oczy,
Chcę biec jak rzeka płynie

Czuję odległość,
Wpatruję się w przestrzeni,
Chcę latać tam, gdzie wiatr może wiać

Nigdy więcej smutku, nigdy więcej bólu, nigdy więcej łez
Nigdy więcej smutku