Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

I jeszcze Tymoteusz

Tym razem w interpretacji Psalmu 14
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=ls1OBqckOt0?fs=1]

A to coś dla tych, którzy myślą, że po chrześcijańsku nie można inaczej:-)

TYMOTEUSZ
Marana Tha

Może to nie zazbytnio pasująca nuta, do czasu Wielkiego Postu, ale wszak to też modlitwa:-)
Choć nie łatwo przy takiej medytować:-D
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=U-tFVOtPbQ0?fs=1]

Śpiewajcie pieśń nową Panu;
chwała Jego niech zabrzmi w zgromadzeniu świętych.
Niech Izrael się cieszy swoim Stwórcą,
niech synowie Syjonu cieszą óię swym Królem.
Niech chwalą Jego imię wśród tańców,
niech grają Mu na bębnie i cytrze.
Bo Pan w ludzie swoim ma upodobanie
i zdobi pokornych zwycięstwem.
Niech się weselą święci wśród chwały,
niech się cieszą na swoich miejscach !
Niech chwała Boża będzie w ich ustach,
a miecze obosieczne w ich ręku.


Ps. 149






Jak powiadał ponoć święty Augustyn: „kto śpiewa, ten dwa razy się modli”.

Na pocieszenie jednak tych, którzy nie umieją śpiewać mogę dodać tylko, że kto fałszuje modli się trzy razy, a kto słucha fałszującego – cztery 



Miłego słuchania

Modlitwa głęboka

Modlitwa głębi!?
Bez dwóch zdań. Można i tak…
Bo, kto śpiewa, ten dwa razy się modli [św. Augustyn]

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=eQ9geMUfjKY?fs=1]
Modlitwa
Bułat Okudżawa

[na filmie autor, śpiewa moja serdeczna znajoma KAROLINA]
Dopóki ziemia kręci się,
dopóki jest tak, czy siak,
Panie, ofiaruj każdemu z nas,
czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
tchórzowi dać konia chciej.
Sypnij grosza szczęściarzom
i mnie w opiece swej miej.
Dopóki ziemia kręci się,
  o Panie, daj nam znak,
Władzy spragnionym uczyń,
by władza im poszła w smak.
Hojnych puść między żebraków,
niech się poczują lżej!
Daj Kainowi skruchę,
i mnie w opiece swej miej.
Ja wiem, że Ty wszystko możesz,
wierzę w Twą moc i gest,
Jak wierzy żołnierz zabity,
że w siódmym niebie jest.
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos,
Tak wszyscy wierzymy w Ciebie,
nie wiedząc, co niesie los.
Panie zielonooki spraw,
mój Boże jedyny, spraw,
Dopóki ziemia toczy się,
zdumiona obrotem spraw,
Dopóki czasu i prochu
wciąż jeszcze wystarczy jej,
Daj nam każdemu po trochu,
i mnie w opiece swej miej!

Podróż wgłąb siebie

Wśród praktyk, na które wskazuje Chrystus u progu czasu Wielkiego Postu jest ta jedna, która wydaje się być bezwzględnie najważniejszą, która jest fundamentem, z którego wyrastają wszystkie inne praktyki, wybory czy postawy chrześcijanina. Nie trudno zgadnąć, że pisząc te słowa mam na myśli modlitwę. Ale modlitwę rozumianą nie jako przymus czy obowiązek lecz jako relację przyjaźni, jako spotkanie dwóch osób w miłości (Boga i człowieka). Może nie zawsze jest to spotkanie łatwe, może niejednokrotnie wymagać od nas wysiłku czy ofiary (żadna zresztą miłość nie jest przecież pozbawiona tych cech). Lecz tylko wówczas, gdy to spotkanie będzie dokonywało się w wolności, będzie chciane, będzie wypływało z zaangażowania serca ma szansę stać się źródłem motywacji dla naszych wyborów, dla budowania naszych relacji z innymi, dla uczenia się nowego patrzenia na rzeczywistość a wreszcie dla podejmowania wysiłku wyboru dobra czy walki ze złem w nas i wokół nas.

Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. [Mt 6, 1-8]

W tym fragmencie ukryta jest jeszcze jednak wskazówka. Modlitwa, która wydaje się być najbardziej owocna jest ta, która dokonuje się nie w wielości słów, ale ta, która zatopiona jest w oceanie ciszy i w głębi swojego jestestwa. Choć wbrew pozorom taka właśnie modlitwa bywa najtrudniejsza.





Czym jest modlitwa w ciszy, jak nie dotykaniem Boga przez wiarę?
Spotkaniem z Tym, który mieszka w Tobie.
A to dlatego, że Bóg jest…
Jest w każdym człowieku, nawet grzesznym czy niewierzącym.
Taka jest prawda, można jej nie przyjmować, można jej zaprzeczyć, ale nie można jej zmienić.
Niektórzy boją się tej prawdy, uciekają przed nią, bo Bóg zawsze będzie ich niepokoił. Ale jest to niepokój wyrastający z miłości, która nie rezygnuje nigdy z człowieka a z drugiej strony ze świadomości, że na te miłość się niewystarczająco odpowiedziało lub ją zdradziło.
Lecz uznanie tej prawdy jest początkiem modlitwy wewnętrznej.
Bóg jest we mnie, w moim wnętrzu. To tam powinienem go szukać. To tam mogę go dotknąć.
Bóg nie jest gdzieś poza mną…
Wiele modlitw, jakimi posługuje się wielu ludzi wydają się właśnie tak ukierunkowywać nasze myślenie. Mówię do Boga, który jest poza mną. Może stąd wynika częsty brak ich skuteczności. Prawdziwa modlitwa, to rozmowa skierowana do naszego serca, do tego, który jest bliżej nas niż my sami siebie. Taka modlitwa nie tylko dociera do tego niezwykłego Adresata, ale ma moc przemieniać nas, gdyż zanurza nas całych w swoją stwórczą rzeczywistość, rzeczywistość, w której moje marne ludzkie wysiłki łączą się ze stwórczą i odnawiająca mocą Boga. Ale Jemu nie trzeba więcej. Gdyby wasza wiara była jak ziarnko miałaby moc dokonywania rzeczy niezwykłych. [por Łk 17,6]


Oczywiście wszystko może stać się miejscem obecności Boga, ale jako największy Oblubieniec objawia się On właśnie tam – we wnętrzu mojego serca, na dnie mojej duszy. Nigdzie zatem nie muszę się udawać, żeby Go odnaleźć.
Dlatego On zaprasza nas, byśmy mieli odwagę by wyruszyć w głąb naszego jestestwa, tam gdzie On mieszka, gdzie żyje, gdzie Jego serce tętni miłością do mnie. Jest to podróż, która może okazać się najpiękniejszą podróżą życia.



Czas wielkiego Postu to dobra okazja by wyruszyć w te podróż. Jeśli nie po raz pierwszy to na nowo. Żadna bowiem inna podróż życia nie niesie ze sobą tylu niespodzianek i tylu niezwykłych doświadczeń, co ta.


Współczesny człowiek nie jest przyzwyczajony do przebywania w ciszy. Dotyczy to także przebywania z Bogiem ciszy modlitwy, tzn. bez słów. Woli coś mówić. Cokolwiek. Woli „prowadzić” dialog, przedstawiać potrzeby Kościoła, świata i swoje własne. Wtedy ma świadomość, że „coś zrobił”, aktywny, „nie marnował czasu”. Że „zajmował się Bogiem” i Jego sprawami.
Tymczasem na modlitwie wewnętrznej to wszystko trzeba właśnie zostawić…
Trzeba całkowicie zamilknąć i otworzyć swoje duchowe anteny na Obecność Trójjedynego.
Trzeba NIC NIE MÓWIĆ, a za to pozwolić Bogu działać!
Bo ten czas należy do niego!
Trzeba pozwolić „dać się przemieniać” przez Niego i na Jego obraz.
I to jest właśnie trudne.
Do tego nie jesteśmy przyzwyczajeni…
Człowiek nie lubi oddawać inicjatywy Bogu. Nie chce by Ten działał w jego wnętrzu i przemieniał Go a przynajmniej bez uwzględnienia ludzkiej wizji tej zmiany. Oczywiście człowiek nie przyzna się do tego wprost, ale w podświadomości wie, że Bóg może być „niebezpieczny”, że jest „nieobliczalny”, że może namieszać w ludzkim życiu, gdyby Mu dać wolną rękę i uczynić coś, czego byśmy wcale nie chcieli.
Może dlatego modlitwa w ciszy niesie ze sobą ryzyko i nie jest zbyt popularna.
Lecz jeśli ktoś chce naprawdę zostać przemieniony nie może się to dokonać bez ryzyka otwarcia na Jego działanie w naszym życiu. I może czas Wielkiego Postu to dobry czas, by podjąć to ryzyko.

Pozwolić oświetlić nasze życie

W naszej zagonionej, pospiesznej cywilizacji liczy się skuteczność i efekt. Jeśli proponuje się nam szkolenia to tylko takie, które poprawią wydajność i uczą być bardziej sprawnym w sferze zawodowej. Szkolenia zawodowe pomagają w zarabianiu na życie, ale nie mówią nam jak żyć. W konsekwencji jesteśmy sprawniejsi i skuteczniejsi w swojej profesji, ale czy szczęśliwsi, bardziej spełnieni i pełni entuzjazmu wobec zadań, które nam powierzono?

Zapał, kreatywność i energia nie biorą się znikąd. Człowiek, niezależnie od stanu, wieku i pełnionych funkcji potrzebuje „doładowania” – naładowania akumulatorów duchowych. Bez tej wewnętrznej energii staje się bezużyteczny w życiu społecznym, zawodowym, nawet rodzinnym. Doświadcza wypalenia na wszystkich płaszczyznach. Także osobistej. Sposobem na dobrą kondycję (fizyczną, psychiczną i duchową) jest dbałość o sferę ducha, czyli czas dla siebie w towarzystwie Boga. Wielu ludzi biznesu, sztuki, nauki, osoby znane i nieznane od lat stosują tę prostą zasadę: znajdź czas dla siebie i dla Boga, a będziesz spójny i zdrowy. W konsekwencji szczęśliwy i spełniony. Bo zaczniesz rozumieć siebie i innych.
Są dni, kiedy z nieśmiałą tęsknotą wspominam lata spędzone w seminarium. Codzienność przetkana wspólnymi modlitwami. Rytm wyznaczony Liturgią Godzin, lekturą Słowa, medytacją i Eucharystią. Trochę łatwiej żyć, kiedy dzień odzyskuje swój koloryt – szarość zabiegania nabiera barw oddechu. Dlatego z nadzieją spoglądam na rozpoczynający się dziś Wielki Post. Potrzebuję impulsu, by jeszcze raz uświadomić sobie, że zmęczenie, które mi towarzyszy, nie jest owocem gorliwości o dom Pana, lecz raczej wynikiem walki o siebie. O mój czas i moje plany. Potrzebuję zmiany rytmu nadchodzących dni, który mam nadzieję mam moc wyrwać mnie z duchowej drzemki.

Kiedy uczciwie dziś się sobie przyjrzymy, zobaczymy jak wiele w naszym życiu bezkształtnych zmagań, wpatrzenia w siebie, pozorów, małych-nikomu-nie-szkodzących-kłamstewek. Kiedy tak żyjemy, otuleni coraz mocniej egoizmem, przestajemy dostrzegać innych: widzę ludzi niby drzewa – powie niewidomy Jezusowi (można tu oczywiście wstawić swoje własne określenia). Świat ukierunkowując nasze spojrzenie bardzo jednostronnie – materialnie (choć przez sferę materialna rozumiem nie tylko mamonę) czyni nas w jakiś sposób niewidomymi na wiele ważniejszych aspektów życia. Nie jest jednak wcale łatwo to zobaczyć w biegu naszego życia a jeszcze trudniej się do tego przyznać.

W pozornym jednak mroku jaśnieje światło mające zdolność przywrócenia nam prawidłowego sposobu widzenia. Środa Popielcowa rzuca nam pierwszy promień tego światła, jeszcze delikatny, nieco mglisty, ale wskazujący dobry kierunek. To jutrzenka, która z każdym dniem będzie obejmowała większą część codzienności, pod warunkiem oczywiście, że zechcemy się w to światło zanurzyć, że pozwolimy mu oświetlić nasze życie, po to by w poranek paschalny całe nasze życie zatopić w świetle. Taki jest między innymi cel Wielkiego Postu, jaki rozpoczynamy. Czterdzieści dni drogi, by nie tylko ujrzeć, ale aby też doświadczyć Przemienienia, by posmakować hojności Chrystusa, który ma moc uzdolnić nas do miłości prawdziwej a wyrwać z egocentryzmu, który ma moc otworzyć nasze oczy i serca, mówiąc: Effatha! Otwórz się! Przyjmij wspaniałą prawdę o sobie – jesteś moim Dzieckiem, twoje życie nie jest przypadkiem, widzę, jak się miotasz, jak szukasz szczęścia! Zapewniam: kocham cię! I pragnę stać się Źródłem Twojego szczęścia i spełnienia. Tylko zaufaj mi. 
Aby jednak móc rozkoszować się smakiem szczęścia, trzeba nam najpierw zgodzić się na trud zmagania. Św. Jan Chryzostom w „Homilii dla ludu antiocheńskiego” pisze: podobnie jak z końcem zimy powraca pora letnia i żeglarz spuszcza łódź na morze, żołnierz czyści broń i zaprawia konia do walki, rolnik ostrzy sierp, pokrzepiony wędrowiec przygotowuje się do długiej podróży, a atleta rozdziewa się i przygotowuje do zawodów, tak i my również na początku tego postu, jakby z nastaniem duchowej wiosny, szykujemy oręż jak żołnierze, ostrzymy sierpy jak rolnicy i jak sternicy porządkujemy łódź naszego ducha, by stawić czoło falom niedorzecznych namiętności, jak wędrowcy wyruszamy na nowo w drogę do nieba i jak atleci stajemy do zawodów wyzuci ze wszystkiego lecz prawdziwie wolni.

I nie chodzi w tym wszystkim o rzeczy niezwykle. Nie! Bo Bóg takich od nas nie żąda.
Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, żeby was widzieli, inaczej nie będziecie mieli nagrody Ojca waszego, który jest w niebie”– to pierwsze zdanie z dzisiejszej Ewangelii. Ono wyznacza nam najwłaściwszy kierunek przeżywania Wielkiego Postu. Jest to bez wątpienia czas wzmożonego wysiłku związanego z pracą nad sobą. Ważne jest jednak, żebyśmy uświadomili sobie, że w tej pracy nad sobą nie jesteśmy sami. Kiedy wsłuchujemy się w dzisiejsze Słowo Boże to warto nie przeoczyć istotnego faktu, tego mianowicie, że praca nad sobą to nie był cel sam w sobie, ale to był wyraz nawrócenia serca i odmiany życia. Metanoia – nawrócenie, zmiana kierunku, pójście inną drogą, to jedynie sposób osiągnięcia celu.

Ktoś zapyta: ale co to znaczy praca nad sobą? Poproszę konkrety. Starzec Jan z Wałaamu – jeden ze współczesnych duchowych mistrzów Wschodu proponuje byśmy zaczynali od zwyczajnych, prostych rzeczy. Nie rzucajmy się na wielkie postanowienia, które będę – co najwyżej – powodować w nas złość i poczucie winy, że znów się nie udało. Zamiast robić listę praktyk, które na siebie włożę może warto zobaczyć w sobie proste rzeczy, które czasem przez te „niezwykłe” skutecznie przysłaniamy. A  jakie to są te zwykłe sprawy? Postaraj się na przykład nie spóźniać do pracy, lub na Mszę świętą, albo też uważniej ją przeżywać lub też wykonywać swoje obowiązki z większą starannością, postaraj się znaleźć w ciągu dnia czas na lekturę i rozważanie Pisma Świętego albo na medytację dwa razy w ciągu dnia (jeśli dotąd Ci się to nie udało) a przede wszystkim staraj się o większą cierpliwość do ludzi, mów prawdę nawet jeśli to byłoby unikaniem jedynie drobnych kłamstw, częściej uśmiechaj się do innych i staraj się być dla nich życzliwym (począwszy od tych, których spotykasz na co dzień, w domu, co bywa często najtrudniejsze). Życie bowiem i jego jakość (także wymiarze duchowym) składa się z drobiazgów, bo kto w drobnej rzeczy jest wierny… {por Łk 16,10]
No i oczywiście nie rób tego wszystkiego na pokaz, bo wtedy jedynie nakarmisz swoją pychę.

Drogą w życiu duchowym jest robienie zwyczajnych rzeczy: nawiązanie prostych, ludzkich relacji, zainteresowanie człowiekiem w jego codzienności. Zapytaj kogoś o zdrowie, zaproś na herbatę, pamiętaj o urodzinach, posłuchaj zamiast ciągle gadać, strać dla kogoś czas i pieniądze. A czas Wielkiego Postu zacznie cię wewnętrznie cieszyć i w ten sposób uwolni od własnego egoizmu i nauczy żyć.