Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Prymat bycia nad działeniem

Medytacja uczy nas prymatu bycia nad działaniem. I rzeczywiście z perspektywy wiary żadne działanie nie ma znaczenia (w głębokim tego słowa znaczeniu), jeśli nie bierze swego początku w byciu. Nie chodzi jednak o jakiekolwiek bycie, lecz o bycie przed Bogiem. Życie chrześcijanina, to życie, które jest, które trwa przed Bogiem non stop, przez 24 godziny na dobę, przez 365 dni w roku. Św. Paweł w wielu miejscach podkreślał, że nasze życie już tu na ziemi zanurzone jest w Bogu. Dobrze przeżywane chrześcijaństwo, to nieustanne wzrastanie w tej świadomości. Jest to świadomość, która wskazuje najgłębszy sens i cel naszego życia, świadomość, która chroni nas przed bylejakością.
Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana . I wżyciu wiec i w śmierci należymy do Pana. Życie w Bogu i dla Boga jest treścią, źródłem i celem życia chrześcijanina. Znaleźć inną treść, Iny cel, to rozminąć się ze swoim powołaniem, ale tez rozminąć się z samym sobą.
Doświadczenie medytacji jest droga, która wyprowadza nas z mielizny, a wprowadza na głębię. Uczyć się żyć naprawdę, to uczyć się czerpać z pełni życia. Do tego zostaliśmy zaproszeni! Jest to nauka stawania się osobą w pełni na wzór samego Jezusa. Tajemnica chrześcijaństwa tkwi w tym, że przeżywając nasze życie, przeżywamy je czerpiąc z konsekwencji faktu jakim jest nasze stworzenie i odkupienie będące owocem bezinteresownej miłości Boga. To właśnie zanurzenie w tę miłość przez doświadczenie medytacji i kontemplacja tej miłości stają się w nas źródłem niewyczerpanych sił, stają się źródłem odkrywania prawdy o nas samych i naszej wartości, którą odkryć możemy jedynie na płaszczyźnie miłości Boga. Doświadczenie tej miłości uświadamia nam, że już nie żyjemy w taki sposób, jakbyśmy mieli do wyczerpania tylko ograniczony zasób życia i sił. Chrystus uczy nas, że posiadamy nieskończone życie, jeżeli jesteśmy jedno ze źródłem naszego istnienia jakim jest Bóg. Praktyka medytacji, jest właśnie tą drogą, która w najprostszy sposób wprowadza nas w pełne zjednoczenie z naszym Stwórcą. Im wierniej będziemy szli tą drogą, tym mocniej będziemy doświadczali tego, że owo zjednoczenie nie jest już tylko doświadczeniem medytacji, ale dzięki niej przenosi się na całość naszego życia, na naszą codzienność, tak, że wreszcie możemy powiedzieć i doświadczyć, że Bóg jest rzeczywiście wszystkim we wszystkim, co robimy i czym żyjemy.
Medytacji jest doświadczeniem, w którym my sami świadomie rezygnujemy z przewodzenia w naszym życiu i z pokorą wchodząc w przestrzeń, która dla nas zawsze pozostaje tajemnica pozwalamy by Chrystus, który jest naszym Przewodnikiem i Mistrzem prowadził nas do tego źródła naszego istnienia. On sam, jako człowiek w pełni zrealizował swoje człowieczeństwo, właśnie przez swoją całkowitą otwartość na Boga i posłuszeństwo Jego woli. Codziennie medytując jesteśmy zaproszeni do tej samej otwartości, jaka była udziałem Jezusa.
A ponieważ nie zawsze potrafimy sami to uczynić, nie zawsze sami potrafimy znaleźć drogę do tej otwartości i do zjednoczenia ze Bogiem pozwólmy, aby sam Chrystus nas tam prowadził przez doświadczenie medytacji, będącej powierzeniem się Jemu bez zastrzeżeń.

Uczymy się jak być sobą…

    
Medytacja to proces ciągłego uczenia się. W tym jednak wypadku jest to nauka nie tyle robienia czegoś, co bycia. Jest to przede wszystkim uczenie się jak być sobą. Gdyż tylko będąc sobą mogę iść drogą zbawienia, mogę smakować prawdziwą jakość i radość bycia i wreszcie tylko będąc sobą mogę spotkać i doświadczyć obecności Boga. Bóg bowiem nie chce zbawiać i nie chce spotykać się z jakimiś wyobrażeniami o mnie, które w sobie noszę; nie chce zbawić i spotykać się z kimś kogo rolę usiłuję grać w życiu lub kogo maskę noszę. Bóg pragnie zbawić mnie i spotkać się ze mną w mojej indywidualności i niepowtarzalności. I takiego właśnie – niepowtarzalnego i wyjątkowego – mnie kocha, akceptuje i chce mnie nauczyć tego samego, bym kochał się i akceptował w mojej indywidualności i niepowtarzalności, jakie mi dał.
Medytacja to zatem sztuka uczenia się bycia sobą, takiego jakim chce i widzi mnie Bóg. To nauka wejścia w dar własnego istnienia i uczenia się radości, która z tego istnienia wypływa. Tym Bardziej, że jest to istnienie zanurzone w obecność i miłość Boga, które są jego źródłem. Doświadczenie medytacji chce nas prowadzić do tego Źródła, do Źródła obecności i miłości wytryskującego w naszym wnętrzu.
Doświadczenie medytacji, która realizuje się przez wsłuchiwanie się w słowo miłości będzie powodowało, że stopniowo będą otwierały się przed nami poziomy świadomości, do których możemy dotrzeć jedynie trwając zanurzeni w głębię ciszy. Ta cisza jednak nie jest nigdy pustką. Świat ciszy, w który wprowadza nas medytacja jest ciszą przepełnioną Obecnością. Jest to z jednej strony obecność Boga, ale też moja obecność, moje bycie tu i teraz. To dzięki spotkaniu tych dwóch obecności nawiązuje się głęboka i intymna relacja będąca tajemnicą miłości.
Można  by zatem powiedzieć, że medytacja jest nauką przyjmowania daru naszego własnego istnienia, daru naszego stworzenia – będącymi darami czystej i bezinteresownej miłości Boga. Odkrywanie tej miłości uczy nas odkrywać sens wszelkiej religijności. Gdyż jedynym uzasadnieniem dla religii, jeśli ta ma być prawdziwie i głęboko przeżywana jest ostatecznie miłość i nic więcej.
To właśnie miłość uczy nas harmonii ze swoim własnym istnieniem i faktem naszego nieustannego stwarzania a tym samym harmonii z wszelkim stworzeniem wokół nas, jak i harmonii z samym Stwórcą. A doświadczenie medytacji pozwala na odkrywanie tej harmonii, zanurzanie się w niej i jej pogłębianie.   
Życie jako poszukiwanie…
siebie!
Kiedyś jeden hinduski guru powiedział mi, że doświadczenie, które przerywa kolo samsary, to nic innego jak odnalezienie swojej własnej tożsamości. Chodzi o tożsamość w Bożej perspektywie. Dopóki tego nie uczynimy, jesteśmy skazani na uwięzienie w kręgu narodzin i śmierci.
Nauka o reinkarnacji jest sprzeczna z chrześcijańska wizją świata i zbawienia. Nie mniej czyż nie jest prawdą fakt, że mamy do osiągnięcia podobny cel: na tym właśnie polega sens naszego życia i powołania, aby rozpoznać to kim się jest (w Bożym zamyśle) i to zaakceptować. Ktoś mógłby powiedzieć, że jesteśmy w gorszej sytuacji niż wyznawcy Hinduizmu. Mamy bowiem do dyspozycji tylko jedno życie. Ale prawda wygląda zupełnie inaczej. Mamy bowiem do pomocy Ducha Świętego wraz z Jego mocą. Wystarczy uczynić jedno! Dać Mu się prowadzić. On doprowadzi nas do całej prawdy – jak zapewnia nas Chrystus. A poza tym mamy niezawodnego Mistrza – Jezusa, który żyjąc pełnią swego życia i człowieczeństwa zrealizował ten cel. Jak sam o sobie mówi w Ewangelii według św. Jana: wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. Wystarczy Go jedynie naśladować.



Żyć dla siebie
sam
samego
samemu
sobą
sobie
Na chwilę
Na życia chwilę zaledwie

Nie
Na zawsze

Inspiracje

Nie jesteś tym, kim myślisz, że jesteś
– lecz tym, kim się stajesz, gdy myślisz, kim jesteś.
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=t8ZXsQFAoxw?fs=1]
To utwór, który wielu muzykom i piosenkarzom posłużył za motyw przewodni skomponowanych przez nich utworów. Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałem go w Piwnicy pod Baranami, mieszkając Krakowie. Bardzo mocno go wówczas odebrałem.
To sztandarowy, piękny utwór, w wykonaniu artystów – moim skromnym zdaniem jednego z najlepszych w Polsce Kabaretów.
Sam utwór powstał w 1927. W 1933 autor złożył go w formie życzeń na Boże Narodzenie dla przyjaciół. W 1948 wdowa po Maxie Ehrmannie opublikowała go w tomiku The poems of Max Ehrmann, skąd dwa lata później, w 1950, do zbioru nabożnych pieśni zaczerpnął go pastor kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore. Dopiero tą drogą Dezyderata dostała się do kultury masowej. Plotka na temat anonimowego autora i błędna data powstania — 1692 — pochodzą stąd, że strona, na której znajdował się tekst utworu w owym zbiorze, miała nagłówek z informacją: „Stary kościół św. Pawła” i datą 1692 (w rzeczywistości to data budowy kościoła). Wskutek częstego kopiowania jedynie tej strony, informacja zaczęła być błędnie odczytywana. Tyle historii. 

A swoją drogą to dobry tekst na medytację…

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie, bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie i wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść. Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha.
Porównując się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz gorszych i lepszych od siebie.
Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości. Wykonuj swą pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna; ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa.
Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty. Wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu. Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia, ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.
Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.
Nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj. I czy to dla ciebie jest jasne czy nie, wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze. Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek on ci się wydaje. Czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, zachowaj spokój ze swą duszą.
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.
Bądź pogodny. Dąż do szczęścia.

Medytacja – prostota bycia

Prostota medytacji jest jednym z wielkich wyzwań jakie stawia ona dziś przed tym, kto zdecyduje się wejść na drogę jej doświadczenia.

Jest to prostota, która sprzeciwia się tak powszechnemu dziś przekonaniu, że jedynie to, co jest skomplikowane, jest też wartościowe.
To także wyzwanie w sferze ducha. Życie Duchowe, życie modlitwy bowiem stawia przed nami również wielką gamę wyborów sposobów modlitwy. Pogłębianie życia duchowego domaga się od nas, byśmy szukali takiej formy modlitwy, w której najpełniej się odnajdujemy. Naturalnie znalezienie takiej formy jest jedynie pierwszym krokiem. Pogłębienie relacji z Bogiem na płaszczyźnie modlitwy powinno prowadzić w rezultacie do tego, aby każda i każdy z nas wniósł w modlitwę swój najbardziej osobisty i charakterystyczny rys. W ten sposób można powiedzieć, że tyle jest form modlitwy ile jest modlących się i tyle jest również form medytacji ilu jest medytujących.
Niemniej ważne jest, aby pozostać wiernym praktyce, która przyjmujemy za swoją. Odnalezienie siebie w formie medytacji jaką proponuje o. John Main nie oznacza jednak, że nie będziemy na drodze tej praktyki doświadczali trudności. Będziemy, gdyż droga medytacji tak jak każda forma modlitwy podlega tym samym procesom. Na drodze jej rozwoju będziemy doświadczali momentów euforii, oschłości, kryzysów czy oczyszczeń, które mają nas prowadzić do jeszcze głębszego doświadczenia i wejścia w sferę sacrum. Jedynie wierność raz obranej metodzie modlitwy, bez ulegania pokusie ucieczki od tego co trudne i wymagające pędzie pogłębiała naszą duchowa intuicję, wprowadzając nas przez prostotę tej modlitwy w głębsze pojmowanie chrześcijańskiej perspektywy.
To nie przypadek, że dla nas ludzi medytujących tak wielkim wzorem jest Maryja – właśnie w jej prostocie stawania przed Bogiem, prostotę Jej zawierzenia. To właśnie Ona uczy nas odwracać się od różnorodnych możliwości, jawiących się przed naszymi oczyma, po to by skoncentrować się na tym, co dla nas – chrześcijan najważniejsze – na prostocie bycia.
W medytacji – jak pisze o. John Main – aby być w drodze musicie dojść do takiej prostoty, która pozwoli wam odwrócić się od wszystkiego, po to, abyście naprawdę mogli pozostawać harmonii i wolności. Medytacji bowiem to otwarcie się na rzeczywistość, którą odkryć i spotkać możemy tylko w głębinach naszego istnienia. Aby jednak było to możliwe musimy wchodzić w milczenie, musimy pokochać ciszę. To nadzwyczajne, że pomimo wszystkich rozrywek świata współczesnego i zamętu jaki on wnosi w nasze wnętrze właśnie cisza jest dla człowieka największym skarbem i przestrzenia jego odpoczynku oraz spotkania ze sobą samym i Bogiem. Jednak zwłaszcza dzisiaj, im trudniej o te przestrzeń ciszy, paradoksalnie tym bardziej trzeba nam ofiarować więcej woli, czasu i energii, aby o nią zwalczyć.

Prymicja – medytacja o kapłaństwie

Dzisiaj dane mi było uczestniczyć w Mszy prymicyjnej jednego z moich wychowanków z Seminarium a zarazem przyjaciela Zbyszka Sawiaka w par. Przemienienia Pańskiego w Grodzisku Mazowieckim.
Jak każda prymicja tak i ta była niezwykłym przeżyciem. Z tej racji może dobrze byłoby podzielić się kilkoma myślami o kapłaństwie…
Kapłaństwo – wyjątkowe powołanie… Nie oznacza to pomniejszenia wszystkich
innych ludzkich powołań, gdyż każde zachowuje swą niepowtarzalność. Chodzi raczej o
podkreślenie tego, że ksiądz otrzymał od Chrystusa sakramentalne upoważnienie do
przedstawiania wiernym Słowa Boga, które stało się Ciałem tak, aby łatwo można było
spostrzec, że to nie on sam tym Słowem dysponuje. Z opisanym faktem wiąże się coś
naprawdę ważnego…
Otóż, wszyscy tworzymy Kościół, którego istotę św. Paweł zawarł w przejmującej
metaforze ciała Chrystusa. Oznacza to, że Chrystus jest obecny w Kościele nie w pewien
symboliczny czy wirtualny sposób, lecz realnie, jako żywa Osoba. Dlatego – tak dobitnie
powiedział jeden z teologów – Kościół ma nad każdym z nas swego rodzaju przewagę, stoi
przed nami jako pierwszy. Nie chodzi tutaj o jakąś władzę czy określone formy zewnętrznego
nacisku. Mam na myśli to, że przez sakramenty i słowo Kościół nas uczy i wspiera w
chrześcijańskim życiu, w takim stopniu, w jakim jesteśmy gotowi te dary przyjmować. Jest
więc – jak łatwo zauważyć – nieuchronnie hierarchiczny, a nawet ekskluzywny, ponieważ
niektórych swoich członków uważa za bardziej wykształconych lub duchowo
zaawansowanych.
Co prawda, wszyscy jesteśmy zjednoczeni w Chrystusie, lecz wspomniana przeze
mnie metafora organizmu pozwala na stopniowalne zróżnicowanie funkcji. Zatem chcąc być
księdzem szczęśliwym, trzeba odnaleźć swoje miejsce w Kościele, swoje małe powołanie w
zasadniczym powołaniu do kapłaństwa i nigdy nie przeżywać druzgocącego niepokoju z tego
powodu, że ktoś inny zyskał w Kościele znaczniejszą godność czy bardziej eksponowane
miejsce.
Ale jak usłyszeć głos Boga? Samo pytanie wydaje się jako źle postawione.
Ewentualnego głosu Boga nie sposób przecież po ludzku usłyszeć, jak nawoływań ojca czy
przestróg matki. On „działa” na całego człowieka, pobudza do najbardziej nieprzewidzianych
wyborów, które mogą dziwić także samego obdarowywanego. Na przykład Bóg sprawia, że
uświadamiamy sobie bardzo wyraźnie, że On patrzy na nas w jakiś wyróżniony sposób. Ale
może to pociągać za sobą dosyć niebezpieczne skutki. Kiedy bowiem jest się uznawanym za
osobę wyjątkową, zyskuje się takie same szanse bycia obiektem wzgardy, co przedmiotem
uwielbienia. Niemniej jednak chodzi tu o takie wybranie, które zamiast wykluczać innych,
ogarnia ich ramieniem. Nie jest to wybór na zasadzie uznania czy konkurencji, ale
serdeczności.
Żeby tak było, w całą tę sytuację musi włączyć się serce. Przecież każdy z nas – jak to
pięknie sformułował Henri J. M. Nouwen – od zawsze istniał w sercu Boga. Na długo przed
tym, gdy podziwiali nas rodzice, koledzy czy ktokolwiek inny, byliśmy już „wybrani”. Oczy
miłości już wcześniej uznały nas za kogoś cennego, pięknego, mającego wieczną wartość.
Kiedy nominuje miłość, robi to z doskonałą wrażliwością na unikalne piękno osoby wybranej
i czyni to tak, aby nikt inny nie poczuł się odtrącony. Oto droga kapłańskiego działania.
Kapłan powinien – zwłaszcza własnym przykładem – uczyć wszystkich, których spotyka w
ramach swej służby, pewnych chrześcijańskich dyspozycji. Zebrałbym je w następujących
powinnościach:
– należy przede wszystkim kochać i być posłusznym Kościołowi;
– nie poszukiwać miłości ludzkiej, nawet miłości najbliższych sobie, tylko dla siebie,
ale ku chwale Boga, pamiętając, że pokora i gorliwość wzrastają razem;
– ukrywać swe cierpienia i łaski przed ludźmi;
– nie nasłuchiwać pochwał; mówić o sobie tylko z ważnych nadprzyrodzonych
pobudek: dla dobra bliźnich lub przez posłuszeństwo;
– jak najmniej o sobie myśleć i odrzucać wyobrażenia dotyczące samych siebie lub
sytuacji odnoszących się do nas;
– zdać się na Boże miłosierdzie i nie poddawać się zgorzknieniu;
– starać się, aby Eucharystia stała się nieodłączną częścią życia, skarbem codziennych
dni;
– pielęgnować nabożeństwo do Matki Najświętszej, bo to Ona – Matka Boga
współuczestniczy w naszym Odkupieniu.
Te wskazania, choć wydają się dość oczywiste, wymagają uwagi i niekiedy
ascetycznego wysiłku. Zmuszają też do postawienia pytania: jak do każdego z nas z osobna
dotarło Boże wezwanie? Nie mogę odpowiedzieć w żadnym innym imieniu, tylko w swoim
własnym.
Owo dorastanie lub jak kto woli odczytywanie Bożego wezwania odkrywa się bardzo różnie. Jedni – podobnie jak ja – dochodzą do tego długo i czasem dopiero niejako z perspektywy, spoglądając wstecz widać jak ta droga Bożego zapraszania składana z małych kawałków rożnych wydarzeń, przeżyć, ludzkich świadectw układa się w harmonijną całość.
Myślę, że po raz pierwszy bardziej świadomie ta prawda dotarła do mnie przy okazji przejścia do szkoły średniej. Już wtedy musiałem coś przeczuwać, bo chodząc na pielgrzymki, dostałem od mojej chrzestnej obrazek z modlitwą o powołania. I jak daleko sięgam pamięcią odmawiałem te modlitwę, ze szczera intencja dodając na końcu: „Tylko nie mnie Panie Boże!”
Pewności nabrałem pod koniec szkoły średniej. Zwłaszcza, że z okna mojej szkoły – widać było po przeciwnej stronie Wisły wieże kościoła seminaryjnego na warszawskich Bielanach. Ale i tak poszedłem tam swoja drogą. Na około…
Bowiem decyzji o wstąpieniu do Seminarium nie podjąłem natychmiast. Wiedziałem, że niekiedy warto czekać, aby mogła umocnić się, albo na co pewnie tez po cichu liczyłem – mając własne plany na Zycie, wtedy wydawało mi się , że wspaniałe – może się rozejdzie!!!
Pod drodze był Kraków, studia, ale i tam Pan Bóg dbał o to abym zazbytnio się nie zagubił. To właśnie tam spotkałem benedyktynów a wraz z nimi pogłębiła się nie od razu zresztą uświadamiana – zażyłość między Chrystusem a mną. Z niej czerpałem siły do ewangelicznej wierności, aby próbować być „rybakiem ludzi”. Nie było i nie jest to łatwe.
Bo kiedy osiąga się duszpasterskie powodzenie, jest to zawsze niezasłużony owoc. Częściej,
niestety, bywa tak, że Kościół musi cierpieć z powodu kapłańskich grzechów. Zbyt wielu jest
takich, którzy zamiast ewangelicznego światła, przekazują ciemność i religijną gnuśność.
Siebie wystawiają na pierwszy plan. Trzeba się wówczas za nich żarliwie wstawiać do Boga.
Wierni nie wymagają, abyśmy my – księża byli światowi, cokolwiek by to miało
znaczyć, ale chcą kapłańskiej świętości, autentycznego znaku umiłowania Boga. Nazywają
nas często „duchownymi”, czyli po grecku pneumaticoi, zatem tymi, którzy mają
doświadczenie w Duchu Świętym i potrafią rozpoznać i rozbudzić w ludziach ukryte pokłady
dobra i ufności w Bożą logikę życia. Dlatego nie zadowalajmy się tym, co w praktyce
Kościoła jest konwencjonalne, usztywnione rutyną. Musimy pozwolić, by nas przeniknęło
tchnienie Boże, abyśmy mogli poznawać potrzeby stającego przed nami, jedynego w swoim
rodzaju człowieka. Nie przy udziale narzędzi psychologii, choć niekiedy i one mogą się
okazać przydatne, ale dzięki otwarciu na łaskę żywego Boga. Ostatecznie to wszakże On jest największym Psychologiem Świata! On nieustannie podtrzymuje świat w istnieniu, daje Siebie w sakramentach świętych, w Eucharystii. Znajduje się we wszelkim niesamolubnym geście miłości. Obdarzając powołaniem, Bóg oznajmia
równocześnie, że życie w wierze nie polega na poszukiwaniu słów mających przybliżyć Bożą
tajemnicę, ale przede wszystkim na konkretnym działaniu, zaczynającym się od miłości i opartej na niej głębokiej relacji z Bogiem, przez którą prześwieca błogosławieństwo. 
Wyrazem wiary jest modlitwa. Kto modli się naprawdę, żyje w pełni. O własnych
siłach możemy zaledwie unieść oczy ku niebu. W tym sensie wiary nie sposób wypracować
czy wymusić na sobie. Ona rodzi się z nieprzewidywalności życia, z wewnętrznego skurczu
dosięgającego człowieka w chwili, gdy uświadomi sobie osobistą kruchość i w swej miłości
dojrzy drobiny egoizmu. Apostołowie, ale też księża cieszący się urokiem kapłaństwa,
musieli jakoś intuicyjnie o tym wiedzieć, skoro natychmiast poszli za Jezusem. Ikoną w tej
sferze pozostaje dla mnie zwłaszcza święty Jan, ten z Wieczernika, z głowa opartą na piersi Jezusa, wsłuchujący się w bicie serca swego Mistrza, w bicie serca Boga. Czyż może być piękniejszy obraz Jego ucznia.
Dla mnie powołanie jest podążajmy jego śladem. Śladem miłości…
Powołanie trzeba wskrzeszać wciąż na nowo. Jest ono trudem dorastania do coraz
pełniejszej zażyłości z ludźmi i Bogiem, zgodą na to, kim się jest, choć owo „kim się jest” nie
oznacza przyzwolenia na grzechy i moralne potknięcia. Natomiast ważne pozostaje to, że
zostaliśmy objęci Bożym ciepłem. Zatem w aurze wolności musimy naśladować Jezusa, a w
przestrzeni tego naśladowania podpatrywać dobre czyny bliźnich.
Wśród nich dane mi jest na tej drodze szczęście spotykania starszych Kaplanów – niezwykłych świadków. Oni wyraźnie poświadczają, że w kapłaństwie rzeczą
normalną jest brak powodzenia, niewygoda, poczucie społecznego niedocenienia. Dlatego
usłyszawszy wezwanie Jezusa, nie możemy godzić się na żaden kompromisowy sposób
działania, zatrzymujący coś dla siebie, choćby tylko tę odrobinę – wydaje się – niegroźnych
ludzkich satysfakcji.
Czy to jednak nie heroizm? Czy żeby przyjąć dar kapłaństwa trzeba
dosłownie porzucić wszystko? Tak. Ale również po to, aby wszystko na nowo otrzymać w zupełnie innym wymiarze. Owo „wszystko” sugeruje, że należy dać się ponieść
żywiołowi wolności. Nie jest to wolność egoistyczna, wolność naszych pożądliwych uniesień
ani nawet estetycznych kontemplacji. To wolność pochodząca od Chrystusa, która nie
likwiduje walki człowieka ze sobą, z własnymi słabościami, ale prowadzi pod próg
Eucharystii. W Eucharystii bowiem spełnia się w zupełności cud kapłańskiego wybrania.
Jezus umiera i powraca do życia, aby ofiarować szczęście wieczności wszystkim, którzy tego
zapragną. Kapłani stoją na straży tego Boskiego depozytu, ale tez nie mogą zapomnieć o tym, że w to, co przeżywają w Eucharystii maja naśladować samego Jezusa – dawać się łamać po to by rozdawać swoje życie (swój czas, swoje siły, swoje talenty) innym…
Jeżeli o tym wiedzą i jeżeli znajdują w tym swoja radość i sens swojego zycia, nie skuszą ich najbardziej pociągające miraże tego świata.