Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

The day after…


Jakoś przeżyłem wczoraj!
Medytacja była dobra! Mam nadzieję, że inni mają podobne odczucia. Może nieco zewnętrznej ciszy zabrakło, ale cóż, cisza (zwłaszcza ta wewnętrzna), której nic nie zdoła już zakłócić także czasem musi rozwijać się w tyglu doświadczeń. Jak wiara! Gdy brakuje mi zewnętrznej ciszy ( z pewnością sprzyjającej medytacji) zawsze przypominam sobie świadectwo brata Carlo Carretto, które przywołuje w swojej książce o modlitwie p. t. „Pustynia w mieście”, że w młodości miejscem codziennej modlitwy była dla niego podmiejska kolejka, pełna ludzi jadących rano do pracy. A on znajdował sobie zawsze miejsce gdzieś w koncie wagonu, wyłączał się i spędzał ten czas z Panem, zupełnie nie wrażliwy na zgiełk, który był obok niego. Jest to obraz bardzo bliski mojemu sercu, bo jeszcze zanim poznałem tego niezwykłego człowieka i sięgnąłem po jego pierwszą książkę, która mnie zachwyciła (tak jak dla wielu jego fanów były to „Listy z pustyni), sam odkryłem fenomen modlitwy, w która zanurzałem się najpierw w drodze do szkoły, jadąc czterdzieści minut tramwajem z warszawskiej Woli na Pragę a potem w czasie studiów w Krakowie. Możecie mi wierzyć lub nie, ale czas ten wspominam jako czas najpiękniejszej modlitwy, w którą można się zanurzyć w zgiełku miasta, po to aby pośrodku tego hałasu, który nieustannie próbuje się wcisnąć w nasze uszy i wnętrze odkryć Boga, który przychodzi w ciszy. Tego Boga, który jest większy od mojego serca i nie przeszkadzają Mu jego ograniczenia i jest większy od zgiełku naszych miast. PUSTYNIA W MIEŚCIE. Pustynia, którą mogę znaleźć w moim własnym sercu. Pustynia, która jest miejscem największego duchowego pragnienia a zarazem spełnienia, gdy odkrywa się w głębi własnego jestestwa obecność Źródła, z którego można czerpać bez ograniczeń.
Dlatego dzięki Ci panie, że nie ułatwiasz nam znalezienia ciszy dla naszej medytacji i przysłałeś takich, którzy skutecznie ja próbowali zakłócić!
Mój znajomy, który parę dobrych lat spędził na Wschodzie mówił mi, że również w nauce medytacji wschodniej są praktyki, które celowo ją utrudniają, po to ,aby nauczyć się je ignorować. Prawdziwa cisz to nie ta, która jest na zewnątrz, ale ta, która dobywa się z naszego wnętrza. Jeśli dojdziemy do niej, żaden hałas nie zdoła jej zakłócić.
Chcę także baaaaardzooooo podziękować tym wszystkim, którzy uczestniczyli we wczorajszej sesji!  Jesteście kochani. I jesteście sensem istnienia i skarbem tej grupy. Każda i każdy z Was. Bez wyjątku! Także ci, którzy nie zawsze mogą przyjść na spotkanie i którzy mogą się z nami łączyć jedynie duchowo. Dla medytacji nie ma barier nie do pokonania.
Myślę, że dzięki tej sesji nie tylko udało mi się przeżyć do końca dzień pełen wrażeń, bo miałem jeszcze przed sobą dwa ważne spotkania, ale także przeżyć go w radości i świeżości odczuć i umysłu a może nawet zanieść coś z tej świeżości braciom muzułmanom, z którymi miałem okazję przeżyć wczorajsze popołudnie i wieczór. Doświadczenie spotkań międzyreligijnych ma swoją niezwykłą wartość w duchowej pielgrzymce. I myślę, że jeszcze nie raz o tym napiszę.
A teraz pozwólcie, że wrócę jeszcze raz do tematu ciszy. Załączając na prośbę niektórych osób coś z tego, o czym mówiliśmy podczas wczorajszej sesji.
Jak głosi pradawna mądrość Kościoła możemy rozróżnić trzy rodzaje liturgii: liturgię nieba, liturgię ołtarza, a pomiędzy nimi, liturgię serca. Pełnia liturgii musi więc zawierać w sobie te trzy wzajemnie się przenikające wymiary: niebo, do którego zdążamy, ziemię, na której żyjemy oraz tajemnicę głębokiej jedności, jaką nosi w sobie człowiek.
Podczas ostatnich wakacji miałem okazję uczestniczyć w Eucharystii odprawianej w rycie trydenckim w jednym z benedyktyńskich klasztorów w Fontainebleau i muszę przyznać, że pozostawiła ona we mnie niezatarte wrażenie doświadczenia ciszy, które jakby spontanicznie wyrastało z tej formy celebracji Mszy świętej. Ta cisza, której nieraz tak bardzo dzisiaj brakuje w tamtym rycie jest niejako przypisana do Tajemnicy, jaką Eucharystia uobecnia.
Dzisiaj mało mówi się o ciszy w Eucharystii. Staramy się zapełniać ciszę śpiewem i czym się da, jakbyśmy chcieli od niej uciec. Jest taka opowieść biblistów mówiąca o tym, że pewnego razu grupa studentów rabinistycznych spierała się o znaczenie biblijnego tekstu. Zwrócili się do swego nauczyciela o arbitraż w ich sporze. „Co widzicie na kartce – zapytał. Słowa, o których dyskutujemy – odpowiedzieli uczniowie. Te czarne znaki na kartce – odparł stary rabin – zawierają tylko połowę informacji tekstu. Druga część jest w białych przerwach pomiędzy nimi.
To jest ów margines ciszy, który znajdujemy wokół każdego tekstu. Jest ona również obecna w przerwach między oddechami, bezruchu między myślami, odpoczynku między wybuchami gorączkowej aktywności.
Ostatnie słowa zachęty, jakie słyszeliśmy w nauczaniu papieża, do przywrócenia w liturgii doświadczenia ciszy, wskazują na jego zrozumienie i poszanowanie wobec tego uniwersalnego prawa i długiej tradycji sięgającej czasów Starego Testamentu. Cisza pozwala nam bowiem przeżywać Eucharystię na obszarze ludzkiego serca a nie tylko jako zewnętrzny ryt. Niestety bez ciszy Eucharystia stała się rytuałem, z którym stopniowo coraz mniej osób się identyfikuje.
Są tacy, którzy nigdy nie doświadczyli jej inspiracji i pocieszenia. Dla nich Msza święta w żaden sposób nie jest sakramentem, który nadaje sens ich życiu. Jej afirmacja o możliwościach przemienienia najzwyklejszego szarego życia przechodzi obok nich niezauważona. Liturgia nie kojarzy się im z tym, co niesie życie, z jego radością, rozpaczą, tragedią i żalem, nadzieją i rozczarowaniem. Nie jest ona w żaden sposób pokarmem dla zwykłej codziennej harówki. Dla wielu z nich Msza wydaje się dziwna i zniechęcająca. W czasach nowej ewangelizacji powinniśmy powrócić do siły liturgii w przekazywaniu Ewangelii niewierzącym. Sposób, w jaki odprawiana jest Msza może przekazać coś, co ich zadziwi i pozostanie z nimi, jako wartościowe doświadczenie na zawsze. Może okazać się, że jest to odsłona chrześcijaństwa. jakiej nigdy nie poznali, co z kolei może doprowadzić ich do znalezienia ponownie czegoś, co dawno temu im się zapodziało.
Są też tacy, którzy może i kiedyś odczuwali tajemnicę i mistycyzm Eucharystii, ale już utracili z nią kontakt. W miarę jak dojrzewała ich duchowość udali się w poszukiwanie jej wewnętrzności – owej łaski w nas, której Eucharystia jest zewnętrznym znakiem – i doszli do wniosku, że nie znajdą jej w Kościele. Dla takich ludzi odkrycie kontemplatywnej formy modlitwy może na nowo połączyć ich z utraconą sakramentalną wrażliwością i sprowadzić ich na powrót do Kościoła.
  
Na szczęście są i tacy, którzy potrafią dostrzec w Eucharystii tajemną i mistyczną skuteczność, niezależnie gdzie i jak jest ona sprawowana.
Dla tych wszystkich ludzi cisza jako element i wymiar Eucharystii ma ogromną wartość.
Warto nawiązać do tego, co pisał Sługa Boży Jan Paweł II w Mane Nobiscum Domine:
 Dobrze sprawowana i przeżywana Eucharystia może stać się najlepszą katechezą «mistagogiczną», tak drogą Ojcom Kościoła, która pozwala odkryć przez znaki  tajemnicę obecności Boga i włączyć w nią całe swe życie.
Dlatego, tak ważne jest, aby pielęgnować, zarówno podczas celebrowania Mszy św., jak i w kulcie eucharystycznym poza Mszą św., żywą świadomość rzeczywistej obecności Chrystusa.
Innymi słowy, tak jak to dobrze zrozumiał pierwszy Kościół, sposób w jaki się modlimy, jest sposobem w jaki żyjemy. W dzisiejszych czasach ludzie tak jak nigdy przedtem poszukują owego brakującego kontemplatywnego elementu.
Mistrz Eckhart zwykł powtarzać, że „nic nie przypomina Boga bardziej niż cisza”. Matka Teresa z Kalkuty, która dwie godziny codziennej cichej modlitwy sióstr ustanowiła centralnym punktem życia zakonu, mawiała, że: „Cisza to jest Bóg, który do nas mówi”. Oba te powiedzenia ilustrują sposób, w jaki można rozumieć znaczenie ciszy. Dlaczego Bóg ma tak bardzo przypominać ciszę? Eckhart nie twierdzi, że Bóg lubi ciszę, czy też że woli ciche uwielbienie, on mówi, że Bóg jest jak ciszą. Również Święty Benedykt używał dwóch słów na przetłumaczenie słowa cisza: quies i silentium. Quies to bycie cicho, brak dźwięku, cisza fizyczna – brak trzaskających drzwi, trzeszczących krzeseł, kasłania. Quies uzdalnia i uprzyjemnia nasz świat tak, że jawi się on nam jako przyjazny i możliwy do zamieszkania. Coraz trudniej o quies w nowoczesnych konglomeracjach miejskich, gdzie muzyka wdziera się nawet do wind i coraz mniej w nich oaz ciszy bez dźwięków, które wyprodukował człowiek. A człowiek coraz bardziej odzwyczaja się od ciszy.
Jest jednak i drugi rodzaj ciszy silentium. Nie jest on brakiem fizycznego hałasu, ale nastawieniem umysłu i ukierunkowaniem świadomości na Boga i innych. Jest uważnością. Gdy ktoś zwraca się o pomoc do kapłana, czy lekarza w doświadczeniu psychicznego czy duchowego cierpienia, oni wiedzą, że największym czasem darem, jaki mogą dać tej osobie, jest uwaga. Bo w wielu przypadkach może nie być żadnego rozwiązania dla problemu i wszelkie tanie pocieszenia zabrzmią w obliczu ogromu tragedii, która przeżywa człowiek jak puste frazesy. Skupione, ciche słuchanie, całkowite danie siebie w akcie uwagi nie jest ani osądzaniem, ani doradzaniem, ani naprawianiem sytuacji, jest to akt miłości. Z tego punktu widzenia, naprawdę nic tak nie przypomina Boga jak cisza, bo Bóg jest miłością. Miłością, która przychodzi i najpełniej objawia się w ciszy.

Wszystko dobre, co sie dobrze kończy

Może wstyd się przyznać, ale po dwóch niedospanych nocach jedyne o czym rano marzyłem, to to, aby ten dzień jak najszybciej się skończył i można było się przespać. Ale od rana nic tego nie zapowiadało. I dobrze.
Rano jak zwykle medytacja. Zapewniam, że nie jest najłatwiejszą rzeczą medytować, albo próbować medytować, po dwóch nieprzespanych (prawie) nocach. Ale, jak ktoś nie wierzy niech spróbuje. To jest dopiero walka…
Udało się!!!!
Eucharystia była lepsza. Eucharystia zawsze jest dobra. Bo cóż lepszego może nas spotkać na „dzień dobry” niż spotkanie z żywym Chrystusem. 
A teraz śniadanko i biegniemy na sesję medytacyjną. Co przyniesie? Nie wiem.
Dla tych, którzy mieliby nie dotrzeć załączam tekst jednej z konferencji:
Ta będzie o poszukiwaniu własnego „ja”. Nawet gdyby miało być to zaspane „ja”, to warto szukać.

Jednym z fundamentalnych celów naszego życia wewnętrznego – jak mówią zgodnie wielcy nauczyciele modlitwy tacy jak Merton, Bloom, Erckhart –  jest powrót do własnego „ja” . Niestety wielu z nas myli swoje prawdziwe „ja” z naszym wyobrażeniem o nas samych, które z prawdziwym „ja” nie ma nic wspólnego. Budujemy nasz obraz o sobie podobnie jak obraz o innych na podstawie tego, co posiadamy, tego, co potrafimy zrobić i z tego, co myślą o nas inni. Jednak łatwość z jaką możemy utracić to, co posiadamy, zajęcia, jakie wykonujemy lub przychylność innych często nas frustruje. Poświęcamy w naszym życiu wiele czasu i energii na podtrzymywanie tego iluzorycznego obrazu nas samych. Na przykład czynimy to czując się przymuszonymi by zrobić to, czego oczekują od nas inni, aby im się przypodobać i w nagrodę otrzymać od nich potwierdzenie tego jakimi jesteśmy. Żyjemy zatem w ciągłym kompromisie ze światem, dając mu coś, w zamian za co otrzymujemy potwierdzenie naszego obrazu siebie, który rzez lata się w nas utrwalał. Oczywiście czynimy to najczęściej nieświadomie. Problem polega na tym, że z takiego postępowania rodzą się w nas wspomniane frustracje i niechęć do innych, których przyczyn nie zawsze potrafimy zidentyfikować. Czujemy się coraz bardziej zmęczeni.
Problem jednak sięga głębiej. Nasze fałszywe wyobrażenie o nas samych, o naszym „ja” rzutuje na nasze życie wewnętrzne i doświadczenie Boga. Dlatego wiele osób nosi w sobie mocno zafałszowany obraz Boga, na który składa się wiele różnych wyobrażeń budowanych od naszego dzieciństwa, przez różne doświadczenia i sprawia, że przeżywamy naszą religijność w lęku, lub w przekonaniu że na miłość Pana Boga muszę zasłużyć lub też że musze się zmienić, żeby podobać się Bogu i zasłużyć na Jego łaskę. To z kolei rodzi w nas pretensję (nie zawsze wypowiedzianą0, że Pan Bóg stawia nam takie wymagania, którym po ludzku nie mogę sprostać. Stąd już krok do chronicznej choroby współczesnego chrześcijanina jaka jest niezdolność zaufania Panu Bogu.
Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie: A co jeśli moje wyobrażenie Boga nie ma nic wspólnego z rzeczywistością? I co jeśli moje wyobrażenie o sobie, jakie mocno w sobie pielęgnuję i za które jestem gotów walczyć aż do przelania krwi nie ma nic wspólnego z prawdą o mnie?
Nasze wyobrażenie o nas samych jak również nasze wyobrażenie o Bogu nie ma nic wspólnego z prawdą. Rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej.
Bóg nie jest zaświatowym dawcą, który spełnia nasze pragnienia i potrzeby, gdy na nie zasłużymy. Bóg niczego ode mnie nie oczekuje. Jest Przyjacielem, który mieszka w naszym wnętrzu i pragnie, abyśmy zamieszkali tam razem z Nim. To pierwszy i podstawowy warunek, aby On mógł nam coś powiedzieć o sobie, o swojej miłości do nas i czegoś nas nauczyć.
Czy macie świadomość, że ponad 97% chrześcijan wyobraża sobie Boga jako kogoś będącego na zewnątrz i tam Go szuka przez całe życie: w rytuałach, w teologii, w modlitwie, która jest często oderwana od życia. I po wielu latach SA zawiedzenia, że nie znaleźli go, mimo, że przemierzyli setki kilometrów pielgrzymując do miejsc świętych, chodząc co niedziele do kościoła. Tymczasem On był cały czas przy nich, ale im zabrakło wyobraźni (a może wiary) w to, że Bóg może być obecny w ich wnętrzu. Religijność bez wiary jest pusta.
Poznać nasze prawdziwe „ja” możemy jedynie wówczas, gdy nawiążemy kontakt z Bogiem mieszkającym w nas, gdyż nasze prawdziwe „ja” to ja, które mieszka w stwórczej miłości Boga i z niej wyrasta. Największym odkryciem naszego życia jest to, gdy uświadamiamy sobie, że jesteśmy zrodzenia z miłości. Więcej, że jesteśmy pełni miłości, gdyż ona podtrzymuje nasze życie. Prawda o nas jest taka, że jesteśmy miłością. Nie musimy na nią zasługiwać. Po prostu jesteśmy w nią nieustannie zanurzeni. A fakt, że tego nie zauważamy i że ciągle szukamy jej po omacku jest naszą iluzją, z której Chrystus przyszedł nas wyzwolić.
Nie troszczmy się więc o to, co myślą o nas inni. Powinno nam wystarczyć, to co myśli o nas Bóg. A dla niego każdy z nas jest ważny. Wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa a Chrystus – Boga [1 Kor 3,22-23]. I dlatego nie ma takiej rzeczy, której nie możemy dokonać, bo wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia [Flp 4,13] i nie ma takiej rzeczy, której nie możemy zdobyć, bo Chrystus obiecuje: Proście, a będzie wam dane [Mt 7,7]
Celem naszego duchowego dojrzewania jest zatem poznać nasze prawdziwe „ja”, gdyż dzięki temu odkryjemy jak bardzo jesteśmy piękni (niezależnie od tego jak inni na nas patrzą), jak bardzo jesteśmy bogaci (niezależnie od tego, co posiadamy) i jak bardzo jesteśmy kochani (miłością bezwarunkową, na którą nie musimy zasługiwać).
Ale jak wrócić do naszego prawdziwego „ja”?
Otóż uczy nas tego św. Jan Kasjan. Mnich z IV wieku, który jako młody człowiek wywodzący się z zamożnego rodu ze Scytii wyruszył na Wschód. Wiele podróżował po terenach Azji Mniejszej i Syrii a następnie osiadł w klasztorze w pobliżu Betlejem. Nie znalazł tam jednak tego, czego szukał. Podjął zatem na nowo swoja podróż, która zawiodła go do Egiptu, gdzie spotkał legendarnych Ojców Pustyni a wśród nich jednego, który cieszył się największym autorytetem abbę Izaaka. Jan i jego towarzysz podroży Germanu poprosili abbę Izaaka, aby nauczył ich prawdziwej modlitwy. Abba Izaak opowiedział im o swoim doświadczeniu Boga obecnego w jego wnętrzu,  o życiu w Jego Bliskości i życiu zanurzonym w Jego miłość, które staje się źródłem wewnętrznej radości.
To piękna – powiedział Germanu – ale jak doświadczyć Boga żywego, który mieszka w nas i sprawia, że życie, niczym woda ze źródła, wypływa z naszego wnętrza – z głębi naszego prawdziwego „ja”?
Wówczas abba Izaak miał przekazać im to czego nauczył się od swojego mistrza, szczegółowo objaśniając im, w jaki sposób można wejść w przestrzeń swojego serca i stanąć w obecności Boga.
Jan Kasjan już nie wrócił do swojego dawnego klasztoru. Powędrował natomiast do Konstantynopola, gdzie przyjął święcenia i ruszył dalej na Zachód, by dzielić się swoja mądrością. W Marsylii założył dwa klasztory (jeden żeński, drugi męski) a następnie spisał to, czego nauczył się od wielkich mistrzów duchowych Wschodu. Tak powstała między innymi Druga konferencja z abbą Izaakiem, będąca praktycznym wprowadzeniem do medytacji chrześcijańskiej, która dzisiaj nazywa się niejednokrotnie modlitwa głębi i która jest najbardziej chrześcijańską forma medytacji praktykowaną w wielu klasztorach monastycznych, zanim innej formy medytacji zaczął nauczać św. Ignacy Loyola. Ta nowa forma medytacji, przekształconej w lectio divina wydawała się bardziej odpowiadać racjonalnemu umysłowi zachodniego człowieka, na rzecz której medytacja nauczana przez Jan Kasjana zeszła na plan dalszy.
Jednak w 1971 roku papież Paweł VI zwrócił się do przełożonych zakonów monastycznych, z prośbą, aby pomogli Kościołowi na Zachodzie ponownie odkryć starożytną metodę modlitwy i która pomogłaby wiernym szukać oparcia w prawdzie, miłości i mocy Boga, a zatem wyłącznie tam, gdzie można znaleźć i pełnię i spełnienie.
Jednym z mnichów, którzy uczyli tej formy modlitwy był o. John Main. Odnalazł ją jako zachowaną w zakonie benedyktyńskim świętą tradycję, choć niemalże już utraconą. Reguła św. Benedykta wywodzi swą naukę o modlitwie właśnie od Kasjana. Dwie konferencje abby Izaaka o Modlitwie należą do klasyki całej teorii medytacji. Do tego właśnie „dokopał” się ojciec John w swoim klasztorze w Londynie na Ealingu. Do modlitwy, którą oni nazywali „czystą modlitwą”, bez słów i myśli – oto klejnot odnaleziony ponownie przez ojca Johna. Ale modlitwą tą posługiwali się również cystersi i trapiści, czego dowód odnajdujemy w nauczaniu o. Louisa (Thomasa Merona) w jego książce Kierownictwo duchowe i medytacja – powołując się na to samo źródło co o. John.
A oto starochrześcijańska metoda medytacji, której abba Izaak nauczył Jana Kasjana:
Usiądź, odpręż się i wycisz.
Z wiarą i miłością zwróć się do Boga, który mieszka w głębi twojego „ja”. Wybierz jakieś słowo miłości, którego cicha obecność pomoże ci wytrwać w miłosnym skupieniu. Ilekroć coś cię rozproszy, użyj swego słowa – modlitwy, aby wrócić do Pana. Na zakończenie pozwól aby słowa Modlitwy Pańskiej albo jakiejś innej modlitwy same rozbrzmiały w twoim wnętrzu.
Dla wielu ludzi taka modlitwa stanowi jakiś problem, bo modlitwa znaczy dla nich słowa i myśli. Mówimy „Ojcze Nasz” i myślimy o Bogu. Wszystko to jest konieczne na początku drogi modlitwy, ale żeby doświadczyć głębi prawdziwej modlitwy – jak pisze św. Jan od Krzyża – trzeba z czasem odważyć się zrobić krok poza słowa.
Sztuka modlitwy, której nauczał św. Jan Kasjan polega na ciągłym powtarzaniu świętego słowa lub wersu z Biblii. Efektem tego powtarzania jest „ześrodkowanie” osoby modlącej się, zjednoczenie wszystkich jej zdolności i skupienie ich na obecności Boga w niej.
Ojciec John wybrał na mantrę aramejskie słowo maranatha, ale nie oznacza to, że właśnie tym słowem musimy się wszyscy posługiwać. Chodzi o to, abyśmy odnaleźli własne słowo, najbliższe naszemu sercu,  z który się najbardziej utożsamiamy.
Nie ma jednak żadnych wątpliwości co do tego, że słowo Maranatha zawiera w sobie szczególną jakość, bo zanurza nas ono w atmosferę pierwszego Kościoła, dal którego wezwanie to było codzienną modlitwą. Powtarzając je sięgamy zatem do korzeni naszej religii, do języka jakim posługiwał się Jezus.
Jednym z największych wglądów nowoczesnej biblistyki, jest odkrycie, że życie Jezusa było skupione i wypływało z Jego doświadczenia zjednoczenia z Abba. Tak nazywał Boga. Słowo to oznacza „Ojca”, ale ma w sobie wielki ładunek bliskości, coś takiego, gdy mówimy dzisiaj „tatusiu”. Ab-ba brzmi jak wołanie dziecka. Podczas gdy Jezus miał ten intymny związek z Bogiem Ojcem, to Żydzi Starego Testamentu widzieli Boga jako kogoś zupełnie przeciwnego. Yahweh był Bogiem nieba, a ich cześć i poszanowanie Go tak wielkie, że nawet nie wymawiali Jego imienia. Adonai lub Pan, były imionami zastępczymi na Yahweh. Tak wielki panował strach przed Jego sądem i karą, że Prawo musiało być wypełnione bez względu na koszta i z największą skrupulatnością. Jezus przeciął bezpośrednio to rozumienie Boga i przeszedł do najintymniejszego zjednoczenia ze swoim Abbą, swoim Ojcem.
Można śmiało powiedzieć, że Abba to była mantra Jezusa. Bo żył On w całkowitym z Nim związku. Wszystko co robił, czym był i czego nauczał czerpało i opierało się na tym jednym słowie. Tak więc patrząc, nasza tradycja mantry pośrednio wywodzi się od samego Jezusa.
Oczywiście czym innym jest rozprawianie teoretyczne o Medytacji Chrześcijańskiej, a czym innym jej doświadczanie. Doświadczenia nie da się w pełni przekazać, chociaż osobista relacja jest w stanie oddać jakąś część tego oryginalnego przeżycia.
Dlatego warto się nim dzielić. Do czego wszystkich czytających ten blog zapraszam. Ja też się dopiero uczę!

Medytacja – Droga ubóstwa

Właśnie przygotowuje się do jutrzejszej sesji medytacyjnej. Cóż lepiej późno niż wcale. I tak najlepiej myśli mi się w nocy. Może dlatego, że noc tak mocno wiąże się z ciszą, zaś cisza w życiu duchowym jest najbardziej twórcza. Zatem zaufam jej natchnieniu raz jeszcze, choć o samej ciszy innym razem…

Medytację Chrześcijańską na całym świecie praktykowali i praktykują ludzie wszelkiego pokroju i wszystkich profesji. Skąd bierze ona swą siłę i zdolność opróżniania duszy i doprowadzenia modlącego do spotkania z Bożą obecnością? Nie z jakiś tam magicznych mocy mantry. Dla ojca Johna Maina mantra była drogą wiary. Mantra w wydaniu chrześcijańskim jest „dążeniem serca”, by posłużyć się tu określeniem św. Teresy z Lesieux. Mantra wypowiadana umysłem pozostaje ekspresją serca, w tym przypadku oznaczającego całą osobę. Serce w rozumieniu biblijnym jest najgłębszą częścią nas samych, naszym centrum jako osoby.

Powtarzane słowo stwarza jednocześnie i pustkę i pełnię wewnątrz nas do tego stopnia, że serce staje się jedno bez żadnych podziałów. I tak oznacza to, że skuteczność mantry jest wprost proporcjonalna do stopnia integracji danej osoby i intensywności w zaangażowaniu i oddaniu sprawie modlitwy.
Mantra wyraża złożenie siebie całego Bogu. Oczywiście oddajemy tylko tyle samych siebie, na ile siebie posiadamy. Jest to, więc miara naszej wolności. Święci inwestowali w Boga wszystko, ponieważ nie było w nich żadnego rozdarcia i cieszyli się prawdziwym ubóstwem w duchu. Początkujący robią, co mogą, każdy na miarę swoich możliwości. Pozostają wierni Medytacji Chrześcijańskiej jako aktowi wyrzeczenia się swego myślenia i niezłomną wolą wypracowania w sobie pewnej duchowej przestrzeni tak, by wypełnił ją sobą Bóg. W tym zawiera się dynamika modlitwy medytacyjnej, która polega na tym, że przestrzeń, która ogołacamy z  tego wszystkiego, co ja zaśmieca zostaje wypełniona tym czym wypełniona być powinna a więc Bogiem..
„Ma-ra-na-tha”, którą proponuje o. John jest zaczerpnięta z Biblii (1 Kor 16,22 i Ap 22,20) i oznacza „Przyjdź Panie”. W tej modlitwie używana jest nie jako bezpośrednie błaganie, ale jako sposób zwrócenia swej uwagi na Boga w nas. Mantra wyraża niepodzielne i bezsłowne skupienie się na Wielkiej Tajemnicy zamieszkującej w głębi naszego jestestwa. Rozumowe skojarzenia, uczucia i sentymenty są tu traktowane jako niepożądane, nawet, jeżeli toczą się wokół nabożnych spraw. Bezruch i spokój są jedynym celem; najpierw zewnętrznie, potem aż do pokoju niepodzielnej uwagi skupionej w jednym punkcie. Mantra staje się wyrazem zobowiązania umysłu, który pragnie wyzbyć się wszystkiego, oprócz samego słowa tak, by szeroko otworzyć się na Bożą obecność. Powtarzane słowo staje się nowym językiem wyrażania miłości do Boga i przyjmowania Jego miłości.
Tak oto ludzka otwartość i Boska obecność stają wobec siebie w bezpośredniej bliskości. Bóg przychodzi według św. Jana od Krzyża, tam gdzie jest dla Niego zrobione miejsce. Powtarzane słowo jest modlitwą wyzbycia się wszystkiego, oprócz niego samego. Dokonuje przesunięcia modlącego poza to, co mniej ważne do rejonów ducha. Bóg jest Duchem i zamieszkuje w naszym duchu i centrum, poza naszymi zdolnościami wyobrażenia sobie tego. Podróż do Boga pozostawia wszystko inne poza nami i, by znów posłużyć się słownictwem św. Jana od Krzyża, odbywa się ona na stopach miłości i wiary wprost do serca Boga. Tak, więc przejście to w swej idealnej formie jest pozostawieniem wszystkiego na rzecz Wszystkiego, czym jest Bóg. Mantra jest narzędziem czyniącym adekwatnym pierwsze Błogosławieństwo: Błogosławieni ubodzy w duchu… Jest modlitwą wzywającą nadejście Królestwa Bożego. John Main nie ustępował w swym przekonaniu, że jest dyscypliną, a nie techniką.
Kluczem do wszystkiego jest tutaj oderwanie się. W tradycji monastycznej oderwanie się często utożsamiane jest z czystością serca, zwrotem zaczerpniętym z języka biblijnego. Termin ten jest mniej narażony na błędne interpretacje niż „oderwanie się”. To w języku potocznym może kojarzyć się z apatią, czy też z brakiem poświęcenia. Duchowe oderwanie się, jest poświęceniem najwłaściwszym, takim, które dokonuje właściwego wyboru, we właściwym umiarze i dla właściwych powodów. Ludzie „oderwani” są wolni, zintegrowani i zakorzenieni w Bogu we wszystkich formach ich miłości i na wszystkich płaszczyznach ich życia. Są otwarci na prawdę, ponieważ Słowo Boże jest podstawą ich każdej decyzji. Żyją czerpiąc ze źródła, który jest sam bóg a nie z poddania się swemu egoizmowi.
W ciągu ostatnich czterdziestu coraz większa liczba chrześcijan szuka głębszego, bardziej duchowego, bardziej wewnętrznego wymiaru życia. Idąc za tym pragnieniem wyruszają licznie z wielu zakątków świata do Indii, by posłuchać tamtejszych mistrzów duchowych. Wielu z nich bierze udział w sesjach medytacji transcendentalnej oraz zen. Dzieło o. John Main jako chrześcijański nauczyciel medytacji przypomina, że nie musimy nigdzie wyruszać i stosować znajdujących się poza chrześcijaństwem metod, gdyż tradycja chrześcijańska wypracowała w sobie również takie sposoby medytacji. Ta bogata tradycja życia wewnętrznego i medytacji chrześcijańskiej, istnieje już od czasów apostolskich. O. John Main wierzył, że odnowa w Kościele będzie odnową kontemplacyjną.
Jakie są główne założenia tradycji modlitwy, której o. John Main nauczał za św. Janem Kasjanem?
Pierwsze z nich dotyczy nas samych. Każdy z nas jest wewnętrznie rozdarty. Św. Paweł był świadomy tego rozdarcia, mówiąc: „Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię.” (Rz 7,15). Ten brak ciszy i wewnętrznej harmonii jest szczególnie widoczny we współczesnym świecie z wszechobecną telewizją, radiem i konsumpcjonizmem. Nie daje się nam sposobności, by prowadzić życie wewnętrzne, czy zachować ciszę. Rzadko żyjemy w chwili obecnej. Zamartwiamy się przeszłością lub myślimy o tym, co będziemy robić w przyszłości. Jesteśmy rozpraszani naszymi pragnieniami i iluzjami. Św. Augustyn powiedział: „Człowiekowi musi najpierw być przywrócone jego człowieczeństwo tak, aby samemu stając się niejako punktem oparcia, mógł z tego punktu wznieść się i skierować ku Bogu”. Zatem czas poświęcony codziennie na przebywanie w ciszy, czas w którym staramy się jedynie być świadomi odsłaniającej się obecności Boga ma podstawowe znaczenie w powracaniu do nas samych. By poznać Boga, musimy się koniecznie zatrzymać (Ps 46).
Po drugie, nasz Bóg jest Bogiem miłości. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Nasz Bóg jest Ojcem i kocha nas „takich, jakimi jesteśmy”. Jest to wyraźnie pokazane w przypowieści o synu marnotrawnym. Stojąc w obliczu takiego Boga akceptujemy naszą stworzoność. To interesujące, że w raju szatan kusił naszych pierwszych rodziców, by stali się „jak Bóg”, by odrzucili swoją stworzoność. Również Jezus był kuszony przez diabła na pustyni, by uczynił cuda i tym samym odrzucił człowieczeństwo i stworzoność. Stworzoność oznacza zaakceptowanie, że Bóg, a nie my sami, nasze ego, jest centrum rzeczywistości. Z pomocą przychodzi nam tu ubóstwo pojedynczego słowa, modlitewnego wezwania, mantry. Powtarzając mantrę zdejmujemy z siebie samych światło reflektora świadomości. Kiedy schodzimy ze sceny, Bóg wraca na swoim prawdziwe miejsce w naszym życiu.
Po trzecie, Bóg, w sposób szczególny, umiłował nas w swoim umiłowanym Synu, Chrystusie. Kiedy medytujemy wchodzimy w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. On, aż do śmierci, poddany był całkowicie woli swojego Ojca. W medytacji uwalniamy się od wszystkiego, umieramy. Kiedy umiera nasze fałszywe ja, nasze ego, rodzimy się ponownie w Chrystusie.
Życie Boga jest już w nas obecne. Jesteśmy świątyniami Ducha Świętego. Duch Boga modli się w naszych sercach, wołając „Abba, Ojcze” (Rz 8). Bez tego Ducha nie wiemy jak się modlić. Dzięki mantrze jesteśmy obecni w naszym wewnętrznym centrum i zanurzamy się w strumieniu łączności między Ojcem i Duchem, jesteśmy w modlitwie samego Chrystusa, czystej modlitwie. Nie musimy szukać obecności Boga, On już w nas jest, musimy tylko sobie to uświadomić. „Królestwo Boże jest w was”.

Proces przemiany jest stopniowy, wymaga wytrwałości. Potrzebny jest czas i dyscyplina, byśmy mogli oderwać się od ego. Dwie medytacje dziennie – rano i wieczorem. Powtarzanie mantry jest jak wyruszenie na pielgrzymkę, w podróż. Najważniejszą rzeczą jest zawsze zaczynać; a później, za każdym razem kiedy będziecie siadać do medytacji, macie ciągle zaczynać; zaczynać za każdym razem, kiedy pojawiają się rozproszenia. Człowiek modlitwy i człowiek wiary,, to ten, który ciągle zaczyna od nowa i nigdy nie rezygnuje – mawiał o. Karol de Foucauld

Oczywiście słowa nawet najpiękniejsze nie przekonają nikogo do medytacji a teoria nawet najlepsza nie jest praktyką i nie wprowadza nas w doświadczenie. Rozmawianie na temat medytacji jest ważne, ale nie zastąpi praktyki. Doświadczenie przekonuje najbardziej. Dopiero, gdy będziemy mieli za sobą pewien okres medytacji, z przezwyciężonymi pierwszymi trudnościami i z codzienna wiernością praktyce przekonamy się, że to naprawdę niezwykła modlitwa. Zaborczość jest naszą wielką słabością. Można nawet okazywać zaborczość duchową w modlitwie posiłkującej się wyobraźnią i myślami, próbując pojąć Boga, który jest przecież poza wszelkim pojmowaniem. Prezentujemy sobie wtedy przyjemne uczucia i zadowalające nas myśli i karmimy się nimi. Ale taka modlitwa może rodzić niebezpieczeństwo wchodzenia w duchową iluzję.  W medytacji niczego nie pojmujemy, niczego nie chcemy i godzimy się na to, aby niczego się nie spodziewać. Jest ona modlitwa ubóstwa i ogołocenia. Dlatego mimo prostoty jest tak trudna dla współczesnego człowieka nastawionego na sukces i dlatego tak wielu tę drogę porzuca. Na tej drodze jeśli coś się otrzymuje – jest to darem samego Boga a nie moją zasługą. Jeśli zatem zdarzy się coś nadzwyczajnego, przechodzimy nad tym, gdyż zatrzymanie się na jakimś doświadczeniu mogło by sprawić, że środek pomylimy z celem.
Żadne ze słów nie odnoszą się bardziej do praktyki medytacji chrześcijańskiej niż te które wypowiedział do tych, którzy chcieli pójść za Nim: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Mk 8, 34). Tradycja sięgająca czasów apostolskich do dzisiaj nieprzerwanie pielęgnowana przez kościół prawosławny mówi, że wierne powtarzanie mantry – jako słowa modlitwy jest jednym z najlepszych sposobów wykonania tego polecenia.

Życie to nie bajka…

…A może jednak?
Wśród mojej pisaniny jakiś czas temu znalazłem bajkę. Jedyną, jaką udało mi się w życiu napisać. Więcej nie zamierzam. Ot taki wyprysk erudycji i młodzieńczego zapału. Tak, tak! Bo kiedy ją pisałem byłem młody i zapalony:-) A było to…
dawno.
Pomyślałem, że ją tutaj dołączę w ramach medytacyjnego oddechu. Jakby komuś znudziło się czytanie na temat medytacji i miał gorszy dzień. Niektórych tekst rozśmiesza a może śmieszy (?) Mniejsza o to. Ja za każdym razem, gdy ją czytam dobrze się bawię i nie wiem czy to przykład naiwności, narcyzmu czy po prostu ta bajka taka jest. Pozdrawiam i życzę miłek lektury.
P.S. Muślę, że bajka ma jednak coś z poszukiwania (może niekoniecznie duchowego) i…
z medytacji.
A tytuł bajki brzmi:  WPEWNYMSENSIEBAJKA
        
To wcale nie jest takie pewne, że właśnie Siemak pierwszy znalazł  Cototo.  Chwalił  się  co  prawda  jakiś  czas i puszył i nadymał,
ale  Siemak,  jak  mu  szajba  odbije, potrafi  tak  kłamać,  łgarz  jeden,
że  naprawdę  nigdy  nie  wiadomo  co  mu się  rzeczywiście  zdarzyło,
a   co   zmyślił.   Murfik  na   przykład   mówi,  że   Siemak   ma  coś   z
Pyrtusia, a ponieważ Pyrtuś jest Łajdus i Oczajdusza, to Siemakowi nigdy nie należy dowierzać, a już najmniej, kiedy opowiada Bardzoprawdopodobnehistorie, bo wtedy jest trudno odróżnić, co jest prawdą, a co nie, w przeciwieństwie do Napewnozmyślonychhistorii, gdyż takie odróżnienie nie wymaga wcale wielkiego wysiłku i od razu widać, że Siemak jest kłamca, a Murfik ma rację, porównując go z Pyrtusiem.
         Zresztą, mówiąc szczerze, to Murfik też jest niezłe ziółko. Niby takie niewiniątko, ale jak zajrzeć do jego szafy, to dopiero widać, co to z niego za Ciułacz, no bo po co on trzyma tyle tych Najróżniejszych Przedmiotów: grzebienie, szczotki do futerka, szczoteczkę do siekaczy, szczoteczkę do kłów, szczoteczkę do trzonowych, nauszniki, zapałki, maszynkę do strzyżenia wyrastającego, zeschłą mandarynkę, igły, muszelki, zdechłe pszczoły, szmatkę, wykałaczkę, ogryzek Niewiadomoczego, plastelinę, kubek, włos i tak dalej. A do tego jeszcze nie wymawia „r”. Mułfik. Wreszcie psioczy ile wlezie na Siemaka i Pyrtusia, ale jak przyjdzie Codoczego, bo czasem się zdarza, że Codoczego przychodzi do Murfika, i to najczęściej zupełnie niespodziewanie, kiedy on kładzie się spać albo robi przysiady, a to jest jego Jednymznajbardziejulubionychzajęć, obok jeszcze paru innych, z których nawet taki Siemak się śmieje, wtedy Murfik leci do Jednego albo Drugiego, jeśli Jednego akurat nie ma, bo dziwna rzecz, ale nigdy się jeszcze nie zdarzyło, żeby nie było i Jednego i Drugiego, i wcale nie mówiąc, że właśnie przyszło Codoczego, ma zawsze jakiś Niezwyklepilnyinteres.
         Ale co racja to racja. Jeśli już któryś miał znaleźć Cototo, to najprędzej Siemak, bo on nie siedzi całymi godzinami na kamieniu jak Pyrtuś, ani nie wynajduje durnych zajęć jak Tenidiotamurfik, ale za to lata jak Kotzpęcherzem i rzadko można go zastać tam, gdzie zazwyczajpozostali dwaj chcą go zastać, to znaczy na Miejscu. Siemak to jest w ogóle Innytyp (powiedzenie Pyrtusia). W dodatku jest to jeszcze o tyle podobne do Siemaka, że to właśnie on, nikt inny, mógł przylecieć najpierw do Murfika i opowiedzieć Razdwatrzy, co to on widział koło Drzewa, i że jest to Nadernieprawdopodobnahistoria, żeby Murfik mu uwierzył, właśnie Murfik, który jest Niedowiarek i na Siemaka patrzy z Przymróżeniemoka, jakby ten był Diabliwiedząjakimkłamcą. To jest wersja do przyjęcia.
……………………………………………………………………………………………………

SIEMAK:  Cześć.
MURFIK:  A cześć.
SIEMAK:  A cześć. Rozumiesz coś z tego?
MURFIK:  Nic. A z czego?
SIEMAK:  No z tego co tam leży pod Drzewem?
MURFIK:  Ba.
SIEMAK:  To nie jest żadna odpowiedź.
MURFIK:  Ty chyba upadłeś na łeb, Siemak. Odpocznij tłochę.
SIEMAK:  Co to jest tłocha?
MURFIK:  Głupi jesteś. Ja przecież nie wymawiam eł, ty sklełozo.
                 Denełwujesz mnie.
SIEMAK:  Ja cię denełwuję, tfu, denerwuję? Wszystko jedno. Ja chcę
                 się dowiedzieć, co to tam leży pod drzewem, takie wielkie 
                 jak ty i Pyrtuś i ja dodać ty i Pyrtuś i ja dodać ty i Pyrtuś i ja 
                 dodać…
MURFIK:  Choleła. Czyś ty zgrupiał, tfu, zgłupiał? Skąd ja mam
                 wiedzieć, co to tam leży pod Drzewem?
SIEMAK:  A skąd ja?
MURFIK:  Co skąd ty?
SIEMAK:  Skąd ja mam wiedzieć?
MURFIK:  Stamtąd.
SIEMAK:  Skąd?
MURFIK:  Spod Drzewa.
SIEMAK:  Pod Drzewem coś leży, ale ja nie wiem Cototo.
MURFIK:  Gdzie ty masz oczy, Siemak?
SIEMAK:  Tu.
MURFIK:  Ja wiem, ale tak mówię, że niby się pytam, dlaczego ty nie
                 wiesz Cototo?
SIEMAK:  To jakoś dziwnie się pytasz.
……………………………………………………………………………………………………
         Nie wiadomo też, ile właściwie trwała rozmowa Siemaka z Murfikiem, zanim we trzech, bo zdołali zawołać po drodze Pyrtusia, co też nie trwało chwilki, zważywszy, jak trudno go zawsze ściągnąć z kamienia, ruszyli w stronę Drzewa zobaczyć Cototo, które, zdaniem Siemaka, powinno nadal tam leżeć, jeśli oczywiście (zabezpieczał się Siemak) nie polazło już Niewiedziećgdzie, czyli tam, gdzie naturalnie trudno byłoby to odszukać, wobec czego Siemak znów wyglądałby na Kłamcę, a tego nie lubił. Szli, szli i szli. Pyrtuś podskakiwał. Pyrtuś zawsze podskakuje, kiedy zejdzie Raznajakiśczas z kamienia, bo taką ma w zasadzie naturę, że lubi podskakiwać, a co gorsza podskakuje nawet wtedy, gdy siedzi na kamieniu, co wprawdzie zdarza mu się rzadziej, ale jednak, i co bardzo martwi Siemaka, który chciałby być wiecznie naj, i gdyby Pyrtuś nie podskakiwał, kto wie czyby mu się to nie udało. Podskakiwanie Pyrtusia denerwuje nawet Murfika, choć on jest raczej spokojny i nie zazdrości Pyrtusiowi ani jego kamienia, ani podskoków.

……………………………………………………………………………………………………

MURFIK:   Po cholełę ty tak podskakujesz, Pyłtuś?
PYRTUŚ:  Ja skaczę do Poziomu.
SIEMAK:   Do jakiego znowu Poziomu? Mieliśmy iść do Drzewa.
PYRTUŚ:  E, co ja ci będę tłumaczył.
SIEMAK:   Nie wiem.
PYRTUŚ:  Czego nie wiesz?
SIEMAK:   Nie wiem, co ty mi będziesz tłumaczył.
PYRTUŚ:  Ja się ciebie nie pytam.
SIEMAK:   To po co się pytasz? Ty, Pyrtuś, masz dziwny sposób bycia.
PYRTUŚ:  Bycia kim?
SIEMAK:   Bycia w ogóle.
PYRTUŚ:  Nigdy nie byłem w ogóle i nie wiem nawet gdzie to jest.
MURFIK:   A co ty wiesz?
PYRTUŚ:   Wiem, że pod Drzewem coś leży.
MURFIK:   O! A skąd to wiesz?
PYRTUŚ:  Bo widzę. Właśnie doszliśmy do Drzewa.
………………………………………………………………………………………………….
        
Rzeczywiście. Gdyby Siemak z Murfikiem nie zwracali tak pilnej uwagi na podskakiwanie Pyrtusia, z pewnością wcześniej dostrzegliby ogromne, rozłożyste Drzewo, ULUBIONE MIEJSCE ulubionego przysmaku Siemaka, to znaczy żołędzi, a pod tym miejscem, to znaczy Drzewem, leżące Cototo, które nigdzie nie polazło i leżało tam dalej, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy zobaczył je Siemak, a w dodatku okazało się, że on wcale nie przesadził dodając Murfika, Pyrtusia i siebie do Murfika i Pyrtusia i siebie i tak w kółko, ponieważ Cototo było rzeczywiście bardzo duże. Spoczywało sobie w najlepsze między dwoma OGROMNYMI korzeniami, przygniatając swoim niemałym najpewniej ciężarem kupę uschniętych liści i sporą (Ojejej! – westchnął Pyrtuś) ilość Żołędzi, zupełnie jeszcze smakowitych, z których tylko parę można było stamtąd wyciągnąć. Murfik ze złością pomyślał o swojej Bardzodobrej pamięci. To nie było bynajmniej przyjemne pamiętać, jak się objechało Siemaka za to, że nie wiedział Cototo jest, skoro teraz wiedziało się od Siemaka niewiele więcej, albo jeszcze mniej i kiedy się czuło niemały ciężar Obowiązku rozstrzygnięcia kwestii przynależności Cototego do znanych skądinąd przedmiotów, który to obowiązek nieproszony usadowił się był właśnie na wątłych barkach Murfika. Nadto dochodziły jeszcze irytujące chrząknięcia czekającego na Coś Pyrtusia, skierowane w sposób napastliwy do OO (Obarczonego Obowiązkiem). Chcąc nie chcąc, a właściwie to drugie, musiał Murfik przystąpić do oględzin. I tu przyznać trzeba, iż robił to z sobie tylko właściwą godnością i wprawą, przyprawiającą o zachwyt Tychdwóchtłumoków. Obszedł więc najpierw Cototo dokoła (czy całe), zajrzał pod (czy głębokie), zerknął nad (czy wysokie), powąchał (czy pachnące), polizał (czy słodkie), kopnął (czy twarde) i na koniec podrapał się po głowie (czy wie). Nie wiedział.

……………………………………………………………………………………………………
 
MURFIK:   No…
SIEMAK:   No?
MURFIK:   To jest… Cóż…
PYRTUŚ:   To jest Cóż?
MURFIK:   Hm… Nie zupełnie.
PYRTUŚ:  Raczej Niezupełnie. Niezupełnie Cóż, czy tak?
MURFIK:  Nie całkiem.
PYRTUŚ:  Więc Nie całkiem Niezupełnie Cóż. To mi się podoba.
SIEMAK:  Co?
PYRTUŚ:  To mi się podoba jak to się nazywa. Sam chciałbym się
                  nazywać Niecałkiem Niezupełny Pyrtuś. To brzmi nieźle.
                  Im-po-nu-ją-co.
SIEMAK:  Nic rozsądku, nic a nic. Ja się na tym znam. Murfik po prostu
                 nie wiem. Wiesz?
MURFIK:  Ba…
SIEMAK:  Ba co?
MURFIK:  Nie wiem.
SIEMAK:  A jednak. Tego się po nim spodziewałem.
……………………………………………………………………………………………………

Bzdura: spodziewał się czego innego zgoła. No, ale Siemak jest kłamca i nigdy nie umie stanąć na jednym Stanowisku. Za to sytuacja stawała. Stawała się coraz bardziej kłopotliwa, zwłaszcza dla Murfika. I kto wie (a na pewno nie on), jak by się to wszystko skończyło, gdyby Murfik, w ostatniej niemal chwili przed Bardzoniekorzystnymkońcem, nie dostrzegł huśtającej się opodal na krzaku, jednej jedynej Truskawki z bardzo białą brodą. Broda bez wątpienia oznaczała, że Truskawka ta młoda nie jest, a to z kolei oznaczało, że huśta się tu już od dłuższego czasu, co oznaczało, iż musiała widzieć Cototo znacznie wcześniej niż Siemak, Murfik i Pyrtuś, który to fakt oznaczał, że powinna wiedzieć. Wystarczyło tylko zapytać. Pozornie jednak, bowiem podjęcie decyzji zapytania Truskawki o Cokolwiek nie jest łatwe, jeśli się wie, jak bywają one impertynenckie i małomówne, choć trudno im jednocześnie odmówić pewnej dozy Zdrowegorozsądku, w przeciwieństwie do Żołędzi na przykład, które, mimo swej gadatliwości, okazują głupotę większą może nawet niż Szyszki i paplają takie bzdury, że przykro się robi. Truskawkę pyta się więc w Ostateczności, kiedy nie ma innego wyjścia, jednym słowem w sytuacji, w jakiej znalazł się w tej chwili Murfik.

……………………………………………………………………………………………………

MURFIK:           Hej, hej. Pogadamy?
TRUSKAWKA:  A bo co?
MURFIK:           Bo chcę cię o coś zapytać.
TRUSKAWKA:  Eeeee tam…
MURFIK:           Ty, powiedz co to tam leży?
TRUSKAWKA:  Gdzie?
MURFIK:           Pod Drzewem.

TRUSKAWKA:  Eee. Odpieprz się.
SIEMAK:            Takie to, cholera, nieużyte. Truskawka.
MURFIK:            Nie wtłącaj się, Siemak. Ładną masz błodę.
SIEMAK:            Ja?
MURFIK:            Nie do ciebie. Ładna masz błodę.
TRUSKAWKA:   Phi.
SIEMAK:            Spleśniało się troszeczkę, co?
TRUSKAWKA:  Odpieprz się.
MURFIK:           Jakaś pieprznięta. Głupsza od szyszki, słowo daję.
TRUSKAWKA:  Przezywasz się, durny stworku? Sam jesteś 
                          pieprznięty.
MURFIK:           Nie płowokuj mnie. Masz szczęście, że nie znoszę 
                          tłuskawek. Nie mógłbym cię stławić, ty zgnilcu.
TRUSKAWKA:  Grumkh, grumkh.

……………………………………………………………………………………………………

To było jej ostatnie słowo (chrząknięcie raczej). Wobec takiego postawienia sprawy, wobec głupiego, truskawkowego pyskacza, można było jedynie machnąć ręką, albo zrobić przysiad, albo jeszcze raz próbować rozgryźć Cototo, a właściwie niezupełnie rozgryźć, gdyż rozgryzienie przedmiotu tak dużego, stanowiło trudność niemałą nawet dla Siemaka, nie mówiąc już o Pyrtusiu, który z trudem rozgryzał żołędzie, stąd przez rozgryzienie Cototego, o czym była mowa i o czym dumał sobie Murfik, rozumieć należy jedynie… ten… no… co to je właściwie chciałem…? W każdym razie dla zaistniałej sytuacji pozostawała jedna z ostatnich desek ratunku, jeśli deska może uratować kogoś w miejscu, gdzie zupełnie, ale to zupełnie nie ma wody. Tak czy inaczej Murfik przystąpił do rzeczy, zwracając się wprost do Cototego.

……………………………………………………………………………………………………

MURFIK:   Ej, ty!
PYRTUŚ:  Ej, ty!
SIEMAK:   Ej, ty!
MURFIK:   Papugi.
SIEMAK:   Gdzie?
MURFIK:   Tu. Wy jesteście papugi. Nikt was nie płosił, żebyście 
                  wszystko powtarzali. Ja też nie. Widzicie, że tełaz płacuję i
                  to nielekko.
PYRTUŚ:  A nad czym?
MURFIK:   Nad łozgłyzieniem.
PYRTUŚ:  Gryziesz coś? A ja myślałem, że chcesz się spytać 
                  Cototego o Cototo.
MURFIK:   Właśnie.
PYRTUŚ:  Gdzie?
MURFIK:   Właśnie. Czyli, że niby to łobię.
PYRTUŚ:  Co?
MURFIK:   E, ja się z tobą nie dogadam. Ej, ty!
PYRTUŚ:   Ja?
MURFIK:   O łany, do Cototego mówię.
PYRTUŚ:   Acha.
MURFIK:    Ej, ty! Ty tumanie.
SIEMAK:    Skąd wiesz, że to jest Tuman?
MURFIK:    Nie wiem, ale może zacznie się przezywać.

……………………………………………………………………………………………………

Próżna nadzieja: Cototo najwyraźniej nie miało ochoty ani się przezywać, ani nawet mówić Coniebądź. Za to Murfik… Murfik nabrał naraz niezwykłej ochoty do gadania, przysiadów i wymachiwania kończynami.

……………………………………………………………………………………………………


MURFIK:   Oooooooooooo !
SIEMAK:   Oooooooooooo ?
PYRTUŚ:  Nie wiem.
MURFIK:   Oooooooooooo !
SIEMAK:   Zwariował?
PYRTUŚ:  Chyba.
MURFIK:   Oooooooooooo ! Wiem, wiem, wiem! Wiem, Cototo !
SIEMAK
I
PYRTUŚ:   Mów, mów, mów, mów, mów, mów.
MURFIK:  Przypomniałem sobie. Mam wspaniałą pamięć, doskonałą
                 pamięć. Niezwykłą pamięć, unikalną, niespożytą, 
                 niezgłębioną…
SIEMAK:  Długo jeszcze tego będzie?
MURFIK:  Stałczy. Wiecie, co to jest?
PYRTUŚ
I
SIEMAK:   Nie.
MURFIK:  To… jest  Ły…Zy…E…Cy…Zy… !
PYRTUŚ:  Łyzyecyzy? Pierwsze słyszę.
MURFIK:   Nie żadne łyzyecyzy, eciepecie, kukułyku, ani jakieś fikimiki.
                  To jest RZECZ, łozumiesz?
SIEMAK:   Nic a nic.
PYRTUŚ:  Nic a nic.
MURFIK:   A wy dułnie! Rzecz, czyli Przedmiot.
PYRTUŚ:  Zaraz, zaraz, nie tak szybko. Albo rzecz, albo przedmiot,  
                  nie?
MURFIK:   Nie. Jedno i długie.
PYRTUŚ:  To niemożliwe. Ja jestem Pyrtuś, ale nie jestem Siemak, 
                  Siemak jest Siemak, ale nie jest Murfik, Murfik jest Murfik, 
                  ale …
MURFIK:   Dosyć tego! Wy się po płostu nie znacie.
PYRTUŚ:  Nie przesadzaj. Znam Siemaka kawał czasu.
MURFIK:   A czy ja mówię, że ty nie znasz Siemaka?
PYRTUŚ:  Tak jakby.
MURFIK:   Ja mówię, że wy się nie znacie na rzeczach, czyli
                  przedmiotach.
SIEMAK:  To prawda. My się znamy na Codzień.
MURFIK:  Na czym?
SIEMAK:  Na Co dzień, znaczy się każdego dnia.
MURFIK:  Załaz mnie skłęci. Siemak, czy ty jesteś taki głupi od bardzo
                 dawna, czy jeszcze wcześniej?

……………………………………………………………………………………………………


Na pytanie to Murfik nie otrzymał, niestety, odpowiedzi, a to z tej prostej przyczyny, że Siemak, jako klasyczne Bezpamięcie, nie mógł w żaden sposób przypomnieć sobie, od kiedy tak naprawdę jest głupi. Nie pamiętał i już. Druga sprawa, że Murfik, zadając to pytanie, nie oczekiwał bynajmniej, by Siemak, zaraz, tutaj, określał wiek posiadanej przez siebie głupoty, ale powiedział to jedynie dla powiedzenia Byleczego, z zamierzeniem co najwyżej ukazania swojej, mocno już wątpliwej wyższości nad Tymidwomadurniami, którzy nie wiedzieć po jaką „cholełę” zapędzali go teraz w kozi róg, co dla Murfika przyjemnym nie było. Jedynym logicznym wyjściem z tej kłopotliwej sytuacji byłoby dla niego oczywiście ofuknięcie Siemaka i Pyrtusia, pogardliwy zwrot w tył i odejście tam, skąd przyszedł, lecz, jak wiadomo, to co logiczne, nie zawsze jest tym, co pożądane, a w danym przypadku pożądanym było wyjaśnienie sprawy do końca i ostatecznie, wobec czego Murfikowi pozostawała już naprawdę ostatnia deska ratunku, a ściślej mówiąc: Ostatni Patyk Ratunku. Właśnie Patyk, Patyk, na którego zawsze można było liczyć, który nie zawiódł nigdy, który okazywał się pomocny na pozycji pozornie straconej. Po raz pierwszy nadzwyczajne właściwości Patyka objawiły się Murfikowi w momencie zapoznania z Pyrtusiem, kiedy to Murfik zdybał go w chwili, gdy ten najspokojniej w świecie siedział sobie na kamieniu, głuchy i ślepy na wszystko. Murfik, zaintrygowany spotkaniem Pyrtusia, którego widział po raz pierwszy i zupełnie niespodziewany, próbował na wszystkie znane mu sposoby dowiedzieć się, że Pyrtuś to Pyrtuś i co on tu akurat robi. Na żaden jednak z tych sposobów skamieniały na kamieniu Pyrtuś nie reagował i kto wie, czy kiedykolwiek zwróciłby uwagę na rozpaczliwe wysiłki Murfika tuż obok, gdyby nie dźgnięcie patyka, które zwróciło Pyrtusia otaczającej go Rzeczywistości w sposób tak nagły, bezlitosny i bolesny, iż pociągnęło to za sobą długi łańcuch zdarzeń, na którego końcu umieścić by należało bez wątpienia ogromny guz, panoszący się przez okrągłe kilka dni na i tak biednej głowie Murfika. Chwilowy brak Patyka w lesie pełnym patyków, nie stanowi przeszkody tak wielkiej, by zaraz zrezygnować z powziętej Dopieroco decyzji. Decyzją było dźgnięcie Cototego Patykiem.
Murfik dźgnął. Raz, dźgnął drugi, dźgnął trzeci. Dźganie po raz czwarty, wobec zdecydowanej postawy Cototego, nie reagującego na dźgnięcia, byłoby nonsensem. Murfikowi łapy opadły.

……………………………………………………………………………………………………


PYRTUŚ:  Dźgnąłeś, Dźgaczu?
MURFIK:   Dźgnąłem.
SIEMAK:   I co?
MURFIK:   I nic.
SIEMAK:   Zupełnie nic? To ci heca.
MURFIK:   Niezupełnie. Patyk wchodzi łatwo. Znaczy, że Cototo jest 
                  nadwątlone.
PYRTUŚ:  Czy to znaczy tylko to i nic więcej, znaczy się, nic nie
                  znaczy poza tym co znaczy?
MURFIK:   No, coś w tym łodzaju.
PYRTUŚ:  Ale w tym rodzaju co właściwie znaczy to, że znaczy, że
                  Cototo jest Nadwątlone.
MURFIK:   Co ma znaczyć? Jest Nadwątlone i tyle.
PYRTUŚ:   Niedużo.
MURFIK:   Eh ( to było westchnienie ).
PYRTUŚ:  Eh ( to też było westchnienie, i to jakie! ).
SIEMAK:   Eh ( to także ).
PYRTUŚ:  Przyszło mi do głowy Jednobardzoważnepytanie. Murfik,
                  czy ty właściwie wiesz w końcu Cototo?
MURFIK:   Zależy, z któłej strony na to spojrzeć.
PYRTUŚ:  Z tej, po której stoisz, z lewej.
MURFIK:   No to nie wiem.
PYRTUŚ:  A z prawej?
MURFIK:   Też nie wiem.
PYRTUŚ:  A z góry?
MURFIK:   Z góły też nie.
PYRTUŚ:  A z dołu?
MURFIK:   Tymbałdziej.
PYRTUŚ:  Jest jeszcze jakaś strona?
SIEMAK:  Zdaje się, że nie ma. Zdaje się, że Murfik w ogóle nie wie.
                 Zgadza się?
MURFIK:  Nie wiem.
SIEMAK:  Właśnie.

……………………………………………………………………………………………………

Pyrtuś powinien był spytać jeszcze „gdzie”, bo zawsze pytał: „gdzie”, ilekroć usłyszał „właśnie”, z uwagi na pewne ograniczenie umysłowe, skłaniające go do umiejscawiania wszystkiego, co tylko, choćby i pozornie wydawało się zdatne do umiejscowienia, a to w wyniku ustawicznego przesiadywania na kamieniu, który bądź co bądź był jednak umiejscowiony stale na jednym i tym samym miejscu, co… Tak. Nie spytał jednak. Nie spytał, bo był przygnębiony. Pyrtuś rzadko pyta, gdy jest przygnębiony. Przygnębiony był z powodu Cototego, co jest zrozumiałe. Również Murfik i Siemak byli przygnębieni. Z tego samego powodu, co też jest zrozumiałe. Kiedy jest się przygnębionym, najlepiej pójść w zaciszne miejsce, miejsce, które się lubi i tam, spokojnie przetrawić. Przygnębienie. Więc poszli, wszyscy trzej.
Po drodze, ni stąd ni zowąd Siemak, trawiący widać coś jeszcze oprócz przygnębienia, nachylił się nieznacznie ku Pyrtusiowi i tak, by nie usłyszał go idący przodem Murfik, szepnął w zwisające beznadziejnie ucho Pyrtusia:
–         Ja chyba wiem, co to było Cototo.
Pyrtusiowi natychmiast zaokrągliły się oczy i tymi zaokrąglonymi już oczyma obrzuciwszy zdradzającą Znajomość Tajemnicy minę Siemaka, zapytał, też szeptem:
–         No?
–         Tam leżał Nad-wą-tlo-ny-au-to-ry-tet-mur-fi-ka …
–         Acha – wyjąkał pełen podziwu Pyrtuś.
A Murfik tymczasem trawił.




Warka, 1994.09.20









Medytacja jako przechodzenie Boga przez nasze życie

Ile razy pomyślę sobie, że Bóg na różne sposoby przechodzi przez moje życie a ja tego nie zauważam, bądź skupiam się na czymś mniej istotnym, nie potrafiąc dostrzec tego, co istotne w danym wydarzeniu, a więc tego, że za pozorami zwykłych codziennych spraw kryje się głęboka Tajemnica Jego Obecności, to muszę przyznać, że przechodzi mnie dreszcz.
Od dwóch tysięcy lat – biorąc pod uwagę przyjście Boga na świat w osobie Mesjasza a jeszcze dłużej, gdyby zahaczyć o historię Izraela Bóg na różne sposoby wchodzi w życie człowieka. Ilu było, jest i będzie takich, którzy nawet nie wysilili się, aby to dostrzec i przeżywają swoje życie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Niestety albo stety (niepotrzebne skreślić!) On nie wchodzi w nasze życie tak, jak wszedł w życie faraona przy okazji wyprowadzenia Narodu Wybranego z niewoli, choć to i tak nie wiele pomogło Ramzesowi. Zazwyczaj Bóg przechodzi przez nasze życie w ciszy, nie narzucając się tak jak przeszedł obok Eliasza siedzącego w jaskini. I gdyby Eliasz nie znał dobrze Boga i nie miał tej niezwyklej intuicji przynależnej prorokom i mistykom, to może też nie wylazł by na spotkanie wówczas, gdy usłyszał szmer łagodnego powiewu.
Przyszedłszy, usiadł pod jednym z janowców i pragnąc umrzeć, rzekł: Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków. Po czym położył się tam i zasnął. A oto anioł, trącając go, powiedział mu: Wstań, jedz! Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył. Powtórnie anioł Pański wrócił i trącając go, powiedział: Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga. Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie mocą tego pożywienia szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb.
Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Co ty tu robisz, Eliaszu? A on odpowiedział: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie. Wtedy rzekł: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały szła przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze — trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień; Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu — szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: Co ty tu robisz, Eliaszu? Eliasz zaś odpowiedział: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie (1 Krl 19, 1–14).
Co ty tu robisz? To ważne pytanie, które Bóg stawia każdej i każdemu z nas. Eliasz dobrze wiedział, jaka jest jego misja i do końca pozostał jej wierny. A jaka byłaby moja odpowiedź? Co ja tu robię? W pewnym sensie odpowiadam na to pytanie za każdym razem, gdy Bóg na różne sposoby przechodzi przez moje życie.
Myślę, że medytacja jest nie tylko jednym ze sposobów przechodzenia Boga przez nasze życie. Przechodzenia w ciszy, w szmerze łagodnego powiewy słowa, które jej towarzyszy, ale jest też okazją do znalezienia odpowiedzi na pytanie. Odpowiedzi najbardziej wewnętrznej, płynącej z serca, nie z umysłu i dlatego najbardziej autentycznej.
Droga kontemplacji to samoświadomość tego nowego stanu bycia w łasce poprzez wszczepienie w życie samego Boga – powie Merton. Doświadczenie medytacji jest po prostu otwarciem oczu, nowym widzeniem i spocznieniem w miłości i obecności Boga. Na początku jest to nieustanne odchodzenie i powrót między modlitwą myślną, a modlitwą ciszy. Jan od Krzyża podaje dokładne wskazówki, jak odróżnić poszczególne okresy, kiedy włączać się aktywnie w życie (również w życie modlitwy), a kiedy spoczywać w kontemplatywnym świetle i miłości – pozwalając się im unosić. Jego nauczanie cieszy się powszechnym uznaniem za swą prostotę i skuteczność w kierownictwie duchowym i staje się integralną częścią w życiu każdego, kto chciałby podążać ścieżka kontemplacji. Jednakże jest to także nauka na swój sposób skomplikowana. I tu w sukurs przychodzi ojciec John Main, który widzi medytację i kontemplację, jako przechodzenie jednej w drugą i jako kontinuum będące jednym i tym samym procesem. Aktywna „praca” jaką wykonujemy powtarzając mantrę, jest sposobem w jaki się-wyzbywamy i uświadamiamy sobie, że to nie my się modlimy, lecz jak uczy św. Paweł: „Gdy  nie wiemy, jak mamy się modlić, Duch wstawia się za nami wołaniami bez słów”. (Rz 8,26)
Medytacja jest zgodą na przechodzenie Boga przez nasze życie. Kiedy wypowiadamy mantrę, jesteśmy zanurzeni w miłości Boga. Nie można jednocześnie wypowiadać słów mantry i być ofiarą gniewu czy nienawiści do kogokolwiek. Emocje takie bowiem uniemożliwiają medytację..
Jedna z medytujących osób podzieliła się takim doświadczeniem: „Kiedy za pierwszym razem próbowałem medytować, poczułem silną potrzebę ucieczki. Później zdałem sobie sprawę, że kiedy próbowałem medytować, moje nieprzyjemne odczucia wypływały z faktu, że było we mnie dużo gniewu w stosunku do mojego sąsiada. Zwalczyłem je i powiedziałem sobie, że spróbuję zobaczyć Chrystusa w moim sąsiedzie. Ale po ludzku to wydawało się niemożliwe! Mój sąsiad oszukiwał, kradł i używał wobec mnie najpodlejszych słów. Chrystus nigdy by tego nie uczynił – jak zatem mogę w tym człowieku zobaczyć Chrystusa? Kontynuowałem medytację próbując odsunąć rozproszenia. W pewnym momencie wydało mi się, jakby z głębi mnie odezwał się Chrystus: „Jestem wewnątrz ciebie. Spójrz na swego sąsiada moimi oczami.” Zacząłem tak czynić i od tej pory zostałem uwolniony od mojego gniewu. Dostrzegam i rozumiem przyczyny, z powodu których mój sąsiad stał się takim człowiekiem. Nawet chcę zwrócić się do niego by mu pomóc.”
Medytacja to przechodzenie przez nasze życie Boga, który uzdrawia. Mogę doświadczyć cudu uzdrowienie i przemiany mojego sposobu patrzenia, myślenia i życia, jeśli Mu na to pozwolę.