Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Być z ludźmi…

Dwa dni mnie tu nie było, a co poniektórzy zaczynają się niepokoić. No cóż, w świecie samotników czy jak kto woli singli oraz panoszącego się indywidualizmu i egoizmu to raczej dobry znak. Gdy chodzę po tzw. „kolędzie” ciągle spotykam się z tym, że ludzie mieszkający obok siebie od lat nic o sobie nie wiedzą. Każdy ma swoje życie i obwarowany różnymi sposobami broni do niego dostępu. W poprzednim pokoleniu wydaje się, że było to nie inaczej. Nie tylko dlatego, że na każdej klatce żył ktoś, kto życzliwe donosił na sąsiadów odpowiednim służbom, ale także dlatego, że chyba otwartość była większa. Na przykład w kamienicy, w której mieszkałem do piętnastego roku życia na warszawskim Grochowie wszyscy znali się do tego stopnia, że do kilku sąsiadek mówiłem per „ciociu” zaś do sąsiadów „wujku”, choć nie było w naszych żyłach ani kropli wspólnej krwi. Gdy nie wzięło się klucza do domu szło się wówczas do rzeczonej „cioci” i nie tylko spędzało się tam długie godziny, ale jeszcze dostało się jeść. Wydaje się, że tamte czasy bezpowrotnie mięły i przypominają mi jeszcze o nich starsi ludzi żyjący od wielu, wielu lat na tej samej klatce schodowej, którzy ratują honor dobrosąsiedzkich stosunków. Choć to nie największy problem, który spotykam odwiedzając moich parafian. Bywają sprawy dużo większe i bardziej bolesne, jak choćby samotna kobieta, którą odwiedzałem zaledwie wczoraj i która nie ma kontaktu nie tylko z sąsiadami, obojętnymi na jej los, bo to staruszka, która ledwie się porusza po domu, ale również ze swoją córką, która klika lat temu wyprowadziła się od niej do Wielkiej Brytanii i od tej pory nie dała nawet znaku życia. Tak bardzo bolesne było dla mnie wyznanie tej kobiety, która mówi: „Proszę księdza, tak naprawdę modlę się każdego dnia o śmierć, bo po co i dla kogo tu żyć, skoro własne dziecko zapomniało, że ma matkę. Pamiętała, dopóki miałam trochę pieniędzy ale teraz niewiele mam i stałam się niepotrzebna”. Nawet nie sposób po ludzku znaleźć jakiekolwiek słowa pocieszenia i otuchy w takim przypadku. Pozostaje milczeć, gdyż jakiekolwiek słowa wydają się tutaj niewystarczające i niestosowne.
Oczywiście na blogu nie milczałem z tego powodu ani z żądnych innych głębszych motywacji, ale z czystego lenistwa, choć może szczególnie w Adwencie trochę owego milczenia by się przydało, żeby nie przegadać Tajemnicy Boga przechodzącego przez nasze życie. Tajemnicy, nad którą można się jedynie zadumać i zachwycić. 
Ktoś mnie zapytał wczoraj: „Czy lubi ksiądz swojego bloga?” Przyznam, że musiałem się chwilę zastanowić, nim odpowiedziałem. Pewnie w pierwszym odruchu chciało by się powiedzieć „tak”, ale myślę, że dobrze nie przejść nad owym „tak” do porządku dziennego lecz zadać inne pytanie: „jeśli tak, to dlaczego”? I tutaj odpowiedź wydaje mi się oczywista: ze względu na innych, z którymi mogę się spotkać przez to słowo i dla których mogę pisać. To tak jak z sensem kapłaństwa. Ono ma sens właśnie ze względu na tych, którym służy. I bywają czasem takie dni, że jest się zmęczonym, że po całym dniu lub kilku dniach siedzenia w konfesjonale pada się na przysłowiowy pysk, to jednak jeszcze nigdy – dzięki Bogu –  przez ponad czternaście lat mojego kapłaństwa nie doświadczyłem sytuacji, która nie pozwoliła by mi odkrywać wielkiej radości z tego bycia dla innych. I wydaje się nawet, że można odnaleźć tutaj pewną zasadę: im większe zmęczenie, które wyrasta z bycia dla innych, tym większa radość, którą Pan Bóg wlewa w serce księdza. A przecież i tak wszystko jest łaską: i zmęczenie, i siły do pracy, i radość z niej wypływająca i człowiek, który staje się w tej całej pracy największym darem. A zatem bycie tu to także dar, może bardziej dla mnie samego niż dla innych, którzy będą to czytać. Zatem za wszystkich Was, którzy tu wstępujecie mówię: DZIĘKUJĘ! I nieustannie noszę Was w moim sercu i w modlitwie.
Naturalnie wolę osobiste spotkania z drugim człowiekiem, niż te wirtualne, co staram się z pasją realizować, jak tylko mogę. To między innymi powód, dla którego nie napisałem nic wczoraj, bo spędziłem czas na miłej imprezie z okazji „nastych” urodzin pewnej uroczej osoby w jeszcze bardziej uroczym towarzystwie. A gdy wróciłem do domu musiałem dokonać życiowego wyboru: modlitwa lub wpis na blogu. Nie mając za wiele dylematów wybrałem tę pierwszą, ze względu na to, że przyjemniejsza, łatwiejsza i co nie ulega wątpliwości bardziej owocna duchowo. 
A co do imprez w Adwencie, bo może ktoś poczuł się zgorszony, to śpieszę donieść, że czas Adwentu zawsze dla mnie był radosnym czasem oczekiwania i jako taki zawsze go przeżywałem. Jakoś trudno zawsze było mi połączyć Adwent z aktami postu, czy jakichś szczególnych wyrzeczeń. Owszem to także czas, który zaprasza do nawrócenia, ale czyż nawrócenie nie jest przede wszystkim powodem do radości. Bo skoro większa radość będzie w niebie z jednego grzesznika, który się nawraca, to jakże nie przeżywać tej radości w sercu i w ciele. Podkreślam również tę radość w ciele! Podstawą do niej jest również to, ku czemu prowadzi Adwent i czego wyraz daje dzisiejsza liturgia Słowa tak mocno podkreślająca narodzenie się Boga w ludzkim ciele. Dzisiejsze czytania ukazują prawdę, iż przychodzący na ziemię Bóg przyjął ludzką naturę i ciało z Dziewicy Maryi, przez co nie przestając być Bogiem stał się również człowiekiem i jest przez to blisko każdej i każdego. 
Od tej chwili nasze ludzkie ciało, które stało się “nośnikiem” grzechu staje się również miejscem spotkania Boga i człowieka i „narzędziem” zbawienia. Nadchodzące święta są zatem afirmacją dzieła stworzenia – są potwierdzeniem tego, że jakość moralna czynów, a zatem i oceny przez Boga, zależy przede wszystkim od naszej odpowiedzi na wezwanie Boże do wiecznej miłości. Ciało jest dobre! – oto przesłanie na Bożego Narodzenia. Należy sprzeciwić się dualizmowi, który oddzielał i oddalał ciało od ducha, i powtórzyć: Nasze ciało będzie narzędziem zbawienia!, jeśli to, co się w nim dokonuje wyrażać będzie naszą miłość i nasz szacunek do życia swojego i innych. Nawet jeśli będzie to zabawa.
Owszem jest również w przeżywaniu naszego duchowego pielgrzymowania czas na pokutę, na ascezę etc. ale chodzi mi o to, by wyraźnie oddzielić charakter Adwentu od charakteru Wielkiego Postu nie tylko dlatego, że poprzedzają różnego rodzaju święta, ale również przez fakt, że niosą w sobie zupełnie inną treść. I to winno być widoczne również w naszym życiu i na naszych twarzach. Osobiście uważam, że my – polscy chrześcijanie i tak jesteśmy dosyć smutnymi chrześcijanami, więc apeluję o to, by Adwent stawał się widocznym czasem radości!
Zastrzegam, że można się ze mną się nie zgadzać! Można nawet wyrażać swoją krytykę na blogu (obiecuję, że jej nie usunę), choć moje podejście do Adwentu pewnie trudno będzie zmienić. Dla mnie Adwent to Radość, Radość i jeszcze raz Radość! Przecież Pan jest blisko!
Ostatnie dni Adwentu także pragnę przeżyć w radości dzielenia się z innymi słowem i pozwolić sobie na zarażenie się od innych tą radością jeszcze mocniej. Będę bowiem przez trzy dni towarzyszył sporej grupie osób, które z Polski zjechały się, aby przeżywać swoje rekolekcje, a które na co dzień zaangażowane są w diakonie Caritas. Dla nich ostatnie tygodnie były czasem szczególnego wysiłku, myślę zatem, że te trzy dni staną się chwilą zasłużonego duchowego wytchnienia w obecności Pana. Nie mam wątpliwości, że owo wytchnienie będzie pełne radości, bo czyż można znaleźć większą radość niż tę, która rodzi się z dawania. A przecież radosnego dawcę miłuje Bóg! Zatem nie mam wątpliwości, że będą to rekolekcje przeżyte nie tylko w radości, ale i w miłości. Mam nadzieję, że znajdę czas by podzielić się tym doświadczeniem również tutaj.
Dobra, to ja się już nagadałem, zatem na koniec pozwólmy tradycyjnie i adwentowo zabrać głos Mertonowi.
W byciu ze sobą nie chodzi o to, żeby uciekać od wszystkich na świecie. To nie ma żadnego sensu. Nie trzeba uciekać od ludzi ani  uciekać do ludzi. Bycie samemu to tylko inna forma bycia z ludźmi. Kwestia fizycznej obecności na ogół jest właściwie nieistotna. Albo jesteś z ludźmi, albo nie jesteś. Fizyczna obecność nie czyni większej różnicy, bo jesteśmy zjednoczeni w Duchu Świętym. Tak właśnie będzie w niebie. W niebie jest prawdziwe wspólne życie bez tych wszystkich bzdur. Nie martwmy się o naszą tożsamość, o naszą indywidualność i te wszystkie sprawy.
(„Źródła kontemplacji”)
Takiego słowa trzeba mi było dzisiaj!  Nieważne bowiem czy jesteśmy sami, czy też jest obok nas ktoś inny. Jeśli przeżywamy nasze życie w zjednoczeniu z Duchem Świętym, to bez względu na to gdzie jesteśmy i czy w danej chwili jest przy nas koś obecny czy nie NIGDY NIE JESTEŚMY SAMI!!!
W tej chwili czuję się tak blisko każdej i każdego z Was i dziękuję Wam za tę bliskość i za obecność w moim życiu.

Protestować w imienu Boga

Zabawna rzecz, bardzo często tu w Ameryce, ale też i w Anglii jestem oczywiście oskarżany o to, że jestem zbyt manichejski. Być może właśnie dlatego posłusznie usiłowałem stępić złośliwość, która bardzo często cicho akompaniuje memu pisaniu, ale może jest ona tak ściszona, że w końcu tylko ja sam mogę jej dosłuchać. I wreszcie, każdy mi zazdrości, że jestem taki szczęśliwy. Nie odnoszę wrażenia, żebym był jakoś szczególnie szczęśliwy, i znajduję się w zdecydowanej opozycji wobec mojego otoczenia: muszę przyznać, że jak na „szczęśliwego mnicha” stanowczo bardzo dużo protestuję przeciw temu mniszemu zakonowi, a sam zakon uważa, że protestuję o wiele za dużo. Ale oczywiście trzeba rozumieć, że w takiej instytucji jak nasza najmniejszy cień protestu to już jest za wiele.
Ja skłonny byłbym uważać, że w oczach Boga protestuję nie dosyć, a te protesty, jakie zazwyczaj zgłaszam, zawsze chybiają celu. Mam wrażenie, że kiedy oburzam się w druku, zawsze oburzam się na coś nieokreślonego i abstrakcyjnego, a nie na coś bardziej konkretnego, czego rzeczywiście nie cierpię, a czego nie potrafię rozpoznać. To absurdalne – mgliście bredzić o „ świecie”, „współczesnej epoce”, „ czasach”. Myślę, że stopniowo skończę z tym.

                                                               (Listy. Thomas Merton – Czesław Miłosz)

Zabawna rzecz…
Czasem czytając Mertona wydaje mi się, że pisze on o czymś tak bardzo aktualnym, jakby między nim a dniem dzisiejszym nie minęło pół wieku. Czy naprawdę musi zmieniać się tak wiele, aby w rzeczywistości nic się nie zmieniło? Czy oskarżenie o bycie zbyt manichejskim, wielu myślicieli (także chrześcijańskich) potraktowałoby dzisiaj jako przejaw krytyki czy raczej komplement?
Przypomnijmy, że cechami manicheizmu był z jednej strony dualizm przejawiający się w ścieraniu dwóch równorzędnych rzeczywistości dobra i zła (światła i ciemności), przy czym przejawem tego drugiego jest materia, z drugiej zaś przekonanie, że człowiek wyzwala się od wpływu zła poprzez poznanie. Przestrzenią owego ścierania się rzeczywistości jest sam człowiek.  Problem w manicheizmie pojawił się tam, gdzie próbowano tę walkę uzasadnić posiadaniem przez człowieka dwóch dusz a także tam, gdzie sugerowano, że zło jest wieczne jak Bóg. Stąd już krok do ogromnego pesymizmu w patrzeniu na kondycję człowieka, jaki manicheizm proklamuje podobnie jak gnoza, ukazując uwikłanie człowieka i jego duszy w zło już przez sam kontakt ze światem materialnym. Jedynie wyzwolenie widziano nie tylko w wierze i łasce – jak chce tego święty Paweł – ale również w poznaniu, które jest owocem rozumu, który przez lepsze poznanie siebie i Boga prowadzi człowieka do poznania natury siebie, świata i celu naszych dążeń. Ze względu na odwoływanie się do różnych nurtów religijnych i filozofii manicheizm zbierał duże żniwo w III wieku nie oszczędzając także chrześcijaństwa. Pod jej przemożnym wpływem znalazł się przez pewien czas nawet święty Augustyn, właśnie dlatego, uwiódł go ów racjonalizm, dla którego wiara i łaska stały się jedynie podnóżkiem.
Czy nie jest jednak tak, że podobnie jak przejawy gnozy, tak i tendencje manichejskie odzywają się tu i ówdzie z ogromną siłą we współczesnym myśleniu, także chrześcijańskim. Kiedyś jeszcze napiszę o renesansie gnostycyzmu, który znowu wydaje się być na topie, przynajmniej w niektórych środowiskach.
Trudno powiedzieć, dlaczego krytycy Mertona przyszywali mu łatkę człowieka przejawiającego poglądy manichejskie. Być może czyniono to ze względu na pewien rodzaj pesymizmu, który wypływał z jego krytyki i protestu wobec pewnych postaw. To jednak, co zastanawia mnie bardziej, to pytanie, które można wyczytać między wierszami pism Mertona, a mianowicie na ile nasz brak zdrowego krytycyzmu wobec pewnych postaw czy zachowań (także a może przede wszystkim w chrześcijaństwie) sprzyja rozwojowi tendencji i filozofii, które stają się ościeniem godzącym w chrześcijaństwo i skuteczność jego świadectwa we współczesnym świecie? Na ile my sami, chowając głowę w piasek i bojąc się głośno protestować stajemy się tymi, którzy dają pole dla rozwoju tego, co podcina skrzydła chrześcijaństwu i pozwala się rozprzestrzeniać złu, choć czasem próbującego się ukazać pod postacią dobra lub przejawami fałszywie pojętej wolności i dobra człowieka lub świata?
Czy w oczach Boga – my, chrześcijanie XXI wieku –  nie protestujemy czasem zbyt mało, lub zgoła wcale z lęku lub z powodu tak popularnej dziś poprawności politycznej albo też fałszywie pojętej akceptacji. A może nawet oburzamy się z tych samych powodów na tych, którzy mają jeszcze odwagę protestować w imieniu Boga i prawdziwej troski o dobro człowieka (wykraczając poza utylitarny i doczesny interes), przypinając im łatkę oszołomów. A jeśli protesty nasze chybiają dziś celu, to może dlatego, że brakuje nam jedności – tej cechy uczniów Chrystusa, o którą On tak bardzo się modlił i ofiarował samego siebie na ołtarzu krzyża, wiedząc, jak wiele od niej zależy i jak skutecznym zwycięstwem Złego będzie jej rozbicie.

To absurdalne – mgliście bredzić o „ świecie”, „współczesnej epoce”, „ czasach”. Jak często jest to cecha nas samych, cecha którą Merton odnajdywał w sobie, ale której z czasem rzeczywiście się wyzbywał pozwalając by jego głos był głosem bardzo konkretnego sprzeciwu i radykalizmu wynikającego z Ewangelii, której wymagania tak w stosunku do świata jak i nas samych pozostaną niezmienne, bez względu na to czy nam i współczesnemu światu to się podoba czy nie.


Praktyka modlitwy Jezusowej

Wpadło mi dzisiaj w ręce nowe wydanie starej, ale zacnej książki p. t. Opowieści Pielgrzyma, wydanego przez wydawnictwo W Drodze. I choć nie wiadomo, czy zapisane w niej wydarzeni a są owocem osobistych doświadczeń duchowych jakiejś osoby, czy też fikcją literacką, od pokoleń pozycja ta zachwyca swoją prostotą i staje się ona dla wielu osób przewodnikiem na drodze życia duchowego. Chętnie sięgnę po nią ponownie.
„Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem” – oto pierwotne wezwanie modlitwy Jezusowej, zwanej inaczej modlitwą serca albo nieustanną modlitwą. Modlitwa ta korzeniami sięga Pisma Świętego. Niewidomy żebrak, Bartymeusz, u bram Jerycha woła do Jezusa: „Jezusie, synu Dawida, ulituj się nade mną”. Skruszony celnik prosi o miłosierdzie, a Kananejka powtarza: „Panie, synu Dawida, zmiłuj się nade mną”. Jest to wezwanie modlitwy nieustannej, bo takie jest polecenie Jezusa: „Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (Łk 18, 1), powtórzone przez św. Pawła: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17).
 
Modlitwa Jezusowa powstała w pierwszych wiekach chrześcijaństwa – wśród mnichów na pustyni egipskiej w IV wieku. Ich duchowość – opuszczenie wszystkiego ze względu na Boga – nakazywała iść na pustynię, by całe swoje istnienie poświęcić na modlitwę i pogłębienie więzi z Bogiem. Pierwsi pustelnicy egipscy głosili, że wielbienie Stwórcy powinno odbywać się przez cały czas, a św. Jan Kasjan mówił, że: „Bardzo mało modli się ten, kto zwykł modlić się tylko wówczas, gdy klęczy”. Inne powiedzenie znane z tamtych czasów to: „Jeżeli mnich modli się tylko wtedy, gdy staje do modlitwy, to nigdy się nie modli”. Modlitwa nieustanna przybierała formę rozważania lub recytacji z pamięci i najczęściej szeptem tekstów Pisma Świętego, wersetów z psalmu, z Ewangelii lub innego biblijnego tekstu, który zawierał skondensowaną w kilku słowach prośbę o pomoc czy miłosierdzie albo też wyrażał uwielbienie Boga. Pozwalało to uniknąć rozproszeń, skupić myśli na Bogu i utrzymywać nieustanną pamięć o Nim. W ten sposób łączono pracę wciąż trwającą modlitwą. 
Ten zwyczaj przetrwał wieki. Gdy w VII wieku Egipt, Palestyna i Syria dostały się pod panowanie arabskie, wzrosło znaczenie Konstantynopola jako ośrodka życia duchowego na chrześcijańskim Wschodzie. Zwyczaj modlitwy Jezusowej przeniósł się do Konstantynopola i był kultywowany w słynnym klasztorze Studytów, założonym w 463 roku i mającym szczególne znaczenie w VIII-IX wieku. Pierwszym wielkim, a może największym teologiem i mistykiem bizantyjskim był św. Symeon Nowy Teolog. 
Trzecim etapem rozwoju modlitwy Jezusowej było przedostanie się jej do Atos w XIII-XIV wieku. W tym czasie Atos był głównym centrum życia monastycznego w Bizancjum. W XIV wieku posiadał już 25 klasztorów. Wkrótce stał się ośrodkiem szerzenia się modlitwy Jezusowej. Tutaj również została ona ostatecznie uformowana i zdobyła dominującą pozycję w życiu duchowym. Mimo zachowania śpiewu psalmów i modlitw liturgicznych, stała się sercem wszystkich modlitw. Atos stopniowo ustalił jej formę właśnie na słowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. 
Przez wieki Atos był największym ośrodkiem zakonnym świata chrześcijańskiego. Z tamtejszych klasztorów modlitwa Jezusowa promieniowała na cały Wschód, a także na kraje słowiańskie. W XVII wieku ze Świętą Górą związani byli główni twórcy Filokalii – zbioru pism Ojców i pisarzy chrześcijańskich związanych z modlitwą Jezusową. Filokalia stała się głównym podręcznikiem nauki tej formy modlitwy. Modlitwa Jezusowa przetrwała do dzisiaj. Z chrześcijańskiego Wschodu przeniosła się na Zachód. Zresztą i tutaj była w pewnym sensie znana pod nazwą modlitwy aktami strzelistymi. Dzisiaj prawie każda książka o modlitwie zawiera rozdział poświęcony modlitwie Jezusowej. Wspomina o niej Antoni de Mello, jej poświęcił swoje książki Jean Lafrance.
Modlitwa Jezusowa jest modlitwą na każdy czas. Nie jest konieczne trzymanie się jej tradycyjnej formy. Każdy z nas może sam ustalić sobie krótkie modlitewne wezwanie. Panie Jezu, zmiłuj się nade mną; Panie Jezu, pomóż mi; Panie Jezu, ufam Tobie; Panie, pospiesz ku ratunkowi memu; Jezu, gdzie jesteś? Duchu Święty, przyjdź; Duchu Święty, prowadź mnie; Duchu Święty, oświeć mnie – to tylko przykłady. Jean Lafrance proponuje bogatsze wezwania: Ojcze, w imię Jezusa, daj mi swojego Ducha; Duchu Święty, pokaż mi twarz Jezusa; Bogurodzico Maryjo, raduj się.
Możemy modlić się wszędzie. W domu, przy sprzątaniu, w kuchni czy w tramwaju! Na spacerze, idąc do pracy, szkoły, jadąc samochodem, siedząc w poczekalni u lekarza. Z początku będzie to wymagało trochę skupienia i uwagi, może ogarnie nas rozproszenie albo zapomnimy zupełnie o modlitwie. Nie szkodzi. Wystarczy spokojnie powrócić do wybranego wezwania i kontynuować modlitwę. Z czasem modlitwa się w nas utrwali, będziemy coraz łatwiej o niej pamiętać, aż w końcu, któregoś dnia, zauważymy, że modlitwa już w nas jest, że bez większego wysiłku modlitewne wezwanie przemienia naszą codzienność, ofiarując ją Bogu. W życiu modlitwy czy w edukacji modlitewnej jest tylko jedna zasada: „Nie ustawać”.
To jest właśnie modlitwa na nowe tysiąclecie, na zabiegany czas naszych obowiązków i pracy, na powolne przesuwanie się samochodów na ulicach, na kolejki przy kasach w supermarketach. Ta modlitwa jest odpowiedzią na pytanie współczesnego człowieka o to, jak się modlić i jak znaleźć czas na modlitwę. Jak? Wezwaniem, które jest odpowiedzią na potrzebę chwili – układamy je dowolnie, gdyż odzwierciedla to, czego w danym momencie potrzebujemy – prośba, przeprosiny, dziękczynienie. Kiedy? W każdej wolnej chwili, kiedy tylko nam się przypomni, a później zobaczymy, że przypominać się będzie coraz częściej. Niektórzy autorzy radzą, żeby dodatkowo wybrać sobie jeden dzień lub więcej, kiedy poświęcimy dany czas tylko na modlitwę Jezusową.
Modlitwa Jezusowa jest modlitwą prostoty. To modlitwa ubogich, proste wołanie o pomoc, o miłosierdzie. Nie należy się zniechęcać jej pozornym ubóstwem. Mnisi dochodzili do szczytów świętości właśnie poprzez modlitwę Jezusową. Praktykowana będzie przemieniać nasze życie, będzie łączyć nas coraz bardziej z Bogiem. Nie jest to jednak tylko modlitwa dla mnichów czy osób poświęconych Bogu. Jest dla wszystkich, a przede wszystkim dla ludzi świeckich, zagonionych w codzienności. Serafin z Sarowa mówił: „Zapragniecie, na przykład pójść do kościoła, lecz kościół jest zbyt daleko lub nabożeństwo już się skończyło. Zapragniecie złożyć ofiarę, lecz nie widzicie biednego lub nie macie pieniędzy. Pragniecie żyć w czystości, lecz nie macie dosyć sił do tego (…) Być może chcielibyście zrobić coś innego w imię Jezusa, lecz nie macie ku temu sił ani okazji. Natomiast modlić się może każdy bez przeszkód. Bogaty i biedny, szlachetnie urodzony i wieśniak, mocny i słaby, zdrowy i chory, cnotliwy i grzesznik”.
W „Opowieściach pielgrzyma” starzec radzi pielgrzymowi, który pragnie nauczyć się modlitwy Jezusowej, aby nigdy się nie zniechęcał. Ma tylko często odmawiać wezwania modlitwy Jezusa bez troszczenia się o czystość samej modlitwy. Należy ofiarować Bogu to, co jest w nas, to znaczy powtarzanie tej formuły. Nawet jeśli mamy wrażenie odmawiania jej tylko wargami, to częsta modlitwa ustna doprowadzi to w końcu do modlitwy serca. „Modlitwa może być sucha i rozproszona, lecz powtarzana stworzy przyzwyczajenie, stanie się drugą naturą i przekształci w czystą, jaśniejącą modlitwę, chwalebną modlitwę ognia” (Jean Lafrance, Modlitwa serca). Nasza codzienność zostanie przemieniona, a my przez nią będziemy mogli coraz bardziej zbliżać się do świętości.
Jean Lafrance porównuje modlitwę do gliny, a modlącego się do pomocnika murarskiego: „Ty jesteś tym pomocnikiem, a modlitwa gliną. Bóg mógłby równie dobrze obejść się bez pomocnika i gliny, ale zdecydował, że Jego arcydzieła będą zależały od twojej ubogiej modlitwy; zdecydował, że potrzebuje tego materiału. Dlatego Bóg mówi: . Bóg chce dużo modlitwy i chociaż czujesz, jak bardzo nędzna jest twoja modlitwa, prosi cię, żebyś nie ustawał, żebyś modlił się więcej i intensywniej. (…) „.
Z modlitwą Jezusową wiąże się istnienie protoplasty dzisiejszych różańców i koronek. Komboskion (rosyjska cziotka)  to po prostu sznur paciorków stosowanych przy powtarzaniu tekstów modlitwy. Komboskion jest po dzień dzisiejszy używany w Kościele prawosławnym i w ogóle na wschodzie. Przejęli go również od chrześcijan muzułmanie. Paciorków najczęściej jest 33 – tyle ile lat życia Pana Jezusa, ale zdarzają się i dłuższe (mające np. 100 paciorków). Ułatwia on skupienie na modlitwie i pomaga liczyć wezwania.
Po dzień dzisiejszy mnisi z Kościołów wschodnich podczas ślubów przyjmują komboskion zobowiązując się jednocześnie do codziennego odmawiania na nim określonej liczby wezwań. Wybierają również formułę modlitwy, której będą stale używać.
Na koniec oddam głos Mertonowi, który w Nowym posiewie kontemplacji pisze tak, dzieląc się swoim doświadczeniem modlitwy:

Gdy już zostałem przez milczenie wyzwolony, nie jestem zajęty ocenianiem życia, ale po prostu przeżywam je, mogę znaleźć taką formę modlitwy, w której – już się nie rozpraszam. Całe moje życie staje się modlitwą. Całe moje milczenie jest pełne modlitwy. Świat milczenia, w którym się pogrążyłem, współuczestniczy w mojej modlitwie. 
Jedność, która jest dziełem ubóstwa w samotności, zasklepia wszystkie rany duszy i goi je. Jak długo jesteśmy ubodzy, pozbawieni wszelkiej namiętności i zajęci tylko Bogiem, nie możemy być roztargnieni. Nasze ubóstwo chroni nas bowiem przed „rozdarciem na części” (roztargnieniem). 
Jeżeli światło, które jest w Tobie, stanie się ciemnością… 
Przypuśćmy, że moje „ubóstwo” jest ukrytym głodem duchowych bogactw; przypuśćmy, że udając pustkę, udając milczenie, staram się sprowokować Boga do wzbogacenia mnie o jakieś doświadczenie – co wtedy ? Wtedy wszystko staje się roztargnieniem. Wszystko co stworzone przeszkadza mojej prośbie o jakieś specjalne doświadczenie. Muszę je więc wyrzucić, inaczej rozedrze mnie na części. A co gorsza – ja sam jestem przeszkodą. Największe jednak nieszczęście w tym, że jeśli modlitwa moja skupi się na mnie samym, jeżeli szukać będzie tylko wzbogacenia mego własnego „ja”, sama stanie się największą potencjalną przeszkodą. Pełen ciekawości samego siebie, zjadłem z drzewa wiadomości i oderwałem się od siebie i od Boga. Stałem się bogaty, ale sam, i nic nie może zaspokoić mego głodu; wszystko, czego się dotknę, zmienia się w roztargnienie. 
Niechaj więc szukam daru milczenia i ubóstwa, i samotności, gdzie wszystko, czego się dotknę, przemienia się w modlitwę; gdzie niebo jest moją modlitwą, ptaki są moją modlitwą, wiatr kołyszący drzewami jest moją modlitwą, bo Bóg jest wszystkim we wszystkim. 
Jednak aby tak było, muszę być naprawdę ubogi. Nie muszę niczego szukać, ale muszę być najbardziej zadowolony z tego, cokolwiek daje mi Bóg. Prawdziwe ubóstwo to takie jak u żebraka, który jest szczęśliwy, gdy otrzyma jałmużnę od kogokolwiek, szczególnie zaś od Boga. Fałszywe ubóstwo jest wtedy, gdy człowiek udaje, że jest samowystarczalny jak anioł. Prawdziwe ubóstwo to przyjmowanie i dziękowanie, i zostawianie sobie tylko tego, co potrzebne do życia. Fałszywe zaś ubóstwo udaje, że niczego nie potrzebuje, udaje, że o nic nie prosi, usiłuje szukać wszystkiego i za nic nie jest wdzięczne. 


Mistyka św. Jana od Krzyża

I tak oto minął poranek i wieczór trzeciego dnia rekolekcji…
Co przyniósł? Objawienie? Nadzieję? Radość?
O czym mówić? To zawsze dylemat tego, kto głosi rekolekcje.Chciałoby się powiedzieć tyle rzeczy, poruszyć tyle spraw. Które z nich są właściwe, odpowiednie? I znów, niezawodnie Bóg przychodzi z pomocą. Przeżywane dziś wspomnienie niezwykłego zakonnika, kapłana, Doktora Kościoła samo narzuca temat nad którym warto i trzeba się zatrzymać. Mam nadzieję, że Merton się nie obrazi i ustąpi dziś miejsca swojemu starszemu koledze. Myślę, że to, czego nauczał święty Jan od Krzyża jest również doskonałym wprowadzeniem w doświadczenie medytacji – modlitwy ciszy, w której można usłyszeć Boga.
Tak wiele napisano o tym niezwykłym świętym. Zapomniany w swoich czasach dzisiaj na nowo odzyskuje popularność.
Święty Jan od Krzyża żyjący w Hiszpanii w XVI wieku jest dziś dla wielu ludzi na świecie bardzo bliski. Piszą o nim poeci i filozofowie, psychologowie i teologowie. Interesują się nim również ci wszyscy, którzy pragną poczynić postępy na drodze modlitwy, zwłaszcza na drodze modlitwy cichej, pragnąc uczyć się żyć świadomością obecności Boga we wszystkim, co czynią. Różne jednak opinie funkcjonują na temat jego osoby. Dla jednych ów hiszpański karmelita jest szczerym ascetą, skupionym tylko na jednej miłości, dla której wszystko trzeba porzucić. Dla innych jest jednym z najwybitniejszym mistyków chrześcijaństwa, sięgających swoją myślą i sercem Boga. Jeszcze inni widzą w nim wielkiego teologa, opisującego doświadczenie duchowe człowieka i proces bolesnych oczyszczeń prowadzący do zjednoczenia i zażyłości z Bogiem już tu na ziemi, tu i teraz przez wiarę, nadzieję i miłość. Dla badaczy literatury święty Jan od Krzyża to wybitny poeta hiszpańskiego renesansu, porównywany z Janem Kochanowskim, tworzący poezję o niepowtarzalnym uroku. 
W jego przyjaźni ze świętą Teresą z Avila jest również coś niezwykłego. Młodszy od Teresy o ponad dwadzieścia lat był niewątpliwie pod jej przemożnym wpływem. Dzięki niej zdecydował się na wstąpienie do Karmelu i reformowanie zakonu u boku energicznej kobiety. Przetrzymywany przez współbraci w więzieniu klasztornym i podejrzany o herezję przez Inkwizycję stał się symbolem prześladowanych za niezależność myślenia i synonimem ducha wzbijającego się bezpośrednio ku Bogu. 
Los nigdy go nie oszczędzał. W dzieciństwie doświadczył wiele biedy, ponieważ jego ojciec zmarł bardzo wcześnie a samotna matka nie mogła utrzymać rodziny. Dlatego często musieli się przenosić szukając pomocy u krewnych. Nie zawsze też był rozumiany w klasztorze. Najpierw prześladowany przez braci za podjęcie reformy; na koniec zaś prawie zapomniany. Nie popadł jednak w rozpacz, przekonany, iż Bóg nigdy nie opuszcza człowieka, nawet jeśli poddaje go doświadczeniom. 
Pisał poematy o miłości do Boga a potem na prośbę karmelitanek komentował je w swoich traktatach, pokazując człowiekowi jak często miłość łączy się z cierpieniem zanim stanie się radością bez końca.
Treść poematów świętego Jana od Krzyża można by wyrazić w dwóch słowach: MIŁOŚĆ I PIĘKNO. 
Miłość jest dziełem Boga, który sam jest miłością, objawiającą się gdy stwarza świat, posyła swojego Syna – Odkupiciela i daje Ducha Świętego, który zamieszkuje w człowieku.
Na rzeczywistość tę padł jednak cień grzechu pierworodnego, wnosząc w pierwotną relację człowieka do Boga niepokój, podejrzenie, nieufność będące niby cieniem, który oddziela go od swego Stwórcy. Święty Jan od Krzyża widzi doskonale ów wewnętrzny dramat człowieka, zapewnia jednak iż jego zranione serce nie przestaje być zdolne do daru z siebie i do kochania na sposób Boski. Dlatego Doktor Karmelu wybiera do swej poezji symboliczny język Pieśni na Pieśniami, gdzie miłość przybiera obrazy miłości narzeczeńskiej i małżeńskiej. Poezja świętego Jana od Krzyża wprowadza nas w tę właśnie dynamikę, mówiąc o najprostszym przeżyciu bliskości Boga, która rodzi ogromne pragnienie, by zbliżyć się do Niego. Dlatego człowiek zadaje pytanie: „Gdzie się ukryłeś umiłowany?” i podejmuje decyzję wyruszenia w drogę.
Lecz szukając Boga na zewnątrz siebie człowiek odnajduje jedynie Jego ślady, nie docierając do rzeczywistej obecności Boga. Okazuje się bowiem, że Bóg jest ukryty głęboko w człowieku, w jego duszy, w którą wpisał swój obraz. Dlatego święty Jan od Krzyża mówi: O duszo, najpiękniejsza pomiędzy wszystkimi stworzeniami, która tak pragniesz poznać miejsce, gdzie przebywa Twój Umiłowany, abyś Go mogła znaleźć i złączyć się z Nim, wiedz, że ty sama jesteś schronieniem, gdzie On przebywa. Ty sama jesteś Jego ustroniem i miejscem tajemnym, gdzie On się ukrywa.
W swej wędrówce do Boga człowiek jednak wcześniej czy później napotyka na noc: „Noc zmysłów” i „Noc ducha.” Noc bowiem jest jednym z podstawowych symboli w poezji świętego Jana od Krzyża, które czerpie on z niezwykle bogatego dziedzictwa biblijnego, często odwołując się do obrazów ciemności, w których człowiek doświadcza Boga ukrywającego swoje oblicze i jednocześnie pozwalającego się poznać przez zasłonę wiary. Swoimi tekstami Doktor Karmelu nawiązuje do przeżyć Hioba, Tobiasza i Psalmisty, u których noc jest stanem druzgocącej ciemności, będącej próbą, przez którą Bóg prowadzi człowieka wyzwalając go z chorego przywiązania do różnych bogactw i do samego siebie tak, by otworzyć jego wnętrze na to, co rzeczywiste, wartościowe i nieprzemijalne. Noc zawiera zatem oczyszczenia, które można porównać do wewnętrznego spalania, do bolesnej przemiany, polegającej na przejściu od utylitarnego sposobu myślenia do nowego widzenia rzeczywistości, do odkrycia jej w prawdzie Boga. Jedynym przewodnikiem w tych ciemnościach jest Bóg, szczególnie Duch Święty, ukryty głęboko w nas samych. W poezji świętego Jana dusza wyznaje, że w doświadczeniu tej nocy nic nie wskazało jej drogi, żądne światło przewodnie, tylko w jej sercu płonęły pochodnie. Wyraża poprzez to, że zwraca się jedynie do Boga i wbrew wszystkiemu w powtarzanych często aktach wiary, nadziei i miłości. A zatem pomimo negatywnych odczuć, jakie duchowa noc powoduje w ludzkiej psychice jest ona naprawdę błogosławieństwem. Przeżywane trudności i oschłości na modlitwie wpisują się bowiem w powolne narodziny do prawdziwej miłości.
Miłość uskrzydla człowieka dodając mu odwagi do walki z przeciwnościami i do poświęceń. W ciszy i samotności dusza poznaje siebie, najdelikatniejsze poruszenia swojego serca. Nie boi się już tego, co kiedyś było dla niej źródłem lęku i nocną zmorą, ponieważ poznaje Boga i doświadcza Jego bliskości. Strofy poezji świętego Jana od Krzyża wyrażają takie właśnie zauroczenie Bogiem. Warunkiem jednak owego doświadczenia miłości jest przestrzeń ciszy, którą człowiek potrafi odnaleźć w swoim życiu, gdyż jak pisze święty Jan od Krzyża: Jedno Słowo wypowiedział Ojciec przedwieczny; jest Nim Jego Syn. I to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystej ciszy. W ciszy też powinna słuchać go dusza.
Miłość jednoczy, dając radość wspólnego dobra. Daleka jest jednak od fantazjowania i uciekania w świat iluzji. Opiera się na twardej skale, którą jest Chrystus i Jego miłość Krzyża. Człowiek poznając wielkość miłości Boga pragnie na nią odpowiedzieć, ponieważ miłość jest wzajemnym obdarowywaniem się. Dlatego też nie lęka się nawet ofiary, jest odważny, wiedząc, że do natury miłości należy dawanie. Miłość otwiera przed człowiekiem bezkresne przestrzenie wolności.
Poemat PIEŚŃ DUCHOWA  (fragmenty)
Strofy duszy i Oblubieńca
(Redakcja B)
 Gdzie się ukryłeś,
Umiłowany, i mnieś wśród jęków zostawił?
Uciekłeś jak jeleń,
Gdyś mnie wpierw zranił,
Biegłam za Tobą z płaczem, a Tyś się oddalił.
 Pasterze, którzy podążacie
Poprzez ustronia na szczyt wzgórza wyniosłego,
Jeżeli kędyś napotkacie
Mego nad wszystko Umiłowanego,
Powiedzcie, że schnę, mdleję, umieram dla Niego!
 Szukając mojej miłości,
Pójdę przez góry i rozłogi.
Nie zerwę kwiatów,
Przed dzikim zwierzem nie uczuję trwogi,
Przejdę przez szyk obronny i graniczne progi!
 Zagaję i puszcze
Rękami Oblubieńca mego zasadzone,
O łąki pełne zieleni,
Kwiatami ozdobione,
Powiedzcie, czy przeszedł wśród was, w którą stronę? 
 Ach, czemu jeszcze trwasz,
Życie, co nie masz życia prawdziwego?
I ciągle tylko umierasz
Od uderzenia grotu miłosnego,
Gdy wchodzisz w tajemnice Umiłowanego.
 Dlaczego, gdy rozdarłeś miłością
Me serce, nie dasz balsamu tej ranie?
I gdyś mnie porwał,
Czemuś mnie znowu zostawił?
I nie bierzesz zdobyczy w swoje posiadanie?
 Ugaś te ognie rozpalone,
Bo nikt tego prócz Ciebie uczynić nie może,
I niech Cię ujrzą me oczy,
Boś Ty jest dla nich jak zorze
I tylko w Ciebie patrzeć chcą, o Boże!
Święta Teresa z Avila nie doczekała się komentarza teologicznego do Pieśni Duchowej, ale delektowała się często bogactwem strof, śpiewając je często z karmelitankami w swoim klasztorze. Im częściej śpiewały Pieśń Duchową, tym głębiej wnikały w jej treść, jej strofy są bowiem zaproszeniem do szukania nie tylko piękna, ale i świtała, które może odkryć każdy z nas. Jest to światło – jak pisał święty Jan od Krzyża – mające moc rozbudzić w nas wielkie pragnienia, oświecić w przeciwnościach, dodać otuchy a przede wszystkim nauczyć wymagań miłości, tak jak nauczyło świętą Teresę od Dzieciątka Jezus. Mając zaledwie siedemnaście lat nie miała innego duchowego pożywienia jak właśnie pisma świętego Jana od Krzyża. Powie o nim znaczące słowa: TO JEST DOKTOR MIŁOŚCI!
Na koniec jeszcze coś na czasie z dziel świętego Doktora Karmelu:
O NARODZENIU
(Del Nacimiento)

Gdy przyszedł czas wybrany,
Czas Jego Narodzenia –
Jak oblubieniec z komnat
Przyszedł do swego stworzenia.

A Matka Jego wdzięczna,
Wybrana z wszech na świecie,
Położyła w żłóbeczku
Swe narodzone Dziecię.

Pomiędzy bydlętami
Ludzie Mu cześć składali,
Pasterskiej prostej pieśni
Anieli wtórowali.

Zawarte zaślubiny
Między Człowiekiem-Bogiem,
I Bóg zapłakał gorzko
Na barłogu ubogim.

To były ślubne dary
Oblubienicy – duszy,
Matka w bólu zadrżała,
Ujrzała krzyż katuszy…

Płacz u Boga-Człowieka,
U ludzi pieśń wesela –
Dziwne to zespolenie
I nic go nie rozdziela.

Medytacja – droga przez podświadomość

Ten, kto wchodzi w procesie medytacji do wnętrza musi zgodzić się na to, że droga ta będzie prowadziła go przez dżunglę podświadomości. Dla wielu praktyków medytacji bywa to trudnym, ale naturalnym doświadczeniem. Z doświadczeniem zmagania się z cieniami naszej podświadomości wiąże się niejednokrotnie – jak o tym opowiadają osoby, które tego doświadczyły – poczucie opuszczenia, osamotnienia, wzburzenia lub dezorientacji.
Niektórzy nauczyciele medytacji porównują nieraz to doświadczenie duchowego zmagania się i konfrontacji z cieniami naszej podświadomości jako długą noc. Każdy krok do wnętrza, każdy powrót do medytacji bywa naznaczony lekiem. Niejednokrotnie staje się to doświadczeniem utraty gruntu pod nogami. A przecież medytacja powinna dawać człowiekowi praktykującemu oparcie.
         Wszyscy mistrzowie medytacji zgadzają się, że taki czas konfrontacji z własną podświadomością musi nastąpić, jeżeli proces medytacji rozwija się we właściwym kierunku. Nie ma jednak reguły, jak intensywnie bezie on przeżywany przez dana osobę. Dla jednych będzie bolesnym doświadczeniem oczyszczenia, dla drugich pewnym nieznacznym utrudnieniem na drodze do pogłębienia praktyki medytacji. Wszystko to zależy od naszej kondycji psychicznej, doświadczeń z przeszłości, które zostały zepchnięte w podświadomość i medytacja – która jest przecież procesem dojrzewania do wolności – każe nam się z nimi po raz kolejny skonfrontować i od wielu innych czynników.
Doświadczenie to może być bolesnym czasem w praktyce medytacji. Może rodzić poczucie, że Pan Bóg odsuwa się od człowieka a on sam nie jest w stanie zrobić ani kroku na przód.
W takich momentach wszyscy mistrzowie medytacji [tutaj zarówno Wschód jaki Zachód mówi jednym głosem] zachęcają, by nie cofać się przed doświadczeniem medytacji a z jeszcze głębszym zaufaniem powtarzać słowo. Najlepiej by tym słowem było imię samego Boga, w którym medytujący doświadcza zbawczej obecności i w którym się chroni. Taką praktykę znajdujemy we wszystkich religiach:
Hinduiści używają w takim doświadczeniu matry Om mana Sivaya [czczę Sziwę];
Buddyści powtarzają Mantrę: Buddham saranam gacchami [chronię się w imieniu Buddy, lub uciekam się do Buddy];
Muzułmanie modlą się 99 imionami Allacha;
Do tego zachęcają także chrześcijańscy mistrzowie medytacji tacy jak: św. Jan Kasjan, Bede Grifits, Enyomila Lasale; Johanse Lotz, hiszpański Jeuita Mariano Ballester SJ.
Imię Boga wypowiadane z wiarą i zaufaniem jest bowiem nośnikiem łaski. Także badania psychologiczne pokazują – pisze o. Ballester –  że powtarzanie imienia Boga z wiarą i ufnością przynosi bezpieczeństwo i pokój.
Dla nas chrześcijan imię Jezus jest tym imieniem, w którym objawił się Bóg w ludzkiej postaci, a co więcej to właśnie Jezus poprzedził nas na drodze naszej duchowej nocy i przechodząc przez nią zwycięsko, także dla nas może stać się przewodnikiem i towarzyszem drogi.
Nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem[J 15,16]. W doświadczeniu medytacji, dobrze, aby nam nieustannie towarzyszyła ta świadomość. To, że wchodzę na drogę życia duchowego już samo w sobie jest łaską. I jest tylko Jeden, który zna drogę i może mnie na niej poprowadzić do celu, do źródła światła, do zbawienia.
W doświadczeniu medytacji, powtarzając Jego imię spotykamy Go nie jako historyczną osobę, kogoś z zewnątrz, lecz jako Zbawiciela obecnego wewnątrz nas, przenikającego nasze życie aż do najgłębszych warstw bytu, jak powie autor listu do Hebrajczyków: „Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12)
Gdy zatem z ufnością przychodzimy do Jezusa, On poprowadzi nas z ciemności naszych dróg do przedziwnego światła, z odosobnienia do zjednoczenia z Bogiem. Na tym zresztą polega hezychia [hezychazm] – medytacja, która uformowała się na chrześcijańskim Wschodzie, a która ma głęboką teologię stworzoną jeszcze przez Ojców Pustyni. Oznacza ona pokój serca, pokój wewnętrzny, medytację. Hezychazm jest również nazywany modlitwą Jezusową lub nieustanną (od nieustannego powtarzania imienia Bożego) lub modlitwą serca. Recytacji tej modlitwy powinno towarzyszyć skupienie umysłu i serca. Ojcowie Pustyni i autorzy o niej piszący proponują także zastosowanie konkretnych pozycji ciała i technik oddychania.
 Ten sposób modlitwy ukształtował się ostatecznie na Bliskim Wschodzie oraz w Grecji między XIII a XIV wiekiem. Jego początki wiążą się jednak z praktykami mnichów z pierwszych wieków, zamieszkujących pustynie w Egipcie, Palestynie i Syrii. Największym zbiorem tekstów poświęconych hezychazmowi jest „Filokalia” – antologia pism duchowych chrześcijańskiego Wschodu.