Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Na krańcac świata…

I stało się!!!
Choć na Nordkappie nie ma praktycznie nic poza jednym niedużym obserwatorium atronomicznym, muzeum i kawiarnią, no i oczywiście garstką turystów (mamy szczęście bo nie ma tłumów, gdyż turystykę w tym roku dotknął kryzys sięgający aż do Przylądka Północnego), to wrażenie, że stanęło się na końcu świata, widok oceanu arktycznego i niezwykłość białych nocy po tysiąckroć wynagradzają wysiłek podróży. To niezwykłe stanąć nad ponad trzystu metrowym urwiskiem i zapatrzyć się w bazgraniczną toń oceanu, ze świadomością, że przez najbliższe dwa tysiące kilometrów nie ma już nic a potem jedynie Arktyka.
Myślę, że to miejsce po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że w życiu naprawdę ważniejsze jest to by być, a nie mieć. 
I jeszcze jedno, jak zwykle zaskakujące zjawisko, które dane mi jest odkryć w tym niezwykłym miejscu. Cisza. Cisza tak niezwykła, niesamowita, niemalże namacalna, że pozostaje jedynie usiąść i pomedytować…
Co też niniejszym uczynię.

Lofoty i medytacja

Żeby nie było za łatwo zdobyć północny przylądek Europy zboczyliśmy nieco w naszej podroży na Zachód. Zwiedzać bowiem Norwegię i nie odwiedzić Lofotów – tego jedynego w swoim rodzaju archipelagu byłoby grzechem nie małym.
Tak wiele w tym pięknym kraju mnie już zachwyciło i zaskoczyło, że każdy dzień, który nie przyniósł by nowego zauroczenia pięknem przyrody i otwartością tutejszych mieszkańców uznałbym za zmarnowany. Oczywiście nie było dla mnie niczym nowym, że po raz kolejny moim oczom ukazały się zapierające dech w piersiach widoki głęboko wcinających się w ląd fiordów.
Wydawać by się mogło, że przez kolejne dwa tysiące kilometrów człowiek już potrafi nacieszyć oko tymi niezwykłymi formacjami skał ostro schodzących ku turkusowym wodom morza, tymczasem pięknem nie da się nasycić na zapas. Z każdym bowiem nowo zdobytym fiordem pragnie się więcej i więcej obcowania z ich niepowtarzalnym urokiem.
Dla mnie Norwegia to kraj, który zachwyca przede wszystkim swoimi cudami natury. Wcale nie dziwię się Norwegom, że niechętnie wyjeżdżają dalej, poza swój kraj, za to kochają wynajdywać ciche zakątki, gdzie delektują się ciszą i radością obcowania z surową przyrodą.
Takie widoczki to chleb powszedni w Norwegii. Czasem jeden, czasem kilka domków, zbudowanych nad brzegiem fiordu lub jeziora, zupełnie oddalonych od cywilizacji. I jak tu nie czuć, że człowiek naprawdę żyje i odpoczywa! Nie można się w tym „przedsionku raju” nie zakochać. Zatoki o krystalicznie czystej wodzie, wciskające się między majestatyczne góry działają na człowieka wprost magicznie. Panująca tu na każdym kroku cisza uspokaja skołatane nerwy i sprawia, że zapomina się o prozie życia i że chciałoby się tu zostać jak najdłużej. Jeżeli można mówić o miejscu idealnym do medytacji, to tutaj takich miejsc jest mnóstwo i to na wyciągnięcie ręki. Naprawdę kontemplując dzikie piękno norweskiej przyrody można wyobrazić sobie, że jest się biblijnym Adamem, dla którego Bóg stworzył te wspaniałe krajobrazy. Tym bardziej, że im dalej na Północ, tym obecność człowieka staje się coraz rzadsza.
Nie oznacza to bynajmniej, że ludzi się tu nie spotyka. Jest tu także wiele osad i miast. I ku mojemu zaskoczeniu właśnie owi spotkani na drodze mojej podroży ludzie zaskoczyli mnie najbardziej. Zupełnie bowiem nie byłem przygotowany na to, że w tym dosyć wyludnionym regionie jakim jest północ Norwegii, skądinąd luterańskiego kraju spotkam katolickich księży i to w dodatku… Polaków.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy będąc na Lofotach dowiedziałem się, że cała północna część Norwegia konkretnie mieszkający tu katolicy „obsługiwani” są przez czterech katolickich księży, z których aż czterech jest Polakami!
Wśród nich jest trzech cystersów, którzy w 2004 roku na prośbę miejscowego biskupa dotarli tu z opactwa w Jędrzejowie.
Oficjalne przybycie cystersów na archipelag Lofoty w północnej Norwegii miało miejsce 20 czerwca 2004 r. Tego dnia z polskiego Jędrzejowa do maleńkiej miejscowości Storfjord gård przybyło czterech mnichów cysterskich. Byli to o. Bernard Kurbiel, o. Dariusz Banasiak (superior), o. Christian Wójcik i Piotr Książek (oblat). Ich zadaniem było założenie nowej placówki, jak się okazało – pierwszego kontemplacyjnego męskiego klasztoru w Norwegii od czasów reformacji (!). Jedną z idei założenia nowego klasztoru było wykorzystanie naturalnych walorów pięknej przyrody tego regionu, która nie była skażona cywilizacją i idealnie nadawała się na nową placówkę misyjną. Należałoby tutaj wspomnieć, że aby się tam dostać, trzeba pokonać 2500 km (czyli jeszcze 300 km za kołem podbiegunowym (!).Na szczęście przybyli latem. Dzisiaj wraz z proboszczem miejscowej (największej bodaj na świecie parafii) ciągnącej się od Trondheim aż po Kirkenes otaczają opieką duszpasterską katolików ( cała wspólnota liczy ok. 200 osób) mieszkających na tym najbardziej wysuniętym na płłnoc terenie Europy.
Jak się okazało znalezienie mnichów, którzy chcieliby się sprowadzić na te tereny nie było wcale takie łatwe.
Inicjatorem założenia klasztoru i sprowadzenia zakonu kontemplacyjnego do Norwegii, był ks. bp Gerhard Goebel pochodzący z Niemiec, ordynariusz diecezji Tromso. Niestety, przez długie lata nie mógł on znaleźć w całej Europie męskiego zakonu kontemplacyjnego, który pozytywnie odpowiedziałby na zaproszenie i podjąłby się założenia klasztoru w tym miejscu. Pierwszy list z prośbą biskupa dotarł również do Jędrzejowa już w 1993 roku.
Miejsce przyszłej fundacji odwiedził rok wcześniej o. opat Edward Stradomski z Jędrzejowa z o. Bernardem, wykonali oni przede wszystkim dokumentację fotograficzną i filmową. Pozytywna decyzja o przybyciu mnichów zapadła w listopadzie 2003 roku. W niedzielę 5 sierpnia 2004 r. podczas Mszy św. pontyfikalnej z udziałem bpa Gerharda Goebela został uroczyście otworzony klasztor, który otrzymał nazwę: Klasztor Królowej Fiordów (norw. Klosteret Fjordenes Dronning) – tytuł nawiązuje do tradycji cysterskiej, a zwłaszcza do jego maryjnej pobożności. Nazwa ta została wybrana ze względu na typowy norweski krajobraz fiordów.
A zatem nawet w tak odległej krainie można znaleźć pokrewne dusze, z którymi można pomedytować rozumiejąc się bez słów, bo po cóż tu słowa, gdy podąża się tą samą duchową drogą św. Benedykta. Oczywiście tym razem słów nie brakowało i to w ojczystym języku. Tym bardziej, że wbrew pozorom nie ma tu na stałe zbyt wielu Polaków, więc ojcowie z radością witają każdego, kto mówi w ojczystym języku. Innym istotnym powodem tej radości jest to, że na co dzień ojcowie pracują w różnych miejscach tej wyjątkowo rozległej i ciągnącej się przez blisko 1000 kilometrów parafii. 
Wspomniałem wcześniej o proboszczu, gdyż oprócz cystersów pracuje tutaj jeszcze jeden polski ksiądz, będący od ponad dwudziestu lat proboszczem katolickiej parafii, której siedziba znajduje się w niewielkiej portowej miejscowości Hammerfest.
Na kilka dni przed naszym przyjazdem proboszcz – ks. Wojciech Egiert – należący do zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej (zakonu, który od ponad stu lat opiekuje się katolikami w Norwegii) obchodził swoje siedemdziesiąte urodziny ( na zdjęciu w środku).
W okolicach Hammerfest mieszka około dziewięćdziesięciu katolików, ale bywa i tak, że ksiądz Wojciech musi przebyć pięćset kilometrów, aby sprawować Eucharystię na prośbę wspólnoty, która mieszka w pewny oddaleniu od kościoła (!) Właśnie jutro ma do przejechania ponad pięćset kilometrów (w jedną stronę), bo grupa Polaków mieszkających niedaleko Kirkenes (8 osób) prosiło o Mszę świętą.
W Hamerfest mieszkają także polskie siostry elżbietanki, które od wielu dziesięcioleci wpisały się w klimat Norwegii. Kiedyś prowadziły tu szpitale, ale od kiedy prawo tego zakazuje towarzyszą swoja modlitwą i pracą tutejszym duszpasterzom.
A zatem Norwegia po raz kolejny mnie zaskoczyła. Tym razem nie tylko urokami natury, ale też niezwykłą niespodzianką w postaci osób, które Pan Bóg w niezwykły sposób postawił na mojej drodze podróży. Dzięki temu ta podróż coraz bardziej nabiera walorów podróży duchowej. Poza medytacją w ciekawych miejscach i z ciekawymi ludźmi mam bowiem niezwykłą szansę uczyć się ekumenizmu w mega-praktycznym wydaniu.
Niestety jak mówią tutejsi duszpasterze, choć relacje z protestantami są coraz lepsze, to ogromnym problemem Norwegii jest jej powszechne zlaicyzowanie a to czyni ekumenizm nie tylko trudnym, lecz nieraz niemożliwym, gdyż sami Norwegowie nie zaglądają za często do własnych świątyń, wiec cóż mówić o nabożeństwach ekumenicznych. Trzeba zatem na co dzień poprzestać na ekumenizmie praktycznym czyli ekumenizmie życia, tworzonym przez życie na jednym terenie przedstawicieli różnych wyznań chrześcijańskich.
Pisze tak i piszę, bo te białe noce zaburzają rytm dnia. Bo w sumie ciągle jest dzień, za oknem słońce wysoko nad horyzontem a na zegarku… dwadzieścia cztery minuty po północy! Chyba jednak wolę jak jest normalnie! Jutro, jak Pan Bóg pozwoli zdobywamy Przylądek Północny!

Przymuszeni do medytacji

Kolejny dzień naszej podróży po Skandynawii. Dzisiaj przekroczyliśmy granicę koła podbiegunowego. Od jutra, jak piszą w przewodniku będziemy przejeżdżać przez tereny, na których średnie zaludnienie nie przekracza dwóch osób na kilometr kwadratowy. Innymi słowy łatwiej tam spotkać renifera niż człowieka.
Dzisiaj podróżując przez bezdroża Norwegii muszę przyznać, że poczułem prawdziwy podziw dla Norwegów, zwłaszcza tych mieszkających na północy kraju, gdzie niejednokrotnie jeden dom od drugiego jest oddalony o całe kilometry. Zresztą nawet, gdy spotyka się większe skupiska domów – zupełnie nie przystające do naszego pojęcia wsi – to człowiek zastanawia się z czego oni się utrzymują? Bo ani tu urodzajnej ziemi, ani hodowli a do miasta bywa, że jest ze trzysta kilometrów. 
Okazuje się, że wielu z nich jest zatrudnionych przez różne firmy a pracują w domu przez internet. Przy czym mój podziw wzbudza fakt, że zastanawiam się jak oni żyją na tym pustkowiu? Brak towarzystwa i duże odległości do potencjalnych sąsiadów a ponadto klimat, który ze względu na obfitość śniegów potrafi człowieka skutecznie unieruchomić przez pół roku sprawia, że człowiek może zostać albo mistykiem albo alkoholikiem. Wybór nie za duży, ale jak ktoś jest towarzyski to raczej rejon nie dla niego. Owszem jest coś w tych bezkresnych zalesionych wzgórzach i głęboko wcinających się w ląd wodach, co skłania do medytacji. Nie dziwi mnie wiec, że we wczesnym średniowieczu ciągnęły tu zakony szukające ciszy i spokoju. Naprawdę Norwegia to dobre miejsce na rekolekcje i zmierzenie się ze szkołą przetrwania „sam na sam ze sobą”.
Niemniej chyba jednak Norwegowie lubią towarzystwo a przynajmniej są bardzo gościnni, zwłaszcza ci na północy kraju. Może to konsekwencja tego, że tych ludzi jest tu przez większość roku niewielu i w sezonie turystycznym nadrabiają braki i ładują akumulatory „towarzyskości”.
Poza tym nie spotkałem jak dotąd medytującego Norwega. Ale jeszcze wszystko przede mną. Mam nadzieję odwiedzić po drodze pewne zakonnice – karmelitanki. Może one przynajmniej medytują. 
Dzisiaj mijamy Narwik, gdzie przenocujemy.  Jutro Lofoty. A potem jeszcze dalej na północ przez Laponię. Pozdrowię od Was Świętego Mikołaja. Może on medytuje. Przynajmniej przez tę część roku, gdy nie roznosi prezentów.

szukanie człowieka

… co do tego szukania człowieka, o którym wspomniałem, to póki co nie ma z tym problemu. Ale im dalej podróżujemy na północ Norwegii, tym gęsto zaludnione osiedla są coraz rzadsze. Mamy za sobą dopiero ponad tysiąc kilometrów. Poprzedni nocleg spędziliśmy pod Trondheim – jednym z ostatnim dużym miastem (150 tysięcy mieszkańców) wysuniętym na północ.
To o ile dobrze pamiętam Sokrates zadał sobie trud wędrowania w poszukiwaniu człowieka. Zwłaszcza jego definicji – w wymiarze filozoficznym. Zawsze urzekała mnie prostota jego filozofii i celność spostrzeżeń, jakie można odnaleźć w „Dialogach Platońskich”.  Bawiły mnie do łez historie prześcigania się Sokratesa z Platonem w ich sposobie pojmowania natury świata i człowieka.
Jedna z nich opowiada o tym, jak to Platon ułożył definicję człowieka, mówiąc, że „człowiek to zwierzę dwunożna i nieopierzone”. Na co rozbawiony Sokrates złapał koguta, oskubał go do gołej skóry, po czym puścił go wśród zgromadzonych i pełnych podziwu dla geniuszu Platona słuchaczy, krzycząc: „Oto człowiek Platona”. Zawsze ujmowała mnie prostota i przenikliwość myśli Sokratesa. Myślę, że ma ona coś z doświadczenia medytacji, która uczy człowieka spoglądać na świat nie komplikując zazabytnio spraw, ale także nie pozbawia go tej szczypty humoru, wypływającego z dystansu do siebie i do życia i świadomości tego jak niewiele od nas zależy…
Dobrze czasem pozna takich filozofów jak Sokrates, żeby nie brać życia zbyt poważnie. To ważne także w doświadczeniu duchowym…
Skandynawowie lubią prześcigać się w różnych rekordach. Jeden z nich przysługuje właśnie Norwegom – jest to najdalej na północ wysunięte miasto, które posiada tramwaje :-) I jest nim właśnie Trondheim.
Ze znalezieniem ciszy jest jednak łatwiej. Wystarczy wyjechać parę kilometrów za miasto i można tam znaleźć takie obrazki
Norwegowie cenią sobie domki na odludziu, gdzie chętnie wyjeżdżają. Tym bardziej, że znalezienie urokliwego miejsca wśród gór lub nad wodą nie stanowi dla nich problemu.
Im dalej na Północ, tym mniej osiedli i rzeczywiście podobne skupiska jak to poniżej mogą już walczyć o rangę uznania ich za miasto:
Miejsce w sam raz na poszukiwanie atmosfery do medytacji. Tylko czy również na dłuższe osiedlenie się?
Swego czasu Thomas Merton poszukiwał miejsca odosobnionego, w którym mógłby założyć swoją upragnioną pustelnię. W tym celu udał się między innymi na Alaskę i zachwycał się pustymi terenami pełnymi ciszy, dzikiej przyrody i piękna. Myślę, że Norwegia wywołała by w nim podobne uczucia.
Dzisiaj dane mi było odkryć miejsce, gdzie w XI wieku powstał w Norwegii klasztor benedyktynów. Niestety po Reformacji i protestantyzmie jaki zdominował półwysep klasztory katolickie zlikwidowano. Początkowo było miejsce zamieszkania lokalnych władz, potem więzienie a obecnie to miejsce pikników i zwiedzania ruin. Ale duch pozostał…
 Dobra, czas spać, bo jutro dalej na Północ. Przekraczamy koło podbiegunowe.

Cisza, jako droga do ubóstwa i obecności

Językiem, jakim posługuje się Medytacja Chrześcijańska jest cisza. Mantra jest dyscypliną bezinteresownej uwagi, której zadaniem jest sprowadzenie skoncentrowanej na sobie myśli do poziomu ciszy. To jest cisza, która jest miłością i która jest otwarta. Otwarta na innych jak i na bezgraniczne Inne, na Boga, który zamieszkuje w nas w jakiś paradoksalny i tajemniczy sposób. Bóg jest Miłością, naucza św. Jan. Niedługo przed swą śmiercią św. Teresa z Lisieux leżała w klasztornym lazarecie nie mogąc spać. Jej siostra Celina spojrzała na nią i zapytała, co robi.

„ Modlę się”- odpowiedziała Teresa.
„ A o co mówisz Bogu?” – zapytała Celina
„ Nic nie mówię. Kocham Go.”
Medytacja Chrześcijańska jest kochaniem Boga.
Każda modlitwa jest rozmową z Bogiem, niekoniecznie jednak musi ona odbywać się za pomocą słów. W Medytacji Chrześcijańskiej językiem obu rozmawiających stron jest cisza. Według św. Jana od Krzyża  po Bożej stronie dialogu Jego słowo to udzielanie łaski: „Językiem Boga są Jego owoce, jakie rodzą się w naszych sercach”.
Te owoce to udział w życiu Boga, zwany komunią.  Owa komunia, to wzajemne przebywanie w sobie, odbywa się w ciszy. Im więcej ciszy, tym lepiej. Jest czas mówienia do Boga, ale to nie jest czas Medytacji Chrześcijańskiej.  Św. Jan od Krzyża stawia prymat ciszy w bardzo zdecydowanych słowach: „ Język, którego Bóg słucha najchętniej, jest milcząca miłość”. Mistrz Eckhart ujął to podobnie: „ Nic Bogu nie sprawia większej przyjemności, niż cisza”.
Mantra wypowiadana jest w milczeniu, wewnętrznie, by od początku do końca Medytacji wspierać wewnętrzną ciszę. Ustaje dopiero wtedy, gdy modlący sprowadzony jest do miejsca absolutnego spokoju i nie jest już w stanie artykułować frazy. W tym punkcie nasz umysł jest w jedności z Bogiem. „Ponowne podejmujemy powtarzanie mantry, gdy zauważamy, że nasze własne myśli  przerwały ciszę” (John Main). Mantra wymawiana jest z  „bezinteresowna uwagą”. To jest coś więcej, niż połowiczna czujność zwykłej dyskursywnej świadomości. Jest to niedyskursywna, skupiona w jednym punkcie uważność z wykluczeniem wszystkiego innego. Cała energia duszy i umysłu modlącego skoncentrowane są na mantrze, jako ścieżce do Boga. W  miarę, jak nasza świadomość oswaja się jej z dźwiękiem, mantra coraz bardziej zakorzenia się w nas. I tak przechodzimy od  jej wymawiania do wybrzmiewania, wsłuchiwania się w nią z coraz to większym skupieniem. Gdy w końcu zanika, wtedy sama świadomość zatraca się w ciszy Boga.
Ja sam mam nadzieję odkryć tę ciszę. Właśnie rozpocząłem moją podróż po Skandynawii. Czy będzie także duchową podróżą? Mam nadzieję… Zapewne będzie testem wytrzymałości, bo mam zamiar przebyć siedem tysięcy kilometrów przez dwa tygodnie i to bynajmniej nie samochodem. 
Zatem w jakimś sensie jadę szukać ciszy…
Zapewne nie trudno ją tam znaleźć, bo na przestrzeni większej niż powierzchnia Polski mieszka dziesięciokrotnie mniej ludzi, zatem cisza, zwłaszcza na bardziej wysuniętych na północ terenach wydaje się narzucać.
Ostatecznie, gdzieś za kołem podbiegunowym poszukiwanie ciszy może się przerodzić także w poszukiwanie człowieka…