Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Z Mertonem przez życie…

Jak wspomniałem czas adwentu, to czas, w którym już od lat, niezmiennie sięgam do Merona, pozwalając by właśnie on był moim przewodnikiem i towarzyszem na drodze adwentowego czuwania. Dobre, no może te najlepsze, czasy dla Mertona, już chyba minęły. Może to jest tak, że trzeba się w odpowiednim momencie historii urodzić, albo też zarazić bakcylem odpowiedniego myślenia, żeby spotkać Mertona. Dlatego dziękuję Bogu, że urodziłem się w niezwykłym roku, roku śmieci tego niezwykłego mnicha-pisarza.
Przez ostatnie kilka lat w czasie adwentu sięgałem po książkę, którą o Mertonie napisał jego przyjaciel i biograf, który będąc cysterskim mnichem chyba jak nikt inny rozumiał Merona, jego rozterki i duchową drogę poszukiwań. Mam na myśli o. Basila Panningtona OCSO, cystersa, zmarłego w 2005 roku, przez długie lata opata w Conyers w USA, którego mnisze życie, podobnie jak w przypadku Mertona  nie przeszkodziło w aktywnej działalności. Skupiała się ona głównie na działaniach, które pozwalały człowiekowi Zachodu na nowo odkryć znaczenie modlitwy kontemplacyjnej. Napisał na ten temat wiele książek, po które warto sięgnąć, gdy chce się podążać ścieżką modlitwy kontemplacyjnej. 
Czytając jego książkę, napisaną podczas jednego z okresów adwentu, który postanowił spędzić w pustelni swojego nieżyjącego przyjaciela Thomasa Merona odkryłem, że nikt inny tak jak o. Basil Pennington nie potrafi wprowadzać w rozumienie tajemnicy tego niezwykłego człowieka jakim  był Merton.
Tym razem jednak sięgam u progu tego adwentu po inną jego książkę „Życie w głębi”, gdzie ponownie Pennington sięga do nauczania wielu duchowych mistrzów modlitwy wewnętrznej a wśród nich do Merona.
Oczywiście żeby zrozumieć coś z fenomenu Thomasa Mertona, trzeba zadać sobie trud przedarcia się przez autobiografię, czyli Siedmiopiętrową Górę. Dla wielu trudną do przebrnięcia. Wiele osób, którym opowiadałem o moim zachwycie Mertonem, po lekturze kilkudziesięciu stron rzucali książkę ze zdziwieniem pytając: I czym tu się zachwyca?. Jedne z moich kolegów – kapłanów,  po przeszło miesiącu lektury, jest nadal na pierwszym piętrze  owej Góry, i z radością już chce mi oddać tomisko, odkładając następne stopnie na czas wolny.
 Merton jako syn dwójki nieco artystów – Amerykanki Ruth Jenkins i Nowozelandczyka Owena Merona, skazany na ciągłą tułaczkę wraz z rodzicami, jest kimś, w Zycie kogo od początku wpisane jest poszukiwanie swojego miejsca, swojej tożsamości, swojego spełnienia. Nie będę więcej pisał na temat jego tułaczki, bo nikt nie odda lepiej ego doświadczenia, które zwarł a najmniejszymi szczeblami we wspomnianej Siedmiopiętrowej Górze niż on sam. Warto wspomnieć, że gdy ksiązka ukazała się o raz pierwszy na rynku wydawniczym, została wykupiona jak świeże bułeczki. To co pociąga najbardziej, to przede wszystkim szczerość Merona, który opisuje doświadczenia swojego życia. To zapewne nie przypadek, że wśród jej czytelników a następnie korespondentów Merona znalazły się takie postacie jak: Jacque Maritain, Czesławem Miłoszem czy papież Jana XXIII. Nie wspominając o rzeszy pacyfistów i ludzi marzących o odnowie świata. Wielu ludzi zawdzięcza Mertonowi duchowe odrodzenie i odnalezienie sensu życia. Siedząc niemal 27 lat w klasztorze pisze kilkadziesiąt książek, oddziałujących z wielką mocą na miliony ludzi na całym świecie. Niestety jego śmierć przychodzi nieoczekiwanie podczas konferencji mnichów Wschodu i Zachodu, w Bangkoku, spowodowana porażeniem niesprawnym wentylatorem w łazience, powodując szok i niedowierzanie wielu jego duchowych dzieci.
Dlaczego warto czytać Mertona, poznawać jego twórczość i myśleć nad tym, co napisał? Myślę, że doskonalej odpowiedzi na to pytanie udzielił mój serdeczny przyjaciel, tez ksiądz, który powiedział kiedyś:  Po pierwsze, myślę, że Mertion był człowiekiem, który stał frontem do życia i umiał to zachęcająco przekazać w swojej twórczości innym. Wobec życia można stać tyłem (styl uciekiniera), bokiem (styl obserwatora) i frontem, prosto twarzą (styl uczestnika). We wszystko, co niosło życie Mertonowi, wchodził z twarzą zwróconą ku temu właśnie, chłonąc i doświadczając życia aż po samą jego istotę. Tę postawę – frontem – zachował też Merton wobec Boga, co doprowadziło go do zażyłości z mistyką i kontemplacją.  Frontem też stawał wobec siebie samego – co wiodło nieraz do bolesnej szczerości, znakomicie oddanej w licznych dziennikach. Co więcej, ilekroć stawał frontem do życia, wiodło to do głębszego poznania tajemnicy Boga i lepszego oglądu siebie samego. Ilekroć zanurzał się w Bogu, nie odchodził od życia ani od siebie – przeciwnie głębiej poznawał życie i siebie. Ilekroć wchodził w zakamarki, nieraz mrocznego, swojego ja, docierał zarówno do Boga i do prawdy o życiu.
Nie sposób nie podpisać się pod tym stwierdzeniem obiema rekami. Niestety problem współczesnego człowieka, nie tylko zresztą młodego polega na tym, że oscylują pomiędzy ucieczką w absurd a pozą obserwatora (co ułatwiają im zarówno współczesna literatura jak i godziny tworzenia w wirtualnym świecie swojego secondo live), nie pozwalając na to, aby światło takich mędrców współczesnego świat do jakich należał z pewnością Merton poprowadziło ich na drodze szukania prawdziwego sensu swojego życia, którego zapewne nie znajda tam, gdzie teraz szukają.
Raz jeszcze zatem pozwolę sobie zadać pytanie, które postawiłem już na początku: Czy najlepsze czasy dla Merona już nie minęły? Na szczęście widząc jak wiele jego książek się wciąż sprzedaję, pozostaje w nadziei, że tak nie jest i że nadal dla wielu młodych i starszych, podobnie je dla mnie jest największym przewodnikiem na drodze życia duchowego.

ADWENT – RADOSNE OCZEKIWANIE…

Od podwójnej uczty dla ducha rozpoczął się mój adwent.
Od rana uczestniczyłem w dniu skupienia dla kapłanów naszej archidiecezji, zaś wieczór przyniósł piękny koncert inaugurujący  jedenastą edycję ekumenicznego Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom. Wśród scholi i wspólnot, które występowały w koncercie była także niewielka wspólnota niewidomych dzieci z zakładu w podwarszawskich Laskach. To, co mnie poruszyło, to fakt, że mimo swojego kalectwa potrafią się cieszyć i nieść tak bardzo autentyczną, bo płynącą z serca radość innym.
Adwent – radosny czas oczekiwania. Mój ulubiony okres liturgiczny!!!

Otwórz się, niebo pokryte chmurami,
I Sprawiedliwy niech zejdzie z obłoków
Jak deszcz ożywczy, co zwilży pustynię
Każdego serca.
Otwórz się, ziemio, i wydaj swój Owoc
Zrodzony z Ojca i czystej Dziewicy,
Gdyż On przyniesie zbawienie i pokój
Całemu światu.
Przyjdź, Pojednanie, już więcej nie zwlekaj;
Niech Twa obecność przywróci nam łaskę,
I wprowadź wszystkich znużonych wędrowców
Do domu Ojca.
Znak Twój na niebie zabłyśnie narodom
Gdy znów nadejdziesz, by sądzić sumienia;
Pamiętaj wtedy, żeś mieszkał wcielony
Pomiędzy nami.
Boży Baranku, czekamy na Ciebie
I pieśnią chwały wielbimy Twą dobroć;
Sławimy również i Ojca, i Ducha
W jedności z Tobą. Amen.
Są to słowa hymnu Jutrzni okresu adwentu, które tak mocno akcentują jego charakter.
I wezwanie MARANA THA – tak bliskie wszystkim praktykującym medytację chrześcijańską i tak mocno wybrzmiewające właśnie w tym okresie. W szczególnym czasie łaski, w którym zaproszeni jesteśmy, by jeszcze mocniej zbliżyć się do Boga a przez to i do samych siebie.
Adwent – czas łaski! Czy będzie wykorzystana – zależy już tylko ode mnie. Mam taka nadzieję. 
Tak jak wspomniałem, chciałbym, aby w tych refleksjach towarzyszył nam mój duchowy mistrz, do którego już od lat wracam właśnie w okresie adwentu, pozwalając, by jego mądrość i życiowe doświadczenie były dla mnie wprowadzeniem w kolejny rok kościelny i kalendarzowy. Ci, którzy choć trochę mnie znają wiedzą kogo mam na myśli. Oczywiście Thomasa Mertona.Niech on pomaga przez swoje refleksje i osobiste poszukiwanie przyglądać się naszemu wnętrzu i zbliżać się do Pana, który nadchodzi.
Adwent rozpoczynają Nieszpory, dawne nabożeństwo LUCERNARIUM (dziękczynienie za światło). Chrystus to Wieczna Lampa w Niebieskim Jeruzalem. W mrokach ludzkiego grzechu przychodzi On – Pan, Światłość Najświętsza.
Oto z daleka Pan przychodzi. Ta antyfona do Magnificat z dzisiejszych Nieszporów streszcza dobrze istotę Adwentu. To czas, gdy Bóg przychodzi. Aktywność jest po stronie Boga. To On przychodzi, On z daleka idzie ku człowiekowi. Rorare – Spuśćcie nam Niebiosa Zbawcę: zbawienie polega przede wszystkim na działaniu Boga. Świętowanie Adwentu polega na zrobieniu miejsca dla Boga. Na dostrzeżeniu Jego przychodzenia i rzeczywistego przyjścia. W głównej roli jest sam Bóg. Często mamy tendencję do zrobienia czegoś wyjątkowego w tym czasie. Tak naprawdę coś wyjątkowego czyni Bóg. Z daleka, z Niebios, rozpoczyna przychodzenie – trwające do dziś – do człowieka. My możemy się tylko przygotować – modlitwa z pierwszej niedzieli Adwentu mówi o przygotowaniu przez dobre uczynki. To też ważne – nasz zwrot do dobra.
    Wszechmogący Boże, spraw, abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa, a w dniu sądu, zaliczeni do Jego wybranych, mogli posiąść królestwo niebieskie. Przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Adwent, to zaproszenie nie tylko do oczekiwania, ale też do przyjęcia, Tego, który nadchodzi. Jakiż bowiem sens miało by przeżywanie Adwentu, jako oczekiwania, gdy ostatecznie mielibyśmy nie przyjąć do naszego życia Chrystusa? Słowo „przyjęcie” (kogoś) ścisłe się wiąże z okazaniem miłości, miłosierdzia (caritas) i gościnności oraz opiera się na zaufaniu do tego, kogo przyjmujemy. Także przyjęcie Jezusa implikuje zaufanie Jemu, Jego Słowu. Pojęcie „przyjęcia kogoś” oznacza zrobienie miejsca, otwarcie bram swego domu, swego serca. Staje się miejscem spotkania z bliźnim, jego niepowtarzalnością i historią osobistą, często trudną i zawirowaną. Takim najznakomitszym przykładem „przyjęcia” jest Maryja. Jak Ona, także i my możemy przyjąć Boże Przesłanie skierowane do nas, często nieoczekiwane i wymagające zmiany życia i horyzontów myślenia. Potrzebne staje się tu zaufanie i wiara. Przyjąć to znaczy otworzyć się na znaki czasu, na Boży plan. Ale Pan Bóg przychodzi na rożne sposoby, nie zawsze tak jak sobie to wyobrażamy czy oczekujemy. Tak jak w tym opowiadaniu Bruno Ferrero:
Była sobie pewna sędziwa pani, która wiele godzin dnia spędzała na pobożnych modlitwach. Pewnego razu usłyszała głos Boga, który mówił do niej: Dziś przyjdę odwiedzić cię. Możecie sobie wyobrazić radość i dumę staruszki. Zaczęła sprzątać, czyścić, wyrabiać ciasto i piec ciastka. Potem ubrała się w najpiękniejszą suknię i zaczęła oczekiwać na przybycie Boga.
W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi. Staruszka pobiegła je otworzyć. Była to jedynie sąsiadka, która miała chore dziecko i prosiła o pożyczenie termometru. Staruszka, wypchnęła ją za drzwi, mówiąc idź do innego sąsiada, bo ja nie mam dziś czasu na takie głupstwa, czekam na dobrego Boga, który ma przyjść. Idź już do kogo innego! Po pewnym czasie ktoś znowu zapukał. Staruszka spojrzała w lustro, poprawiła włosy i pobiegła otworzyć. Ale któż to był? Chłopak, który sprzedawał jakieś tanie rzeczy. Staruszka wybuchnęła: Czekam na Boga, Nie mam czasu. Przyjdź innym razem. Po chwili zapukano znowu. To jakaś kobieta prosiła o wsparcie na jej dzieci, bo mąż stracił pracę. Staruszka znowu rzekła: O nie! Wszyscy właśnie dzisiaj. Zostawcie mnie w spokoju. Czekam na ważnego gościa.
Dzień mijał. Godzina po godzinie. Nadszedł wieczór i Bóg nie pokazał się. Staruszka była mocno rozczarowana. W końcu zdecydowała, że pójdzie spać. W śnie ukazał się jej dobry Bóg i powiedział: Dziś trzykrotnie przyszedłem cię odwiedzić i po trzykroć nie przyjęłaś Mnie!
Adwent – czas oczekiwania, w którym zaproszeni jesteśmy, by zbliżyć się do Boga, zbliżając się do siebie…

Pielgrzym

Tak sobie pielgrzymuję przez życie, co chwila zatrzymując się, żeby pozachwycać się światem.
Myślę sobie, że im bardziej człowiek żyje wdzięcznością, tym ma bardziej optymistyczne spojrzenie na rzeczywistość. A jest za co dziękować!!!
Na przykład wczoraj przeżyłem uroczy wieczór. I to nie tylko ze względu na medytację… Niektórzy wiedzą dlaczego. Dla innych niech pozostanie to tajemnicą. Ostatnio moi studenci stwierdzili, że jestem tajemniczy, więc muszę spróbować dorosnąć do tej opinii.
„Jestem, zaprawdę, jeno wędrowcem, pielgrzymem na tej ziemi! Czyż wy jesteście czymś więcej?”
Johann Wolfgang von Goethe, Cierpienia młodego Wertera
Szukanie jest życiem ludzkim. Ono wypływa z kondycji ludzkiego istnienia, które jest istnieniem niespełnionym, zaczętym, uwolnionym ku wypełnieniu, które nie zadowala się jednak niczym, co jest w tym świecie. Czego szukamy? – na początku, u progu życia, gdy je sami planujemy, bo wtedy to jeszcze my planujemy, nie biorąc pod uwagę planu Boga najczęściej jest to miłość, bezpieczeństwo, samorealizacja, sukces, bogactwo, przyjemność, radość, wszystko co składa się na rozumiane po ludzku szczęście. Potem jednak przychodzi kolejny etap – kiedy nic nie wychodzi z tych planów, albo kiedy to co było szczęściem, które zdobyliśmy – tracimy. Wtedy pojawia się poszukiwanie zrozumienia, pocieszenia, sensu, przemienienia tych doświadczeń. Niektórzy pozostają na tym etapie rzucając się we wszystko, aby tylko odzyskać to, co utracili lub wchodzą w kolejne imitacje. Inni przechodzą na trzeci etap, na którym w wyniku poprzedniego człowiek odkrywa istnienie Boga i zaczyna się innego rodzaju poszukiwanie – zrozumienia życia i siebie w Jego perspektywie, a potem życia zgodnego z tą perspektywą i w końcu relacji z Nim samym, by przekroczyć granice nie tylko swego dotychczasowego kształtu życia, ale nawet śmierci. W tym miejscu dopiero zaczyna się spełnienie właściwej obietnicy Jezusa: życia zmartwychwstałego. Jest ono tak ogromne, że ten świat nie jest w stanie go pomieścić, ani nawet sobie wyobrazić, a z trudnością je wyraża nawet słowami najświętszymi.
Jezus nie zaczął od obdarowania uczniów Duchem Świętym, tylko od powołania, rozmów, wydarzeń, przeżyć, które miały za cel doprowadzenie uczniów do takiego formatu, który pozwolił im przyjąć w końcu Ducha Świętego i żyć w odnowionej naturze człowieka. Mówił, dużo mówił! Nauczał. Słowa Jezusa rozpychały wnętrza uczniów, poszerzały ich serca do granic wytrzymałości, egzorcyzmowały ich z egoizmu i demonicznych reliktów, inicjowały wzrost i dawały śmiałe poznanie ludzkiej bezsilności i pychy. Ale Jego nauka wyciągała także z uczniów pragnienie Boga i dopiero w to pragnienie oddawał im swoją miłość, która czyniła ich życie spełnionym, nie – pustym. Słuchając Go wydobywali na powierzchnie swej świadomości swoje najgłębsze pragnienia, a także uczyli się interpretować w Jego mądrości swoje istnienie i jego sens odkrywać. W pierwszym, więc etapie, był dla nich wychowawcą: Nauczycielem. Zacznijmy od tego w ogóle, co to znaczy wychowywać?
Amadeo Cencini tłumaczy to pojęcie jako wydobywanie z kogoś tego wszystkiego, co nieświadome, bowiem słowo educere: wychowywać, tłumaczy się przecież jako wydobywanie, wyciąganie. „Wydobywać prawdę z kogoś, to jest pierwsza posługa. Jest to autentyczny czyn miłosierdzia: pomóc człowiekowi odkryć własną prawdę, to znaczy odkryć, kim on jest(…)
I rzeczywiście, w ewangelii Św. Jana, Jezus często pyta swoich uczniów, zadaje im pytania, które zmuszały do uświadomienia sobie prawd, które ich zaskakiwały i prowokowały przemiany. Ludzie nie chcą znać prawdy o sobie, ani kogoś, kto jest zbyt prawdziwy choćby tylko w stosunku do siebie samego. Trzeba pamiętać, że nie chcieć znać prawdy o sobie, to utrudnić sobie  szansę na poznanie Tego, który jest PRAWDĄ! Zachodzi tu istotna korelacja: im lepiej poznajesz Jezusa, tym obficiej jawi ci się prawda o tobie samym i na odwrót: im bardziej siebie przed Nim odsłaniasz, tym obficiej objawia Ci się Jezus! Miejscem na takie wzajemne poznawanie jest na pewno spotkanie z Biblią w rozmyślaniu, w medytacji, w wspólnotowym dzieleniu, w lectio divina, ale też eucharystia, albo adoracja czy wreszcie szczera spowiedź. Modlitwa zdejmuje z nas zasłony lęku, jak delikatny lekarz zdejmuje opatrunek z rany.
Chyba żadna ewangelia nie poświęca tak dużo miejsca rozmowom, jakie Jezus przeprowadzał z uczniami, jak ewangelia Jana. Wychowywanie pytaniami prowokuje do poszukiwania własnych odpowiedzi, a te nie tylko pozwalają wejrzeć w głębinę własnego ducha, ale też stają się siłą do podejmowania nowych działań. Jezus nie zawsze objawiał, ogłaszał, proklamował, wcale nierzadko pytał i zmuszał do samodzielnego szukania, do tego, by człowiek objawił swoje wnętrze Jemu, bez lęku przed odrzuceniem czy potępieniem.
Oczyszczał serca swych wybrańców, nie wzbudzając tumanów kurzu, aby je przygotować na zamieszkanie Ducha Świętego. Choć niektóre jego interwencje przypominały te, której dokonał w świątyni jerozolimskiej, gdzie powywracał stoły. Tak się dzieje tylko wtedy, gdy naszą nadzieje pokładamy w zielonym bożku, na którym jest napisane IN GOD WE TRUST! Jego stanowczość nie przekreślała łagodności, nie wałczył na argumenty, tylko wewnętrzną walkę człowieka uspokajał argumentami. Nie gorszył się, tylko wyjaśniał, przekonywał, bez wymuszania postaw. Wielu ludzi nie dlatego żyje w braku prawdy o sobie, bo chcą być zakłamani, tylko dlatego, bo pewne prawdy są dla nich za trudne, za ciężkie, nie wyjaśnione przez nikogo. Żeby mieć prawo do wyjaśniania komuś mroków, trzeba być światłością, albo przynajmniej lampką oliwną. Nikt z ludzi nie ma prawa do brutalnego demaskowania czyichś prawd, nawet jeśli istnieje słuszne przypuszczenie, że ktoś żyje w iluzji. Kiedy ktoś żyje przez długie lata w jaskini, to nagłe wyprowadzenie go na światło, może go oślepić. Potrzeba stopniowego wyprowadzenia. W tym Jezus był naprawdę mistrzem, nauczycielem. Trzeba w tym miejscu wyłowić na jaw pewien paradoks, jeden z licznych, jakie istnieją w chrześcijaństwie. Im bardziej szukam wzoru w Chrystusie, tym bardziej mam obowiązek a jednocześnie dyspozycję sam stawać się wzorem dla innych.
Jezus nie chciał mieć uczniów, którzy nie wiedzą, o co im chodzi w życiu, nie wiedzą, co ukrywają w sobie i po co żyją. Nie lubimy się zastanawiać głębiej, wolimy żyć płytko, powierzchownie, zjeść, wyspać się, pośmiać się, zaliczyć egzaminy, nacieszyć się przygodowym filmem, wypełnić obowiązki, itd. Kiedy dowcipkujemy, jesteśmy ożywieni, kiedy plotkujemy, nie chce nam się spać, ale wystarczy poświęcić piętnaście minut na czytanie Biblii, albo zaryzykować duchową rozmowę z kimkolwiek, i nagle odczuwamy opór albo senność. Irytujemy się, kiedy zmuszeni jesteśmy odpowiadać na trudne pytania, zdobyć się na jakąś trudną decyzję, określić się, zastanowić się, zanim coś się powie, w ogóle myśleć, rozmyślać a nie kalkulować, rozmawiać a nie gadać, działać z rozmysłem, a nie działać mechanicznie. Jeszcze większa złość wydobywa się z nas, gdy ktoś nam uświadamia prawdy, których wcale byśmy nie chcieli sobie uświadomić: na przykład, gdy ktoś znienacka ujawnia naszą chciwość, albo, kiedy czyjeś pytanie wydobywa z nas dumę, zazdrość, pożądanie, nieuczciwość, kłamstwo…wtedy potrafimy nawet wybuchnąć złością. To jest bardzo  trudne. Jeszcze niebezpieczniejsze jest, gdy ktoś obnaża nasz wstyd, albo zranienie. Po czymś takim można się nie poskładać. Nie o to chodziło Jezusowi, by wszystkim wytknąć kłamstwa i uświadomić zapomniane rany. Był nauczycielem, ale też wspierającym lekarzem ludzkich serc, ciał, dusz i umysłów. Zaczynał od delikatnych pytań, ale jakże fundamentalnych. Rozmowa z Nim jest zawsze aktualna. Biblia zawsze mówi tym samym głosem, którym przemawiał Jezus. Możesz zawsze z Nim rozmawiać, jeśli tylko chcesz poznać o sobie prawdę. Poznać prawdę o sobie, to przygotować się bezpośrednio na intronizacje Prawdy o miłosierdziu Jezusa. Kiedy więc zasiądziesz przed bramami Biblii, na pewno już po kilku minutach zaczniesz odczuwać opór, który będzie ci się wydawał nudą, ale to jest po prostu lęk przed głębią, niepokój ryzyka poznania siebie i Jego. Strach przed pojawieniem się relacji z samym Jezusem. Szukasz Jezusa, ale najpierw musisz znaleźć siebie. Tym bardziej, że zapewne męczy Cię ciągłe UDAWANIE KOGOŚ I NIEUSTANNE UCIEKANIE PRZED SOBĄ.
 
Myślę sobie czasem z przerażeniem: Jak w świetle tego, co powiedziano wyżej być dzisiaj naprawdę dobrym nauczycielem i wychowawcą? I pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, to właśnie pielgrzymowanie. Być dobrym wychowawcą (czy to w szkole, czy w Kościele, czy w życiu duchowym) to pielgrzymować wraz z innymi, u ich boku. Nie udając kogoś lepszego, nie wysuwając się na czoło, ale być obok człowieka, wsłuchując się w niego i wpatrując w jego twarz. To właśnie dzięki temu wsłuchaniu można najlepiej usłyszeć to, co dźwięczy mu w sercu, również jego niepewności czy lęki, których boi się wypowiedzieć lub uświadomić sobie. To dzięki temu zapatrzeniu w niego można zobaczyć w jego twarzy twarz Dziecka Bożego. Być dobrym wychowawcą, to być pielgrzymem, który nie ucieka od innych, który nie boi się człowieka i konfrontacji z prawdą, którą on nosi w sobie. Nawet tą najbardziej bolesną. Ona bowiem ułatwia niejednokrotnie konfrontację z prawdą, którą nosimy w sobie i sprawia, że idąc obok siebie przez życie, jednocześnie idąc razem, stajemy się nawzajem dla siebie wychowawcami i nauczycielami prawdy. Bóg tak uporządkował sprawy, że żaden człowiek nie jest całkowicie niezależny od swoich współbliźnich. On związał razem członków swojej ludzkiej rodziny więzami wzajemnej zależności. I chociaż każdy człowiek ma swój własny ciężar do niesienia, niech nie zapomina też o słowach: Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy (Gal. 6,2). Ważne jednak, aby w tym wspólnym pielgrzymowaniu być sobą i nie udawać.

Doświadczenie medytacji jest jednym z najbardziej cennych doświadczeń, uczących pielgrzymowania z drugim człowiekiem. Uczy obecności, otwartości, uwagi a jednocześnie zamyka usta przypominając nam o tym, że wcale nie zawsze najważniejsze jest to, co mówimy, ale to, że jesteśmy.

Droga do światła

Pisać, ale co?
Szczerze mówiąc, to wcale mi się nie chce. Są rzeczy wobec których lepiej byłoby zamilknąć, bo cisza lepiej oddaje ich rzeczywistość niż słowa.

Byłem dzisiaj na sesji poświęconej egzorcyzmom. To niezwykłe jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo nasze codzienne życie jest przeniknięte duchową rzeczywistością. Ów fakt sprawia, że pozostajemy często ślepi na niebezpieczeństwa, które są oczywiste dla osób żyjących na poziomie ducha. Po tej sesji dużo bardzie rozumiem dlaczego św. Paweł tak bardzo nawoływał, żeby nie dać się zniewolić przez sferę ciała.

Wy zatem, bracia, powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie! (Ga 5,13)

Święty Paweł był niezwykłym nauczycielem duchowym a przy okazji wielkim realistą. Jego realizm wynikał nie tylko z życia wiarą, ale także z własnego bogatego (choć niejednokrotnie bolesnego) doświadczenia, które pokazywało mu na co stać człowieka, gdy żyje źle pojętą wolnością.

Dlatego głośno woła:
Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli. (Ga 5, 1). I dobrze wiedział, że nikt inny poza Chrystusem prawdziwej wolności dać człowiekowi nie może.

Jak łatwo w tej mierze się pomylić i pójść za czymś, co nie ma nic wspólnego z wolnością lecz jest jej skuteczną podróbą, którą rozpościera przed nami ojciec kłamstwa. A wówczas łatwo za prawdziwe światło (również duchowe) wziąć to, które jest imitacją. Czyż Pismo św. nie przestrzega przed tym, że szatan będzie się podawał za anioła światłości, aby nas zwieść. Wszak w czym jak w czym, ale w tym jest dobry. Lucyfer – to w końcu niosący światło. A wówczas może stać się faktem to, o czym mówił Chrystus w Ewangelii według św. Mateusza w rozdziale szóstym: Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!
Wracając do wspomnianej sesji egzorcyści mówili jak wiele jest dzisiaj osób, które doświadczają zniewolenia duchowego nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy i szukając pomocy tam, gdzie tak naprawdę nie mogą jej znaleźć.
ciemność jest światłem

którego nie ma

dla ciebie

który jeszcze

jesteś



Dar życia każdego człowieka jest darem Miłości Boga. Jednym z owoców tej miłości jest całkowita wolność. Jest to zupełnie inna wolność, od tej z jaką mamy do czynienia w codziennym życiu. Jest to wolność, która pozwala nam kształtować naszą własną przyszłość i wybrać ścieżkę jaką sobie sami zażyczymy w kierunku ku Bogu lub w kierunku zupełnie przeciwnym. Choć trudno w to uwierzyć człowiek jest obdarowany przez Boga taką wolnością, że może również odwrócić się od Boga. Konsekwencje takiego wyboru sięgają jednak dużo dalej. Nie można odwrócić się od Boga nie odwracając się od samego siebie.
Ale dopóki żyjemy owo odwrócenie nie musi być ostateczne. Choć miłość Boga szanuje nasze wybory, to jednak nie przestanie walczyć o nas do końca, gdyż jedynie On wie jak straszne są dla człowieka konsekwencje rozminięcia się z Bogiem
W chwili kiedy błądzący człowiek zauważy własną pomyłkę i ponownie zechce zawrócić się ku Bogu musi przejść przez oczyszczenie, które jest ponownym świadomym wyborem światła wiary i konsekwencji z niej wynikających. 

Wyrywanie z ciemności nie jest łatwe, ale moc światła jest najsilniejsza. Aby przejść proces oczyszczania, być uwolnionym należy się otworzyć na miłość i chcieć zastosować do jej prawd. Na drodze naszego nawrócenia bardzo ważne jest realizowanie w najdrobniejszych codziennych wyborach pragnienia aby służyć Bogu w miłości i prawdzie. Takie pragnienia otwierają drogę do światła, prowadzi do przezwyciężenia mocy ciemności w naszym życiu.

Taki proces dotyczy każdego bez wyjątku człowieka, który chce powrócić do Boga. Światło Boga jest dane wszystkim duszom bez wyjątku, to nie ma nic wspólnego z żadną doktryną lub światopoglądem, każdy może przywoływać Boga, otworzyć się na Jego miłość i światło, modlić się i uczestniczyć w Jego dziedzictwie.
Przejście z ciemności do światła jest wielkim darem Boga. Ma to miejsce zarówno w procesie nawrócenia człowieka jak i w doświadczeniu oczyszczenia, która prowadzi do życia mistycznego. Doświadczenia duchowe potwierdzają jednak, że czym większe nadchodzi światło tym większa naprzód panuje ciemność.  Jest to zasada, która również obowiązuje na drodze mistycyzmu i która stała się udziałem wielkich świętych takich jak św. Jan od Krzyża czy św. Matka Teresa z Kalkuty. Lecz po doświadczeniu ciemności przychodzi czas – Bożego błogosławieństwa, przez które człowiek już na zawsze zatapia się w świetle, którego nikt i nic nie może mu odebrać.
Przyjdź Duchu Święty!
Przemień nasze wewnętrzne napięcie w święte odprężenie.
Przemień nasz niepokój w kojącą ciszę.
Przemień nasze zatroskanie w spokojną ufność.
Przemień nasz lęk w nieugiętą wiarę.
Przemień naszą gorycz w słodycz Twej łaski.
Przemień mrok naszych serc w delikatne światło.
Przemień naszą obojętność w serdeczną życzliwość.
Przemień naszą noc w Twoje światło.
Przemień zimę naszych dusz w Twoją wiosnę.
Wyprostuj nasze krzywe drogi, wypełnij naszą pustkę.
Oczyść nas z pychy, pogłębij naszą pokorę.
Rozpal w nas miłość, zgaś w nas zmysłowość.
Spraw, abyśmy widzieli siebie, jak Ty nas widzisz.
Abyśmy mogli poznać Ciebie, jak to obiecałeś.
I byli szczęśliwi według Twego słowa:
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.






Droga do Tajemnicy

Poranna medytacja była dobra.
Medytacja zawsze jest dobra. To niezwykłe jak bardzo potrafi zmienić nasz „zaspany” punkt widzenia, kiedy wstaje się z łóżka zawsze za wcześnie a w dodatku za oknem deszcz i ciemno i…
A tu wystarczy pół godziny medytacji, żeby wzeszło słońce i dzień stal się darem a ludzie piękni!
Pół godziny medytacji jako odkrycie tajemnicy sukcesu jak pięknie zacząć dzień i jak dobrze go przeżyć.

” Droga do Tajemnicy”. Czy można znaleźć lepszy tytuł. Wystarczy, że ktoś przeczyta i nie da rady, żeby sie oparł pokusie zajrzenia do treści, bo jak można zlekceważyć kogoś kto zna drogę do tajemnicy? Szczerze mówiąc, to powinienem napisać, że nie znam, ale wtedy nikt dalej by nie czytał. Zatem nie rezygnujcie, bo …
nam Kogoś kto ją zna.

Zanim jednak coś więcej na ten temat, to jedna uwaga na początek, która trzeba uwzględnić. Odkrycie Tajemnicy wymaga spełnienia pewnych warunków. Jedne z nich i to bardzo ważny, to zaangażowanie, więc jak ktoś nie ma ochoty się angażować niech dalej nie czyta. I nie mówię o zaangażowaniu tak trochę. Myślę o zaangażowaniu, które jest pójściem na całość. Inaczej niestety ale Tajemnica się nie objawi.
Pisząc to wracam myślą do wczorajszej Ewangelii. Znana wszystkim przypowieść o ubogiej wdowie, która w odróżnieniu od wszystkich innych wrzucających do świątynnej skarbony to, co im zbywało, wrzuciła wszystko, co miała. Całe swoje mienie. Dla mnie Jezus jest niezwykłym obserwatorem życia i ludzkiej natury. Bo czyż rysowany w tej przypowieści przez Chrystusa obraz nie jest obrazem naszej duchowej kondycji czy jak kto woli życia duchowego.
Jak często zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy przychodzą do konfesjonału ze swoimi życiowymi problemami: osobistymi, rodzinnymi, zawodowymi. Nieraz są to prawdziwe dramaty, z którymi człowiek nie radzi sobie zupełnie. Zatem wydawało by się, że dokonuje najwłaściwszego wyboru, przychodzi do Jezusa, żeby zapytać Go co począć. I kiedy próbuję zaproponować wejście głębiej i z większym zaangażowaniem w modlitwę zwykle albo odchodzą rozczarowani albo mówią: „ale skąd wziąć na nią czas?”
Przepraszam za stwierdzenie, ale dla mnie to naiwne liczyć, że Chrystus coś zrobi w naszym życiu, jeśli posadzimy Go na tylnym siedzeniu w naszym samochodzie, któremu na imię życie nie będąc w stanie wypuścić z rąk kierownicy. To właśnie w tym kontekście myślę o pójściu na całość. Albo jestem gotów oddać Chrystusowi całe moje życie, tak jak ta uboga wdowa, wrzucając cały swój majątek i nie zostawiając nic dla siebie, albo tak naprawdę będę się oszukiwał, że liczę na Chrystusa. Oczywiście łatwo tak pisać, choć z własnego doświadczenia wiem, że nie łatwo to zrobić. Lubimy zostawić sobie furtkę nawet wówczas, gdy jesteśmy przekonani, że Chrystus jest Bramą i przez nią lepiej byłoby nam przejść. Bywa tak, że życie zmusza nas do takiej postawy i przypiera nas do muru tak, że nie pozostaje nam już nic innego, niż oddać wszystko Panu Bogu i ktoś mógłby powiedzieć, że właśnie tak było w przypadku tej kobiety. Ale myślę, że to zbyt uproszczone wyjaśnienie tej Ewangelii. Prawda dużo bardziej przekonująca, ale i zawstydzająca nas jest taka, że ona po prostu wiedziała, że prawdziwa ufność i wiara, to postawić wszystko na Boga. Tylko wtedy można się naprawdę przekonać, że On nigdy nie zawodzi.
Przypomina mi się pewna historia z jednym z kapłanów, który spotkawszy Matkę Teresę z Kalkuty zwrócił się do niej z pytaniem: 
– Proszę Matki, proszę mi powiedzieć, jak można osiągnąć takie owoce naszej posługi jak Matka osiąga przez swoją działalność?
Na to Matka Teresa odparła?
– Czy modli się ksiądz sześć godzin dziennie?
Na co ów kapłan zdziwiony mówi:
– Żartuje Matka, przecież mam tyle roboty!

Jak trudno nam uwierzyć, że modlitwa może więcej niż nasza nędzna aktywność. Ale ponieważ nie wierzymy, dlatego często przegrywamy.

* * * * * * *
Dzisiaj miałem okazję spotkać się z moimi braćmi z kościołów chrześcijańskich, które uczestniczą w dialogu ekumenicznym. Ustalaliśmy plan spotkań ekumenicznych w ramach styczniowego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Teraz Tydzień przerodził się w miesiąc. To dosyć wyczerpujące, bo wymaga od przedstawicieli różnych kościołów codziennej obecności na rożnych nabożeństwach, gdyż codziennie organizuje je inna wspólnota wyznaniowa. Ale pokazuje to, jak wielu osobom naprawdę zależy na odkrywaniu tego, co nas jednoczy. Bardzo lubię te spotkania. Tak bardzo ubogacają. I równie często pokazują jak bardzo jesteśmy sobie bliscy, szkoda tylko, że podzieleni.

* * * * * * *

Kolejny wtorkowy wieczór, który przyniósł spotkanie medytacyjne z moja urocza grupą. Medytacja we wspólnocie ma swój niepowtarzalny klimat i owoce. Choć pewnie już wspominałem, że lubię też samotną medytację, gdzie nie trzeba spoglądać na zegarek i gdzie można zanurzyć się w Obecności zostawiając za sobą czas i przestrzeń i po prostu cieszyć się byciem. Wtedy jestem naprawdę szczęśliwy. Tajemnica szczęścia…

A skoro już o tej tajemnicy, to niech mi będzie wolno podzielić się tym o czym mówiliśmy podczas dzisiejszego wprowadzenia do medytacji. Mam nadzieję, że nieobecni fizycznie ale obecni duchowo znajdą w tym coś dla siebie.
Ważne jest to, abyśmy nie zrezygnowali z wytrwałości w medytacji bez względu na to czy medytujemy w grupie czy samotnie. Przez waszą wytrwałość ocalicie wasze życie – mówi Jezus Łk 21,19

Ojciec Bede Griffiths OSB zwykł mawiać, że medytacja jest drogą do rozumienia Tajemnicy Boga. Oczywiście nie chodzi o pojmowanie Boga w sensie rozumowym, gdyż dla intelektu Bóg zawsze pozostanie rzeczywistością niepojętą.
Chodzi raczej o takie doświadczenie, które jest odkrywaniem Ducha obecnego wewnątrz nas, o którym święty Paweł mówi: „Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego.” (1 Kor 2,10).
W każdym  bez wyjątku człowieku mieszka Duch Święty, który „przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego.” Ta prawda jest dla chrześcijanina ostateczną Tajemnicą.
Medytacja jest doświadczeniem, które nie tylko wprowadza nas w odkrywanie tej tajemnicy, ale także w życie tą Tajemnicą każdego dnia, przez 24 godziny na dobę. Jest niczym wrastanie w tę Tajemnicę, która staje się przestrzenią życia człowieka wierzącego. To jest owo wrastanie w rzeczywistość Królestwa Bożego „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak” [Mk 4,26-32]. Rolnik nie potrzebuje wiedzieć, jak to się dzieje. Rolnikowi wystarczy, że widzi, iż jego pot i codzienne trudy nie idą na marne, że owocują. Chrześcijanin również nie musi wiedzieć jak to się dzieje, wystarczy, że widzi, iż trud jego życia duchowego i wytrwałej medytacji przynosi konkretne owoce. Owa cudowna skuteczność medytacji jest owocem nie tylko i nie przede wszystkim naszego wysiłku lecz przede wszystkim, męki i śmierci krzyżowej naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa i Jego łaski! One wypłynęły z Jego przebitego boku! One są owocem Jego miłości, z którego również dzisiaj wszyscy czerpiemy. Medytacja jest niczym włączenie się w to źródło Chrystusowej łaski.
Jest zrozumiałe, że jak otwieramy nasze serca na to co św. Paweł nazywa „tajemnicą Chrystusa” to jako chrześcijanie spotykamy się z Bogiem w głębi i przez pośrednictwo mieszkającego w nas Ducha – w miejscu gdzie znika wszelka racjonalność i rozumienie a pozostaje tylko Miłość.
Nowy Testament, a szczególnie Listy do Efezjan i Kolosan, pełne są odniesień do „misterium Christi”.
Św. Paweł posługuje się terminem „misterium”, powszechnie wówczas używanym w języku „tajemnej” religii Greków.
W czasach Imperium Rzymskiego mnóstwo było takich ‘tajemnych” praktyk i religijnych rytuałów, za pomocą których ludzie próbowali wejść w kontakt z tajemnicą poza światem i poza nimi samymi. Były one głęboko zakorzenione w świadomości antycznych kultur, tak że i wczesny Kościół niejednokrotnie czerpał z nich na różnorakie sposoby.
Różnica polega na tym, że choć Medytacja chrześcijańska prowadzi nas do doświadczenia Tajemnicy Boga, to jednak nie ma nic z magii, którymi posługiwała się i posługuje do dzisiaj wiedza tajemna. Celem medytacji chrześcijańskiej jest spotkanie z Chrystusem w głębi naszego jestestwa, który pragnie objawić się każdemu człowiekowi nie poprzez słowa i myśli, ale poprzez swą obecność w Duchu.
To nie znaczy oczywiście, że Słowo nie objawia nam Chrystusa i że myśli, jakie wypływają z rozważania Słowa nie prowadzą do spotkania z Nim i poznania Go. Medytacja Chrześcijańska również posługuje się Słowem, choć inaczej. Słowo to bowiem ma prowadzić medytującego poza rozumowe pojmowanie jego znaczenia ku doświadczeniu Boga w Jego miłującej obecności.
Krótko przed swoim odejściem Jezus obiecał uczniom, że ześle im „Ducha Prawdy”, by Ten objawił im cała prawdę. Tego Ducha spotykamy, gdy zagłębiamy się podczas medytacji w naszego ludzkiego ducha. Bo „Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi.” (Rz 8,16). Jest oczywistym, że nie możemy obejść się zupełnie bez słów i myśli. Nie da się tak po prostu wejść w ducha bez pomocy słów, bo na tej drodze umysł człowieka potrzebuje pewnych stwierdzeń wiary będących dla niego swego rodzaju przewodnikiem.
Dlatego nie dobrze byłoby też, gdyby medytacja odrywała człowieka wierzącego od życia Słowem Bożym i rozważań nad nim. Chodzi o to, aby się na nich nie zatrzymywać, lecz aby one prowadziły nas ku doświadczeniu, tej miłości, o której Słowo poucza. A to nie może udać się bez osobistego i głębokiego wejścia w relację, która jest relacją miłości, sięgającą poza słowa i poza sferę racjonalną.