Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ashram, choć inny.

Nie tak dawno na spotkaniu wspominałem, że odkryłem zupełnie przypadkiem ciekawą formacje muzyczną noszącą nazwę ASHRAM. Ashram to włoski zespół, w którego skład wchodzi trzech muzyków: Luigi Rubino (pianino), Sergio Panarella (wokal) i Alfredo Notarlobert (skrzypce). Ten ostatni, utalentowany skrzypek jest znany mi także znany ze wspólnych projektów z Argine. Sądząc po instrumentach jakich używa Ashram z łatwością możemy zgadnąć, że ich przekaz muzyczny jest nieco minimalistyczny, ale bez watpienia urzekający. Przynajmniej dla mnie. Z ogromną przyjemnością wsłuchuję się w klasyczne dźwięki klawiszy i skrzypiec, aby potem usłyszeć wchodzące  w niektórych numerach piękne brzmienia wiolonczeli i basu. Charakterystycznym elementem jest głos Sergio, wysoki i dość wyjątkowy. Dzięki temu i jego skali często wydaje się on nam melancholijny czy nawet zawodzący. Ashram tworzy bardzo piękne brzmienia, które można by określić jako bliskie, intymne i zniewalające. Ta rozkoszna muzyka, z pewnością wydawać się może idealna na deszczowy dzień, choć dla mnie jest urzekająca zawsze. I dobra do medytacji (może nie w znaczeniu siedzenia w ciszy), ale lubię przy tej muzyce spoglądać na świat i przechodzących ludzi np. przez okno kawiarni, w której piję dobrą kawę. I ta nazwa Ashram – określająca miejsce wyjątkowe, miejsce oderwania, ciszy, medytacji, bycia sam na sam z Bogiem. Ta muzyka naprawdę pozwala się oderwać…
Mam nadzieję, że dacie się nią zarazić. W ramach reklamy utwór wprowadzający z jednej z płyt zespołu.
Miłego, bardzo miłego słuchania.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=VT1R4O15b8o?fs=1]

Wyobraź sobie

Nie ma minut

Nie ma godzin dni tygodni miesięcy lat

Jest wieczność

W niej trwasz

Ludzie bez imion

Rzeczy bez nazw

Wzory bez sensu

Nicość

W niej trwasz

Nie biegniesz celu nie masz

Nie walczysz nie masz sił

Nie myślisz sposobu nie masz

Masz tylko czas

W nim trwasz

A teraz

cisza

A teraz

sen

A teraz

nie budź się

Bo teraz

trwasz

Rekolekcje!.. Jak tu mówić???

Czasami wydaje nam się, że mieszka w nas dwóch różnych ludzi. Jeden, który wszystko doskonale czyni i tego człowieka prezentujemy światu. Jest też i ten drugi, którego się wstydzimy, i tego ukrywamy.
W każdym człowieku istnieje coś takiego jak wewnętrzny dysonans i niespójność. Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonuje czynów, których sam często nie rozumie.

Dlaczego tak jest? Dlatego, że człowiek nie jest Bogiem, nie jest też aniołem, ani jakąś nadistotą, a jedynie małym pielgrzymem w długiej, dalekiej drodze swojego życia. Własne słabości mogą uczynić go wyrozumiałym i łagodnym w stosunku do innych, ale nie muszą… Ktoś, kto jest bezkrytyczny, ale też bezwzględny wobec samego siebie, będzie także bezwzględny dla innych i niezdolny wczuć się w innych. Nie będzie umiał nikogo zrozumieć, pocieszyć, dodać odwagi i wybaczyć. Szczęście i przyjaźń tkwią tam, gdzie ludzie są wrażliwi, łagodni i delikatni w słowach, i wzajemnie kontaktach.

Człowiek jest i będzie zawsze w swoim najgłębszym 

 jestestwie poszukujący.

 Tęsknota za utraconym rajem jest wpisana w jego serce.

 Ludzie szukają przez całe swoje życie, na wielu,

 Często okrężnych drogach, bezdrożach i manowcach.

 Szukają jakiegoś zbawczego portu, stołu z chlebem

 i winem, serca i życzliwej dłoni.

 Cichej obecności kogoś, która trwa

 Nawet wtedy, gdy zamilkną słowa.

Trwają właśnie rekolekcje dla młodzieży. Ciężki orzech do zgryzienia dla wielu prowadzących… Pytanie jak mówić dzisiaj do młodego człowieka znajdującego się w tłumie znajomych tak, aby usłyszał i tak, aby nasz przekaz dotarł do jego uszu i serca? Mówienie sam na sam wydaje się być łatwiejsze. Ale jak mówić tak, by przebić się przez zgiełki i chaos, w którym często żyje. A przecież to jedyna szansa, żeby usłyszał Tego, który zazwyczaj mówi w ciszy.
Myślę, że jednym z takich sposobów jest dziś muzyka…
Zespoły grające tzw. chrześcijańskiego rocka, które w rytmach muzyki próbują przekazać mało popularne dziś w świecie treści ewangeliczne. W tej dziedzinie jednak nie ma co liczyć na szybki sukces. Trzeba cierpliwości i determinacji. Trzeba iść wraz z tymi, którzy szukają, z nadzieją, że i tu znajdą coś dla siebie. 


Idąc tym tropem zaprosiliśmy na rekolekcje pewien zespół. Zaprzyjaźniłem się z nimi jeszcze za czasów mojej krótkiej acz błyskotliwej kariery przełożonego seminarium. Takie miłe chwile pozostają w pamięci. Dane mi było słuchać ich wielokrotnie. 
Pamiętam jak byliśmy razem na jednej prymicji, daleko, daleko od stolicy i tak się złożyło, że to rozśpiewane towarzystwo znało prymicjanta i przyjechali złożyć mu życzenia. I kiedy wyszli na scenę, żeby zaśpiewać, wszyscy goście stwierdzili, że panom z wynajętej orkiestry już dziękują (a było to w górach a z góralami jak wiadomo nie ma żartów!) i w ten oto sposób Pinokio Brothers musieli zostać na scenie nieco dłużej niż przewidywali czyli przez następne kilka godzin:-) Ku rozpaczy wynajętej orkiestry, która popadła w kompleksy i depresję.
Poniżej załączam namiastkę tego, czego sam mogłem wielokrotnie w ich wykonaniu posłuchać. Zamieszczony tutaj utwór pochodzi z koncertu dla pacjentów w Wielkopolskim Centrum Onkologicznym w Poznaniu (taki udało mi się znaleźć w necie). Pozdrawiam członków zespołu z siostrzanej diecezji: Julię, ks. Jacka, ks. Konrada, ks. Piotra, ks. Andrzej, Jarka i Bartka.
Na pociesznie dodam, że u nas tez ładnie grają. I powiem wam w tajemnicy, że znam nawet jedno lepsze i bezkonkurencyjne wykonanie tego utworu [W tym miejscu gorące i jak zwykle pełne niesłabnącego podziwu pozdrowienia dla ROSOŁKA, dla którego ten utwór został stworzony i którego nikt inny tak pięknie już nie zaśpiewa]
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=I828N0JkKX0?fs=1]

Prawdziwa miłość jest wtedy, gdy ktoś daje ci do zrozumienia:
kocham cię takim, jakim jesteś.
Phil Bosmans


Kawałek nieba jest w każdym uśmiechu,

 W każdym życzliwym słowie,

 I przyjaznym geście,

 W każdym pomocnym czynie.

 Kawałek raju jest w każdym sercu,

 Które stanowi zbawienny port dla nieszczęśliwego.

 W każdym domu z chlebem, winem i serdecznym ciepłem.

 Bóg włożył swoją miłość w twoje ręce,

 Jak klucz do raju.


Pojmowanie tajemnicy…

Pojmowanie tajemnicy przez chrześcijanina to przede wszystkim, jest to odkrycie Ducha wewnątrz, o którym św. Paweł mówi: „Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego.” (1 Kor 2,10).

W każdym człowieku mieszka Duch Święty, który „przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego.” To dla chrześcijan jest ostateczną Tajemnicą.

Jest zrozumiałe, że w doświadczeniu medytacji otwieramy nasze serca na to co św. Paweł nazywa „tajemnicą Chrystusa”. Nowy Testament, a szczególnie Listy do Efezjan i Kolosan, pełne są odniesień do „misterium Christi”. Św. Paweł posługuje się tu terminem „misterium”, powszechnie wówczas używanym w języku „tajemnej” religii Greków. W czasach Imperium Rzymskiego mnóstwo było takich ‘tajemnych” praktyk i religijnych rytuałów, za pomocą których ludzie próbowali wejść w kontakt z tajemnicą poza światem i poza nimi samymi. Były one głęboko zakorzenione w świadomości antycznych kultur, tak że i wczesny Kościół niejednokrotnie czerpał z nich na różnorakie sposoby.

Celem chrześcijańskiej medytacji jest spotkanie z Chrystusem w głębi naszego jestestwa, który ujawnia się tam nie poprzez słowa i myśli, ale poprzez swą obecność w Duchu. Krótko przed swoim odejściem Jezus obiecał uczniom, że ześle im „Ducha Prawdy”, by Ten objawił im całą prawdę. Tego Ducha spotykamy, gdy zagłębiamy się podczas medytacji w naszego ludzkiego ducha. Bo „Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi.” (Rz 8,16). Jest oczywistym, że nie możemy obejść się bez słów i myśli. Nie da się tak po prostu wejść w ducha bez pomocy słów, bo na tej drodze umysł człowieka potrzebuje pewnych stwierdzeń wiary za swego przewodnika i słowa pełnią właśnie taką rolę dla naszego umysłu. Dlatego trzeba zacząć od rozważań nad Pismem Świętym i nauką Kościoła, ale nie można się na nich zatrzymać. Albo inaczej mówiąc nie dobrze byłoby, gdyby ktoś uprawiając medytację o jakiej tu mówimy i jaka praktykujemy przestałby rozważać Słowo Boże.  Spotkałem już w swoim kapłańskim życiu takie osoby, które doświadczając bardzo mocno działania Ducha Świętego chociażby w praktyce glosolalii, przestali modlić się modlitwą Ojcze nasz, gdyż uznali ją za zbyt prostą i prymitywną. Jest to jeden z przykładów, który pokazuje, jak bardzo niebezpieczne jest przywiązywanie uwagi na drodze życia duchowego, do pewnych darów, gdy bowiem człowiek nie jest wystarczająco dojrzałym, aby je otrzymać, może się to doświadczenie przerodzić w rodzaj pychy, który w rzeczywistości rozmija go z pierwotnym zamysłem Bożym, dla którego otrzymał dany dar. To dlatego właśnie św. Paweł zalecał praktykę wdzięczności za wszystko, co jest nam dane: „Co masz czego byś nie otrzymał, a jeśliś otrzymał, to dlaczego się chlubisz?”. Wdzięczność jest bowiem drogą do pokory. Lecz wracając do sedna, ważne jest także w praktyce naszego duchowego pielgrzymowania wsłuchiwanie się i wczytywanie się w Słowo Boże, gdyż po pierwsze jest ono tym, które umacnia naszą wiarę a po drugie staje się skutecznym narzędziem korygowania naszych własnych działań i zamysłów, które często dyktowane indywidualizmem podszytym egoistycznymi celami mogą prowadzić do pychy.

 Wszak Biblia to Słowo Boga, będące fundamentem, zdolnym nas poprowadzić poza myśl i słowo – nawet do doświadczenia mistycznego, ale w tej wędrówce ku niebu i ku świętości nie wolno nam zeń zrezygnować. Jest Ono ukrytą Tajemnicą. A jak mawiał św. Heronim Nie znać Pisma Świętego oznacza nie znać Chrystusa. Każdy, kto czyta Pismo Święte dobrze o tym wie, że w nim ciągle możemy odkryć coś nowego i świeżego, nawet jeśli pozornie znalibyśmy je na pamięć.  Jego celem jest prowadzić nas do zrozumienia (na ile to oczywiście po ludzku możliwe) Ostatecznej Rzeczywistości, jaka jest sam Bóg.

 Dlatego w tej Ewangelii zbliżamy się najbliżej do „serca” Jezusa i stąd jest ona tak bardzo głęboka. Gdy Jezus prosi: ”… aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie…” (J 17,21), wówczas zostajemy zaproszeni do wejścia w tajemnicę Boga, uczestnictwa z Jezusem, w Jezusie i przez Jezusa w Jego poznaniu i miłości Ojca. To już nie Bóg „tam w górze” i sługa „tu na dole”. To istota ludzka… włączona w ukryte misterium samego Boga, mająca udział w Miłości, która jest Bogiem. To jest chrześcijańskie objawienie i takie jest nasze powołanie. Zaś doświadczenie medytacji ma dopełniać doświadczenia tej Tajemnicy miłości – usłyszanej wcześniej przez pryzmat Słowa Bożego – w nas i wokół nas.

Jezus zostawił nam Ducha Świętego, Jego własnego Ducha i Ducha Ojca. W medytacji staramy się wejść w misterium Trójcy Świętej. Jest to niewyobrażalnie śmiałe przedsięwzięcie. Zastanówmy się tylko nad tym co robimy: usiłujemy przebić się do ostatecznej prawdy o rzeczywistości. Tak długo jak pozostajemy w świecie dualizmów (będących pierwotnie skutkiem grzechu),  zawsze pozostaną między nami napięcia, konflikty (i te wewnętrzne i te zewnętrzne). Medytacja jest doświadczeniem, które pozwala nam przekraczać wszelkie dualizmy,  przekraczać pokusę zatrzymywania się jedynie na zewnętrznych  znakach (na swój sposób nam potrzebnych) czy racjonalnych wyjaśnieniach po to by dotrzeć do samej tajemnicy. Jednak nie wolno nam wyznaczać ani sobie ani Panu Bogu czasu. W tym względzie musimy być cierpliwi i uważni, gotowi by przyjąć czasem mniej niźli byśmy chcieli i to z wdzięcznością. Doświadczenie Tajemnicy bez wątpienia zależy od naszej otwartości, ale ostatecznie jest absolutnie niezasłużonym darem, którego otrzymania mogę jedynie oczekiwać lecz nie mogę go ani przyśpieszyć, ani wymusić na Panu Bogu.

W tym kontekście ważne jest też jak przeżywamy Eucharystię… Dobre i owocne jej przeżycie wymaga bowiem od nas wielkiej uważności i otwartości, gdyż jest ona najbardziej prawdziwą i rzeczywistą obecności Chrystusa, jaka została nam dana. Nie ulega wątpliwości, że wiara w tę obecność jest dla nas punktem centralnym, dla doświadczenia wiary i przeżywania naszego chrześcijaństwa. Jezus zostając z nami w taki właśnie sposób dobrze wiedział, że potrzebujemy sakramentów, czyli znaków, byśmy mogli widzieć, dotykać, smakować i się nimi dzielić. Jednak nie wolno nam zapomnieć o tym, że Jego obecność nie kończy się na znaku. Kiedy wychodzimy z kościoła, nie pozostawiamy Go w tabernakulum, lecz niesiemy Jezusa dalej w naszym sercu i tam się z Nim jednoczymy podczas medytacji, gdyż tam dzięki działaniu Ducha Świętego to co immanentne i to co transcendencja schodzą się razem. Trzeba nam to dobrze zrozumieć. Nasz duch jest tym miejscem, gdzie wychodzimy poza własne ego, otwieramy na to co w nas boskie i w tym procesie spotykamy transcendentnego Boga. Kluczem tego doświadczenia jest  miłość. W miłości bowiem są zawsze obecne dwie osoby i każda musi wyjść poza siebie. Obydwoje muszą przekroczyć  siebie i spotkać się w punkcie, gdzie staną się jednym. Mogą to jednak uczynić tylko wówczas, gdy gotowe są siebie samego ofiarować w darze tej drugiej osobie w sposób bezinteresowny i bez zastrzeżeń. W przypadku Boga nie ma z tym żadnego problemu, czego dowodem stał się krzyż Chrystusa – znak całkowitego daru z siebie dla miłości człowieka.  Doświadczenie wiary i w włączony w to doświadczenie proces medytacji mają stawać się dla nas samych tym sposobem przekraczania własnego egoizmu, po to, by być gotowym uczynić z mojego życia bezinteresowny dar dla Boga, który jest miłością.Niestety na skutek skażenia grzechem wymaga to od nas wielkiej pracy a przede wszystkim wielkiej otwartości na działanie Chrystusa obecnego w nas, gdyż tylko On jest w stanie w nas dokonać tego aktu odpowiedzi na bezinteresowną miłość Boga  a może to uczynić jedynie na miarę naszego zawierzenia się Mu i bezwarunkowej zgody na to by To On kierował naszym życiem.

Dla tych, ktorzy nie mogli…

Pamiętając o tych, którzy z różnych powodów nie mogli uczestniczyć w ostatniej sesji medytacyjnej zamieszczamy rozważania nad którymi dane nam było się pochylać.

1. Tytułem wprowadzenia.

Ważne żebyśmy zwracali uwagę na to, dlaczego medytujemy. Istotnym jest, abyśmy znali swoją intencję. Pamiętajmy, że w doświadczeniu medytacji „nie ma dokąd iść, nie ma niczego do osiągnięcia”. Musimy jednak być świadomi naszych pokus dotyczących ambicji osiągnięcia jakichkolwiek owoców doświadczenia medytacji, po to, aby się przed nimi ochronić i aby nie sprowadziły nas na manowce tego doświadczenia.

Siądź w pozycji, która najbardziej ci odpowiada. Wyprostuj plecy. Oddychaj wolno i głęboko, podążaj za oddechem, jednocząc się z nim. Puść wszystko czego tak kurczowo się trzymasz.

Miejsce do siedzenia powinno być schludne i przyjemne, powinno być miejscem, w którym czujesz się dobrze, w którym jak najmniej rzeczy cię rozprasza i przeszkadza. Ma być twoją izdebką – o której Jezus wspomina w Ewangelii, intymnym miejscem spotkania z Bogiem. Dobrze jest przewietrzyć je przed podjęciem medytacji.

Wyobraź sobie, że jesteś kamykiem wrzuconym do rzeki. Kamień bez wysiłku przenika wodę, przez nic nie zatrzymywany, przebywszy możliwie najkrótszą drogę, opada na dno. Jesteś jak ten kamyk, który pozwolił sobie na to, by wszystko porzucić i wpaść do wody. W centrum twego istnienia jest oddech. Nie obchodzi cię, ile czasu kamyk będzie potrzebował, by dotrzeć do piaszczystego dna rzeki. Gdy poczujesz się jak kamyk, który osiadł na dnie, to zaczniesz odkrywać całkowity spokój. Już cię nic nie popycha i nie ciągnie.

Siedzenie jest po prostu utrzymywaniem świadomości ciała i umysłu. Dlatego trzeba być świadomym każdego pragnienia przekształcenia siedzenia w ucieczkę od życia. Medytacja nie jest ucieczką w stan iluzji, w stan świętego i błogiego spokoju. Taka ucieczka nigdy bowiem nie przyniesie duchowych korzyści.

Musimy też być świadomi tego, że po okresie łatwej medytacji przychodzi często opór, trudności, emocjonalne wzburzenia, zniechęcenie. W takich chwilach trzeba po prostu kontynuować praktykę, na przekór temu co czujemy.  Trzeba być wiernym praktyce.

W doświadczeniu medytacji nie chodzi o „osiąganie czegoś” w siedzeniu (np. specjalnej jasności, wglądu, spokoju umysłu). To może się pojawić, ale ważniejsze jest trwanie tu i teraz oraz  świadomość wszystkiego co się wydarza, włączając pomieszanie, zniechęcenie, niepokój.

Pamiętajmy, że prawdziwa praktyka nie jest jakąś skuteczną techniką, czy czymkolwiek innym, ale jest przekształcaniem  naszego życia. Nie ma szybkich zmian. Nasza praktyka dotyczy życia i praktykujemy do końca.

Niektórzy ludzie doświadczają medytacji jako ciężkiej pracy i pragną, by czas jak najszybciej minął i by mogli w końcu odpocząć. Oznacza to, że nie potrafią medytować właściwie. Gdy medytuje się właściwie, to właśnie medytacja staje się miejscem odpoczynku i osiągnięcia spokój. 

Ważne jest by być tu i teraz i w tym byciu odnajdywać radość. Jest to radość trwania przed Bogiem. Jeśli nie potrafimy znaleźć radości w spokoju tej właśnie chwili  – przepłynie ona obok nas jak rzeka, której biegu nie jesteś w stanie powstrzymać. A wówczas nie nauczymy się żyć i cieszyć chwila obecną. Radość i spokój są możliwe właśnie tu i teraz, kiedy siedzimy. Nie musimy ich szukać nigdzie indziej. Jej źródło jest w nas.  Jeśli nie znajdziemy ich tutaj, to nie znajdziemy ich nigdzie. Nie szukajmy zatem na zewnątrz, nie biegnijmy za myślami i odczuciami.  Ważne jest, abyśmy starali się znaleźć radość i spokój właśnie w tej chwili.

Ten czas jest twoim czasem. Miejsce, gdzie siedzisz -twoim miejscem. Właśnie tu, na tym miejscu i w tym momencie możesz doświadczyć głębokiego sensu i przemiany swojego serca.

 

Posted by Picasa

2. Konferencja

Zacznijmy od zasadniczego stwierdzenia, że medytacja chrześcijańska jest chrześcijańska, ponieważ zakorzeniona jest w życiu i działaniu Jezusa Chrystusa. Stąd prosty wniosek, że jeśli chcemy znaleźć jakieś wskazówki dla medytacji, to przede wszystkim jako chrześcijanie jesteśmy zaproszeni do tego, by szukać ich w tym, czego naucza Jezus. I tu pewien fakt godny podkreślenia: Doświadczenie medytacji nie zwalnia nas od lektury i rozważania Słowa Bożego, wręcz przeciwnie implikuje je, jest bowiem nieodzownym warunkiem tego, abym w moim codziennym życiu, które ma wyrastać z modlitwy jaki ze wsłuchiwania się w to, co ma mi do powiedzenia Chrystus mógł Go rzeczywiście naśladować.

 Skoro zatem w innych dziedzinach uznajemy za stosowne szukać podpowiedzi w Słowie Bożym, to tym bardziej dziedzina ta powinno być życie duchowe, którego istotną część stanowi moja modlitwa.

Choć w Ewangeliach nie ma, o ile wiem, żadnych szczególnych odniesień do praktyki medytacji lub modlitwy kontemplacyjnej jako takich, to jednak mamy wystarczająco dużo wskazówek dla takiej modlitwy. Płyną one nie skąd inąd jak z Jezusowego doświadczenia modlitwy.

Przypomnijmy sobie owe 40 dni i 40 nocy spędzonych na pustyni… Cisza pustyni i jej symbolika w zarówno w Starym Testamencie jak i w doświadczeniu Ojców Pustyni bardzo ściśle wiążą ją z modlitwą ubóstwa i kontemplacją. Co Jezus robił w czasie swego pobytu „na pustyni” poza poszczeniem, modlitwą i walką z pokusami, tego naprawdę nikt nie wie. To, że pościł jest częścią opowiadania, ale możemy się domyśleć, że musiał także się modlić, ponieważ modlitwa była częścią religijnej praktyki postu. Jak modlił się przebywając tam sam na sam, tego też dokładnie nie wiemy, ale nie popełnimy dużego błędu przypuszczając, że trwał wyciszony w postawie cierpliwego oczekiwania przed Ojcem. Zresztą na taką formę modlitwy wskazywało by wiele fragmentów mówiących o częstym wychodzeniu Jezusa nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, po to by w ciszy i spokoju pobyć w obecności Boga.

Oczywiście spoglądając na modlącego się Chrystusa odwołujemy się do naszego osobistego doświadczenia modlitwy. Po długim okresie czasu trwania na naszej prywatnej modlitwie, kończą nam się często słowa, chyba, że je powtarzamy np. modląc się na różańcu. Tak naprawdę to właśnie z tego powodu ostatecznie o. Jan Kasjan prowadzi swoich uczniów do doświadczenia  medytacji. Czyż Chrystus nie zapewnia nas, że Bóg wie, czego potrzebujemy zanim Go o to poprosimy? Czy sam nie zachęca by nie ulegać pokusie wielomówstwa? Sami zresztą czujemy, że nasze słowa nigdy nie zdołają w pełni wyrazić tego, co nosimy w naszych sercach lub co czujemy. Każdy kto na drodze życia duchowego postąpił choć trochę czuje jakby wewnętrznie, że wartość modlitwy nie bierze się z wielości słów i dlatego odkrywamy ten szczególny wymiar naszej modlitwy prowadzący do milczenia i prostego bycia obecnym przed Bogiem (przykładem tego jest choćby adoracja).  Ojciec John Main mówi, że modlitwa Jezusa jest „strumieniem miłości nieprzerwanie wypływającym od Niego do Ojca”, co może się wydawać najlepszym opisem tego rodzaju modlitwy, jakim Jezus modlił się na pustyni czy w chwilach samotnej modlitwy.

W medytacji doświadczamy rozproszeń tzn. przypadkowych i nieuporządkowanych myśli, które ogarniają całe spektrum rzeczy – od ważnych do trywialnych –  dotyczących naszego życia i otoczenia. Wydawać się może, że jest to doświadczenie bliskie Jezusowemu doświadczeniu pokus, które pojawiały się w czasie Jego pobytu na pustyni, które uderzały w samo serce Jego tożsamości i misji jako Bożego Pomazańca. Takie rozproszenia były zapewne jeszcze bardziej intensywne z powodu dotkliwych  potrzeb fizycznych i niewygód pustyni. John Main  i inni mistrzowie medytacji radzą nam w takich przypadkach abyśmy po prostu pozwalali odejść rozproszeniom, nie zatrzymywać się nad nimi, a zamiast tego skupić całą uwagę na powtarzanym wersecie.

Również dalsze sceny z Nowego Testamentu (Mt 14,13-22 i Łk 6,12) pokazują nam Jezusa na modlitwie. I tak poszedł aby modlić się po tym, jak nakarmił tłumy i rozesłał swoich uczniów wzdłuż Jeziora Galilejskiego. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał (Mt 14,23). Jezus miał za sobą długi i męczący dzień i potrzebował czasu, by być sam na sam z Ojcem. Innym jeszcze razem, przed powołaniem swych uczniów, Jezus poszedł na wzgórze i modlił się całą noc. Każdy, kto choć raz uczestniczył w nocnym czuwaniu dobrze wie, że całonocna modlitwa, to nie czas na słowa, ale czuwanie w ciszy i bezruchu przed Bogiem. A więc jest prawdopodobne, że Jezus praktykował coś w rodzaju modlitwy kontemplacyjnej, choć była ona zapewne inna ze względu na jakość jego relacji z Ojcem. Oczywiście Chrystus nie wyłączał też innych form modlitwy, czego dowodem jest cały rozdział siedemnasty Ewangelii według św. Jana poświęcony jest „Modlitwie arcykapłańskiej Jezusa”, długiej modlitwie słownej, będącej też modlitwą wstawienniczą za uczniów i wszystkich tych, którzy „uwierzą we Niego dzięki ich słowu”. Podobnie ucząc modlitwy Ojcze nasz, czy w Gethsemanii Jezus modli się w sposób dyskursywny.

Najdobitniej jednak zasady modlitwy opisuje Jezus w kazaniu na Górze, w szóstym rozdziale Ewangelii według św. Mateusza (Mt 6,5-6):

“Gdy się modlicie nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać…Ty zaś, gdy chcesz się modlić wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego…”

Dalej Jezus nauczał, że modlitwa powinna być prosta, mówiąc: ”Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi, jak poganie. Oni myślą, że przez swoje wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” (Mt 6,7-8).

Grzech obłudnika jest parabolą pychy duchowej, która jest paradoksalna, ponieważ nie może być miejsca na pychę w obecności Boga, a jedynie na pokorę. Przypomina się tu opowiadanie o faryzeuszu i celniku, którzy weszli do świątyni, aby się modlić (Łk 18,9-4). Podczas gdy ten pierwszy ofiarował Bogu swą sprawiedliwość i dumną modlitwę, chwaląc przy tym wszystkie swe uczynki, to celnik „nie śmiał nawet oczu podnieść do nieba, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie grzesznika! – można to uznać za wzór najwcześniejszej mantry chrześcijańskiej, która później Wschód włączył do praktyki modlitwy Jezusowej”

A zatem poza małą ilością słów i miejscem odosobnionym, na które wskazuje Jezus, pokora jest trzecią cechą dobrej modlitwy.

To połączenie prostoty i pokory najbardziej oddaje postawę „ubóstwa duchowego” (z pierwszego błogosławieństwa Kazania na Górze „Błogosławieni ubodzy w duchu, ponieważ do nich należy Królestwo niebieskie” Mt 5,3), którą John Main zaleca nam przyjąć, kiedy medytujemy. Dla niego oznacza to, że musimy porzucić wszystkie myśli, idee, teorie, pragnienia, uczucia i skupić całą uwagę na powtarzaniu mantry i byciu w chwili obecnej.

Popatrzmy na jeszcze jedno opowiadanie z Ewangelii, które mogą posłużyć do potwierdzenia tych cech modlitwy, na które wcześniej zwróciliśmy uwagę. Wiele wnosi tu historia Przemienienia Jezusa (Mt 17,1-3; Mk 9,2-13; Łk 9,28-36) kiedy to Piotr, Jakub i Jan byli z Jezusem na górze Tabor i stali się tam świadkami tajemniczego i niezwykłego wydarzenia, kiedy to jedyny raz mają okazję usłyszeć głos Boga mówiącego: „To jest mój syn umiłowany, Jego słuchajcie! „. Jest to scena, która wskazuje na to, że istotną cechą relacji z Bogiem (a więc tej, jaka realizuje się na modlitwie) jest zwracanie uwagi na głos i obecność Boga. Przebywanie w chwili obecnej i z pełną czujnością wobec obecności Ducha w nas i wszystkiego wokół nas jest tym rodzajem uwagi, który musimy wprowadzić do naszej modlitwy.  W medytacji określa się to mianem uważności. Jest to kolejny i ważny aspekt medytacji chrześcijańskiej  i jej skuteczności. Zresztą Chrystus podkreśla tę cechę będąc gościem w domu Łazarza, gdzie docenia najlepszą cząstkę jaką wybrała siedząca u jego stóp Maria i wsłuchująca się w Jego słowa. Scena ta sugeruje, że jakość naszego życia zależy od jakości naszego bycia tu i teraz, gdyż właśnie tu i teraz realizuje się nasze życie. Jeśli tu i teraz trwam przed Bogiem, to istotnym aspektem tego trwania jest bycie uważnym wobec Ducha Chrystusa, który jest w nas.

W medytacji chrześcijańskiej wierzymy, że Duch Święty modli się w nas, kiedy medytujemy – zgodnie ze słowami św. Pawła (Rz 8,26-27) : „Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”.  Ojciec John Main nauczał, że jesteśmy włączeni przez modlitwę Jezusa, do nieprzerwanego strumienia miłości między Nim a Ojcem.  Tak więc medytacja chrześcijańska jako dyscyplina uważności, uczy nas modlitewnego czuwania przed Panem, jest to postawa bycia, która pomaga nam przenosić tę czujność i uważność na głos i obecności Boga w nasze codzienne życiu.

Widzimy, że w Piśmie Świętym znajdujemy wiele cennych wskazówek, które  stały się kluczowe dla praktyki medytacji, jakiej nauczał o. John Main. Jak sam często podkreślał: „Jest ona dyscypliną ciszy, bezruchu, pokory, prostoty, uwagi, ubóstwa duchowego i czujności. One to – jak mówi o. John – prowadzą nas  do poczucia bycia w pełni żyjącym: poczucie to staje się dla nas oczywiste, ponieważ jesteśmy w harmonii z Bogiem, ze sobą samym i z całym stworzeniem. A droga do tej harmonii prowadzi poprzez ciszę i bezruch i pokorne poddanie się prowadzeniu Ducha Bożego działającego w nas i przez nas”.

Zaś T. Merton dodaje, że “(…) kontemplacyjne podejście do modlitwy wydaje się być jedną z istotnych odpowiedzi na powszechny głód duchowy albo poszukiwanie, które obecne są w światowej wspólnocie wierzących i wśród zniechęconych członków Kościołów.”

Dwie drogi…

Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył (…)
   Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli…
 [Pwp 30, 15.20 nn] 

Taka alternatywa wydaje się pozorna, nie daje przecież żadnego wyboru. Czyż w ogóle można się wahać pomiędzy życiem a śmiercią!? Każdy chce żyć, a nie umierać! Na czym zatem polega wybór? Dlaczego ludzie tak często, jak się wydaje, wybierają śmierć? Skąd się bierze wahanie i wątpliwość?  
Cała trudność, jaka się pojawia w związku z tym wezwaniem, które przekazuje nam Mojżesz, bierze się z oderwania Bożych praw i od żywej więzi z Nim, którego przyczyna jest zawsze jedna: brak autentycznego zawierzenia miłości Boga, Dawcy życia, całym sobą. Grzech pierworodny stale rzuca swój cień na nas, ludzi żyjących na tym świecie, i dlatego ten wybór pozostaje stale przed nami, stale musimy go na nowo podejmować na kolejnych etapach naszego życia. 
Dzisiaj jednak problem wydaje się być dużo głębszy a jest nim czas, w jakim żyjemy, kultura, która wcale nie ułatwia tego wyboru, wręcz przeciwnie, zaciemnia go.
Ojciec Święty Jan Paweł II wielokrotnie uświadamiał nam, że „stoimy wobec nadludzkiego, dramatycznego zmagania między złem i dobrem, między śmiercią i życiem, między »kulturą śmierci« i »kulturą życia«” (por. Evangelium vitae, 28).
 „Kultura śmierci” odrzuca zasady określone w Dekalogu i naukę Chrystusa, zachęcając ludzi do nieograniczonej konsumpcji, do korzystania ze wszelkich form osiągania przyjemności materialnej, cielesnej ale także duchowej (niestety ta ostatnia może być także źle rozumiana, wypaczona i prowadzić w konsekwencji na manowce, czego przejawem są nie tylko bezkrytyczne próby sięgania po praktyki i pseudo-duchowości Wschodu, nierzadko okrojone z ich prawdziwego fundamentu, ale także źle rozumiana wolność, która próbuje sięgnąć w swoich wyborach po to, co nie leży w gestii człowieka, nawet poza granice doczesnego życia, czego przejawem jest np. aborcja i eutanazja). Życie według zasad „kultury śmierci” zawsze kończy się straszną degeneracją człowieka w jego sferze duchowej, psychicznej i cielesnej, prowadząc do jego samozniszczenia.



Frost Robert


Droga


Dwie drogi rozchodziły się w żółtym lesie.
Żal, że nie mogłem przebyć obu
– Samotny wędrowiec, którego w świat niesie.
Wpatrywałem się w pierwszą, stojąc u jej progu,
Jak skręca w oddali i w poszyciu znika.

Wybrałem tę drugą, gdyż chęć nieodparta,
Słuszność decyzji motywowała,
Jakby chciała być przeze mnie przetarta,
Choć od pierwszej się nie odróżniała,
A obie były wytyczone.

Tamtego ranka wyglądały na podobne.
Nie było śladów żadnego człowieka.
Na pierwszą powrócę – rzuciłem na odchodne
Wiedząc, jak droga potrafi być daleka.
Wątpiłem jednak, czy powinienem powrócić.

Nieraz mnie to wspomnienie poniesie,
Gdy będę rozważał drogę obraną.
Dwie drogi rozchodziły się w lesie,
A ja? Ja obrałem tą mniej uczęszczaną.
I to właśnie wszystko odmieniło.