Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Odnaleźć się w…

Dzisiaj chodząc „po kolędzie” stoczyłem batalię słowną z pewnym parafianinem, który wychodząc od krytyki państwa jako tworu niezwykle szkodliwego dla kondycji społecznej przeszedł na krytykę działania Kościoła i Nauki Społecznej, jaką tenże głosi. Nie sposób przywołać tu całego przebiegu dyskusji, ale po ponad godzinie dyskutowania wyszedłem z przekonaniem, jak bardzo niebezpiecznym jest mylenie pobożności z fanatyzmem. Muszę bowiem nadmienić, że ów pan a raczej małżeństwo, bo co jakiś czas jego urocza małżonka wtórowała mu w dyskusji są praktykującymi katolikami. Boję się jednak nieco, że w swoim ewangelicznym radykalizmie z punktu widzenia którego oceniają Kościół (który wszelako również tworzą!), państwo, społeczeństwo tudzież niektóre poczynania jakich dopuszcza się człowiek zapomnieli o pewnej istotnej cesze jaką w Ewangelii stanowi miłość. Historia zbawieni zna już takie przypadki. Pozwolę sobie wspomnieć jednym z nich, którego opis znajdujemy w Dziejach Apostolskich. Otóż niejaki Szaweł rodem z Tarsu, pobożny faryzeusz tak bardzo oparł swoją wiarę na radykalizmie, że zapomniał o miłości, która wszak była już w Starym Testamencie pierwszym przykazaniem. Jakie były tego skutki nie musze nikomu chyba przypominać. Istotne jest jednak, że trzeba było spotkania i to dosyć dramatycznego ze Zmartwychwstałym i bolesnego upadku z konia, aby Szaweł otrzeźwiał i zobaczył, że to, co uważał, za przejaw pobożności i służby Bogu było w rzeczywistości walką z Nim samym.
Mój rozmówca jednak przystosował się z braku innej alternatywy do życia w państwie i społeczeństwie, które tak mocno krytykuje, wieszcząc jednak dramatyczny rozwój wydarzeń w ciągu najbliższych pięciu lat.  No cóż rozstaliśmy się w przyjaźni aczkolwiek pozostając przy swoim. Zaś wobec wizji dramatycznej przyszłości państwa i świata, jakie przede mną mój rozmówca rozpostarł pozostaje mi westchnąć: Pożyjemy i zobaczymy…
Wróciłem z raju
Patrzę
A tutaj
utrzymują stosunki
wymieniają poglądy
określają reguły
mają plany na przyszłość

Oczy zamykam
Do raju wracam
Póki co zobaczmy, co o przystosowaniu do życia w społeczeństwie powie nam dzisiaj nasz duchowy przewodnik na czas Adwentu – Thomas Merton:
      Nie uważam siebie za kogoś, kto przystosował się do życia w swym toczącym wojny społeczeństwie, problem polega jednak na tym, że społeczeństwo naprawdę uważa mnie za doskonale przystosowanego. Zauważyłem, że od dwudziestu lat społeczeństwo – lub raczej czytelnicy moich książek – decyduje o mojej tożsamości i nalega, abym nadal pasował do wizerunku mej osoby, jaki stworzyli sobie, czytając pierwszą moją książkę, która odniosła sukces. Jednak ci sami ludzie przypisują mi jednocześnie całkiem przeciwną tożsamość. Żądają, bym na zawsze pozostał powierzchownie pobożnym, raczej nieugiętym i cokolwiek ograniczonym młodym mnichem, którym byłem dwadzieścia lat temu, a w tym samym czasie rozpuszczają pogłoskę, jakobym opuścił swoje opactwo. Tak naprawdę, to żyję tutaj od jakiegoś czasu i rozwijam się, w sobie właściwy sposób, nie konsultując tego z opinią publiczną, ponieważ nie jest to jej sprawa. 
(„W natarciu na niewypowiadalne”)

Jak być człowiekiem
w świecie figur woskowych
Wiem pamiętam
Trzeba zachować poczucie honoru
Przepraszam
poczucie humoru

No właśnie! Żądają, bym na zawsze pozostał powierzchownie pobożnym…
Czy przypadkiem owa powierzchowna pobożność nie stała się cechą naszych czasów, na którą nie tylko przyzwalamy, ale która wydaje się nam dziś bardzo na rękę, bo sami pozostając przeciętnymi chrześcijanami nie czujemy przy innych dyskomfortu duchowego i wyrzutów sumienia.
Oczywiście nie chodzi o to, aby się porównywać z innymi, ale aby żyć w prawdzie.
A skoro już poruszamy temat życia w prawdzie i w pobożności rodzi się we mnie potrzeba sięgnięcia do tego, co nazywamy duchowością autorytarną i duchowością nieautorytarną. Temat nie nowy, bo historia duchowości zna owo rozróżnienie od kliku stuleci, ale o co w tym wszystkim chodzi?

Jeżeli chodzi o duchowość autorytarną – bardziej rozpowszechnioną w naszej kulturze – to punktem wyjścia dla niej są pewne ideały, do których dążymy lub cele jaki mamy osiągnąć. Drogą do ich osiągnięcia jest naturalnie nasz wysiłek, na który składają się takie metody jak asceza. A wszystko to wypływa ze studiów nad Pismem Świętym, nauką Kościoła i naszych wyobrażeniach o sobie. Duchowość autorytarna, to taka, która stawiając człowiekowi pytania na drodze życia duchowego, szuka odpowiedzi na pytanie: Jak powinien postępować chrześcijanin? Jaki chrześcijanin powinien być? Jakie postawy powinien ucieleśniać w swoim życiu? Nie trudno zatem dostrzec, że jest to duchowość, która wypływa z ludzkiej tęsknoty za tym, by stawać się ciągle lepszym, doskonalszym, by wznosić się coraz wyżej po to, by coraz bardziej zbliżyć się do Boga.  Takie podejście (choć pytając nie o chrześcijaństwo) odnaleźć można już w mentalności Starego Testamentu. W chrześcijaństwie tendencje te rozwinęła postoświeceniowa teologia duchowości ostatnich trzech wieków. Jednak ostatnie odkrycia duchowości jak również psychologii bardzo sceptycznie odnoszą się do tego rodzaju duchowości. Dlaczego?
To proste. Widzą w niej bowiem niebezpieczeństwo prowadzące do wewnętrznego rozdarcia człowieka. Ten bowiem, kto identyfikuje się z ideałami (co nie rzadko się zdarza), ma bardzo często tendencję do tłumienia w sobie wszystkiego, co tym ideałom nie odpowiada. A to może prowadzić do rozdarcia a nawet choroby.
Zupełnie inne spojrzenie proponuje nam tzw. duchowość nieautorytarna. Jest to duchowość, której zręby odkrywamy już u pierwszych chrześcijańskich mnichów udających się na pustynię Egiptu. Zakłada ona, że Bóg przemawia do nas nie tylko przez Pismo Święte i głos Kościoła, lecz przede wszystkim przez nas samych, przez nasze myśli, uczucia, nasze ciało, nasze marzenia ale także przez nasze słabości jak również przez ból egzystencjalny, jaki towarzyszy naszemu życiu. Pierwsi mnisi kładli nacisk na prawdę tam dobitnie wyrażoną słowami Ewargiusza z Pontu: „Jeżeli chcesz poznać Boga, poznaj najpierw samego siebie”. Dlatego swoją duchową ścieżkę zaczynali od poznania siebie, drzemiących w nich namiętności, po to, aby w tym wszystkim znaleźć i rozpoznać działającego w życiu człowieka Boga. Zatem wedle nauki pierwszych Ojców Kościoła wznoszenie się ku Boga zakłada najpierw zanurzenie się w naszą wewnętrzność, w głębiny naszej podświadomości. Nie jest to zatem szeroka droga i przestronna brama, jaka dochodzi się do poznania Boga, lecz wąska i niejednokrotnie kręta ścieżka, prowadząca przez manowce, niepowodzenia, rozczarowania sobą, gdyż to nie nasze cnoty otwierają nas na Boga i Jego działanie lecz nasze słabości, nasza niemoc i nasze grzechy. „Tam gdzie wzmógł się grzech jeszcze obficiej rozlała się łaska” [Rz 5,20]

W duchowości nieautorytarnej nie chodzi jednak wyłącznie o to, abyśmy wsłuchiwali się jedynie w głos Boga rozbrzmiewający w naszych myślach, uczuciach, namiętnościach, czy słabościach, które mają nas prowadzić do odkrycia w sobie obrazu Boga na podobieństwo którego zostaliśmy stworzeni. Nie chodzi również o to, aby wznosić się ku Bogu przez wniknięcie w głąb samego siebie.  Bardziej istotne jest to, abyśmy tam, gdzie dotrzemy już do kresu naszych możliwości, stali się otwarci na działanie i osobisty kontakt z Bogiem. Jak naucza Ewargiusz – prawdziwa modlitwa, to ta, która wypływa z otchłani naszych potrzeb i doświadczenia naszej bezsilności. Doskonałym komentarzem do tej duchowości jest to, co w swojej książce napisał Jean Lafrance – profesor socjologii i psychologii University of Southern California, bazując na własnym doświadczeniu: „Wszystkie wysiłki zmierzające do pojęcia Boga
 przy pomocy ascezy i modlitwy są pozbawione sensu: przez to upodabniamy się ciągle do Prometeusza, który chce posiąść płomień niebiański. Jest istotne, by rozpoznać, jak dalece obrany przez nas model doskonałości zmierza w kierunku, który jest sprzeczny z tym, jaki wskazał nam Jezus w Ewangeliach… Jezus nie ustawił przed nami drabiny doskonałości, po której człowiek szczebel po szczeblu ma się wspinać, aby na szczycie dosięgnąć Boga, lecz wskazał nam drogę, na której doświadczamy głębokich upokorzeń… Tak więc na skrzyżowaniu dróg winniśmy dokonać wyboru, którą z nich chcemy podążać, aby dojść do Boga.
Tą, która wznosi się, czy tą, która opada. Na podstawie moich doświadczeń chciałbym wam od razu powiedzieć: jeśli chcecie dojść do Boga poprzez cnoty i bohaterstwo, możecie to uczynić. Macie do tego pełne prawo; ja jednak chciałbym was ostrzec, iż będziecie przy tym walić głową w mur. Jeśli jednak chcecie podążać drogą pokory, a musicie tego naprawdę chcieć, nie wolno wam lękać się zanurzyć w głębiny własnego ubóstwa” [J. Lafrance, Der Schrei des Gebetes]
Duchowość nieautorytarna pyta zatem; Co powinniśmy czynić wówczas, gdy nam się nic nie udaje? oraz Jak winniśmy obchodzić się ze skorupami naszego rozbitego życia i jak możemy stworzyć z nich coś nowego?
Jak wspomniano na tej drodze fundamentem jest pokora, ale rozumiana nie jako cnota, którą możemy nabyć przez upokarzanie się czy poniżanie, gdyż pokora nie jest cnotą społeczną i nie ma nic wspólnego z wzajemnymi stosunkami pomiędzy ludźmi. Pokora jest postawą religijną, która ukazuje nasz stosunek do Boga. Greckie słowo humilitas oznacz ona pogodzenie się z naszą ziemską kondycją i istotą, z naszą przyziemnością, na którą składa się również świat naszych popędów i słabości. Jest pogodzeniem się z naszym cieniem. Jest to odwaga przyznania się do prawdy o sobie. Podkreślmy to raz jeszcze: Pokora jest tym, co określa nasz stosunek do Boga i dlatego stanowi dla wszystkich religii kryterium prawdziwej duchowości, właśnie dlatego, że wskazuje na to najgłębsze miejsce w nas, w którym możemy spotkać Boga prawdziwego i z którego może wypłynąć to, co ojcowie starożytni nazywają prawdziwą modlitwą.
Właśnie dlatego współczesne psychologia nie ma zastrzeżeń do tego rodzaju duchowości, ponieważ jest dla niej, tak jak dla starożytnych mnichów z Egiptu oczywiste, że człowiek jedynie przez szczere poznanie samego siebie jest w stanie odkryć swoją wewnętrzną prawdę i tożsamość.

Dlatego duchowość, którą nazywamy nieautorytarną jest najprostszą drogą ku naszemu prawdziwemu „ja” oraz ku Bogu, prowadzącą jednak z konieczności poprzez zagłębienie się w tym, co stanowi rdzeń naszej osoby a także przez doświadczenie własnej niemocy i niepowodzeń jako punktu wyjścia dla naszej prawdziwej modlitwy, która jest przyzywaniem mocy samego Boga i szansy odkrycia nowego stosunku do Boga działającego w naszym życiu mimo doświadczenia naszej niemocy. I właśnie dlatego Mark Baker nazywa Chrystusa Największym Psychologiem wszech czasów, gdyż droga jaką ukazuje duchowość nieautorytarna z jednej strony jest swoistym procesem terapeutycznym prowadzącym człowieka do poznania swojego prawdziwego oblicza, z drugiej zaś do doświadczenia tego, co ojcowie starożytni określali mianem prawdziwej pobożności, która poprzez doświadczenie niepowodzeń prowadzi nas do modlitwy,  która jest wołaniem „z głębi naszej otchłani” i która otwiera nas na doświadczenie obecności i działania Boga w Naszym życiu oraz na większe zaufanie do Niego. 

Obudzić „ja”

Kolejny dzień Adwentu minął.
Dobry dzień. Choć post trochę spóźniony. Wczoraj wieczorem zalałem sobie klawiaturę i zaczęła płatać mi figle. I siłą rzeczy martwych, ale złośliwych musiałem poczekać do dzisiaj.
Niemniej wszystkie dni Adwentu są dobre, nawet te, gdy klawiatura komputera płata figle, bo niosą w sobie radość oczekiwania (nie tylko na nową klawiaturę)…
Jak wspomniałem, próbuję od lat przeżywać mój Adwent z Mertonem, który służy mi za duchowego przewodnika. Żeby lepiej się dostosować do jego duchowego towarzyszenia staram się przyjmować jego własny rytm dnia. Oczywiście nieco zmodyfikowany ze względu na nasze rodzime warunki duszpasterskie. Doprawdy w Warszawie trudno być pustelnikiem. Choć bez wątpienia jest to wielkie wyzwanie, o którym pisał wspomniany już przeze mnie na łamach tego bloga Carlo Carretto. jako mały brat od Jezusa jeździł po świecie ucząc jak odnaleźć „pustynię w mieście”. Pustynie rozumianą nie jako ucieczkę „od” ale jako zwrócenie się bardziej ku Bogu, po to by odnaleźć w gwarze miasta Jego obecność tak często gubioną przez współczesnego, zabieganego człowieka. Myślę, że to czego uczył stało się przed laty także dla mnie, jak dla wielu innych młodych osób z Hong-kongu, Rzymu, Warszawy i wielu innych miast świata inspiracją do pogłębionej  modlitwy, nawrócenia i odkrycia swojego powołania. Dopiero potem był Merton.
Jak wyglądał jego dzień?
Wstawał dosyć wcześnie, bo ok godz. 3.00.
O 3.15  odmawiał pierwsze oficjum brewiarzowe
Potem był czas na Lectio Divina
O 5.45 – odmawiał Jutrznię
O 6.15 – Eucharystia
Potem kawa i lektura Pisma Świętego
O. 7.30 był czas na kolejną porcję brewiarza (tzw. Tercję)
Potem czas na pracę aż do południa
O 12.15 kolejna godzina brewiarzowa ( tym razem Sexta)
Potem obiad i krotki odpoczynek
O 14.15 – odmawiał Nonę – kolejną modlitwę brewiarzową w ciągu dnia
Znów czas na pracę
O 17.15 – Nieszpory
Następnie poświęcał czas na odpisywanie na listy do przyjaciół
i licznych korespondentów.
O 19.00 odmawiał różaniec.
O 19.30 Kompletę
Gdy Merton przeniósł się do pustelni nieco zmodyfikował swój plan dnia. Ja także go zmodyfikuję dla własnych potrzeb…
Przede wszystkim zrezygnuję z pierwszego punktu czyli wstawania o 3.15. Toż to czysty masochizm. Zważywszy, że kładę się spać zwykle ok. 1.00. Dwie godziny i piętnaście minut snu na dobę. To dopiero nazywa się wykorzystanie czasu do maximum. Ale chyba nie mam powołania do bycia pustelnikiem. Lubię towarzystwo innych osób. Chociaż Merton też je lubił. Jego pisarstwo było właśnie owym niezwykłym utrzymywaniem relacji, jakie mógł pogodzić z życiem pustelnika. Choć wciąż tęsknił za większym odosobnieniem.Poszukiwaniu tego szczególnego miejsca, które spełniło by jego pragnienia poświęcił wiele czasu, zwłaszcza w ostatnich chwilach swojego życia. Nie wykluczał nawet pustelni na Alasce!
Mnie wystarczą te chwile samotności, o które mogę zawalczyć na co dzień.
Wróćmy jednak do przeżywania naszego Adwentu z o. Ludwikiem (to zakonne imię Mertona).Pozwólmy, żeby to jego słowa były wprowadzeniem w dzisiejszą medytację.
Medytacja jest pracą duchową, czasem trudną pracą. Lecz jest to dzieło miłości i pragnienia. Nie jest to coś, co może być praktykowane bez wysiłku, przynajmniej na początku.  W medytacji, jak we wszystkich innych sprawach chrześcijańskiego życia, wszystko zależy od naszej odpowiedzi danej łasce Ducha Świętego.
Medytacja jest niemal cała zawarta w tej jednej idei: idei PRZEBUDZENIA  naszego wewnętrznego „ja” i wewnętrznego zharmonizowania z Duchem Świętym, byśmy mogli odpowiadać na Jego łaskę. Z biegiem lat musimy pozwolić, by nasza wewnętrzna spostrzegawczość została oczyszczona w modlitwie myślnej i wysubtelniła się. Musimy dostroić się do niespodziewanych poruszeń łaski, które w ogóle nie pasują do naszych, z góry przyjętych, pojęć życia duchowego i które w ogóle nie schlebiają naszym ambitnym aspiracjom. Medytacja powinna zawsze być związana w praktyce z oddaniem się woli i działaniu Boga.
(Kierownictwo duchowe i medytacja, Kraków 1995)

Jeszcze trochę poezji według Mertona

ADWENT

Urzeczcie swą czystością te zimowe noce,
Niebiosa, i nieście doskonałość !
Żywiej, meteory cichnące, w ognisty mrok lećcie
I znikajcie.
księżycu, zstępuj wolno,
Oto twoja pełnia.

Cztery białe drogi uciekają w milczeniu
Ku czterem stronom gwiezdnego wszechświata.
Czas opada jak manna na krańcach zimnej ziemi.
Staliśmy się pokorniejsi niż skały,
Czujniejsi niż cierpliwe wzgórza.

Urzeczcie swą czystością te noce Adwentu,
Święte sfery,
Podczas gdy myśli, łagodne jak zwierzęta,
Gnieżdżą się w domu, w słodkim sianie;
A umysły spokojniejsze są niż stada pasące się w świetle gwiazd.

O, zlejcie waszą ciemność i waszą świetlistość na dostojne doliny,
Wy niebiosa: i dążcie jak najtkliwsza Dziewica
Ku uroczystym orbitom,

O, biała pełnio, cicha jak Betlejem !

Antropologia według Mertona

Skoro sięgamy czasem do poezji, to czemu nie sięgnąć właśnie do twórczości Mertona?


Człowiek bierze początek w zoologii
Jest najsmutniejszym ze zwierząt
Jeździ wielkim czerwonym autem
Które zwie się lęk
Nocą przychodzi sen
Jeździ bez przerwy windami
Zgubił się w korytarzach
Nigdy nie znajdzie właściwych drzwi

Człowiek jest najsmutniejszym ze zwierząt
Pożeracz porannych płatków
I amator mleka
Przesyca skórę kawą
Denerwują go wielce
Współbracia w gatunku

Na ścianach kreską wyznaje swoje grzechy
Na reklamach w podziemnych tunelach
Dorysowuje wąsy kobietom
Bowiem radość znajduje
Tylko w zoologii

Ilekroć próbuje
Dzwonić do radości
Zawsze odzywa się pomyłka 

Dlatego lubi broń
Zna stosowne nazwy
Wszystkich karabinów
Jeździ czarnym Cadillakiem
Który zwie się śmierć

Teraz w przestrzeni między gwiazdami
Umieszcza swój lęk
Ze swymi problemami
Oblatuje Wenus
Wszystko na próżno

Przez gwiezdne obszary
Gdzie przez tyle wieków
Była tylko pustka
Przelatuje teraz wielką białą kulą
Która zwie się śmierć

Na tym drogie dzieci
Koniec pierwszej lekcji
Nauki o człowieku
Teraz napiszcie wypracowanie:

„Człowiek jest najsmutniejszym ze zwierząt
Bierze początek w zoologii
Po czym gubi się
W gąszczu złych nowin o sobie.
 

                    Wiersz z tomiku : Tren dla dumnego świata

Przekład: Tadeusz Sławek
Za: Thomas Merton, Wybór wierszy, Kraków 1986

Zawsze miałem problem z analizą wierszy. 
Łatwiej przychodziło mi pisać niż analizować, co chciał autor. 
No właśnie, skąd my możemy wiedzieć co myślał, co czuł, 
lub co chciał przekazać autor tego lub innego wiersza? 
Myślę, że gdy spotkamy się z niektórymi poetami po tamtej stronie, 
możemy być zaskoczeni:-)
Niech zatem to, co napisał Merton pozostanie bez komentarza. 
Albo niech każdy znajdzie w jego poezji to, co sam chce. 
Jak kto woli. 
Dla mnie są one niejednokrotnie powodem do głębokich przemyśleń.

Niebawem półmetek Adwentu

Z Ewangelii według św. Mateusza (Mt 3,1-12)
W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie . Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki. Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.

Znamienne jest, że w nauczaniu Jana Chrzciciela nie ma wezwania do modlitwy, zwłaszcza dłuższej, pogłębionej. Jest za to wezwanie do nawrócenia. Nawróćcie się… Wydajcie godny owoc nawrócenia… To trzeba tłumaczyć – zmieńcie życie, zajmijcie się waszymi czynami. To nie znaczy, że św. Jan Chrzciciel nie dba o nasze życie duchowe. Bo przecież nasze czyny nie biorą się znikąd. Gdy Chrystus wskazywał na to, co jest źródłem naszego postępowania, jego motywów – wskazywał zawsze na serce. A zatem, aby móc mówić o prawdziwym nawróceniu – jak chce tego św. Jan Chrzciciel – trzeba nam sięgnąć do rdzenia naszego życia… Ano właśnie: co jest rdzeniem naszego życia?  Przecież owoce dobre muszą ciągnąć soki ze zdrowego korzenia i zdrowego pnia. Czyż zatem nie jest nim głębia naszego życia duchowego, naszej modlitwy rozumianej jednak nie jako dobrze wypełniony obowiązek, ale jako żywa relacja z Bogiem, jako wszczepienie całym sercem w Tego, który jest Źródłem Miłości. I tu odkrywamy to, co było problemem faryzeuszy, którzy wszak byli ludźmi modlitwy i gorliwie studiowali Prawo, rygorystycznie go przestrzegając, ale…  No właśnie ale… Pewnie spytamy: Skąd wobec tego taka ostra krytyka ich postępowania ze strony Jana: Plemię żmijowe! Może właśnie stąd, że modlitwę traktowali oni tylko jako obowiązek. Jeden spośród 613 przepisów, które skrupulatnie wypełniali. Tymczasem to nie obowiązek, nie przestrzeganie przepisów zmienia człowieka – co tak mocno podkreślał św. Paweł – niegdyś sam będący gorliwym faryzeuszem.  Można się modlić, można odmawiać pacierze, można chodzić do kościoła, ale może się okazać, że z tej modlitwy nie wypływa prawdziwa przyjaźń z Bogiem, że taka modlitwa nie zakłada głębokiej relacji osobowej, jak chce Chrystus. Że jest jedynie wypełnieniem obowiązku, które niesie może satysfakcję z jego spełnienia, ale nijak nie wpływa na nasze życie. Nie zmienia go.
Jak zatem sprawdzić czy dobrze się modlę? Po owocach modlitwy! Jeżeli moja modlitwa nie ma wpływu na moje życie, jeśli ona nie sprawia, że się zmieniam, że staję się lepszy, to znaczy że jest z nią coś nie tak. Oczywiście czasem na owoce modlitwy trzeba będzie poczekać. W życiu duchowym nie ma szybkich owoców. Lecz z całą pewnością nie jest możliwe, aby człowiek żyjący w głębokiej zażyłości z Bogiem nie był przemieniany mocą tej relacji.
Bardzo często nasze przeżywanie Adwentu ogniskuje się na wykonaniu kilku więcej niż zwykle ćwiczeń pobożnych – zaliczymy Roraty, uczestniczymy w rekolekcjach, potem spowiedź i Pasterka na koniec. 
No ale to jeszcze niekoniecznie musi mieć jakikolwiek związek z Panem Bogiem. Może być tylko bardzo pobożnym wypełnieniem przedświątecznego rytuału, którego spełnianie nie wiele ma wspólnego z naszą relacją z Panem Bogiem. Tymczasem On chce nas! Takich, jakimi winniśmy być – oddani Jemu, nawróceni do Niego, odwróceni sercem od zła, od grzechu, od tego, co tak bardzo chce w naszym życiu wyprzeć Pana Boga. Sercem, które będzie Mu oddane. Sercem, które będzie biło Jego obecnością, Jego miłością, w którą co dnia zanurza się przez bardzo osobistą modlitwę. I do tego nie potrzeba wcale wielu słów. Potrzeba obecności i zaangażowania serca. 
Wewnętrzny zwrot ku Bogu, ta szczególnego rodzaju operacja duchowo-kardiologiczna, jest znacznie trudniejsza niż codzienne nawet bieganie na 6.00 na Roraty.
Spotykam w swoim życiu wielu ludzi, którzy pragną się nawrócić, dostrzegając małość swego świata, potrzebę jego przemiany i „upiększenia”, ale czasem nie mają dla kogo tego uczynić. Mogli by uczynić to dla samych siebie, lecz to wydaje się często zbyt małą motywacją. Stąd też nie posiadają dość siły, by tej zmiany dokonać. 
I tu dochodzimy do bardzo ważnego punktu: Istotnym elementem nawrócenia jest odkrycie prawdy, że moje życie ma sens jedynie wówczas, gdy na Kogoś czekam, gdy dla Kogoś żyję, gdy wiem, że jestem przez Kogoś kochany. Nie ma bowiem lepszej motywacji, która ma moc zmusić nas do wejścia na drogę nawrócenia niż Miłość! Nie ma tak naprawdę żadnej innej motywacji! Chodzi o znalezienie Kogoś, dla Kogo mogę pracować, tworzyć, trudzić się i cierpieć. Kogoś, komu mogę być potrzebny nawet wówczas, gdy stracę siły, gdy doświadczam swojej słabości, gdy mój świat zamknie się w granicach łoża boleści, gdy inni nie będą potrafili docenić tego co robię. Jeśli ten Ktoś się znajdzie, w krótkim czasie w domu naszego serca zapanuje ład, zrobi się ciepło i jasno.
Nawrócenie może dokonać się jedynie w momencie znalezienia Kogoś, dla Kogo warto zmobilizować siły. 
I dlatego warto zapytać siebie dzisiaj, gdy jeszcze jest trochę czasu czy Tym Kimś, który jest istotną częścią mojego życia, dla którego gotów jestem podjąć trud wejścia na drogę nawrócenia jest dla mnie Chrystus? Oczywiście nie chodzi o samego tylko Chrystusa, gdyż w momencie kiedy dokona się nawrócenie, nasze serce wypełni dobroć i radość i rozleje się nie tylko na nas, lecz na całe otoczenie, w którym żyjemy. Tak więc prawdziwe nawrócenie nigdy nie dotyka jednej tylko osoby.
Dzisiaj słyszymy jak święty Jan Chrzciciel zwraca się do nas z wezwaniem „Nawróćcie się… Przygotujcie drogę Panu. Prostujcie ścieżki dla Niego”. Właśnie dla Niego. Nie dla siebie, ale dla Niego. Innymi słowy Jan pragnie, byśmy odkryli, że Bóg nas kocha, że przychodzi do nas, by nadać naszemu życiu pełny sens i że bez Niego ten sens będzie niejednokrotnie trudno odnaleźć w całej pełni. Owszem możemy próbować wiązać sens naszego życia z jakimiś innymi wartościami, ale szybko przekonamy się jak bardzo są one ulotne i nie zdolne wypełnić do końca sensem naszego życia. Bóg każdego z nas potrzebuje. I tego twórczego, podziwianego przez otoczenie i tego cierpiącego, zapomnianego, czasem odrzuconego nawet przez najbliższych. Jesteśmy Bogu potrzebni. Jesteśmy Mu potrzebni by przemieniać oblicze współczesnego świata. Jesteśmy Mu potrzebni by wraz z Nim zbawiać świat.
Ale nie zapomnijmy, że jeśli chcemy naprawdę widzieć ten świat lepszym musimy zacząć od siebie. Święty Jan Chrzciciel doskonale o tym wiedział. Jeszcze nie jest za późno. Jeszcze możemy zdążyć z przemianą siebie, z przemianą serca, duszy, począwszy od samych korzeni. Ale by tak się stało nie wystarcza jedynie dobra intencja, nie wystarcza do tego modlitwa o nawrócenie. Tu potrzebna jest też siekiera – jak chce święty Jan Chrzciciel. Siekiera naszego radykalizmu za pomocą której będziemy potrafili wyrąbać w naszym życiu przestrzeń dla Boga, wyrzucając zeń z całą stanowczością, to co dzisiaj sprawia, że owego czasu dla Pana Boga, czasu na pogłębione życie duchowe jest ciągle zbyt mało. Siekiera radykalizmu, która będzie potrafiła wyrąbać z naszego życia to wszystko, co przesłania nam Boga lub chce Go zdetronizować.
„Nawróćcie się” to tyle samo, co zakochajcie się w Bogu! Gdy pozwolimy, by serca wypełniła Jego miłość,  nasze życie nigdy już nie będzie takie jak przedtem.