Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wszystkim kobietom…

   Bóg także był autorem: jego proza to mężczyzna, jego poezja to kobieta.
William Shakespeare 

Jest coś przeraźliwie nudnego w świecie, który coraz częściej odkleja się od istoty rzeczy, by spierać się o  przyklejanie ludziom rożnego rodzaju etykietek Doprawdy może już zmęczyć dociekanie próbujące odpowiedzieć na pytanie, gdzie przebiega granica między „feminizmem” czy „feminizmem w rozumieniu chrześcijańskim” i jak do tego mają się popularne dzisiaj „gender studies” (nauka społeczna, której obszarem dociekań jest gender czyli tzw. społeczno-kulturowa tożsamość płciowa). 

Na tym tle na szczególna uwagę zasługuje pozycja książkowa wydana przez WAM p.t. „Niepokorne święte” Joanny Petry-Mroczkowskiej.
Jest to książka, która przynosi wytchnienie, sprowadza do pionu. Pokazuje, że Kościół bez kobiet nie byłby Kościołem, podobnie jak nie byłby nim także bez mężczyzn. Już Ewangelia poucza o tym, że to kobiety dbały o codzienne potrzeby Jezusa i Jego uczniów (włącznie z ich finansami jak interpretują to niektórzy z biblistów), to kobiety poinformowały świat o zmartwychwstaniu Pana, i to one — jak opisuje to wspomniana książka — na równi z mężczyznami zakładały później zakony, pisały teologiczne traktaty, brały udział w wojnach, dawały świadectwo swoim życiem i śmiercią, walczyły z głupotą (i męską, i żeńską), bywały mistyczkami i „kościelnymi businesswomen”. Ujawniały, jak zabawnie głupie (bo nietrafnie oddające rzeczywistość) potrafią być wszelkie stereotypy. Pokazywały, że Królestwo Boże jest rzeczywistością, w której płeć nie jest ograniczającą i wpisującą człowieka w ramki determinantą, ale darem pozwalającym lepiej wyrażać siebie, że otwiera, a nie zamyka. I że ostatecznie zarówno kobieta jak i mężczyzna powołani są w nim dokładnie do tego by bardziej kochać, choć miłość tę przeżywają na sposób właściwy swojej płci, tożsamości i psychiki.
Każdą z bohaterek rzeczonej książki jest kimś, kogo chciałoby się spotkać, po to, by się od nich uczyć. I tak od Brygidy Szwedzkiej moglibyśmy uczyć się przeżywania mistycyzmu praktycznego w naszym życiu. Od Joanny D’Arc — oblepionej dziś setkami legend — odwagi i hartu ducha nazywanego kiedyś „męstwem”, która to cecha gdzieś wydaje się dzisiaj zagubiona. Od Katarzyny ze Sieny można by wziąć lekcje klarowności sądu i poczucia humoru. Od Cornelii Connelly moglibyśmy dowiedzieć się, jak utrzymać azymut na Boga, podczas gdy wszyscy wokół robią wszystko, byśmy zajmowali się nie tym, co trzeba; zaś od Dorothy Day lekcję zdrowego aktywizmu, którego zgodnie z duchem Ewangelii najlepszym przejawem jest nie robienie rewolucji w świecie lecz rewolucja w swoim sercu. I tak można by pisać o każdej z niezwykłych bohaterek tej lektury.
Siła tej książki tkwi więc w tym, że zamiast kontynuować jałowe debaty, pozwala mówić życiorysom. Na pytanie o rolę kobiet w chrześcijaństwie odpowiadają nie teoretycy, a święte, osoby, które mogą realnie oświetlić naszą drogę. Uczą, jak być szczęśliwym nie mimo Kościoła, ale dzięki niemu, choć czasem daje on człowiekowi po gnatach. Jest jednak — i to w tej książce widać jak na dłoni — czymś znacznie więcej niż sumą naszych bieżących małostek. Jedną zaś z podstawowych jego wad jest wciąż to, że Dobrą Nowinę potrafi zamemłać pobożną gadaniną, przerobić Słowo Życia na polewane moralnym sosem wydmuszki. Dziś nikogo nie nawrócimy piękną gadaniną, ludzie będą przychodzili do chrześcijaństwa tylko wtedy, gdy – taj jak w początkach jego istnienia – pozazdroszczą chrześcijanom tego, jak ci żyją.
Ta lektura odświeża w człowieku chęć bycia chrześcijaninem. Nie da się nie zazdrościć wszystkim opisanym tu kobietom i nie da się nie mieć wyrzutów sumienia, że tak często żyjemy chrześcijaństwem jedynie na pół gwizdka…


Tu powinny być kwiaty, ale nie chciały się wkleić. Niemniej pamiętając w modlitwie o wszystkich czytających ten blog kobietach (i nie tylko w dniu ich święta) życzę im wszystkiego co najlepsze.

    Być kobietą to strasznie trudne zajęcie, bo polega głównie na zadawaniu się z mężczyznami.
 Joseph Conrad


Ku przemienieniu

Nawrócenie się to pójście pod prąd, gdzie „prądem” jest powierzchowny, niekonsekwentny i złudny styl życia, który często pociąga, dominuje nad nami i czyni nas niewolnikami zła lub co najmniej więźniami moralnej przeciętności… Nie jest zwykłą decyzją moralną, która koryguje nasze życie, lecz oznacza wybór wiary, który wciąga nas całkowicie w intymną wspólnotę z żywą i konkretną osobą Jezusa. (Benedykt XVI, Popielec 2010)

Wśród powiedzeń hinduskich można spotkać i takie pouczenie: Kiedy w życiu stracisz wszystko, a w twojej torbie pozostaną tylko dwa kawałki chleba, sprzedaj jeden i kup kwiat, abyś mógł nim nakarmić duszę. Może się ono wydawać nieco nieprzystające do naszego racjonalnego myślenia, ale przypomina ono, że człowiek ma zająć się nie tylko sprawami ciała i jego potrzebami, bo sprawy duchowe są równie ważne, jeśli nawet nie ważniejsze. Niestety w pędzie współczesnego życia coraz częściej daje się słyszeć głosy, że to życie duchowe zostaje zepchnięte na margines, że nie starcza na nie czasu. Stąd coraz większa popularnością zaczynają się cieszyć różnego rodzaju rekolekcje zamknięte, których miejscem stają się klasztory monastyczne dające chwile wytchnienia od zgiełku codzienności. A co się tyczy tego com napisał, nie dalej jak wczoraj odwiedzając kolegę natknąłem się zupełnie nieoczekiwanie na film dokumentalny traktujący o klasztorze benedyktynów w Lubiniu, jako o takim właśnie popularnym miejscu poszukiwania chwili duchowego wytchnienia dla wielu zabieganych współcześnie osób i nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że film ten był wyemitowany nie gdzie indziej jak w TVN 24 i to w porze niezłej oglądalności.
Innym przyczynkiem do jego obejrzenia był fakt, że w roli jednego z narratorów wystąpiła Monika. Pozostaje nam zatem czekać na Oskara za rolę:-) czego jej z całego serca życzymy!

Wracając jednak do sedna to jeszcze całkiem niedawno tylko wielkie miasta zdawały się tętnić życiem i to one uchodziły za miejsca zabiegania i kontaktu z tzw. wielkim światem. Dziś, gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, w mniejszym czy większym stopniu doświadczamy tego samego pędu życia. Wielki Post mówi nam jednak: czas się zatrzymać i spojrzeć na Jezusa.
Jednym z typowych elementów, które konstruują telewizyjne wiadomości jest dziś tzw. „stand-up”, czyli komentarz lub puenta do pokazanego materiału. Ilość informacji, które spadają na nas w ciągu dwudziestu czy dwudziestu pięciu minut trwania programu informacyjnego jest zazwyczaj tak ogromna, że bez tych kilkunastu sekund stand-upu, zatrzymania, moglibyśmy popaść w bezdech i stracić kontakt z otaczającym nas światem. Aby z tego informacyjnego szumu cokolwiek pozostało (a właściwie, by pozostało to, na czym zależy redaktorom), potrzebnych jest kilka zdań, które pozwolą widzowi zatrzymać się i ustosunkować do tego, co widzi.

Tekst dzisiejszej Ewangelii wprowadza nas w zupełnie inny rytm życia. Nie ma tam żadnego pośpiechu. Jest wysoka góra, ciche, spokojne miejsce i wybrani uczniowie. Właściwie wszystko zdaje się być jakoś zatrzymane. Ale właśnie tutaj, na oczach uczniów, dzieją się rzeczy wielkie i piękne, które pobudzają ich do zastanowienia i każą powiedzieć: „dobrze, że tu jesteśmy”.
Ci trzej uczniowie, których Jezus wziął z sobą, zatrzymują się w miejscu i czasie, który pozwala im spojrzeć na Mistrza w zupełnie inny sposób. Dopiero teraz, z dala od tłumów, w zupełnej ciszy i spokoju zaczynają rozumieć, kim On jest i mają szansę zatrzymać się z większą uwagą nad tym, co Jezus do nich mówi.

Wielki Post jest szansą na zmianę rytmu życia również dla nas. Oczywiście nikt nie zmusi nas do tej zmiany. Tylko my możemy dokonać wyboru. I wcale nie chodzi o wiele. Taką górą przemienienia, gdzie intensywniej niż zwykle wsłuchamy się w Boże Słowo może być jakiś kąt naszego mieszkania, gdy już inni położą się spać, lub zanim wstaną. Czas, w którym jestem sam na sam z Bogiem i nie po to, aby Go zagadywać, ale po to, aby Go słuchać. Taką szansą mogą być wielkopostne rekolekcje, może głębiej i z większą uwagą przeżyte niż dotąd. Taką szansą może stać się wejście do kościoła w drodze do pracy lub z pracy, by pobyć sam na sam z Bogiem przez pół godziny. Tu nie chodzi tylko krótki stand-up, chwila na zatrzymania, komentarz czy puentę. Wielki Post to zaproszenie, aby wraz z Jezusem przeżyć czas oddalenia, nabrać dystansu do codziennych spraw, wyłączyć się z codziennego zabiegania, zostawić przyzwyczajenia, zachwiać naszą małą stabilizacją, zmienić rytm życia… A ta zmiana zaczyna się od pierwszego kroku, od chwili, gdy powiem sobie, że NIE, NIE ZGADZAM SIĘ NA TO BY BYĆ NIEWOLNIKIEM POŚPIECHU i znajdę chwilę na zatrzymanie się przed Bogiem. Na te pół godziny czy godzinę stać każdą i każdego z nas, problem w tym, że uwierzyliśmy w to, że nie możemy sobie na to pozwolić i nawet nie próbujemy tego zmienić. Spróbuj a zobaczysz, że świat się nie zawali, więcej zaczniesz patrzeć nań z innej, Bożej perspektywy.

Niech ten drugi tydzień Wielkiego Postu pomoże nam wyjść „osobno na górę wysoką”, po to, by wrócić z niej przemienionym i zacząć widzieć Boga ukrytego także w każdej chwili i każdym wydarzeniu naszego życia.

Dojrzałość…

Zanim zacznę gadać na temat najpierw chwila refleksji odnośnie dzisiejszej Ewangelii.



Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich. Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. [Mt 6, 7-8]

Modlitwa przede wszystkim powinna być spotkaniem człowieka z Bogiem. Każde dobre spotkanie składa się także ze słuchania, a dopiero potem także z mówienia i dzielenia się swoimi przeżyciami; tak radościami – jak i troskami.
Thomas Merton pisze w swoich zapiskach tak: Egoizm jest czwartą przeszkodą w modlitwie. „Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz” (Jk 4,3). (…) Gdy zacząłem czytać o modlitwie, poraziło mnie to stwierdzenie. Przyjrzałem się swoim przeszłym modlitwom, musiałem stanąć twarzą w twarz z dużą ilością pożądliwości materialnej. Było wiele niezrozumienia różnic między potrzebami a pragnieniami, prawami a przywilejami, sprawiedliwością a łaską, wygodnictwem a wiernością Chrystusowi.
Odkryłem, że w rzeczywistości prosiłem Boga na modlitwie: „Uchroń mnie od wszelkiej próby czy tragedii lub bólu czy czegokolwiek, co by spowodowało mój wzrost duchowy i stanie się Bożym człowiekiem. Daj mi po prostu wygodne, satysfakcjonujące i bezproblemowe życie”.
(…) Gdyby Bóg wysłuchiwał tak egoistycznych próśb, szybko byłbym duchowo skończony.

Czasami najpiękniejsza modlitwa, to ta, podczas której nie pada żadne słowo, a my trwamy sam na sam z Bogiem. Ja patrzę na Boga a On patrzy na mnie i to nam wystarczy…


*   *   *   *   *   *   *   

Dobrze a teraz ad rem…


Trzeba mieć niemało odwagi, aby się ukazać takim jakim się jest naprawdę.
Søren Kierkegaard

Na pewno czasem zastanawialiście się, co znaczy być dojrzałym. Z całą pewnością magiczny dzień naszych 18-tych urodzin pozwala przekroczyć pewną granicę i automatycznie stać się dorosłym, ale czy dojrzałym?
Chyba dość często możemy zaobserwować zjawisko traktowania na równi pojęć: dorosły i dojrzały. Tymczasem dobrze wiemy, że wiek nie decyduje o dojrzałości. O dojrzałości decyduje bardziej: bycie sobą, wrażliwość, poczucie odpowiedzialności, ignorancja a właściwie jej świadomość w wielu dziedzinach, która broni nas od pychy. Oczywiście mówiąc o ignorancji nie traktuję jej zawsze negatywnie.

Ignorancja – brak wiedzy, nieświadomość, nieuctwo [za Słownikiem wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego]. A przecież brak wiedzy na dany temat nie zawsze jest zawiniony i nie zawsze jest przejawem nieuctwa. Tenże sam słownik wywodząc termin ignorancja z  łac. ignorantia –niewiedza; od ignorans dpn. ignorantis p.pr. od ignorare – nie wiedzieć; od ignarus- nie wiedzący; nieznany. Dzisiaj trudno jest być omnibusem. Ale jeszcze trudniej przyznać się  (przynajmniej niektórym) do tego, że „wiem, że nic nie wiem”. I może właśnie ta odwaga przyznania się jest także wyrazem dojrzałości; odwaga zmierzenia się z własną ograniczonością.



Z pewnością każdy z nas ma swoją definicję dojrzałości, jednak ta, którą w swojej książce proponuje jeden z hinduskich myślicieli (którego imię zachowam póki co w tajemnicy, żeby nie rodziło żadnych skojarzeń) może wydać się nowa, być może chwilami zaskakująca. Według niego „dojrzałość oznacza odzyskanie utraconej niewinności, odzyskanie swego raju, stanie się ponownie dzieckiem”. Słowa te wydają się raczej sprzeczne z powszechną definicją dojrzałości. Uważa się, że być dojrzałym oznacza zachowywać się adekwatnie do danej sytuacji: z powagą, odpowiedzialnością. Tymczasem rzeczony hinduski guru namawia, żeby zaszczepić w sobie na nowo mentalność dziecka. Z dziecięcej natury należy przejąć otwartość na świat, ludzi, spontaniczność w działaniach, w sferze uczuć. Różnica między infantylnym zachowaniem dzieci a postępowaniem człowieka dojrzałego polega na tym, że człowiek taki działa ze świadomością, rozmysłem i akceptacją.

Pomimo iż inne nauki wspomnianego guru nie pokrywają się raczej z duchem Ewangelii, to jednak odwołanie do dziecka, jako pewnego wzoru, lub jak kto woli symbolu jest charakterystyczne i wcale nie przypadkowe. W pierwotnej pobożności chrześcijańskiej istotną cechą dojrzałości było zachowanie prostoty serca. Prostota serca jest wyjątkowym stanem możliwym do osiągnięcia przez każdego człowieka. Polega na tym, że wszystkich czynnościach człowieka, w którym wszystko cokolwiek podejmujemy i tworzymy jesteśmy inspirowane głęboką motywacją, wśród których naczelną zasadę zajmuje pragnienie dobra i bezinteresowność (w wymiarze duchowym bezinteresowna miłość). Serce szczere i proste nie szuka pokrętnych odpowiedzi, kamuflażu i mistyfikacji, jest  szczere, zaś człowiek o takim sercu żyje w prawdzie. To dlatego Jezus wskazał na dziecko, jako ideał życiowej postawy, podkreślając jego bezdyskusyjne trwanie przy Ojcu. Bowiem w myśli chrześcijańskiej jest to absolutny warunek życia w prawdzie.

Jak pisał ks. L. Boros: „Postawa dziecka oznacza: otwartość, przyjmowanie rzeczy i wydarzeń bez zastrzeżeń, zachowanie młodości przez twórczą obecność, postępowanie wolne od maskowania się i uporu, ocenianie ludzi nie wyłącznie na podstawie ich zewnętrznego wyglądu i poprawnego zachowania się, wyjście naprzeciw temu, co jeszcze nie odkryte i nie zbadane”. Kiedy pierwszy raz przeczytałem te słowa od razu przyszedł mi do głowy inny opis pewnej dojrzałości związanej ze wspomniana już kiedyś na tym blogu jedną z wielu duchowych dróg Wschodu zwaną Shibumi.


Praca nad swym sercem przez niektórych myślicieli wczesnochrześcijańskich uważana za warunek dojrzałości i będąca synonimem pracy wewnętrznej prowadzi w efekcie do prostego wewnętrznego piękna, które  nie tylko potrafi zadziwić innych ale jest także najskuteczniejszą ochrona przed wewnętrznym zniewoleniem człowieka.

Wracając jednak do wspomnianego już przeze mnie wcześniej hinduskiego guru, to proponuje on „samoedukację” rozpocząć od poznania siebie samego, swojego wnętrza, medytacji – całkowitego wyciszenia, pozwalającego usłyszeć wewnętrzny głos. Uświadamia też, że być dojrzałym, to znaczy być sobą. A poznanie swoich potrzeb, pragnień jest możliwe dzięki wsłuchaniu się w siebie. Bycie sobą, zachowanie własnej autentyczności, niepowtarzalności nie może odbywać się na drodze porównań do otoczenia, czy poprzez sugerowanie się opinią innych. „Ludzie, którzy zawsze liczą się z opiniami innych, są niedojrzali(…). Niczego nie robią autentycznie, uczciwie, nie mówią tego, co chcieliby powiedzieć”. Cechą współczesnego człowieka jest coraz częściej to, że tracimy zaufanie do siebie i postępujemy pod presją otoczenia, stając się konformistami a poprzez to mamy coraz więcej zahamowań i kompleksów. Dlatego pyta retorycznie: „Gdzie znajduje się przyczyna utraconej bezpowrotnie wolności współczesnego człowieka”.



Zdaniem hinduskiego filozofa wolność stanowi najwyższą wartość, która pozwala na dojrzałe podejście do życia. Wolność bycia sobą, odkrycie i próba realizacji swoich duchowych i fizycznych potrzeb na ile to oczywiście możliwe i na ile nie godzi to w dobro  innych a jeśli się nie da ich zrealizować z przyczyn obiektywnych, to przyjęcie tego bez frustracji – o to wyznaczniki dojrzałości. „Niestety – konkluduje – społeczeństwo jest dzisiaj nierzadko przeszkodą, która nie pozwala na autentyzm, wrażliwość i które kształtuje człowieka podporządkowanego opinii innych, a więc nieautentycznego”.
No właśnie, a co Wy na to? Gdzie znajduje się przyczyna utraconej bezpowrotnie wolności współczesnego człowieka i jak się przed nią ustrzec?
Mam czasem takie marzenie, żeby ten blog był przestrzenią, która tworzę nie tylko ja, lecz także jego Czytelnicy, ale jakoś moje usilne zachęty do komentarzy póki co spełzają na niczym. Dziękuje tym wszystkim, którzy się jednak odważyli :-)



Bóg dobry aż tak…

Bóg używa różnych środków by ludzie przyjęli  Jego ewangelię. Nierzadko przychodzi do zbuntowanych grzeszników wielokrotnie. To pokazuje jak bardzo Bogu zależy na człowieku.
Nieraz zastanawiałem się nad ogromem Bożej miłości do człowieka. Pamiętacie jak często Bóg posyłał proroków do niewiernego, zbuntowanego, cudzołożnego Izraela? Cały Stary Testament jest historią buntu człowieka i działań Boga w celu pojednania.


Nieomal za każdym razem Izraelici odrzucali proroków przemawiających w imieniu Jahwe. Bóg jednak nie rezygnował. Posyłał kolejnych. Izrael także ich odrzucał. Bóg gorliwie wysyłał kolejnych. Pomyślcie ile cierpliwości ma Bóg! Ile miłości do tych ludzi! W końcu posyła Swojego Najdroższego, Jedynego Syna. On również zostaje odepchnięty, ginie haniebną, męczeńską śmiercią.
Najciekawsze, najbardziej zdumiewające jest dla mnie to, że Bóg nadal nie rezygnuje! Posyła Swojego Ducha, obdarza nim Apostołów aby ci mogli znów wzywać do nawrócenia. To coś zdumiewającego. Izrael raz za razem pluł Jahwe w twarz, odrzucał Go, lekceważył. W każdym momencie Bóg mógł zrzucić na nich ogniste płomienie lub armię aniołów. Jednak nie robił tego. Podnosił się i znów zabiegał o swój lud.
Jak wiele z charakteru naszego Boga jest w nas? Jak reagujesz gdy ktoś ciebie choćby niechcący „nadepnie na odcisk”? Czasami odpowiedź jest gwałtowna, prawda? Co jednak kiedy ktoś zrobi to umyślnie? Wtedy najczęściej nie ma przebacz! Są ludzie, którzy do końca życia nie wymażą tego z pamięci!
Mówimy, że jesteśmy ludźmi wiary a wcale nie uczymy się postaw od Tego, w którego wierzymy.
To dobrze że nasz Bóg nie jest taki jak my lub jak niektórzy chcieliby Go widzieć! On zabiega o nas. On walczy o nas – nawet kiedy my naszymi grzechami plujemy Jemu w twarz. Każdej Niedzieli chce nas gromadzić wokół Słowa i Stołu, zmyć z nas brud, nałożyć nową szatę, dać posiłek, zapewnić, że jest naszym kochającym Ojcem.



Oczywiście dla wielu to niezrozumiałe, gdyż nie zgadza się z koncepcją psychologiczno-antropologiczną wielu myślicieli, zresztą nie tylko współczesnych. Już Piotr pytał z przekąsem: Ile razy mam przebaczać. Wielu terapeutów jest zdania, że kiedy ktoś jest uwikłany w nałóg (np. alkoholowy), to najlepszym sposobem prowadzącym do otrząśnięcia się byłoby pozwolić mu dosięgnąć dna. Dlatego potępiają te matki i zony, które takiego człowieka potrafią zbierać z ulicy, myć, karmić, gdyż ich zdaniem to utwierdza go jeszcze w nałogu.
A jednak. Człowiek nie jest w stanie odbić się od dna o własnych siłach. Pan Bóg wiedząc o tym nie zostawia go nigdy samemu, choć czasem dopuszcza, żeby ten potknął się i to nieraz dotkliwie o swoją głupotę.  „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49, 14-15).
Bóg każdego dnia czuwa nad naszymi krokami mimo naszego nieposłuszeństwa. A dzisiaj prosi: świętymi bądźcie, bo ja jestem święty. [Kpł 19,1] Przynajmniej spróbujcie!  Tak naprawdę twoja postawa wobec tych, którzy tobie źle życzą, którzy cię obrażają, lekceważą uwidacznia na ile znasz Boga i jak blisko Niego żyjesz.

Jest to zatem problem, który dotyczy świętości.

„Mocą tej woli jesteśmy uświęceni przez ofiarowanie ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze”. –[Hbr 10,10]
Powyższy werset mówi o tym co wydarzyło się na krzyżu, jakie są skutki ofiary Chrystusa. Ważne abyśmy dobrze te prawdy rozumieli ponieważ są podstawą naszego zbawienia i naszej wiary.
Bóg kieruje do uczniów Jezusa słowa pokrzepienia i oznajmia, że ci, którzy zostali obdarzeni Bożą łaską, która jest źródłem naszego uświęcenia. Nie jest to nasza doskonałość, wypracowana naszymi uczynkami lecz uczynkami Jezusa. Jesteśmy uświęceni krwią Jezusa.
Protestanci spoglądają na to nieco prościej. Pamiętam odpowiedź jednego z pastorów podczas Tygodnia Ekumenicznego na pytanie skierowane do niego przez katolika, które brzmiało: Czy uznajecie świętych w waszym kościele? Na co on odpowiedział Tak, uznajemy. Są nimi wszyscy, którzy zaufali Jezusowi i zostali uświęceni Jego krwią.
To bardzo ciekawa odpowiedź. Kiedy w listach świętego Pawła czy Piotra znajdujemy określenie adresatów:  Paweł, z woli Bożej apostoł Chrystusa Jezusa, do świętych w Efezie i wierzących w Chrystusa Jezusa [ Ef 1,1]; lub Paweł i Tymoteusz, słudzy Chrystusa Jezusa, do wszystkich świętych w Chrystusie Jezusie, którzy są w Filippi wraz z biskupami i z diakonami [ Fil 1,1]; to przecież nie pisze on tylko do wybranych lecz do wszystkich, którzy przyjęli nową naukę i uwierzyli w Chrystusa. A to oznacza, że potencjalnie każdy wierzący w Niego jest święty.


Warto to podkreślać ponieważ mamy tendencję do odwracania tej kolejności i sądzimy, że prawdziwe jest zdanie: Żyjcie jak święci abyście byli świętymi ( w domyśle po śmierci jak was kanonizują lub tak będą o was mówić). Ale przecież beatyfikacja czy kanonizacja jest jedynie aktem potwierdzającym fakt, że dana osoba właśnie taka była za życia. I brak tego procesu nie umniejsza faktu, że są jeszcze miliony innych, których nie znamy z imienia i o których pewnie nigdy nie usłyszymy. Tak wielka ilość kanonizacji dokonanych przez Jana Pawła II była dla mnie zawsze jedynie potwierdzeniem tego, że święci są wśród was i że każdy z nas może nim być. Zobaczmy jednak, że Biblia nigdy nie uczy, że na miano świętego zasługujemy swoim życiem (innymi słowy, że zdobywamy naszą świętość, choć w dobie współczesnego myślenia jest to dość popularne, gdyż wartości człowieka nauczono nas dopatrywać się w tym, co uda mu się osiągnąć). Ale to spojrzenie nie dotyczy sfery sacrum. Nasza świętość pochodzi z zewnątrz. Osiągamy ją dzięki Jego łasce. I chodzi jedynie o to, abyśmy żyli zgodnie z tym statusem.
Oczywiście nie znaczy to, że mamy siedzieć z założonymi rękami. Wytrwanie w łasce jest bowiem ogromną pracą i trudem.  Powinniśmy jednak uczyć się spoglądając na naszą świętość pamiętając, że wynika ona przede wszystkim z tego co wypracował dla nas Jezus, nie zaś z naszych wysiłków i osiągnięć.


Może warto o tym pomyśleć w czasie Wielkiego Postu…

Przestrzeń modlitwy wewnetrznej

Modlitwa wewnętrzna nie jest improwizacją.
Dlatego nie jest obojętne, co na niej robisz i jak się zachowujesz. Nie wiedząc o tym ryzykujemy, że modlitwa może stać się jeszcze jedną formą karmienia naszego egoizmu.
Modlitwa, to podążanie na szczyt góry Miłości stroma ścieżką ciągłego zapominania o sobie i otwierania się na działanie Boże.
Jest to droga, która potrzebuje planu i jasnych znaków, za którymi idąc wiemy że nie zbłądzimy. Doskonale rysuje to dla nas św. Jan Od Krzyża w schemacie „Drogi na Górę Karmel”.


Po prawej stronie została ukazana droga dóbr ziemskich. Idą nią ci, którzy w modlitwie wymuszają na Bogu swoją wolę, szukając korzyści osobistych, materialnych, zdrowotnych, ziemskich, wymiernych. Innymi słowy jest to droga MYŚLENIA O SOBIE.

Po lewej stronie widoczna jest ścieżka dóbr niebieskich. Podążają nią ci, którzy na modlitwie poszukują uniesień, przeżyć, objawień Bożych, pozytywnych doznań, rozkoszy, zadowolenia, pociechy Boga i Jego natchnień. Krotko mówiąc to także droga MYŚLENIA O SOBIE.

Zdaniem św. Jana od Krzyża ani ci pierwsi ani ci drudzy nie dochodzą na szczyt, lecz gubią się w gąszczu własnych pożądliwości, nie osiągając nawet połowy drogi. „Jakże wielki tam tłum” – komentuje św. Jan od Krzyża.

Istota nauczania św. Jana każe nam jednak nie przeoczyć wąskiej drogi biegnącej pośrodku. To ta droga, o której Chrystus mówi: „Wąska i stroma jest droga, która prowadzi do życia. I jakże niewielu jest tych, którzy ją znajdują” [Mt 7,14]
Jest to droga, którą św. Jan od Krzyża określa mianem „5 razy NIC”.
To ścieżka dla tych, którzy chcą dojść do zjednoczenia z Bogiem. To jednocześnie droga dla śmiałków i ryzykantów – dla tych, którzy nie szukają niczego innego, jak tylko samego Boga i Jego woli. To jest droga, która jest synonimem prawdziwej MODLITWY WEWNĘTRZNEJ.


Chciejmy jednak przyjrzeć się bliżej owej drodze, którą charakteryzuje te pięć istotnych cech tzw. NADA czyli NIC.

PIERWSZE NIC polega na stanięciu w obecności Boga i uświadomienie sobie, że Jego Duch żyje we mnie.
Św. Jan od Krzyża w „Pieśni duchowej” [1,6] pisze: Słowo, Syn Boży, wraz z Ojcem i Duchem Świętym jest ukryty w najgłębszej istocie duszy. Dusza zatem, która pragnie Go znaleźć, musi wejść w siebie przez głębokie skupienie.
Chodzi w tym pierwszym kroku o podjęcie wysiłku zapomnienia o sobie i swoich sprawach po to by skupić się i skoncentrować tylko na jednej prawdzie: BÓG MIESZKA WE MNIE! Trzeba uspokoić swoje wewnętrzne władze a więc pamięć, wyobraźnię, rozum, wolę, zmysły i przenieść je ze świata zewnętrznego do wewnętrznego (do Boga).

DRUGIE NIC jest otwarciem na Słowo Boże. Czy chodzi o fragment Pisma świętego czy o jedno słowo (werset) powtarzany w procesie medytacji trzeba wsłuchać się w nie sercem. To jest warunek owocnego przyjęcia daru Słowa i doświadczenia jego mocy. To otwarcie na Słowo jest sposobem chłonięcia Jego obecności zawartej w Słowie. Wsłuchiwanie się w Słowo Boże jest jak czytanie listu, który Bóg pisze do mnie.

TRZECIE NIC wymaga zamknięcia oczu. To praktyczny krok, będący radą św. Teresy z Avila. Ten zwykły pozornie gest okazuje się niezbędnie pomocny, w tym by unikać patrzenia na to, co łatwo nas rozprasza a skierować nasz wzrok w świat wewnętrzny, świat obecności Boga. Modlitwa wewnetrzna zaprasza nas do penetrowania duszy.

CZWARTE NIC polega na patrzeniu na Jezusa. Chodzi tu nie tyle o posługiwanie się wyobraźnią, gdyż ta często bywa przeszkoda dla modlitwy wewnętrznej i sprowadza ją na manowce. Chodzi tu o „patrzenie” sercem na Jezusa, aby patrzeć na Niego z miłością, aby po prostu z Nim być.

PIĄTE NIC jest aktem wiary, który polega na oddaniu się Jemu bez zastrzeżeń; jest aktem miłości, która niczego nie odmawia; jest aktem wdzięczności, która za wszystko dziękuje, jest aktem zawierzenia, które nie cofa się przed niczym. 
Tu jesteś na szczycie – pisze św. Jan od Krzyża. Tu jesteś zjednoczony z Jezusem-Oblubieńcem a przez Niego z całą Trójcą Świętą. Trwaj w tym jak najdłużej. [Pieśń Duchowa 1,18]

Ale za chwilę św. Jan dodaje istotną uwagę: Jeśli jednak się rozproszysz, nie wyrzucaj sobie niczego i spokojnie powróć do aktu modlitwy wewnętrznej. 

To właśnie jest plan i porządek w modlitwie wewnętrznej. To nie jakaś nowa technika, ale wytrwałe i wcale nie łatwe podążanie za Jezusem Jego drogą. „5 razy NIC” służy oderwaniu się od samego siebie i jest warunkiem otwarcia na Bożego Ducha, by On mógł w nas działać. By On modlił się w nas. By On przemieniał nas tak jak chce…