Być z ludźmi…
Protestować w imienu Boga
Zabawna rzecz, bardzo często tu w Ameryce, ale też i w Anglii jestem oczywiście oskarżany o to, że jestem zbyt manichejski. Być może właśnie dlatego posłusznie usiłowałem stępić złośliwość, która bardzo często cicho akompaniuje memu pisaniu, ale może jest ona tak ściszona, że w końcu tylko ja sam mogę jej dosłuchać. I wreszcie, każdy mi zazdrości, że jestem taki szczęśliwy. Nie odnoszę wrażenia, żebym był jakoś szczególnie szczęśliwy, i znajduję się w zdecydowanej opozycji wobec mojego otoczenia: muszę przyznać, że jak na „szczęśliwego mnicha” stanowczo bardzo dużo protestuję przeciw temu mniszemu zakonowi, a sam zakon uważa, że protestuję o wiele za dużo. Ale oczywiście trzeba rozumieć, że w takiej instytucji jak nasza najmniejszy cień protestu to już jest za wiele.
Ja skłonny byłbym uważać, że w oczach Boga protestuję nie dosyć, a te protesty, jakie zazwyczaj zgłaszam, zawsze chybiają celu. Mam wrażenie, że kiedy oburzam się w druku, zawsze oburzam się na coś nieokreślonego i abstrakcyjnego, a nie na coś bardziej konkretnego, czego rzeczywiście nie cierpię, a czego nie potrafię rozpoznać. To absurdalne – mgliście bredzić o „ świecie”, „współczesnej epoce”, „ czasach”. Myślę, że stopniowo skończę z tym.
To absurdalne – mgliście bredzić o „ świecie”, „współczesnej epoce”, „ czasach”. Jak często jest to cecha nas samych, cecha którą Merton odnajdywał w sobie, ale której z czasem rzeczywiście się wyzbywał pozwalając by jego głos był głosem bardzo konkretnego sprzeciwu i radykalizmu wynikającego z Ewangelii, której wymagania tak w stosunku do świata jak i nas samych pozostaną niezmienne, bez względu na to czy nam i współczesnemu światu to się podoba czy nie.
Praktyka modlitwy Jezusowej
Jedność, która jest dziełem ubóstwa w samotności, zasklepia wszystkie rany duszy i goi je. Jak długo jesteśmy ubodzy, pozbawieni wszelkiej namiętności i zajęci tylko Bogiem, nie możemy być roztargnieni. Nasze ubóstwo chroni nas bowiem przed „rozdarciem na części” (roztargnieniem).
Jeżeli światło, które jest w Tobie, stanie się ciemnością…
Przypuśćmy, że moje „ubóstwo” jest ukrytym głodem duchowych bogactw; przypuśćmy, że udając pustkę, udając milczenie, staram się sprowokować Boga do wzbogacenia mnie o jakieś doświadczenie – co wtedy ? Wtedy wszystko staje się roztargnieniem. Wszystko co stworzone przeszkadza mojej prośbie o jakieś specjalne doświadczenie. Muszę je więc wyrzucić, inaczej rozedrze mnie na części. A co gorsza – ja sam jestem przeszkodą. Największe jednak nieszczęście w tym, że jeśli modlitwa moja skupi się na mnie samym, jeżeli szukać będzie tylko wzbogacenia mego własnego „ja”, sama stanie się największą potencjalną przeszkodą. Pełen ciekawości samego siebie, zjadłem z drzewa wiadomości i oderwałem się od siebie i od Boga. Stałem się bogaty, ale sam, i nic nie może zaspokoić mego głodu; wszystko, czego się dotknę, zmienia się w roztargnienie.
Niechaj więc szukam daru milczenia i ubóstwa, i samotności, gdzie wszystko, czego się dotknę, przemienia się w modlitwę; gdzie niebo jest moją modlitwą, ptaki są moją modlitwą, wiatr kołyszący drzewami jest moją modlitwą, bo Bóg jest wszystkim we wszystkim.
Jednak aby tak było, muszę być naprawdę ubogi. Nie muszę niczego szukać, ale muszę być najbardziej zadowolony z tego, cokolwiek daje mi Bóg. Prawdziwe ubóstwo to takie jak u żebraka, który jest szczęśliwy, gdy otrzyma jałmużnę od kogokolwiek, szczególnie zaś od Boga. Fałszywe ubóstwo jest wtedy, gdy człowiek udaje, że jest samowystarczalny jak anioł. Prawdziwe ubóstwo to przyjmowanie i dziękowanie, i zostawianie sobie tylko tego, co potrzebne do życia. Fałszywe zaś ubóstwo udaje, że niczego nie potrzebuje, udaje, że o nic nie prosi, usiłuje szukać wszystkiego i za nic nie jest wdzięczne.
Mistyka św. Jana od Krzyża
Umiłowany, i mnieś wśród jęków zostawił?
Uciekłeś jak jeleń,
Gdyś mnie wpierw zranił,
Biegłam za Tobą z płaczem, a Tyś się oddalił.
Poprzez ustronia na szczyt wzgórza wyniosłego,
Jeżeli kędyś napotkacie
Mego nad wszystko Umiłowanego,
Powiedzcie, że schnę, mdleję, umieram dla Niego!
Pójdę przez góry i rozłogi.
Nie zerwę kwiatów,
Przed dzikim zwierzem nie uczuję trwogi,
Przejdę przez szyk obronny i graniczne progi!
Rękami Oblubieńca mego zasadzone,
O łąki pełne zieleni,
Kwiatami ozdobione,
Życie, co nie masz życia prawdziwego?
I ciągle tylko umierasz
Od uderzenia grotu miłosnego,
Gdy wchodzisz w tajemnice Umiłowanego.
Me serce, nie dasz balsamu tej ranie?
I gdyś mnie porwał,
Czemuś mnie znowu zostawił?
I nie bierzesz zdobyczy w swoje posiadanie?
Bo nikt tego prócz Ciebie uczynić nie może,
I niech Cię ujrzą me oczy,
Boś Ty jest dla nich jak zorze
I tylko w Ciebie patrzeć chcą, o Boże!
Czas Jego Narodzenia –
Jak oblubieniec z komnat
Przyszedł do swego stworzenia.
A Matka Jego wdzięczna,
Wybrana z wszech na świecie,
Położyła w żłóbeczku
Swe narodzone Dziecię.
Pomiędzy bydlętami
Ludzie Mu cześć składali,
Pasterskiej prostej pieśni
Anieli wtórowali.
Zawarte zaślubiny
Między Człowiekiem-Bogiem,
I Bóg zapłakał gorzko
Na barłogu ubogim.
To były ślubne dary
Oblubienicy – duszy,
Matka w bólu zadrżała,
Ujrzała krzyż katuszy…
Płacz u Boga-Człowieka,
U ludzi pieśń wesela –
Dziwne to zespolenie
I nic go nie rozdziela.



















