Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dostrzegać rzeczywistość

Coraz bardziej i bardziej zaczynam doceniać majestat i piękno drogi wiodącej w górę poprzez las, pomimo stodoły, wzwyż po kamiennej pochyłości, wprost do gaju wysokich, prostych dębów i drzew hikorowych, potem dokoła obok sosen, wspinając się zakosami na szczyt wzgórza w kierunku polany, z której roztacza się widok na dolinę.
Wschód słońca: ukryty za ścianą cedrów i sosen na wschodzie obserwowałem purpurowy płomień królewskiego słońca pojawiający się między drzewami oślepiającym blaskiem, nie wyglądało to na świt, ale na pożar lasu. Potem słońce stało się bardziej rozpoznawalne jako osoba i świeciło ono w milczeniu i z uroczystą mocą poprzez gałęzie drzew, a cały świat spowity był w ciszę i spokój.
Jest czymś nieodzownym zapoznać się z atmosferą danego miejsca o każdej porze dnia i roku. Nikt nigdy nie będzie w stanie wyrazić, jak bardzo istotną, jak autentyczną część życia to stanowi: ale wszystko ginie w abstrakcyjnej, formalnej rutynie ćwiczeń  w aureoli urzędowych, fluoryzujących świateł.

(Domysły współwinnego widza, s. 254)
Sen miałem wczoraj. Sen, jeden z wielu,
jakie nam pamięć zachować zezwoli.
Plaża ogromna, dziewicza się ściele, a na
niej Jezus, kroczący powoli.
Ujrzał mnie nagle. Przywołał do siebie.
Więc szliśmy brzegiem wśród ciszy i blasku.
Pogoda cudna-ni chmurki na niebie, tylko za nami dwa ślady na piasku.
Nagle się niebo całunem nakrywa.
Jak na ekranie, widzę życie moje.
Scena po scenie szybko się rozgrywa, przywodząc przeszłe radości i znoje.
My wciąż idziemy równym, wolnym krokiem, niebiański ekran wciąż me życie toczy,
chronologicznie, każdy rok za rokiem.
To się uśmiechnę, to znowu przymknę oczy.
Nagle niechcący do tyłu spojrzałem:
raz ślad się urywał, to znów podwójny,
lecz się Jezusa zapytać nie śmiałem.
Na niebie właśnie nadszedł okres wojny.
Te przerwy w śladach spokoju nie dały!
Patrzyłem w niebo obojętnym okiem, myśląc dlaczego ślady się zrywały?
A szliśmy przecież stale równym krokiem.
Wreszcie ciekawość wzięła mnie w okowy.
Spytałem:”Panie! Czemu nasz ślady raz są podwójne-pojedyncze znowu,
bo wytłumaczyć tego nie dam rady?”
„Synu-Pan rzeknie-gdy jesteś w swym
życiu w niebezpieczeństwie, albo też w udręce, ja czuwam stale,
a czuwam w ukryciu i w tych momentach biorę cie na ręce…”
I coś jeszcze. Może się uda:

W tym miejscu miał być urywek konferencji Mertona wygłoszonej jego własnym głosem, ale coś nie wyszło. Muszę nad tym popracować, albo udostępnić to na Facebooku.

Irracjonalność w doświadczeniu Boga

Wszyscy ludzie mają swój cel nadprzyrodzony – widzenie Boga. Mają osiągnąć ten cel posługując się swymi władzami naturalnymi, szczególnie intelektem i wolą, wspomaganymi łaską Boga. Łaska nigdy nie zwiedzie tego, kto czyni wszystko, co w jego mocy, by znaleźć Boga. Strata dusz nie jest rezultatem ich arbitralnego wyłączenia spod łaskawości Bożej, lecz rezultatem irracjonalności umysłów, które nie przyjmują wiary, oferowanej im jako jedyny i całkowicie zgodny z rozumem środek zaspokojenia najwyższych aspiracji ludzkiego intelektu i woli.
                                        (Zwierciadło srebrzystych wód, w: Wspinaczka ku prawdzie)
Irracjonalność (od łac. irratonalis – nierozumowy) zbiór postaw, zachowań i schematów myślowych cechujących się pozarozumowym podejściem do wyjaśniania problemów, tak praktyczno-życiowych, jak i np. naukowych i filozoficznych.

Merton pisząc o irracjonalności, widzi w niej wadę tych, którzy wiarę traktują, jako coś, co nie jest do pogodzenia z rozumem. A jednak to właśnie w doświadczeniu wiary owa irracjonalnośc znalazła swoje poczesne miejsce. Nie wszystko, co należy do sfery wiary można zrozumieć i wytłumaczyć na płaszczyźnie rozumowej. Choć wydaje się, że filozofia zrobiła wystarczająco dużo, aby udowodnić, że tak naprawdę wiara i rozum nie są rzeczywistościami, które się wykluczają i ktoś, kto dzisiaj mówi, że rozum nie pozwala mu wierzyć tak naprawdę odkrywa swoją całkowitą ignorancję a może i arogancję.
Niemniej w doświadczeniu wiary przychodzi taki moment, gdy muszę uznać, że mój rozum jest zbyt mały, by objąć nieograniczoną Tajemnicę Boga, choć uznanie tego faktu jest również owocem rozumu.
Wśród doświadczeń, które na drodze wiary pozwalają nam wejść w sferę irracjonalności znajduje się doświadczenie medytacji, o którym tu mówimy. Każdy, kto podąża ścieżką medytacji dobrze wie, że przynosi ona bardzo konkretne owoce, których efekty widzimy w naszym życiu, choć nie sposób pojąć ich za sprawą rozumu, jak i nie sposób wytłumaczyć komuś innemu jak to się dzieje, że mimo iż medytacja jest pozornie brakiem aktywności i z racjonalnego punktu widzenia – jak wielokrotnie słyszałem – trwonieniem czasu, który można by wykorzystać dużo praktyczniej, przynosi takie a nie inne owoce, które trudno by osiągnąć na płaszczyźnie samej tylko racjonalnej aktywności. Zatem, gdy ktoś pyta mnie jak to się dzieje, że pozornie nic nie robiąc, spędzając jedynie godzinę dziennie na trwaniu w ciszy w pozaracjonalnym byciu przed Bogiem doświadczam tak mocno działania Boga w moim życiu, wolę nie próbować odpowiadać na to pytanie w sposób racjonalny lecz zaprosić, by sam spróbował i doświadczył, że Bóg naprawdę działa w naszym życiu, choć nie musimy rozumieć jak i że wcale nie zawsze potrzebuje On do tego zaangażowania naszego rozumu.
Najlepszą odpowiedzią na pytanie jak dzieje się to, co się dzieje w nas na skutek praktyki medytacji niech będzie cisza, która wszak nie pozwala nam ogarnąć tego doświadczenia rozumem, ale pozwala uczynić to sercem.


Budowla, która wyrasta z kontemplacji…

Trochę smucą ale i wlewają trochę nadziei słowa Mertona:
Większość chrześcijan nie stanie się już tu na ziemi ludźmi oddanymi czystej kontemplacji. Jednak Chrystus obiecał, że  wszystkie Trzy Osoby Boskie objawią się tym wszystkim, którzy Go kochają. Wielu chrześcijan służy Bogu w życiu czynnym z wielką prawością duszy i z całkowitym oddaniem samego siebie. Potrafią znaleźć Boga przez oddanie się Jemu w pełnej poświęcenia działalności i żyć przez cały dzień w Jego obecności. Żyją i pracują niejako w Jego towarzystwie. Czują, że On jest w nich i doznają głębokiej, pokojem wypełnionej radości z przebywania z Nim. Cieszą się czymś w rodzaju kontemplacji utajonej.
 (O kontemplacji dla wszystkich)

Czy naprawdę współczesny świat tak dalece odszedł od doświadczenia kontemplacji, że większość chrześcijan nie ma szans stać się kontemplatykami w dosłownym tego słowa znaczeniu? Czy jest to problem, który dotyczy tylko chrześcijan czy też przedstawicieli innych religii? A może to znak, że my – chrześcijanie rozminęliśmy się z tym, co powinno być pewnym fundamentem naszego życia a mianowicie z wsłuchiwaniem się w Boga. Już niejednokrotnie o tym pisałem, ale domeną naszych czasów jest raczej zagadywanie, żeby nie powiedzieć zagłuszanie Boga w życiu, w liturgii, w modlitwie. Może boimy się, że usłyszymy z Bożych ust, to co nie jest po naszej myśli, co nie jest zgodne z wizją naszego życia, którą sami sobie stworzyliśmy. Kontemplatyk, to człowiek, który najpierw słucha Boga, ale na tym nie poprzestaje. On z tego, co usłyszał nie tylko umysłem, ale i sercem wyprowadza swoje życie i swoje codzienne decyzje. Czyż nie o tym faktycznie mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii [por. Mt 7,21.24-27], gdy przypomina, że nie jest obojętne na jakim fundamencie budujemy gmach naszego życia… Dlatego mówienie Panie, Panie nie wystarcza. tak jak nie wystarcza mówienie jestem człowiekiem wierzącym, jestem chrześcijaninem, bo to jedynie fasada owego gmachu naszego życia. Chrystusowi chodzi o to, co kryje się w środku i na czym to wszystko się opiera. Od tego bowiem zależy, czy gmach naszego życia przetrwa nie tylko życiowe nawałnice, ale też czy przetrwa na życie wieczne. 

Czy wzrastająca wśród wielu osób popularność medytacji jest dziś przejawem tęsknoty za prawdziwym duchem kontemplacji, z którego powinno wyrastać życie chrześcijanina, zgodnie z zasadą, że prawdziwi czciciele oddają cześć Bogu w duchu i w prawdzie, czy też potwierdzeniem zasady, że przestajemy już być do niej zdolni.


Dzisiejsze słowo, to z adwentowego Izajasza i z Mateusza, mówią o zasadach konstrukcyjnych, nawiązując do idei budowania. Na zdrowy rozum, najważniejsza zasada budowania  opiera się o posiadanie dobrego projektu. Projekt, pośród wielu innych ważnych rzeczy, uwzględnić musi kwestię fundamentu. Założenie fundamentu na ruchomym podłożu (piasek), nie gwarantuje stabilności konstrukcji.
Jeżeli życie ludzkie można nazwać budową Domu, to należy także uwzględnić projekt a w projekcie fundament. Projekt życia – zróżnicowany względem indywidualnych możliwości i aspiracji – wyczytać można z Objawienia (Biblia). Na istotę fundamentu wskazuje Chrystus – słuchać Słowa i wypełniać je.
Może warto poświęcić dzisiaj w tym kolejnym dniu Adwentu chwilę na analizę treści swojego życia – ile w moim życiu idei wyrasta z Ewangelii, a ile na przykład z papki medialnej (czyli z codziennego zapatrzenia i zasłuchania w TV), ile z obiegowych opinii środowiska (czyli inaczej mówić ulubionych ploteczek), ile z własnych, głębokich  przemyśleń (jeśli znajduję na nie jeszcze czas i nie pozwoliłem, by myśleli za mnie inni).
To wszystko o czym tu mówimy to właśnie kwestia projektu. Tyle, że to projekt czegoś najważniejszego – mojego życia!
Dalej spróbuj znaleźć w swoim życiorysie decyzje wynikające z wprowadzania Słowa Bożego w życie, czyli uczynienia zeń fundamentu tychże decyzji.
Te dwa kierunki refleksji pomogą zrozumieć na ile projekt i fundament, na którym opierasz swoje życie odpowiadają Bożym zamierzeniom.
Liturgia słowa z dzisiejszego dnia wskazuje także na mistyczną obecność Boga w tym Domu, jakim jest życie człowieka. On jako środek ocalenia sprawił mury i przedmurza… Jahwe jest wiekuistą Skałą… W konkretną konstrukcję swojego życiorysu wnosimy nie tylko cegły swojego doświadczenia, cegły nabyte od życiowych autorytetów, ale możemy również wbudować wprost Boże materiały  – ufność (wobec życia, ludzi, przyszłości), pokój (jako dążenie do irenii, harmonii relacji ze światem i ludźmi), nadzieję ( na wieczność, która jest gwarantem sensu zaangażowań i działań) oraz wierność (zdolność trwania mimo przeciwności). Tak podpowiada adwentowy Izajasz.
Wszyscy trudzimy się wokół Domu, jakim jest nasze życie. Dziś jest dzień przeglądu kondycji tej konstrukcji, czas restrukturyzacji projektu, przeglądu stanu fundamentów. Od tego co odkryję i co z tym odkryciem zrobię zależy jak długo ten dom postoi i czy zdoła oprzeć się życiowym zawieruchom.

Granice zaufania….

Zgodnie z obietnicą pozwólmy najpierw przemówić Mertonowi:
Byłoby grzechem ustanawiać jakieś granice nadziei pokładanej w Bogu. Powinniśmy Go kochać bez miary. Korzeniem każdego grzechu jest niedostatek miłości. Każdy grzech jest wycofaniem cząstki miłości winnej Bogu dla oddania jej czemuś innemu. Grzech zakreśla granice nadziei i zamyka miłość w więzieniu. Gdy naszym ostatecznym celem staje się coś stworzonego, wycofujemy całkowicie serca ze służby żywego Boga. A jeśli kochamy Go nadal jako cel ostateczny, pokładając jednak nadzieję nie tylko w Nim, ale także w czymś innym, wówczas tak nasza miłość, jak i nadzieja nie są już tym, czym być powinny, bo nikt nie może służyć dwom panom.
Nikt nie jest samotną wyspą s. 29


Kolejny dzień Adwentu. Liturgia dnia przyniosła nam dzisiaj w darze dwa obrazy. W pierwszym prorok Izajasz rysuje obraz uczty przygotowanej nam przez Boga, w drugim Ewangelia maluje obraz Chrytusa karmiącego tłumy.
Obraz Izajasza i opowieść o rozmnożeniu chleba mają na celu objawienie Boga, jako Tego, kto troszczy się o podstawowe potrzeby swojego ludu. Znowu aktywność jest po stronie Boga. To On jest pomysłodawcą uczty z najwyborniejszymi winami i najpożywniejszym mięsem. To nie są jakieś tam smakołyki, tylko specjały najwyższej jakości – obfitość, kunsztowne rzeczy, zaspakajające najwybredniejsze gusta. Zresztą czyż coś, co robi Bóg, może nie mieć znaku najwyższej jakości?
Taka wizja Boga, jako zatroskanego o człowieka, rozumiejącego jego głody i pragnienia, wnosi w naszą świadomość radość, że istnieje ktoś, kto myśli i troszczy się o mnie i ktoś kto może te potrzeby zrealizować. W gruncie rzeczy najczęściej naszej  świadomości wystarcza, że Bóg jest, ale trzeba też przyjąć, jaki jest nasz Bóg. Psychologowie religii zgadzają się, że jedną z duchowych przeszkód z jakimi boryka się współczesny człowiek jest fałszywy obraz Boga, jaki nosi w swojej wyobraźni i w swoim sercu. Niebezpieczeństwo polega tu na tym, że nasze relacje z Bogiem naznaczone są lękiem, brakiem nadziei ufności lub przekonaniem o tym, że na miłość Boga muszę wciąż zasługiwać. A to sprawia, że mogą one nie mieć nic wspólnego z takim przeżywaniem naszej religijności i wiary, do jakiej zaprasza nas Bóg w Jezusie Chrystusie. Wiary opartej na całkowitym zaufaniu, przyjaźni i miłości.
Bo choćby z dzisiejszego opisu Jego zatroskania o człowieka możemy mieć realną podstawę do ufności. W czasach wielkiej niepewności, ryzykownej przyszłości, warto pielęgnować prawdę o Troskliwym Bogu, dbającym o swoje dzieci. Idąc ku przyszłości nie idziemy w objęcia jakiegoś kapryśnego fatum, ale ku Bogu krzątającemu się wokół ludzkich spraw.
Ręka Jahwe spocznie na tej górze… Oto nasz Bóg… Ta ręka, która – w wizji Michała Anioła – stwarzała człowieka, teraz nalewa przedniego wina dla przyjaciół, podaje smakowite potrawy, bierze do ręki chleb i mnoży go aż wystarczy wszystkim. Ta ręka – stale wyciągnięta do człowieka w geście przyjaźni, nigdy nie pusta i grożąca. Oto nasz Bóg, Ten, któremu zaufaliśmy. Jest on Bogiem troskliwej miłości.
Testujmy nasz obraz Boga i pytajmy się czy obraz Boga, jaki nosimy w sobie zgadza się z tym obrazem jaki odnajdujemy w Biblii – to ma istotny wpływ na najważniejsze rzeczy w naszym życiu. Zaufanie jest pewnym stanem całej naszej osoby – myślenia, wyobraźni, ducha, woli i uczuć. Zdecydowanie określa może nie tyle samopoczucie człowieka, co jego postawę wobec innych ludzi, wobec tego, co nieznane, jeszcze nieodkryte, niepewne, nawet niepokojące.
Dla ufających Bogu, ta podróż w przyszłość jest fascynującą przygodą, a nie ryzykowna eskapadą.

Adwentowe postanowienie

I mamy zimę…
Spoglądając dzisiaj na wysiłek, jaki towarzyszył samochodom w pokonywaniu zaśnieżonych ulic i ludziom brnącym przez zaspy pomyślałem sobie: jak mało trzeba, aby człowiek uświadomił sobie jak niewiele od niego zależy i jak bezsilny jest wobec sił natury, które wcale nie muszą się przeciw niemu sprzysięgać, żeby powalić go na kolana i pokazać ogrom jego małości. Ale my ciągle wmawiamy sobie, że jesteśmy wielcy, silni, panujący i mający  władzę nad wszystkim. Czy nie jest tak, że uwierzyliśmy pokusie szatana, którą ten skierował do pierwszych rodziców: Będziecie jak Bogowie! Jak wiele trzeba, żeby nas wyprowadzić z tego błędnego i w ostateczności zgubnego dla człowieka i świata przekonania.

Ale nie o tym miało być. Albo o tym, tylko potem.

Ja właśnie spoglądam na piękny ośnieżony świat z perspektywy seminarium duchownego w Elblągu, którego jestem gościem i gdzie przypadło mi nie lada zadanie poprowadzić rekolekcje adwentowe. Mam nadzieję, że jeśli nie będzie w nich zbyt dużo treści, to przynajmniej będzie je można uznać za formę ascezy dla biednych słuchaczy, którzy będą musieli mnie słuchać.
A oto pierwszy owoc rekolekcji, który pojawił się w seminaryjnych ogrodach.


Adwent to szczególny czas, w którym oddajemy często głos wielkiemu prorokowi Starego Testamentu – Izajaszowi. Niech i tym razem spisane przez niego słowo, będzie wprowadzeniem do naszej refleksji na temat medytacji, która dla mnie osobiście ma tak wiele z adwentu, dlatego jest dobrą praktyką do owocnego przeżywania przez nas tego szczególnego czasu.



Z Księgi Proroka Izajasza (Iz 49,1-6)

Wyspy, posłuchajcie mnie! Ludy najdalsze, uważajcie! Powołał mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię. Ostrym mieczem uczynił me usta, w cieniu swej ręki mnie ukrył, uczynił ze mnie strzałę zaostrzoną, utaił mnie w swoim kołczanie. I rzekł mi: „Tyś sługą moim, w tobie się rozsławię”. Ja zaś mówiłem: „Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły. Lecz moje prawo jest u Pana i moja nagroda u Boga mego. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą”. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził mu Izraela. I rzekł mi: „To zbyt mało, iż jesteś mi sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela. Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”.
 
Medytacja jest doświadczeniem, które potrafi solidnie przemeblować nasz sposób myślenia, zwłaszcza nasze przekonanie, że większość spraw naszego życia a zwłaszcza życia duchowego zależy od nas.
Adwent jest tym okresem liturgicznym, który ciągle przypomina nam istotną prawdę. Przez wielość tekstów biblijnych przywołanych w czasie jego trwania, wskazuje i podkreśla działanie Boga w historii i życiu człowieka. 
Czas Adwentu jest okresem, który proponuje nam by zamiast zastanawiać się co my możemy zrobić, lepiej zastanowić się jak ograniczyć naszą aktywność, po to by pozwolić w naszym życiu działać Bogu? To jest droga do odkrycia tajemnicy dobrego przeżywania swojego chrześcijaństwa i swojego Adwentu: pozwolić Bogu działać, nie przeszkadzać Mu swoimi pomysłami na życie, swoimi rozwiązaniami. Tak jak czyniła to Maryja. Ale czy potrafimy zrezygnować z pokusy kontroli nad swoim życiem, po to aby oddać je w ręce miłującego Boga?
I właśnie medytacja okazuje się być skuteczną drogą prowadzącą do przestawienia akcentów w naszym życiu z naszej aktywności, na którą stawiamy i której wszystko podporządkowujemy, na zgodę by to Bóg był tym, który przede wszystkim działa w naszym życiu.
Być może trzeba pomyśleć nie o tym co mamy zrobić w swoim życiu, ale o tym czego powinniśmy zaprzestać. Jest to zasada, która w pierwszym rzędzie dotyczy życia duchowego. Ale przecież z niego wyrasta cała reszta naszego życia. Jak zwykł mawiać Thomas Merton: Takie będzie nasze chrześcijaństwo, przeżywane na wszystkich płaszczyznach, jaka będzie nasza modlitwa.
I pierwszą rzeczą, którą pomaga nam ocalić medytacja (o ile jesteśmy wierni jej praktyce dwa razy dziennie – rano i wieczorem) jest znalezienie przestrzeni na modlitwę, która dla nas chrześcijan jest punktem wyjścia. Grafik dnia mamy często tak zapakowany rutynowymi zajęciami, z których po bliższym przyjrzeniu się wiele można usunąć bez wielkiej straty dla nas. I może gdybyśmy odważyli się wyrzucić z niego przynajmniej połowę mało istotnych rzeczy, to zyskalibyśmy minimum przestrzeni wolności, w której może dokonać się istotne spotkanie z Bogiem czy drugim człowiekiem. Zwykle w normalnym naszym dniu jest tyle niepotrzebnych spotkań, rozpaplanych godzin o niczym, przedłużania (wylegiwania się w łóżku, przeciągania posiłków, jeszcze więcej chwil spędzonych przed telewizorem czy komputerem), chwil dopieszczania siebie (przez makijaż albo przez użalanie się nad sobą), że prawie w ogóle nie mamy szansy spotkać się ze sobą samym. Nie mówiąc już o czasie na zejście do głębi swojego ja, gdzie – i tylko tam – może dojść do spotkania z Żywym Bogiem.
Dlatego właśnie medytacja, która praktykujemy dwa razy dziennie i o wierność której potrafimy zawalczyć jest pierwszym krokiem do ocalenia przestrzeni modlitwy w naszym życiu.
Kolejnym krokiem, jaki możemy uczynić na drodze życia duchowego dzięki medytacji jest płynące z niej doświadczenie spotkania. Jest to podwójne spotkanie: z Bogiem i z samym sobą. Naturalnie to pierwsze nie może się obyć bez tego drugiego. Spotkanie z Bogiem jeśli ma być prawdziwe i wyzwalające może się dokonać tylko wówczas, gdy wchodzę w nie JA, jako osoba autentyczna, wolna i zaangażowana. Dlatego właśnie praktykując medytację odkrywamy po jakimś czasie z niedowierzaniem, że w ciszy naszego serca spotykamy nie tylko Boga, ale także a może przede wszystkim samego siebie. Być może z początku nie jest to łatwe doświadczenie, spotkać siebie takiego jakim jestem, w całej prawdzie o mnie, którą pokazuje medytacja, wyciszając nasze naturalne „zagłuszacze” będące mechanizmami obronnymi działającymi w naszej podświadomości. Ale gdy pozostaniemy pomimo pierwotnego oporu wierni praktyce medytacji, odkryjemy, że jest ona doświadczeniem, w którym wreszcie możemy odkryć siebie takimi jakimi jesteśmy, bez zniekształcania i upiększania obrazu siebie. Zaś dzięki temu, że moje wnętrze jest jednocześnie miejscem obecności Boga oświetlonym przez Jego miłość, odkrywamy, że możemy nie tylko zaakceptować, ale pokochać siebie takich jakimi jesteśmy.
Dlatego właśnie medytacja ma tak wiele z Adwentu. Jest doświadczeniem obecności Boga, który przychodzi, aby być Emanuelem a więc Bogiem objawiającym się w nas przez swoją miłość.
Proponuję zatem podjęcie pierwszego dobrego postanowienia w tym rozpoczynającym się Adwencie: ZAPRZESTAŃ! Zrezygnuj z tego, co niekonieczne, aby obronić czas i przestrzeń, którą możesz poświęcić na to, co powinno być najważniejsze w twoim życiu – życiu chrześcijanina – na spotkanie z Bogiem. Bez spełnienia tego podstawowego warunku nie da się dobrze przeżyć ani czasu Adwentu ani naszego chrześcijaństwa!
Bo tylko wtedy, gdy znajdziemy czas dla Boga w codzienności (i bynajmniej nie chodzi o jakiś ochłap czasu, ale o czas, w który zaangażujemy naszą uwagę i nasze serca) wtedy być może Jahwe przyjdzie, aby spocząć na całej przestrzeni twojego życia – jak pisze prorok Izajasz – by je przemienić. A wówczas spełni się obietnica mówiąca o tym, że to właśnie ja i ty stajemy się odroślami, których życie będzie Ozdobą i Chwałą Boga.
Pozwólmy Bogu to zmienić! Pozwólmy działać Jahwe, Żywemu Bogu w nas. Tak się stanie, jeżeli tylko zgodzimy się oddać ster naszego życia w Jego ręce. I niech doświadczenie medytacji będzie tym, które uczy nas z zaufaniem powierzać nasze życie Bogu, tak by On mógł w nim działać w całej pełni.