Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa uzdrowienia

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa».

Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie.

Jezus odesłał go do domu ze słowami: «Tylko do wsi nie wstępuj!» (Mk 8, 22-26)

Ostatnimi czasy dosyć popularna stała się tzw. „modlitwa o uzdrowienie” i choć jest ona zakorzeniona w Biblii, to często próbuje się z tej formy modlitwy robić „odrębną” przestrzeń. Takie podejście wypływa z tego, że niejednokrotnie wpadamy dzisiaj w pułapkę zastawioną przez współczesny sposób myślenia – oczekiwanie szybkich efektów. Są osoby, które jeżdżą dzisiaj od Mszy o uzdrowienie do Mszy o uzdrowienie szukając szybkiego usunięcia problemów, z którymi się mierzą. Jednak jest to często magiczny sposób myślenia, który nie działa w duchowości.  Tymczasem każda modlitwa Słowem, która dotyka ludzkiego serca jest modlitwą uzdrowienia, choć niejednokrotnie trzeba poczekać na jej owoce. Często zresztą mylimy te owoce, bo dla nas – ludzi myślących kategoriami współczesności – najbardziej pożądane wydają się owoce uzdrowienia dotykające tego co zewnętrzne: naszego ciała, względnie psychiki a tym czasem dla Pana Boga najważniejsze jest uzdrowienie naszego wnętrza – serca, bo w zdrowej duchowości i idącej za nią zdrowej religijności to właśnie na nim się wszystko zasadza. Jest takie mądre zdanie, które pada w ostatniej – styczniowej rozmowie która miała miejsce w Lubiniu między Marcinem Gajdą a ojcem Maksymilianem Nawarą, która dotyka trochę istoty tego czym jest uzdrowienie o jakim tutaj mowa: „Religijność, która przygniata duchowość staje się jedynie fortyfikacją ego (z jego lękami, nawykami, chorobami – przypis autora), gdy tymczasem „zdrowa” duchowość winna być przestrzenią w której nasze ego rozpływa się, wygasa” (dając okazję przebudzić się naszemu prawdziwemu ja).  

Ewangelia dzisiejsza przywołuje postać niewidomego człowieka. Nie może oglądać świata ani ludzi. Żyje w ciemnościach. My oczywiście widzimy. Nasze oczy pozwalają nam oglądać ludzi, których kochamy i tych, których kochamy trochę mniej; możemy zachwycać się pięknem świata, przyrodą, czytać książki, spoglądać na ekrany smartfonów czy telewizorów. Ale to tylko połowa zdolności widzenia, jaką został obdarzony człowiek.

Tak naprawdę Ewangelia dzisiejsza – co łatwo przeoczyć – mówi o dużo głębszym sposobie widzenia: naszego wnętrza i życia w prawdzie.

Thomas Merton w wielu swoich książkach i konferencjach, w tym w „Zapiskach współwinnego widza” pisze, że nagląca potrzebą współczesnego człowieka jest uzdrowienie w patrzeniu na siebie samych. Zdarza się nam iść w dwóch skrajnych kierunkach: malować autoportret w barwach tylko różowych lub przeciwnie – w kolorach najciemniejszych. Potrzebujemy uzdrowienia patrzenia na siebie; może  zaakceptowania siebie z własnymi słabościami; może dostrzeżenia, że nie do końca z nas jest to dobro, które potrafimy uczynić; na pewno spojrzenia na siebie oczami Boga – prawdziwie, uczciwie, z miłością.

To uzdrowienie naszego patrzenia ma swoje źródło w prawdzie wyrażonej już w Księdze Rodzaju: „Bóg rzekł: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam». Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,  26a. 27). Jak często jednak patrzymy na siebie w ten sposób – że nosimy w sobie podobieństwo do Boga, Jego życie i Jego łaskę, która to życie podtrzymuje i przenika o czym przypomina Psalmista: „Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, Godne podziwu są Twoje dzieła” (Ps 139, 1n. 13n).

Niewątpliwie szczególnego leczenia wymaga nasza duchowa słabość, która nam doskwiera, ale wbrew pozorom to uzdrowienie zaczyna się także od sposobu w jaki na nią patrzymy. My najczęściej chcielibyśmy pozbyć się naszych słabości, bo nosimy w sobie jakiś fałszywy, wyidealizowany obraz człowieka pełnego mocy i samowystarczalności, tymczasem Ewangelia ciągle zachęca nas, abyśmy do naszej słabości zapraszali nade wszystko Jezusa z Jego mocą, która rodzi się właśnie w doświadczeniu naszej słabości. Z perspektywy życia duchowego dużo byśmy stracili, gdyby nie nasze słabości i możliwość doświadczenia w nich mocy Jezusa. Doskonale uczy tego podejścia św. Paweł, który stworzył coś, co możemy określić mianem „teologii słabości” i który napisał „Hymn do słabości” w 2 Liście do Koryntian 12,1-11.

Diagnoza i nadzieja, zrozumienie siebie samych i lekarstwo dla nas są ukryte nie w braku słabości i doskonałości, ale w Słowie. Jedną z przestrzeni doświadczania tej słabości i objawiającej się w niej mocy Boga jest nasza modlitwa. A szczególnie medytacja monologiczna, gdzie wiemy doskonale – a zwłaszcza ci, którzy tą ścieżką podążają już jakiś czas –  że nie możemy polegać na sobie a jedynie na łasce działającej w tej modlitwie przez moc Słowa, które jej towarzyszy.  To tu doświadczamy najmocniej prawdy o tym, że „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8, 20n. 26n).

Również w przekonaniu Świętego Jana nigdy nie może zabraknąć w naszej codziennej modlitwie ufności: „Jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko.” (1 J 3, 20).

Każde doświadczenie medytacji, to doświadczenie Jezusa, który przychodzi do nas przez swoje Słowo i łaskę, bierze nas za rękę, patrzy na nas z miłością i widzi więcej niż my sami, bo zawsze spogląda w nasze serca i takiego sposobu patrzenia pragnie nauczyć także nas.

Jezus pyta nas dzisiaj: „Czy widzisz coś?” To pytanie o naszą wewnętrzną wrażliwość, o zdolność widzenia przez pryzmat serca. My przywykliśmy w życiu bardziej skupiać się i ufać naszemu wzrokowi fizycznemu a tym czasem dla Boga ważniejsza jest zdolność posługiwania się spojrzeniem wewnętrznym – spojrzeniem serca; podobnie jak zwykliśmy opierać się na osądach naszego rozumu a w życiu duchowym, choć rozum jest ważny, to jednak ważniejsze od niego jest serce.

Pozwólmy aby medytacja monologiczna – Modlitwa serca uczyła nas patrzeć przez serce. Otwierajmy się w tym doświadczeniu na dotyk Jezusa, który daje wolność, daje prawdziwe przejrzenie. Jezus jest dla nas Światłem. Bliskość Jezusa sprawia, że lepiej widzimy nasze życie. Bez Jezusa, bez wiary i Ewangelii jesteśmy duchowo niewidomi. Chodzimy jakby po omacku i zagubieni w mroku naszego egoizmu, naszych słabości, które tylko wówczas mogą stać się dla nas przeszkodą a nawet przekleństwem, jeśli nie pozwolimy, aby zostały przeniknięte mocą Jezusa. Pozwólmy, aby Słowo w które się wsłuchujemy w medytacji uzdrawiało nas tak jak chce a nie wedle naszych wyobrażeń i oczekiwań. Niech medytacja, w której zdajemy się całkowicie na moc Bożej łaski staje się dla nas miejscem uzdrowienia i błogosławionym otrzeźwieniem.

Czynić miłość

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego:

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»

Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.

I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 14-23)

Jezus używa dzisiaj dwóch terminów na określenie czystości – i ta różnica w terminologii niestety ginie w polskim tłumaczeniu. Jeden z tych terminów dotyczy pokarmów: z greckiego: katharos = czyste. Drugi z tych terminów dotyczy człowieka: z greckiego: koinos = nieczysty. Jezus dokonuje rozróżnienia między nieczystością człowieka, a czystością bądź nieczystością pokarmów rozumianych w wymiarze sakralnym.

I od razu zaznaczmy, że nie chodzi tutaj o czystość w rozumieniu higienicznym. Pierwszy z terminów (katharos) – dotyczący pokarmów oznacza coś czystego w znaczeniu pozbawionego wszelkich obcych domieszek. Jest tu tylko i wyłącznie dobro. I dlatego Jezus – jako Bóg-Stwórca – od początku widzi, że wszystko co uczynił jest DOBRE, a nawet BARDZO DOBRE. W tym, co stworzył Pan Bóg nie ma zła, bo wszystko to jest dziełem Miłości Boga i wszystko jest darem tej Miłości dla człowieka. Bóg – jak zaznacza w innym miejscu sam Jezus – daje swoim dzieciom  DOBRE dary. To dopiero człowiek skażony grzechem nauczył się, że z tych dobrych darów można czynić zły użytek. I to jest właśnie władza człowieka: władza korzystania, używania dobrych darów Boga. I niestety ta władza nasza została skrzywiona – nauczyliśmy się, że można czynić zło posługując się dobrymi darami.

Z kolei drugi termin (koinos) –  dotyczy czystości człowieka – i nie jest związany, jak zaznacza sam Jezus, z domieszkami i dodatkami pochodzącymi z zewnątrz. I znowu argument Jezusa jest ten sam: dary Boga nie są w stanie same z siebie – jako dobre – zanieczyścić człowieka, sprofanować go. Bo ten właśnie grecki termin – koinos – mówi dosłownie o sprofanowaniu człowieka, o jakimś zredukowaniu go, pozbawieniu czegoś, co go wyróżnia wśród innych stworzeń. To jest nieczystość, która nie jest związana z domieszką czegoś – ale z utratą. Utratą godności, świętości, wartości w wyniku na przykład sprofanowania. I tylko człowiek – zgodnie z dzisiejszą wypowiedzią Jezusa – może sprofanować sam siebie. Innymi słowy nikt i nic nie jest w stanie mnie sprofanować – jeśli to ja sam siebie w moim sercu nie sprofanuję. I to jest właśnie ten rodzaj nieczystości, który dotyczy życia duchowego i pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. To jest nieczystość, którą człowiek nosi w sobie, w swoim sercu, które sam pozwolił, żeby zostało zanieczyszczone tymi wszystkimi brudami, które wylicza Jezus Ewangelii. Złymi myślami, nierządem, kradzieżami, zabójstwami, cudzołóstwem, chciwością, przewrotnością, podstępem, zazdrością, obelgami, pychą, głupotą człowiek profanuję siebie samego, czyniąc tak naprawdę zły użytek z daru wolności, jakim zostaliśmy obdarowani i jaki winien cechować nasze serca.

I właśnie tu jest cały problem na który wskazuje dzisiejsza Ewangelia: w sercu, we wnętrzu człowieka. Przyzwyczailiśmy się pilnować tego, co na zewnątrz: ubrania, wyglądu, porządku na biurku, w szafach, w domu… Pilnować diety i mycia samochodu itd. A tak często potrafimy odpuścić sobie porządek wewnętrzny: higienę tego co nosimy w myślach, we wspomnieniach, w sercu…

Jezus w dzisiejszej Ewangelii upomina się o serce. Podobnie jak medytacja, modlitwa serca upomina się o nasze serce. Staje się praktyką jego codziennej pielęgnacji, higieny wnętrza.

Jest takie fenomenalne porównanie, które czyni o. Raniero Cantalamessa – biblista komentując scenę rozmowy Ewy z wężem w Raju. „Wyobrażamy sobie często– pisze ojciec Cantalamessa – stojącą Ewę i węża owiniętego wokół drzewa – na zewnątrz Ewy. Tymczasem w sensie duchowym wszystko dokonuje się wewnątrz – w sercu Ewy, tak jak każdy dialog ze złem, z pokusą ma miejsce w sercu każdej i każdego z nas. Wszystko jest wewnątrz, w nas. To my nosimy w sobie świat duchowy. Drzewo Życia i drzewo poznania dobra i zła są w środku ogrodu – a centrum ogrodu jestem ja, człowiek. To wszystko odbywa się we mnie, w moim wnętrzu. Myśli, uczucia, pragnienia… To wszytko jest we mnie. I spożywam na oślep, na chybił-trafił, jak leci – co przyjdzie… Dlaczego? Bo oderwałem serce od Boga” [rekolekcje dla kurii rzymskiej 2009 r].

I właśnie o to upomina się Jezus: o serce. Serce złączone z Sercem Boga. Właśnie tak jest skonstruowany człowiek: na dnie jest serce, centrum człowieka, zdolne do relacji ze światem duchowym, z Bogiem. A potem jest psychika i ciało. I model idealny jest taki, że moje serce jest w relacji z Bogiem, pogrążone w dialogu z Bogiem, do którego zostałem stworzony. W tym dialogu nieustannie dowiaduję się jak jestem kochany – uczę się Miłości. I Miłość wtedy może przesiąkać przez moją psychikę i ciało – przejawiać się w moich działaniach zewnętrznych. Jestem święty – czyli inny niż cały świat. Jestem jak Bóg – zdolny kochać. Czynić dobry użytek ze wszystkiego, co biorę w swoje ręce – czyli czynić Miłość. Właśnie po to zostałem stworzony i po to dostałem wszystkie dary: by wyznawać Prawdę o Bogu, Prawdę o Miłości, czynić Miłość. Wszystko jest urządzone i stworzone idealnie do tego, by mi pomagać czynić Miłość Prawdziwą. Ale to wszystko funkcjonuje pod warunkiem, że moje serce jest zanurzone w Wielkim Dialogu Osób Trójcy, do którego to dialogu zostałem zaproszony. Prawdziwa bieda, moja desakralizacja i profanacja zaczyna się wtedy, gdy wyjdę sercem z tego dialogu. Gdy zdecyduję się na jakąkolwiek formę wewnętrznej dezercji od relacji z Bogiem. Ponieważ życie duchowe nie znosi pustki nie trzeba długo czekać aż pojawi się ktoś, kto za wszelką cenę będzie chciał nas wypełnić ciemnością, żalem, bólem, wątpliwościami, lękiem, czy pretensjami, które będąc w nas będą burzyły nasza relację z Bogiem – Miłością. Strategia złego ducha od czasów Edenu jest niezmienna.

Praktyka medytacji jest praktyką trwania w dialogu z Bogiem. Jest walką o serce człowieka o to, by skupiając się na słowie – wezwaniu przestać zajmować się tym, co często próbuje zaśmiecać ludzkie serce i zagłuszyć głos Boga, który w tym sercu wybrzmiewa. Medytacja to doświadczenie w którym Bóg-Stwórca, zakochany w nas do szaleństwa, wybiega nam naprzeciw – w swoim Słowie. A od nas oczekuje tylko jednego: abyśmy chcieli rzucić się całym sercem na oślep w ramiona Boga, który jest Miłością – i dali się kochać. Dali się kochać w sercu! Nie w emocjach, nie w uczuciach, nie w namiętnościach – ale w sercu. Tam, gdzie najgłębiej. Po to, abyśmy sami z tego doświadczenia zaczerpnęli umiejętność dojrzałego kochania. Abyśmy zdecydowali się kochać – tak, jak jesteśmy kochani. Praktyka medytacji pozwala nam po prostu ucinać to wszystko, co chce sprofanować nasze serce – przestać dyskutować i słuchać tego, co ciemność usłużnie podsuwa nam w sercach a skupić się na Tym, który te serca karmi, uzdrawia, odnawia i rozświetla.

Budowanie relacji

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6, 1-6)

Związki karmią się słowem. Wspólne rozmowy, słuchanie siebie nawzajem, spędzanie razem czasu, dążenie do tego samego celu. Zwykle myślimy tak o budowaniu naszych relację  ludźmi, ale czy to nie jest niezwykłe, że Bóg chce z nami budować relację również w taki sam sposób. To właśnie dzięki temu nasza relacja z Bogiem może być ciągle żywa. Nasza wiara realizuje się w obustronnym oddaniu Boga i człowieka, w spędzaniu czasu razem, dzięki czemu pozwala nam na coraz lepsze poznawanie Boga. Wszystko, co powyżej napisano o budowaniu relacji z Bogiem ma miejsce w medytacji. Medytacja rozumiana jako wyraz oddania sprawia, że uczymy się nasłuchiwać Boga także w naszej codzienności.

„Medytacja uczy nas innego postrzegania rzeczywistości, bo kto prawdziwie się modli ten otwiera się na Boży sposób widzenia” – pisze Merton w książce o Medytacji.

Jednym z wymiarów tego nowego sposobu widzenia jest zdolność widzenia medytacji już nie tylko jako praktyki zanurzenia się w relację z Bogiem, ale też dostrzeżenia tego, że modlitwa ta stwarza tym samym wspólnotę ze wszystkimi, którzy także na co dzień zanurzają się przez medytację w tej relacji z Trójcą Świętą. Z kolei intensywne przeżywanie relacji z Bogiem, zawierzenie Mu oznacza także zmianę, przyzwolenie na to, abyśmy przekształcali się dzięki kontaktowi z Bogiem i działaniu Jego łaski w nas.

O relacji Jezusa z mieszkańcami Nazaretu mówi też dzisiejsza Ewangelia. Pierwsze publiczne wystąpienie Jezusa w Nazarecie przyjęte zostało z napięciem i zdumieniem. Jezus przemawiał zapewne prosto, by wszyscy Go zrozumieli, a równocześnie w sposób nowy, inny, oryginalny, spontaniczny, co zrodziło pytanie: „Skąd On ma tę mądrość?”. Wypowiedziane słowa wypływały z Jego głębi; były Jego słowami, owocem Jego doświadczenia, Jego życiem.

„Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro […] Bo z obfitości serca mówią jego usta” – przypomina nam ewangelista Łukasz odwołując się do starotestamentalnej Księgi Mądrości (Łk 6, 45).

Często świadectwo czy publiczne wyznawanie wiary w rodzinie, grupie przyjaciół, czy środowisku pracy (słowem tam, gdzie jesteśmy znani) nawet jeśli jest autentyczne, gdy wypływa z głębi serca bywa trudne. Powątpiewanie i niedowiarstwo najbardziej boli kiedy płynie od swoich. A jednak tylko wtedy, gdy żyjemy Jezusem, Jego słowem na co dzień, pozwalamy, aby zapuszczało ono w nas korzenie, usuwało nasze lęki, utwierdzało naszą ufność  może zrodzić się odwaga wiary do której jesteśmy gotowi przyznać się w każdych okolicznościach, zarówno wówczas, gdy ktoś przyjmuje nasze świadectwo, jak i wówczas, gdy je odrzuca.

Ewangelista opisując wydarzenia w Nazarecie – rodzinnym mieście Jezusa – odnotowuje, że słuchający Go powątpiewali w Niego. Samo powątpiewanie nie musi być niczym złym, gdyż to nic innego jak nie dowierzać, nie ufać… Ta cecha jest potrzebna często przy każdej podejmowanej decyzji, ale tylko wtedy, gdy pomaga w tym, by nasze decyzje były jak najlepsze. Jest złą cechą jeśli zatrzymuje nas w podejmowaniu konkretnych kroków, zwłaszcza w wyborze konkretnej drogi życia a już szczególnie gdy jest to droga, która może nas rozwinąć, lub poprowadzić ku nawróceniu…

Jezus spotkał się z ludźmi, wśród których przyszło mu wzrastać. Spotkał się z ich strony z powątpiewaniem co do mocy i misji z którą przyszedł na świat. Ludzie nie wierzyli, że to „Ten właśnie” został wybrany przez Boga. Życie na co dzień z Jezusem, zwyczajność spotkań, rozmów, częste przebywanie razem sprawiły, że przyzwyczaili się do Niego. Nie oczekiwali od Niego wiele. Był dla nich jednym z wielu sąsiadów. Te wątpliwości nie pozwoliły im wyjść poza swoje ograniczenia i schematy myślenia. Nie uwierzyli i dlatego przegrali z powodu swojego niedowiarstwa szansę otwarcia się na Bożą łaskę chwili…

Z tej dzisiejszej Ewangelii płynie także dla nas pewna przestroga, że przyzwyczajenie i duchowa rutyna – które także zagrażają naszej praktyce codziennej medytacji – mogą zamykać nas na spotkania z Jezusem i sprawić, że Jezus i Jego słowa spowszednieją a Jego łaska może oddziaływać na nasze życie w dużo mniejszym stopniu niż wówczas, gdybyśmy nosili w sobie głęboką wiarę i bezgraniczną ufność w Jego słowo.

Róbmy zatem wszystko, co jest możliwe z naszej strony, aby praktyka medytacji nigdy nam nie spowszedniała i nie stała się jedynie rutyną codzienności a Boża łaska ze swej strony dopełni w nas dzieła, które Bóg rozpoczął w nas wówczas, kiedy zaprosił nas na tę drogę.

Siedzieć i głosić…

Po swoim zmartwychwstaniu Jezus ukazał się Jedenastu i powiedział do nich:

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony.

Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie». (Mk 16, 15-18)

W święto nawrócenia świętego Pawła, apostoła narodów, Kościół zaprasza nas do rozważenia na nowo nakazu misyjnego, jaki Pan dał swoim uczniom a więc i nam.

Przekazywanie Ewangelii oznacza przede wszystkim przyznawania się przed światem do naszej wiary w Chrystusa słowem ale i stylem życia mającym zastosowanie do wymagań Ewangelii. Chrystus używa dwóch czasowników w trybie rozkazującym – „idźcie” i „głoście” , pokazując nam, że nie jest możliwe uważanie się za naśladowcę Jezusa Chrystusa nie będąc gotowym do dawania świadectwa wiary poprzez własne życie, przykład i słowa a więc to, co samemu się otrzymało.

Wiara jest pokarmem duszy. Przyjęcie jej daje ogromną moc i staje się gwarancją zbawienia, ale nie otrzymujemy jej nigdy tylko dla siebie. Istnieje czasem niebezpieczeństwo by ulec pokusie wyższości wobec tych, którzy deklarują się, jako ludzie niewierzący.

Jednak sam św. Paweł po swoim nawróceniu nigdy nie uległ tej pokusie, choć owoce jego głoszenia Ewangelii były oczywiste. Zawsze nosił w sobie świadomość tego, że wiara nie jest jego zasługą, lecz całkowitym darem Jezusa, którym został obdarowany, choć jak sam często zaznacza nigdy na to nie zasługiwał. Dlatego utożsamiając wiarę z darem zbawienia podkreśla: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, jest to dar Boga. Nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił”. [Ef 2,8] Świadom zatem jak wielkim i niezasłużonym dlań jest wiara dodaje: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii [1 Kor 9, 16], czyli gdybym nie dzielił się tym, co sam otrzymałem w darze… W ten sposób św. Paweł uświadamia nam, że Ewangelia jest nauką stawania w prawdzie przed Bogiem i przed sobą samym. Wezwanie Jezusa dotyczy każdego pokolenia chrześcijan. Nie można być praktykującym chrześcijaninem, który przyjął chrzest, lecz nie przyjmuje  na co dzień słowa Bożego we własnym sercu, nie żyje nim, nie stara się dostosować do jego wymagań swojego życia.  „Drogą do zbawienia jest silna wiara, która karmi się słowem Boga” [Thomas Merton, Medytacja chrześcijańska].

Iść i głosić Ewangelię – ktoś powie łatwo się mówi, ale bardzo ciężko się realizuje to ważne zadanie codzienności.

Ważnym aspektem naszego świadectwa jest świadomość, że w tej misji nigdy nie jesteśmy sami, że towarzyszy nam w niej Duch samego Jezusa obecny w Słowie, w które się na co dzień wsłuchujemy w Eucharystii, w medytacji…  Mamy wiele możliwości głoszenia Jezusa u źródeł którego jednak zawsze leży osobiste spotkanie z Nim samym w słowie, w modlitwie, w codzienności…

Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, że dzięki naszemu świadectwu wiary wiele osób może spotkać dziś Jezusa. Od nas także zależy, czy będzie On dla nich kimś bliskim.

Można ulec fałszywemu przekonaniu, że trwanie medytacji, która wydaje się bierną postawą wobec nakazu „idźcie i głoście” jest słabym przejawem ewangelizacji. Ale jak pisze Merton „apostolstwo chrześcijańskie jest przede wszystkim przelewaniem się życia wewnętrznego” [Doświadczenie wewnętrzne. Zapiski o kontemplacji]. Bez głębokiego życia wewnętrznego – a to właśnie ma w nas wypracowywać codzienna, wytrwała praktyka medytacji – będziemy co najwyżej aktywistami nie zaś prawdziwymi świadkami Jezusa. Postawa św. Pawła uczy nas, że na tyle będziemy autentycznymi świadkami Jezusa na ile pozostaniemy w codzienności Jego gorliwymi uczniami i przyjaciółmi wdzięcznymi za dar wiary, jaki od Niego otrzymaliśmy i zasłuchanymi w Słowo, które tę wiarę umacnia.

„Ilekroć słuchamy z wiarą Słowa, tylekroć dokonuje ono wielkich rzeczy w naszym  życiu. Nie zawsze od razu potrafimy je dostrzec. Możemy być jednak pewni, że owoce Słowa objawią się w swoim czasie” [Thomas Merton, Doświadczenie wewnętrzne. Zapiski o kontemplacji].

Mechaniczne serce

W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschniętą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć.

On zaś rzekł do człowieka z uschłą ręką: «Podnieś się na środek!» A do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie uratować czy zabić? » Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy na nich dokoła z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serc, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!» Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa.

A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz się naradzali przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. (Mk 3, 1-6)

Zwróćmy uwagę na Jezusa śledzonego złymi, podejrzliwymi spojrzeniami. Bywa i tak, że podobne spojrzenie niejednokrotnie padało na praktykujących medytację monologiczną, gdyż niektórzy podejrzliwi chcieli widzieć w tej praktyce modlitwy jakieś „niezdrowe” wpływy medytacji Wschodu.

Tymczasem kiedy spoglądamy na Jezusa łatwo dostrzec, że jest zawsze spokojny i wolny wobec ludzkich uprzedzeń, co może nie zawsze udaje się nam. Jezus pozostaje sobą w każdych okolicznościach. W medytacji dobrze nasycać się Jego wewnętrzną wolnością i pokojem.

Niech zasłuchanie w Słowo i zapatrzenie w Jezusa uczy nas Jego prostolinijności i konsekwencji w naszych zachowaniach wobec innych, zwłaszcza kiedy przychodzi nam stawać po stronie prawdy i dobra. Medytacja pragnie czynić nasze serca prostymi, wolnymi  i odważnymi przez moc Słowa, które na nie oddziałuje.

Jezus zwraca się dziś w Ewangelii do ludzi opanowanych przez złe myśli. Stara się ich poruszyć i uzdrowić swoim Słowem. To doświadczenie także można odnieść do praktyki medytacji, kiedy różne myśli, obrazy, rozproszenia pragną odebrać nam skupienie. Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, że tym, co broni nasze serca i umysły przed rozproszeniami, ale i pewnego rodzaju zatwardziałością jest Słowo, którym się posługujemy w medytacji i towarzysząca mu łaska.

Mówiąc o zatwardziałości serca mamy na myśli częstą niezdolność współczesnego człowieka do doświadczenia Boga, powiązaną najściślej z kryzysem modlitwy. Jak pisze szwajcarski teolog i działacz ekumeniczny Kurt Marti: „Niezdolność do modlitwy współczesnego człowieka Zachodu, czy wręcz jej zanik – jest religijnym zawałem serca dzisiejszego chrześcijaństwa, który stał się przyczyną wszystkich innych kryzysów Kościoła. Jeśli możliwy jest jakiś ratunek, to tylko przez odnowę modlitwy. Modlitwa jest bowiem pulsującym znakiem życia duchowego.”

Podobną diagnozę stawiał też Merton pisząc, że: „zachodnich chrześcijan dręczą niekiedy posępne myśli, że są dziećmi schyłkowej kultury. W obliczu dzisiejszej kultury Zachodu, który – jak sądzą – znużony jest modlitwą, albo stał się do niej często niezdolny, marzą o odnalezieniu swojego „ja” i o religijnej odnowie szukając impulsów ze strony medytacji dalekowschodniej” [Dziennik Azjatycki].

Innym wymiarem rzeczonej zatwardziałości serca jest wspomniane w ostatnim wprowadzeniu „mechaniczne serce” i jego skutki. Aby wyjaśnić czym jest owo mechaniczne serce warto przywołać opowiadanie chińskiego filozofa Czuang-cy, w którym mówi on o starym człowieku, który aby nawodnić swój ogród, z największym trudem wyciągał raz po raz z głębokiej studni napełnione wodą naczynie. „Pewien przechodzący obok wędrowiec poradził mu, aby czerpał wodę ze studni za pomocą wału z korbą i łańcuchem, żeby ułatwić sobie pracę. Na co starzec z gorzkim uśmiechem odrzekł: – Jeśli ktoś posługuje się maszynami, to wszystkie swoje sprawy załatwia jak maszyna a kto swoje sprawy załatwia jak maszyna, nabywa mechanicznego serca. A jeśli ktoś ma mechaniczne serce to traci czystą prostotę. Kto zaś utraci czystą prostotę, staje się niepewny w poruszeniach swojego ducha. Niepewność zaś w poruszeniach ducha jest czymś, co sprawia, że tracimy prawdziwy sens życia”. [O przekleństwie maszyny].

Od czasu napisania tej opowieści technika gigantycznie zmieniła świat, życie, ale też sposób myślenia człowieka. Niestety zmiana ta – Czuang-cy mówi o utracie czystej prostoty – nie ominęła także doświadczenia wiary i modlitwy, lub używając słów Mertona „gruntownie ugodziła i zraniła religijne korzenie człowieka”. Ponieważ nauczyliśmy się myśleć naznaczeni współczesnym rozwojem techniki sami często nie potrafimy już dostrzec tych głębokich przemian naszych wyobrażeń o sobie, o świecie, o Bogu i naszym stosunku do Niego, jakie dokonały się w ostatnich dekadach.

Stąd potrzebny jest nam – jak wspomniano na początku dzisiejszego wprowadzenia – powrót do prostoty, wewnętrznej wolności i życia w prawdzie, które to cechy znajdujemy u Jezusa i których tylko On może nas na nowo nauczyć – jak pisał Merton w Nowym posiewie kontemplacji – przez medytacyjne milczenie, które jest czymś więcej niż tylko zwyczajną ciszą spowodowaną brakiem słów. Milczenie to nic innego jak zachowaniem uwagi dla Boga. To intensywny kontakt z Nim na poziomie serca otwartego na łaskę, która przenikając całą naszą istotę staje się zaczynem prawdziwej i głębokiej przemiany człowieka na poziomie zarówno jego świadomości jak i podświadomości. Dlatego właśnie jedną z podstawowych dróg prowadzących do odnowy duchowej w Kościele jest kontemplacja, w której wielu teologów schyłku XX wieku widziało ratunek dla dotkniętego coraz bardziej mechanicznym sercem chrześcijaństwa. Jak pisał Karl Rahner: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”.