Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Panie przyjdź, słucham ciszy…

Chrześcijaństwo to więcej niż doktryna. To Chrystus sam, żyjący w tych, których zjednoczył z sobą w jednym Mistycznym Ciele. To tajemnica, przez którą Wcielenie Słowa Bożego trwa i rozszerza się wśród historii świata, docierając do dusz i żywotów wszystkich ludzi aż do ostatecznego spełnienia planu Boga. Chrześcijaństwo jest „ zjednoczeniem na nowo” wszystkich rzeczy w Chrystusie ( Ef 1, 10).
Obecnie Chrystus żyje i działa w ludziach przez wiarę i sakramenty wiary. Największy ze wszystkich sakramentów, korona całego życia chrześcijańskiego na ziemi, to sakrament miłości, Eucharystia, w której Chrystus nie tylko udziela nam łask, ale sam się nam daje. W tym bowiem Najświętszym Sakramencie Jezus Chrystus jest sam prawdziwie i substancjalnie obecny i pozostaje obecny tak długo, jak długo istnieją konsekrowane postacie chleba i wina. Eucharystia jest więc samym sercem chrześcijaństwa, zawiera bowiem samego Chrystusa i stanowi główny środek, przez który Chrystus jednoczy mistycznie z sobą samym wiernych w jednym Ciele.
Tyle Merton. A teraz inne świadectwo:
Dziwię się ludziom, którzy nie potrafią się cieszyć z życia. Zastanawiam się, dlaczego ludzie boją się śmierci. Przecież jest ona tylko krótkim przejściem do piękniejszego świata, gdzie oczekuje nas Bóg. 
To świadectwo jednego z mnichów kartuzkich, który podzielił się nim z widzami słynnego filmu Filipa Gröning’a pt. Wielka cisza. Film jest niezwykły jak na owe czasy, które cenią sobie wartkie tempo akcji, cięte dialogi okraszone mocnymi scenami. Tymczasem we wspomnianym obrazie nie ma poza wyżej wspomnianym świadectwem ślepego mnicha ani jednego słowa. Zakon Kartuzów jest bractwem o jednej z najbardziej ścisłych reguł. Zakonu nie można zwiedzać. Panuje w nim całkowite milczenie, życie biegnie według reguł benedyktyńskich, mnisi rozmawiają z sobą jedynie w niedzielne popołudnia, mieszkają w oddzielnych celach. Gröning czekał 15 lat na pozwolenie nakręcenia filmu o życiu mnichów. I wreszcie dotarł do niego upragniony telefon, w którym otrzymał wiadomość, iż może wejść w mury klasztoru i spędzić pół roku wraz z kartuzami. Film odzwierciedla rytm zakonnego życia. Wielka cisza to zaledwie 165 minut ze 120 godzin materiału, jaki nakręcił reżyser. Miał on pełne prawo filmowania życia zakonników, a sam w czasie pobytu u Kartuzów „stał się jednym z nich”.
Miałem dzisiaj możliwość obejrzenia tego filmu wraz siostrami, z którymi przeżywam rekolekcje jeszcze raz. Wrażenie jakie na mnie wywarł można określić, że jest to jedna, wielka modlitwa. Dosłowna od[powiedź na wezwanie św. Pawła Apostoła: Nieustannie się módlcie! (1Tes 5, 16-18)  W ciszy natury, w codziennych modlitwach i powszednich obowiązkach mnichów można odczuć namacalnie działanie Boga, w którym żyjemy poruszamy się i jesteśmy. 
W tym filmie jest właśnie niemal namacalnie ukazane wezwanie Adwentu, do złapania właściwej perspektywy! Ten, kto potrafi uchwycić przesłanie filmu może poczuć się tak, jakby Bóg przechadzał się między widzami i tchnął w nich swojego Ducha. Może to kwestia towarzystwa, w jakim ogląda się film. Pamiętam, że gdyż pierwszy raz oglądałem go w kinie niektórzy spali. Ale i tak wielkim osiągnięciem atmosfery, którą stwarzał film było to, że nie jedli podczas projekcji, bez czego współczesny widz nie potrafi się już obejść.
Ale wracając do tematu. Ów film i reakcje na niego rożnych osób, z którymi rozmawiałem przekonuje mnie do prawdziwości stwierdzenia, że dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam ciszy. Hałas w jakim żyjemy zabija w nas i to nie tylko ducha! I nie chodzi tutaj wcale, aby tę ciszę rozumieć jak tak zwany święty spokój. Chodzi raczej o Boży pokój, który chce gościć w sercu człowieka, ale nie może tego uczynić bez ciszy. 
Bóg wciąż do nas mówi, chce być słyszalny, ale nie narzuca się. Zależy mu jednak na nas bezgranicznie. Dlatego też szuka różnych możliwości, które sprawiłyby cudowny moment spotkania z Nim. Bóg jest zakochany w swoim stworzeniu, w swojej Oblubienicy. Chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2,16). Tego chce Oblubieniec zakochany w swojej Wybrance. A Ona nie odpowiada, co więcej, nie dowierza swojemu Oblubieńcowi, wątpi w Niego i zaczyna Go podejrzewać.
Oblubieniec jednak nie rezygnuje. Na szczęście dla nas! A jednak tak trudno Bogu przekonać człowieka do przyjęcia Jego miłości. Tyle w nas nieufności, podejrzliwości. Czy to pokłosie tego, co od początku, od pierwszego kuszenia zasiał w naszych sercach szatan?
W końcu, aby sięgnąć po ostateczny argument Bóg daje to, co ma najcenniejszego – swojego Syna. Ale człowiek mimo to nie potrafi do końca odczytać Bożej Miłości. 
Każdy z nas jest oblubieńcem, bądź oblubienicą Pana. Czy dociera do mnie świadomość tej prawdy? 
Pierwsi chrześcijanie dobrze wiedzieli, co oznacza czas przygotowania do przyjęcia bożego daru. Można to zobaczyć chociażby na przykładzie katechumenatu – przygotowania do chrztu chrztu. Niestety, nasze czasy, w których również z tak wielu Bożych darów korzystamy i to każdego dnia i w takiej obfitości, stają się bardziej utylitarystycznym wykorzystywaniem tych darów, aniżeli w pełni świadomym przyjmowaniem Bożego planu zbawienia. Znowu widać to na przykładzie sakramentów. Jak wiele z nich nam spowszedniało. Nie kryje się za nimi już świadomość wielkiego obdarowania i Tajemnicy. A przecież sakrament nie jest pustym rytem! Każdy sakrament jest pełnym sensu przechodzeniem w wierze, doświadczaniem wiary, budowaniem się w wierze. Ale czy my o tym nie zapomnieliśmy? A jeśli tak, to dlaczego? Myślę, że odpowiedź jest jedna: Bo żyjemy za szybko!
Kościół, naszą parafię, traktujemy często jako jeden z wielu punktów usługowych, w której wszystko nam się należy – w imię zasady klient – nasz pan. Przecież tutaj nie o „sprawunki idzie”, tylko o łaskę Boga samego. Nie możemy przepędzić naszego życia, nie możemy spraw wiary traktować na zasadzie zakupów w supermarkecie. To nie ta rzeczywistość! Trzeba nam się zatrzymać! Trzeba nam się zastanowić! Trzeba uczyć się czekać! Ale my nie lubimy czekać! Czekanie nas irytuje! Może właśnie dlatego trzeba nam na nowo odkryć wymowę czasu Adwentu! Może dlatego właśnie ten szczególny czas Adwentu jest nam dzisiaj dany i zadany bardziej niż kiedykolwiek !
Przede wszystkim jednak w tym czasie oczekiwania na przyjście Pana trzeba zapytać samych siebie skąd się u nas biorą tak wielkie trudności w słuchaniu? Dobre warunki do słuchania zostały w nas zakłócone, nie sprzyjają doskonałej wydajności. Dzisiaj widać to na każdym kroku. Młodzież w szkole nie potrafi już skupić się na słuchaniu dłużej niż przez pięć, dziesięć minut. Słuchamy w kościele Słowa Bożego i homilii, ale wychodząc tak naprawdę nie pamiętamy, co usłyszeliśmy. Czy zatem naprawdę usłyszeliśmy, czy tylko wydawało nam się, że słuchamy? A przecież człowiek jest tym czego słucha. Jełki zatem w kakofonii różnych dźwięków i słów, które docierają do naszych uszu, kształtując nasz sposób myślenia i patrzenia na rzeczywistość – my chrześcijanie – przestaniemy wsłuchiwać się w to, co najważniejsze a więc w Słowo Boże, to dokąd nas to doprowadzi?
Pamiętajmy, że życie chrześcijanina jest nieustannym wzrastaniem ku jego pełni, ku wieczności. Z biegiem lat nasz słuch (zwłaszcza ów duchowy) powinien się wyostrzyć, nasza zdolność słuchania powinna się zwiększyć i rozwinąć. 
Czy kiedykolwiek myślimy o tym, że żyjemy na tym świecie, aby dojrzeć do dnia, w którym będziemy słuchać Boga w ekstazie i błogosławieństwie?
Nie bądźmy obojętni w tym czasie Adwentu na tak wiele sposobów, przez które Bóg mówi do nas. Ale żeby go usłyszeć musimy wywalczyć sobie przestrzeń ciszy.

Nim świt obudzi dzień
Dotykiem ciepłych mgieł
Panie przyjdź
Słucham ciszy

Przebudzić się z letargu

Zapytajmy co dzisiaj Merton ma nam do powiedzenia?
Widzę coraz wyraźniej, że moje pojmowanie siebie i swego życia zawsze było i jest w wielkim stopniu nie takie, jak powinno. Teraz, gdy bardziej niż kiedykolwiek chcę widzieć, zdaję sobie sprawę z tego, jakie to trudne. Chociaż w życiu w samotności kryje się niebezpieczeństwo, bardziej niż kiedykolwiek przedtem uświadamiam sobie, że w tym właśnie miejscu dochodzi do mojej konfrontacji ze słowem, z Bogiem i z jednymi w pełni realnymi możliwościami, przynajmniej z tymi, które są najbardziej realne dla mnie.
Oczywiście, wiele tego, co realne, istnieje także we wspólnocie, lecz kiedy schodzę do klasztoru, coraz częściej mam wrażenie, że rzeczywistość jest tam dławiona i że jej substytutem są słowa. Podsumowując: moje zadanie i zadanie Kościoła to obudzić w sobie i w innych poczucie rzeczywistej możliwości, poczucie prawdy, posłuszeństwa Temu, który jest święty, zainicjować sprzeciw wobec udawania i różnych form zniewolenia, bez pychy, próżności i bez jakiegokolwiek zdradliwego idealizmu.
(„Ślub konwersacji”)
Daliście się porwać przez wasze konieczne prace i ważne obowiązki:
Troska o rodzinę, troska o dzieci, szukanie pieniędzy i troszczenie się o nie,
Troska o miejsce pracy, codzienne obowiązki, które nie mogą ulecieć naszej uwadze.
Nie pozostaje nam nawet minuta, byśmy usiedli
I pomyśleli przez chwilkę o osobach i rzeczach, które nas otaczają
Byśmy zwrócili się ku Stworzycielowi, i byśmy spytali samych siebie:
Dlaczego? Dla kogo? Dokąd?
Jesteśmy zahipnotyzowani!
Uśmierzyliście waszą miłość!
Nie ma już nic, co by mogła was zaskoczyć.
Pozwoliliście się ścigać dniami i nocami w powtarzającym się refrenie
Słów i działań, w których powoli zgasiliście cudowny moment zdziwienia!
Uśmierzyliście waszą wiarę!
Wszystko jest do przewidzenia!
Trzymaliście się z daleka od waszych świąt,
Zaczęliście je osądzać twierdząc, że są monotonne i „bez smaku”.
W tym samym czasie oddaliliście się od źródła,
Gdzie Chleb i Słowo są rozdawane z nadmiarem,
abyście mogli posilić się w waszym pielgrzymowaniu;
gdzie moc Ewangelii może zacząć budować waszą radość każdego dnia!!!
Jak zatem możecie odczuć ciepło Pana Życia,
Który chce Was rozpalić ciepłem swojego zaufania???
Żyjecie w letargu!
Otuleni w „pluszowych pościelach”, by zadowolić samych siebie.
Wasz duch i wasze serce pozostają zamknięte.
W jaki sposób zatem możecie usłyszeć krzyk świata
I spostrzec potrzeby tych, którzy każdego was mijają???
Bracia i Siostry, którzy śpicie,
Oto nadszedł czas przebudzenia z odrętwienia,
Aby przyjąć Radosną Obecność Tego,
Który przychodzi, aby obudzić nas do miłości, która zbawia świat!!!
Adwent jest zawsze zaproszeniem do wejścia w nową rzeczywistość. By jednak odpowiedzieć na to zaproszenie najpierw musimy sobie uświadomić potrzebę zmiany w naszym życiu. Czy nie jest tak, że dystans między nami a tym, czego Chrystus nauczał w Ewangelii widać na pierwszy rzut oka w naszych zachowaniach, wyborach, myślach….
Pomimo wszystko, nadchodzą dni, w których Pan chce wypełnić pomyślną zapowiedź, jaką nam obwieścił (por. Jer 33,14). To wyrocznia Pana! Bóg dotrzymuje obietnicy.
Pamiętamy wołanie, które tak mocno rozbrzmiewało  na początku Adwentu, kończąc się wezwaniem do czuwania.
Dzisiaj w połowie tego czasu łaski możemy odpowiedzieć sobie już na pytanie czy i jak udało nam się odpowiedzieć na to wezwanie.
Pierwsze dwa tygodnie Adwentu zwracały naszą uwagę i chciały uwrażliwić nas, abyśmy odpowiedzialnie i z ogromnym zatroskaniem o nas i o tych, którzy żyją obok nas, przygotowywali się na przyjście Pana w czasach ostatecznych. Koniec czasów tego świata nie może być dla nas czymś strasznym. W każdym Credo wypowiadamy słowa oczekujemy Twego przyjścia w chwale. To oczekiwanie po raz kolejny pragniemy rozpocząć, bo każdy Adwent to początek roku liturgicznego, nowy czas dla każdego chrześcijanina. W tym czasie ma się odnowić nasze pragnienie Jezusa i Jego Królestwa, pragnienie Jego Miłości. Tej miłości i temu pragnieniu powinno być podporządkowane życie chrześcijanina XXI wieku tak jak było ono podporządkowane w czasach pierwotnego Kościoła, gdzie codzienną z serca wypowiadaną modlitwą kończącą dzień było wezwanie Maran atha! Wówczas – w dobie prześladowań doświadczenie końca było bardzo realne. Dzisiaj tę świadomość udaje nam się skutecznie spychać na plan dalszy. Żyjemy uśpienia, w błogim letargu, myśląc sobie „przecież jeszcze nie dziś… Przecież mam jeszcze czas”
Wbrew pozorom jednak jak mówi Pismo Święte: Czas jest krótki! Dlatego św. Paweł wzywa: A Pan niech pomnoży waszą liczbę i niech spotęguje miłość waszą nawzajem do siebie i do wszystkich… aby serca wasze utwierdzone zostały w nienagannej świętości wobec Boga, Ojca naszego, na przyjście Pana naszego Jezusa wraz ze wszystkimi Jego świętymi. (1Tes 3,12-13). Paweł doskonale wie, że zdobywając się na coraz większą miłość, Tesaloniczanie będą stawać się coraz bardziej doskonalsi pod względem świętości, a to z kolei sprawi, że ich spotkanie z Jezusem w dzień Jego przyjścia będzie pełne radości i chwały.
Trzeba nam więc dzisiaj pamiętać przede wszystkim o tym, by troszcząc się o nasze życie i zdrowie, nie zapomnieć o kuracji podstawowej – kuracji naszego serca. To przecież do jej podjęcie wzywa ciągle Jezus, który znając kondycję ludzkiego serca, dobrze, że nasze serce jest bardzo obciążone. Hulatyka… Pijaństwo… Doczesne troski… Te wszystkie obciążenia mogą sprawić, że Dzień Pański przyjdzie na nas jak potrzask, znienacka. (por. Łk 21,35).
Może zatem warto w połowie tego czasu Adwentu zapytać siebie o nasze serce: Czy je znamy? Czy o nie się troszczymy? A może te minione dwa tygodnie Adwentu sprawiły, że poznałem je lepiej i lepiej niż przedtem się o nie zatroszczyłem? Jezus bardo dobrze zna nasze serce. On jest naszym najlepszym Lekarzem. Czyż diagnoza, którą często stawia w Ewangelii nie jest tego świadectwem. Tylko jak często chcemy ją odnieść do siebie. Gdy słyszymy w radio lub telewizji wezwanie współczesnych lekarzy zachęcające nas do tego, by stanąć przed lustrem i sprawdzić, czy tu i ówdzie nie pojawiło się więcej tłuszczu. By pomyśleć, czy nie sięgamy częściej po te lub inne używki. Czy nie zaniedbujemy naszego odpoczynku i naszej aktywności? Czy zbyt często nie pojawiają się bóle głowy, szumy w uszach? Bo jeśli tak, to złe oznaki i czas by wziąć się za siebie, jeśli nie chcemy źle skończyć! Tak chętnie wprowadzamy w życie ich rady. A jeśli Chrystus zachęca nas: Popatrz w lustro swojego sumienia i jeżeli nie jest ono całkiem czyste, to znak by wziąć się za siebie. Zrzuć zbędne kilogramy swoich trosk, podejmij więcej duchowego ruchu i zmodyfikuj swoją dietę, wyrzucając to, co ci szkodzi i grozi uzależnieniem – wówczas nie traktujemy owych zaleceń zbyt poważnie. Czy słowa Jezusa odbiegają tak bardzo od zaleceń współczesnych uzdrowicieli? Dlaczego więc tak chętnie słuchamy ich a nie Chrystusa? A przecież nie ma wątpliwości, że jego kuracja sięga o wiele głębiej  a owoc, jaki przynosi wystarcza na wieczność!
Z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo mi daleko do równego rytmu mojego serca. Przecież nikt nie zwolnił mnie z pracy nad sobą. A jednak tak trudno zabrać się za siebie i za swoje życie. Jestem leniwy i skoncentrowany zbytnio na tym, co przynosi tanią satysfakcję. Czy w tych odczuciach jestem odosobniony? Często moje serce nie bije równomiernie… Potrzeba więc nam czuwania!!!
Jednak mimo największych osobistych wysiłków człowiek nie będzie mógł w pełni czuwać. Aby jego czujność nie została łatwo uśpiona, aby nie popadł w duchowy letarg – tak niebezpieczny dla nas nasza czujność musi być połączona z modlitwą. Czuwanie w Biblii jest zawsze ściśle związane z modlitwą. Czuwajcie i módlcie się! Łk 21,34-36
Kto czuwa, ten się modli, bo trwa myślą przy Bogu, i odwrotnie, kto się modli, jest przytomny umysłem i sercem.
Nie możemy więc pogrążyć się w bezrefleksyjnej gonitwie pośród spraw tego świata. Trzeba nam wciąż szukać źródła.

Kolejne rekolekcje

Kolejne trzy dni dane mi będzie spędzić w uroczym klasztorze sióstr benedyktynek samarytanek, gdzie wspólne przeżywać będziemy czas rekolekcji adwentowych.

Tak wygląda dom sióstr (zdjęcie archiwalne, dlatego bez śniegu).

A tak kaplica, w której spędzać będziemy większość czasu, blisko Gospodarza tego miejsca.

Zabieram ze sobą na te trzy dni mojego dobrego przyjaciela Thomasa Mertona, bo to na jego słowie pragnę oprzeć te rekolekcje. Mam nadzieję, że przypadną do gustu siostrom benedyktynkom, wszak wraz Mertonem wyrastają z tego samego pnia duchowości benedyktyńskiej. A poz tym dobrze mieć takiego patrona w czasie rekolekcji.
Zatem zanim ja sam zacznę coś mówić, oddam głos o. Ludwikowi. Niech on zacznie te rekolekcje:
Wczesny ranek.
Hora Prima
Bądź błogosławiony, o Milczący,
Który zewsząd przemawiasz.

Nie słyszymy delikatnego głosu,
głosu łagodnego,
pełnego miłosierdzia i kobiecości.

Nie słyszymy miłosierdzia,
Miłości pełnej oddania,
które nie opiera się ani nie zna odwetu.
Nie ma w niej ni powodów, ni odpowiedzi.
Jest ona szczerością Bożego światła,
wyrazem Jego prostoty.

Nie słyszymy przebaczenia,
Które wybacza bez żalu
I niewinne oblicza kwiatów skłania
ku zroszonej ziemi.
Nie widzimy dziecka, które,
Uwięzione w każdym człowieku,
Nie mówi nic.

A Ona uśmiecha się,
gdyż nawet związana, nie może być więźniem.
Lecz nie z powodu swej mocy lub sprytu,
ale z bardzo prostej przyczyny:
nie jest Ona w stanie pojąć uwięzienia.

A ów bezradny, opuszczony w słodkim śnie,
Ma kogoś, kto go grzecznie budzi: Sofię.

Cała słodycz Jej łagodności
przemówi do niego bez zająknięcia
ze wszystkich stron wszystkiego,
a on już nigdy nie będzie taki sam.
Zbudzi się, lecz nie na to, by zdobywać
lub oddawać się ciemnym namiętnościom,
lecz ku bezgrzeszności czystej prostoty.
Jedna świadomość we wszystkim
i przez wszystko:
jedna Mądrość,
jedno Dziecko,
jedno Znaczenie,
jedna Siostra. 
Gwiazdy radują się w swoim zachodzie,
gdy wschodzi Słońce.
Niebiańskie światła radują się dlatego,
iż pewien człowiek wyrusza, by u poranka
tworzyć nowy świat oraz dlatego,
że przeszedł on z pierwotnej ciemności,
pełnej chaosu, ku zrozumieniu.
Udało mu się wyrazić swym własnym sercem
przejrzyste milczenie Sofii.
I tak oto stał się on wieczystym. 
(” HAGIA SOFIA”)
Czy może być coś bardziej cennego jako wskazówka na początek rekolekcji niż milczenie, które jest jednocześnie wsłuchiwaniem się w Odwieczną Mądrość, która przychodzi w ciszy? Nie mam wątpliwości, że najlepsze rekolekcje rodzą się ze wsłuchiwania się w Odwiecznego. Bez niego wszystkie nasze słowa, wszelkie pomysły, które miały by na celu zainteresowanie i skupienie uwagi innych spełzną na niczym a w najlepszym wypadku będą miały jedynie charakter doczesny i tymczasowy. A przecież od rekolekcji powinno się wymagać czegoś więcej. Mam zatem nadzieję, że ten czas rekolekcji stanie się także dla mnie okazją do wsłuchiwania się w Tego, który jest Źródłem a jednocześnie staną się okazją do medytacji, której w tym cichym i pięknym zakątku będę mógł poświęcić więcej czasu i serca.

Pozostać poszukiwaczem

Dzisiaj 10 grudnia – rocznica śmierci o. Ludwika (Thomasa Mertona). Pamiętałem o nim sprawując Eucharystię, czyniąc to z wdzięcznością i głębokim przeświadczeniem, że on modli się ze mną, będąc już po tamtej stronie, w miejscu, do którego zawsze tęsknił, choć był tak wielkim miłośnikiem życia. Czterdzieści dwa lata temu, 10 grudnia 1968 roku – w roku mojego urodzenia – Merton znalazł Tego, którego przez całe swoje życie szukał i znalazł ostateczną odpowiedź na tak wiele pytań, które zadawał i które przywoływał w tak wielu swoich książkach. 
Thomas Merton – Człowiek, Kapłan, Poeta i Pisarz, Duchowy Nauczyciel i Przewodnik, Przyjaciel i Poszukiwacz.
Jak wspomniałem sprawowałem dzisiejszą poranną Eucharystię myśląc o nim bardziej z wdzięcznością niż z prośbą o jego zbawienie, bo nie mam wątpliwości, że całym swoim życiem, głębią i prawdziwością jego przeżywania zasłużył na niebo. Ta wdzięczność podyktowana była i pozostanie świadomością, że gdyby nie Merton – o. Ludwik – trapista z klasztoru z Gethsemani w stanie Kentucky nie był bym tym kim jestem dzisiaj i nie myślał tak jak myślę i nie spoglądał tak jak spoglądam na rzeczywistość, zarówno w wymiarze duchowym, w wymiarze wiary jak i ludzkim (choć nie sposób na co dzień te dwa wymiary od siebie oddzielić). Bowiem od blisko dwudziestu pięciu lat uczę się tego wszystkiego z niesłabnącą uwagą od tego niezwykłego człowieka i mnicha , co do którego jestem przekonany, że miał i ma wpływ na moje własne powołanie i życie tak jak i na życie wielu innych osób. Jak wielki to był wpływ – dowiemy się dopiero po tamtej stronie.
Słyszę Cię, mówiącego do mnie:
Dam ci wszystko, czego pragniesz. Poprowadzę cię w samotność, poprowadzę cię drogą, której nie potrafisz absolutnie zrozumieć, bo chcę, żeby to była droga najkrótsza.
Wszystkie rzeczy wokoło ciebie uzbroją się przeciwko tobie, aby się wyrzec ciebie, aby cię ranić, aby ci sprawić ból, a przez to doprowadzić cię do osamotnienia.
Ich wrogość sprawi, że pozostaniesz wkrótce sam. Wyrzucą cię precz, opuszczą cię, odrzekną się ciebie i będziesz samotny.
Wszystko, co cię dotknie, będzie cię palić i z bólu będziesz cofał twoją rękę, aż oddalisz się od wszystkich rzeczy stworzonych. Wtedy znajdziesz się zupełnie sam.
Nie pytaj, kiedy ani gdzie, ani jak się to stanie. Czy na jakiejś górze, czy w więzieniu, czy na pustyni, czy w obozie koncentracyjnym, czy w szpitalu, czy też w Gethsemani . To nie ma znaczenia. Nie pytaj mnie więc, bo i tak ci nie odpowiem. Nie będziesz wiedział, dopóki się tam nie znajdziesz.
Zakosztujesz prawdziwej samotności mojej męki i mojego ubóstwa i poprowadzę cię na wyżyny mojej radości; umrzesz we Mnie i odnajdziesz wszystkie rzeczy w głębi Mojego Miłosierdzia, które stworzyło cię w tym celu i prowadziło cię z Prades na Bermudy, do St. Antonin, do Oakham, do Londynu, do Cambridge, do Rzymu, do New Yorku, do Columbii, do parafii Corpus Christi, do św. Bonawentury i do cysterskiego opactwa ubogich mnichów pracujących w Gethsemani:
abyś mógł stać się bratem Boga i nauczyć się poznawać Chrystusa ludzi wypalonych płomieniem.
SIT FINIS LIBRI, NON FINIS QUAERENDI.
Tak kończy się Siedmiopiętrowa Góra, najsłynniejsze dzieło (autobiografia) Thomasa Mertona, bez wątpienia uznawanego za jednego z najwybitniejszych myślicieli i mistrzów duchowych XX wieku. Cytowane słowa, napisane w połowie lat 40-tych, już po wstąpieniu do trapistów, są niemal proroctwem Autora, wybiegającym ku chwili swojej śmierci. Śmierć dosięgła Mertona rzeczywiście niespodziewanie, 10 grudnia 1968 roku w Bangkoku, wskutek porażenia niesprawnym wentylatorem elektrycznym. Merton uczestniczył w konferencji mnichów Wschodu i Zachodu. Dziś właśnie mija czterdziesta druga rocznica jego śmierci. Miejscowości pojawiające się w cytowanym fragmencie, znaczą miejsca życiowych przystani w burzliwym życiu Thomasa Mertona. Łacińskie słowa oznaczają – Niech będzie koniec książki, nie koniec szukania. 

Wyrwać się z zagubienia…

Od samego rana, od przeczytania w ramach lectio divina wiersza Mertona p. t. „Pierwsza lekcja nauki o człowieku” [patrz wpis do bloga z 5 grudnia] chodzi mi po głowie końcówka „Dziewczyny” Leśmiana. Początkowo tylko to pytanie „Czemuż innego nie ma świata?” Ale teraz to już mi brzmi całe zakończenie:
„Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów, Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów. I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie. A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?”
Tak często mówi się o czynach, ocenia się je pod kątem tego czy są moralnie dobre czy złe, czy są konstruktywne czy destruktywne. A czy nie jest tak, że wszystko zaczyna się do myśli? Jak to ktoś słusznie zauważył: Czy nie jest także nie nasze złe myśli zapełniają świat widmami. Widma mają zawsze posmak destrukcji, a każda destrukcja kończy się tragicznie…
Wielu czytelników i „krytyków” poezji Mertona myślało czytając jego wiersze (a przynajmniej wspomniany), że mają do czynienia z osobą, która zapełniała świat widmami…
A jednak widma nie zawsze muszą być destrukcyjne, choć Merton niejednokrotnie swoim sposobem pisarstwa i pytaniami, które poprzez nie zadawał skutecznie burzył nasz święty spokój. Myślę, że z psychologicznego punktu widzenia to, co proponował Merton i to, co było skutkiem przyjęcia jego sposobu patrzenia można porównać za prof. Kazimierzem Dąbrowskim z dezintegracją pozytywną. Czasem ów nie zawsze wesoły, mertonowski sposób patrzenia na rzeczywistość może stać się naszym przyjacielem. Do oczyszczenia atmosfery, do właściwego sposobu spojrzenia na wiele spraw potrzebny jest zdrowy dystans, jako danie główne. Na deser jednak Merton potrafił pisać coś bardziej lekkostrawnego.
Jednak dzisiaj inny fragment Może niezupełnie lekkostrawny dla wielu osób z  książki p.t. „W natarciu na niewypowiadalne”.
“Być może ktoś ode mnie oczekuje jakiegoś słowa uznania pod adresem masowej religii. Obawiam się, że nic z tego. Masowa religia w znacznym stopniu zdradziła ludzkiego ducha i wydała go, jak Samsona, ostrzyżonego i oślepionego, na pastwę kultury pełnej frustracji i autodestrukcji. Popularne hasła masowej religii są często równie jałowe i fałszywe jak slogany reklamujące nowy rodzaj mydła, tylko znacznie groźniejsze, bo jakość mydła można przynajmniej łatwo sprawdzić. Grzechem religijności jest uczynienie z Boga, pokoju, szczęścia, zbawienia i wszystkich pragnień człowieka – produktów, które wypuszcza się na rynek w atrakcyjnym opakowaniu. Problem nie leży w szczerości przekonań kaznodziejów i pisarzy religijnych, ale w samych założeniach, na których bezkrytycznie opierają swą działalność. Umysłowość religijna naszych czasów rzadko wykazuje skłonność do krytycznej analizy problemów naprawdę ważnych. Wygodnie nam z naszymi nawykami i zaściankowymi niechęciami, lecz czy aby nie nazbyt łatwo godzimy się na dwuznaczności, które Ewangelie i Prorocy każą nam bezkompromisowo odrzucać.” 
Przywołuję ten fragment, bo ciągle chodzi mi po głowie wczorajsza dyskusja z jednym moim parafianinem. Myślę, że w słowach Mertona odnajduję również tęsknotę, którą wczoraj między wierszami znalazłem w tamtym – jak zwykle spotkanym nie przez przypadek – człowieku. Ciekawe, co Merton by odpowiedział na jego wątpliwości i pretensje. Może z wieloma z nich by się zgodził. A może jest tak, że ja w swoim spojrzeniu również posługuję się stereotypami, które przyjąłem za mój własny punkt widzenia i próbuję bronić czegoś, co na dłuższą metę jest nie do obronienia.


Właśnie dlatego tak wiele zawdzięczam Mertonowi. Uczy mnie krytycznego sposobu patrzenia na wiele spraw, rownież związanych z życiem i funkcjonowaniem Kościoła, którego stanowię cząstkę. I może pozwala odkryć to, co drzemie gdzieś w głębi mojego serca a czego jeszcze nie mam odwagi głośno wypowiedzieć. Thomas Merton był poetą, ale chyba trudno mówić o nim jako o poecie religijnym. Co tylko znakomicie o nim świadczy. Zdawał sobie sprawę, że jego osobiste przeżycia duchowe są zwykłym czytelnikom niedostępne. Jeden ze zbiorów jego wierszy nosi tytuł „W natarciu na niewypowiadalne” i jest świadectwem zmagania się poety z tym co nienazwane, lecz przez to wcale nie mniej rzeczywiste.
Ale czy zagubienie (większe lub mniejsze) nie towarzyszy nam przez całe życie? A może nie zdajemy sobie sprawy z zagubienia, albo się do niego nie przyznajemy, albo też uparcie wierzymy, że da się wyjść z tej matni, że tuż za rogiem, za zakrętem ….
Może to naiwna wiara. Może – jak mawiał C.  Lewis – wyjście z owej matni znajduje się dopiero po tamtej stronie…