Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja na przedostatnią niedzielę roku

Kolejna niedziela, Dzień Pański za nami. To już przedostatnia niedziela roku liturgicznego. Za dwa tygodnie Adwent – mój ulubiony okres roku liturgicznego. RADOSNE OCZEKIWANIE…
Czyż nie takie powinno być całe nasze życie?…
Medytacja to wydarzenie które uczy oczekiwania i trwania w radości.
Dzisiejsza liturgia słowa przywołuje jeden z piękniejszych tekstów. Ilekroć go czytam ciarki podniecenia przebiegają mnie od stóp do głów. „A gdy się to dziać zacznie, podnieście głowy i nabierzcie ducha, ponieważ zbliża się wasze odkupienie!” [Łk 21, 28]
Co ma się zacząć dziać? Ano Jezus mówi o znakach, które mają towarzyszyć nam przy końcu świata.
 Top ciekawe z jakim zainteresowaniem dzisiaj śledzi się różne sensacyjne wiadomości dotyczące różnych zapowiedzi końca świata. Ostatnio skupiono się na 2012 roku, bo taką ponoć datę wskazuje kalendarz Majów. Ciekawi mnie ile z tych ciekawskich osób odpowiedziało by na propozycje Chrystusa, gdyby naprawdę koniec świata nadszedł w 2012 roku i pstrzyłoby nań z podniesioną głowa i pełnym duchowej radości wzrokiem
„Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy” [Łk 21, 25]
Czytamy dzisiaj w Ewangelii o znakach końca czasów. Opisywane są one językiem apokaliptycznym. Tak naprawdę nie wiemy, kiedy nadejdzie dzień Pański. Dobry chrześcijanin powinien być jednak zawsze gotowy na jego nadejście. 
Czy jestem gotowy???
Sceny i znaki, przedstawione przez Jezusa, zostały od razu zrozumiane przez Żydów jako zapowiedź końca świata, albowiem bez Świątyni jerozolimskiej, Żydzi nie wyobrażali sobie życia. Byli z niej dumni, uważali ją za dom Boży i za gwarancję Bożego błogosławieństwa. Błąd polegał na tym, że w którymś momencie uznali, że Świątynia sama przez się ma im zapewnić poczucie bezpieczeństwa, że nie wiara i zaufanie do Boga, lecz sam fakt istnienia Świątyni, jest najważniejszy.
Na tym polegał tragizm Żydów, i nie tylko ich, że środek uznali za cel, a symbol pomylili z tym, co ma on symbolizować. Ostatecznie więc ufność pokładali nie w samym Bogu, lecz w dziele swoich rąk, które z Bogiem utożsamili. Tymczasem tylko żywa, autentyczna wiara daje człowiekowi przystęp do Boga i gwarancję Jego opieki. Bez wiary, ani Świątynia, ani kościoły, ani obrazy święte, ani nawet modlitwa i sakramenty, nie mają zbawczego znaczenia. Trzeba o tym pamiętać, by nie wpaść w pułapkę formalizmu lub „magizmu” religijnego, który i dzisiaj nie rzadko się zdarza.
Być może o tym myślał Jezus, kiedy przestrzegał przed zwodzeniem i oszustwami religijnymi. Polegają one na tym, że ludzie, w imieniu Boga, szafują na prawo i lewo zwodniczymi obietnicami, rzekomymi objawieniami, fałszywymi interpretacjami Słowa Bożego, cudami. To właśnie dlatego Kościół niejednokrotnie tak długo czeka, wstrzymując się z orzeczeniem, w którym uznaje jakieś zjawisko czy prywatne objawienie za rzeczywistość nadprzyrodzoną. Ma to także związek z rzeczywistością duchową, której nie można interpretować tak, jak komuś wydaje się to wygodne. Można się bowiem w tej sferze bardzo pomylić a pomyłka ta może mieć poważne konsekwencje zarówno psychiczne jak i duchowe; i to właśnie dlatego również w Kościele wiele ważnych decyzji nigdy nie jest podejmowanych przez jednego człowieka, lecz zasięga się rady wielu osób, często specjalistów bardziej doświadczonych w pewnej dziedzinie. Święty Piotr świadom łatwego popadnięcia człowieka w błąd pisze w drugim Liście, że nawet Pismo Święte nie jest do prywatnego interpretowania. A cóż dopiero mówić o zjawiskach duchowych, które wymagają nie tylko głębokiej wiary, ale i  racjonalizmu. Zwłaszcza, że Pismo Święte przestrzega przed sytuacjami, w których tak że szatan może podawać się za anioła światłości, żeby zwodzić człowieka.
Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w dobie New Age, niezliczonych ilości sekt, powiązanych z miliardowymi interesami, powołujących się chętnie na autorytet Pisma Świętego, w dobie nihlistycznych filozofii, fałszywego mistycyzmu, bazującego na duchowym głodzie i ludzkich poszukiwaniach głębi swojego życia, łatwo jest zatracić wiarę a jeszcze łatwiej rozeznanie w tym co dobre a co złe, co może być pomocą a co niebezpieczeństwem na drodze życia duchowego. Często to, co kryje w sobie największe duchowe niebezpieczeństwo z pozoru wygląda bardzo niewinnie albo kusi obietnicą duchowych szybkich sukcesów. Zresztą nie tylko dziś grozi światu zamęt religijny: zawsze tak było, choć współczesne możliwości techniczne, szybki i anonimowy przekaz informacji, których treść nie zawsze można ocenić sprzyjają takim zjawiskom. Oczywiście to nie w technice tkwi problem, lecz w oszustwie, do którego można ją wykorzystać. Chrystus przypomina z właściwym sobie realizmem, że w sztuce kłamstwa nikt nie celuje bardziej niż szatan. I nie bez powodu nazywa go ojcem kłamstwa. Również i dzisiaj  wykorzysta on wszelkie metody, by zawalczyć do duchowe zniewolenie człowieka. Szerząca się ilość książek, które stają się swoistym świadectwem pracujących dziś egzorcystów, to nie tylko przestroga, za którą stoją bardzo konkretne osoby i ich tragiczne losy, ale to także wierzchołek góry lodowej duchowego świata w którym się ciągle poruszamy.
Warto pamiętać o tym, że duchowa walka pomiędzy dobrem i złem to nie jedynie obraz z filmów grozy, ale realna rzeczywistość. A cena jest z byt wielka, żeby szatan z tej walki łatwo zrezygnował, zwłaszcza, że w perspektywie duchowej czasu ma niewiele. Współcześnie będzie on posługiwał się różnymi ideologiami i środkami, które mają służyć tylko jednemu: oszukaniu człowieka, odciągnięciu go od Boga i zagarnięciu w niewolę. Łatwo tego dokonać, gdy zamiast wiary, czyli osobistej więzi z Bogiem, człowiek jest przywiązany do swoich wyobrażeń Boga. Wyobrażenia te łatwo się wypaczają wskutek ignorancji religijnej: braku więzi z Kościołem i życia na co dzień Słowem Bożym.
Jezus kładł wielki nacisk na nauczanie i trwanie we wspólnocie. To nie przypadek, że sam osobiście i przez swoich uczniów, gro czasu poświęcał na głoszenie kazań, wyjaśnianie Bożego prawa, uczenie modlitwy. Mnóstwo czasu spędzał z Apostołami i uczniami na wyjaśnianiu swojej nauki. Gdy obiecywał Ducha Świętego, to najpierw po to, aby umożliwić i zagwarantować Kościołowi wierność prawdzie. Wiedział bowiem, że od prawidłowego myślenia zależy prawidłowe postępowanie.
Prawda może przetrwać tylko we wspólnocie ożywianej przez Ducha Świętego. Wierność prawdzie jest bardzo trudna w pojedynkę, gdy człowiek jest zdany tylko na siebie. Wspólnota ludzi tak samo myślących i czujących, mających do siebie zaufanie, polegających na sobie, daje człowiekowi siłę. To jest pierwsze zadanie Kościoła: gromadzić ludzi w jedno, by dać im siłę. Ale nie siłę polityczną czy społeczną, lecz siłę wiary, modlitwy, braterstwa, wierności.
Nie jest to siła skierowana przeciwko komukolwiek, lecz ku Bogu, ku prawdzie i dobru. Nie przypadkiem większość apokaliptycznych znaków zapowiadających czasy ostateczne, polega na zniszczeniu relacji między ludźmi i narodami, na wprowadzeniu nieufności i nienawiści w rodzinach, społecznościach, narodach. Ratunek jest tylko w wierności prawdzie i miłości, a Kościół jest po to, aby nas w tym wspomagać. Jedynie wówczas, gdy będziemy mieli odwagę żyć na co dzień prawdą i miłością we wszystkich dziedzinach naszego życia, możemy jak chce Chrystus z podniesioną głową patrzeć w przyszłość bez lęku i pełni ducha, świadomi tego, że zbliża się nasze odkupienie.

Shibumi

Ktoś zadał mi pytanie kto to jest Shibumi?
Spróbuję odpowiedzieć.
Shibumi, to nie ktoś a raczej coś. To jedna z duchowych dróg, które rozwinęły się w  średniowiecznej Japonii. Choć podania mówią, że w VII wieku w Japonii wiele klasztorów uznawało tę filozofię, za fundament swoich duchowych praktyk, to jednak początków tej prastarej filozofii należy szukać w Chinach w epoce walczących królestw, która trwała w tam między początkiem V w. p.n.e., a 221 r. p.n.e.
Żeby nie zanudzać czytelnika przydługą historią powiem tylko, że z doświadczenia krwawej historii dalekiego Wschodu zrodziło się wiele dróg duchowych, które stały się próbą odpowiedzi jak przetrwać w trudnych czasach. To nie przypadek, że na ten okres przypada rozwój tak ważnych filozofii jak buddyzm, konfucjanizm czy taoizm, które stały się fundamentem myślenia i życia człowieka Wschodu. Nie wszystkie jednak koncepcje, które w tamtych czasach zrodziły się na wschodzie cechował tak ceniony przez nas dziś umiar i umiłowanie pokoju.
Poważne problemy wewnętrzne Chin w tym okresie doprowadziły do wybuchu wielu krwawych powstań. Za panowania dynastii Sui (589-618 n.e.) uczeni i duchowni przestali się cieszyć życzliwością i poparciem cesarza, wskutek czego wielu intelektualistów musiało uciekać z kraju i szukać schronienia w Japonii.
W przeciwieństwie do buddystów, taoistyczni duchowni rozwijali przez wieki mistyczne nauki i pogłębiali duchowe aspekty swojej religii. Wiele z nich rozwinięto, opierając się na ezoterycznej wiedzy Tybetu i Indii, niejednokrotnie mieszając teorie nowych chińskich filozofii z magia, alchemia i techniki pozwalające panować nad organizmem dzięki ćwiczeniom oddechowym i medytacji. Zasady te przekazywane były z mistrza na ucznia przez wiele pokoleń. Schronieniem służyły adeptom jaskinie i samotnie na szczytach gór położone z dala od wścibskich oczu i żołnierzy cesarza. Od świtu do nocy, przez cały rok duchowni ci poddawali swoje ciała różnego rodzaju ćwiczeniom fizycznym i duchowym, dążąc do zjednoczenia ze wszechświatem.
To tylko początek długiej historii, która zrodziła dwie odrębne ścieżki duchowe połączone z praktyką życia codziennego. Te drogi miały być odpowiedzią na pytanie jak przetrawć w tych trudnych czasach. Jednak z dróg powszechnie określana mianem shinobi – proponaowała drogę walki. na kanwie tej drogi powstaje za sprawą  znakomitego mnicha i późniejszego generała Sun Tsu, który zasłynął jako wybitny strateg i autor jednego z najsłynniejszych traktatów w historii chin p. t. Sztuka wojny, w którym zebrał całą ówczesną wiedzę o takich zagadnieniach, jak strategia ofensywna i defensywna, słabe i mocne strony wroga, topografia, wykorzystanie szpiegów, wojna partyzancka oraz wrażliwość na ciosy wroga. Książkę tę uważano z lekturę obowiązkową w kręgach chińskich intelektualistów oraz wojskowych i nawet taoistyczni buddyjscy mnisi znali dobrze jej treść. Sun Tsu zawsze nauczał, że walka, to coś więcej niż starcie uzbrojonych ludzi.Nauczał również o wartości osobowości ówczesnego rycerza, którego powinny cechować odwaga, opanowanie, niezwykły spokój i równowaga wewnętrzna.
W przeciwieństwie do drogi wojny mnisi jednego z ówczesnych klasztorów taoistycznych zaproponowali zupełnie inną drogę wywodzącą się z nauczania Lao Tse i słynnej zasady wu-wei – tzn. nie działania, której mottem było „ustąp, aby zwyciężyć” i której skuteczności upatrywali w odejściu do zawirowań świata i doskonaleniu siły wewnętrznej, która ich zdaniem miała dużo większy wpływ na losy świata niż oręż, choć pozornie mogło wydawać się inaczej. Duchową ścieżkę którą proponowali nazywali Shibumi.
W jednym z traktatów, które zachowały się z tamtego okresu shibumi tłumaczy się jako: „Umiłowanie powściągliwego piękna, które wiąże się z najwyższym wyrafinowaniem, ukrytym pod zwyczajnymi, codziennymi zjawiskami. Jest to sposób wypowiadania słów tak słusznych, że nie muszą być zuchwałe; tak przejmujących, że wydają się nierealne; tak prawdziwych, że nie muszą być piękne. To raczej zrozumienie niż wiedza. Częściej elokwentne milczenie niż niepotrzebne nic nie wnoszące mówienie. W zachowaniach ludzkich, to skromność bez wstydliwości. W sztuce shibumi jest elegancka prostotą, jasną i wymowną zwięzłością. W filozofii to duchowy spokój, który jednak nie jest pasywny. To egzystencja bez lęków stawania się. Zaś w osobowości człowieka jest autorytetem bez dominacji.
Jak naucza jeden z wielkich ascetów i mistrzów tej sztuki En-no gyoja – shibumi się nie osiąga, raczej odkrywa.I tylko nielicznym ludziom, bardzo subtelnym się to udaje. Aby jednak to odkryć trzeba wznieść się ponad wiedzę i dojść do prostoty. Osiągnięcie tego daje zdolność tworzenia abstrakcyjnych schematów możliwych życiowych rozwiązań, wyczucie matematycznej poezji, sprawiającej, że chaos możliwości i przekształceń krystalizuje się w umyśle człowieka pod wpływem intensywnej koncentracji w postaci geometrycznych wzorów będących niczym kwiat rozkwitający zrozumieniem. Wreszcie to umiejętność zogniskowania wewnętrznej siły na najsubtelniej nawet przejawiających się słabych punktach przeciwnika.
Nie ma jednak gwarancji, że człowiek pomimo długiej i wytrwalej praktyki osiągnie tę najgłębszą prostotę ducha zwaną shibumi. Nie mniej ważne jest, aby nie rezygnować z jej szukania. Jednak w życiu duchowym istotną cecha, której musi nauczyć się adept tej filozofii jest zgoda na to, aby zaakceptować mniej niż człowiek się spodziewał osiągnąć i aby umieć uczynić to z wdzięcznością. Równie ważne jest jednak to, że nauczyciele tej sztuki życia przestrzegają przez tym, że łatwo stracić shibumi. Można zgubić drogę do wewnętrznego spokoju, jeśli człowiek pozwoli by zawładnęły nim zawiść, gniew, strach lub lekceważenie. Są to cechy, z którymi shibumi jest ie do pogodzenia. Niestety życie przeciętnego człowieka często stanowi jego cień. Nie mniej trzeba do niego dążyć i chcieć się uczyć. Nauka jest jedną z tych rzeczy, jakie nie idą na marne, choć nie dobrze gdy ograniczamy ją jedynie do sfery intelektu. Dużo ważniejsze dla naszego życia  rozwoju jest to byśmy zdołali nauczyć się głębokiej koncentracji, precyzyjnego myślenia, upodobania do abstrakcji i życia na dystans wobec codziennych spraw. Tego się nie marnuje, lecz można odnaleźć to jedynie w ciszy. Ważne jest by krocząc spokojnie wśród zgiełku codziennego życia pozostać obiektywnym, uważnym i poważnie myślącym, unikając  zbytniego rozpraszania się, gdyż ono prowadzi do błędów”.
[za Danichi Hua-Yen  „Secret of Chinese way”]

Mistyka dnia codziennego

Czy milczeliśmy już kiedyś, chociaż chcieliśmy się bronić, chociaż zostaliśmy niesprawiedliwie potraktowani? Czy wybaczyliśmy już kiedyś, chociaż nie otrzymaliśmy za to żadnej nagrody i nasze milczące wybaczenie przyjęto jako oczywiste? Byliśmy już kiedyś posłuszni, nie dlatego, że zostaliśmy do tego zmuszeni i inaczej spotkałyby nas nieprzyjemności, ale z powodu tego tajemniczego, milczącego, niepojmowalnego, które nazywamy Bogiem i je-go wolą? Czy poświęciliśmy już coś kiedyś, bez podziękowania, uznania, nawet bez poczucia wewnętrznego zadowolenia? Byliśmy już kiedyś bez reszty osamotnieni? Zdecydowaliśmy się na coś jedynie z racji najgłębszego osądu naszego sumienia, tam, gdzie nikt nie może nam już niczego więcej powiedzieć, gdzie nikt nie może wyjaśnić, gdzie jest się zupełnie samotnym i wie się, że podejmuje się decyzję, której nikt inny nie weźmie na siebie, za którą będzie się zawsze i wiecznie odpowiedzialnym? Próbowaliśmy już kiedyś kochać Boga tam, gdzie nie jest już się więcej niesionym przez pełną falę uczuciowego zapału, gdzie nie można już siebie i swojego pragnienia życia pomylić z Bogiem, tam, gdzie wydaje się umierać na taką miłość, która ukazuje się jako śmierć i absolutna negacja, tam, gdzie wydaje się wołać w pustkę i całkowite niewysłuchanie, tam, gdzie wygląda na przerażający skok w otchłań, tam, gdzie wszystko wydaje się niepojęcie i pozornie stawać bezsensowne? Spełniliśmy kiedyś obowiązek, który pozornie można wypełniać jedynie ze spalającym poczuciem negacji i przekreślania w rzeczywistości samego siebie, który pozornie można wypełniać jedynie, kiedy czyni się przy tym okropne głupstwo, za które nikt nikomu nie podziękuje? Byliśmy już kiedyś dobrzy dla człowieka, od którego nie wraca żadne echo wdzięczności, zrozumienia i kiedy nie zostajemy nawet nagrodzeni przez uczucie bycia ofiarnym, przykładnym i temu podobnym? Tam jest Bóg i jego wyzwalająca łaska. Tam doświadczamy tego, którego my, chrześcijanie nazywamy Duchem Świętym; tam dokonuje się doświadczenie, które w życiu – nawet jeśli jest ono wypierane – jest nie do uniknięcia, a które zostaje zaofiarowane naszej wolności z pytaniem, czy zechcemy je przyjąć, czy też chcemy się przeciw niemu zabarykadować w piekle wolności, na które się sami potępiamy. Tam jest mistyka powszedniości, znajdowanie Boga we wszystkich rzeczach; tam jest trzeźwe upojenie Duchem, o którym mówią Ojcowie Kościoła i liturgia, upojenie, któremu nie wolno nam ani zaprzeczyć ani nim wzgardzić tylko dlatego, że jest tak przytomne.
/K. RAHNER SJ, Schriften zur Theologie III, 106; XIII, 242/
Karl Rahner, to niezwykły teolog. Bardzo polecam jego niezwykłą teologię i szczególna wrażliwośc spojrzenia wszystkim, którzy ciągle szukają i nie boją się trudnych pytań.

Kim jestem…

Kimże ja jestem, Panie Boże, i czym jest mój ród, że doprowadziłeś mię aż dotąd? 

To wbrew pozorom ważne pytanie, które często sobie zadaję. Jedno z ważniejszych i piękniejszych pytań, jakie może sobie postawić człowiek wiary i jeden z moich najbardziej ulubionych fragmentów w Piśmie świętym.
„Poszedł więc król Dawid i usiadłszy przed Panem, mówił: – Kimże ja jestem, Panie Boże, i czym jest mój ród, że doprowadziłeś mię aż dotąd? Ale i to jeszcze wydało się Tobie za mało, Panie, mój Boże, lecz dałeś zapowiedź o domu sługi swego na daleką przyszłość.” 2 Księga Samuela 7,18-19
Ta modlitwa Dawida, którą wypowiada stojąc przed przed Arką Przymierza dowodzi skromności tego niezwykłego człowieka. Czytając Pismo święte nie łatwo znaleźć taka skromność wśród władców Starego Testamentu. Ale brak skromności nie dotyczy tylko wielkich tego świata. Bez wątpienia ktoś może powiedzieć, że Dawid, który miał za sobą różne bolesne doświadczenia jak i fakt, że ze wszystkich Bóg cudownie go wyprowadza, nie wspominając o tym, że zostaje powołany do bycia królem z roli zwykłego pastuszka, żyłby w zakłamaniu sądząc, że zdobył to wszystko o własnych siłach. Ale czy spoglądając wstecz oraz na to, co mamy obecnie każdy z nas nie powinien być wdzięczny. Owszem, żeby umieć spojrzeć na swoje życie jako na rzeczywistość Bożego działania i prowadzenia trzeba nam spojrzenia wiary. Dawid był daleki od doskonałości, ale jego życie jest dla nas dobrym nauczycielem. Chwilę po tej niezwyklej modlitwie wypowiedzianej z serca przepełnionego wdzięcznością zapomina o tym, że Bóg zawsze się o niego troszczył i chcąc sięgnąć po to, co podpowiada mu pożądliwość oczu pozwala, by chuć pchnęła go do morderstwa. To jednak, co ważne w życiu Dawida, to fakt, że nigdy się nie usprawiedliwia, gdy wie, że postąpił źle. A jednak mimo doświadczenia wielu upadków i słabości pozostał jednym z najgłębiej wierzących ludzi Starego Testamentu, na którego będą powoływały się pokolenia. 
Myślę sobie, że to dobrze, że wśród tych, którzy podobali się Bogu i których mamy naśladować nie było samych tytanów ducha, nieskazitelnych, silnych, bezgrzesznych, bo wówczas nasza droga wiary była by raczej drogą pielęgnowania kompleksów i poczucia winy. To dobrze, że ci, którzy szli do świętości także bardzo boleśnie doświadczali swojej słabości i upadków, bo stają się dla nas źródłem nadziei, że i my możemy tam dojść mimo naszej słabości. To, co przede wszystkim było najważniejszą ich cechą, to życie w prawdzie, jakkolwiek byłaby to prawda bolesna. Bowiem jedynie człowiek, który ma odwagę żyć w prawdzie nie zagubi się na drogach zbawienia a jeśli nawet zdarzy mu się skręcić w niewłaściwą ścieżkę i zwichnąć kostkę, potykając się o korzeń swojego grzechu, to właśnie prawda,  która uświadamia mu, że niewiele może uczynić o własnych siłach sprawi, że również niewłaściwa ścieżka na którą wdepnął będzie jeszcze jednym krokiem ku doskonałości. „Miłującym Boga wszystko pomaga ku dobremu, nawet grzech„. [por Rz 8,28]

I pomyśleć, że gdyby nie Dawid i jego wrażliwe serce nie dane nam byłoby modlić się Psalmami – tekstami jednych z najpiękniejszych i najbardziej życiowych modlitw, jakie kiedykolwiek zrodziły się w sercu iw umyśle człowieka, który w całym bolesnym doświadczeniu swojej słabości kochał Boga ponad wszystko.

Przenikasz i znasz mnie, Panie;
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka czytasz moje myśli.
Widzisz moją pracę i mój odpoczynek.
Nie są ci obce żadne z mych dróg.
Zanim słowo pojawi się na moim języku, Ty, Panie, znasz je całe.
Z przodu i z tyłu mnie ogarniasz i kładziesz na mnie swoją rękę.
Zdumiewające jest dla mnie twoje poznanie; zbyt mnie ono przerasta i nie mogę go
dosięgnąć.
Gdzie mogę pójść, by oddalić się od Twego ducha?
Gdzie mogę uciec przed Twoim obliczem?
Jeśli wstąpię do nieba – Ty tam jesteś;
Jeśli położę się w Szeolu – oto Ty!
Jeśli wezmę skrzydła jutrzenki, i zamieszkam na krańcu morza,
Także tam wiedzie mnie Twa ręka i podtrzymuje mnie Twoja prawica.
I mówię: «Z pewnością ciemności mnie pochłoną i noc mnie otoczy jak światło».
Ale dla Ciebie nawet ciemność nie będzie ciemna i noc zajaśnieje jak dzień.
Dla Ciebie ciemność jest tym samym co światło.
To Ty ukształtowałeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Wysławiam Cię, bo potężnymi Twymi czynami cudownie powołałeś mnie do istnienia.
Cudowne są Twoje dzieła. Doskonale znasz moją duszę.
Żadna moja kość nie była przed Tobą zakryta, gdy powstawałem w miejscu
niedostępnym, tkany w głębi ziemi.
Twoje oczy widziały mnie, gdy byłem jeszcze w zarodku.
W Twej księdze spisane były
wszystkie moje dni, choć żaden z nich jeszcze nie nastał.
Jak nieocenione są dla mnie myśli Twe, Boże!
Jak jest ogromna ich ilość!
Gdybym chciał je policzyć, więcej ich niż piasku.
Gdy budzę się, Ty wciąż trwasz przy mnie.
Mężowie krwawi niech idą precz ode mnie!
Ich słowa o Tobie to mowa pełna podstępu. To ci, co podnoszą swe oczy do nicości.
Przeniknij mnie, Boże, poznaj moje serce. Doświadcz mnie i poznaj moje złe sny.
Zobacz, czy jestem na drodze nieprawości i skieruj mnie na drogę odwieczną! 
[ por.Ps. 139]

Czy nie zapomnieliśmy o ciele

Wczoraj miało miejsce kolejne spotkanie medytacyjne naszej uroczej grupy. Myślę, że bezcennym walorem tych spotkań jest nie tylko wspólna medytacja, której znaczenie trudno przecenić, ale także spotkanie w gronie osób, które są otwarte nie tylko na praktykę medytacji, ale także na różnego rodzaju dyskusje. Każdy z nas na tej drodze jawi się jako osoba poszukująca. Czego? Na to pytanie każdy musiałby odpowiedzieć osobiście. Najgorszą sytuacją, również w życiu duchowym byłaby ta, w której człowiek pomyślałby sobie: ZNALAZŁEM i przestałby dalej szukać. Nie dotyczy to jedynie religii czy duchowości, ale dla życia religijnego i duchowego ma istotne znaczenie to, abyśmy nie przestali szukać i aby nasze życie duchowe nie przestało ewoluować. Owszem szukanie zawsze łączy się z jakimś niebezpieczeństwem. Wielu szukając zabłąkało się na różne ścieżki, niekiedy dalekie od chrześcijaństwa. Niejednokrotnie, jako chrześcijanie, którzy nigdy nie opuścili swojej duchowej kolebki spoglądamy na nich jak starszy brat Syna Marnotrawnego na swojego młodszego brata z wyrzutem, może z zazdrością, że doświadczyli czegoś czego nam się nie udało. Może to niezupełnie adekwatne porównanie, ale to trochę tak jak z doświadczeniem wielu osób, które na długo rozstały się w ogóle z Kościołem i z Panem Bogiem i po latach wracają. Wiele z takich osób spotykam w konfesjonale. Do czego jednak zmierzam? Otóż spotykam wiele osób, które z takiej rozłąki z Panem Bogiem albo ze spotkania z inną niechrześcijańską duchowością wracają (nieraz po latach) odmienione. Ufam, że nie bez Bożej łaski. Ale jeśli czasem rozłąka, albo odejście od znanego nam doświadczenia duchowego pozwoli spojrzeć na chrześcijaństwo z innej perspektywy, zatęsknić za tym, co wcześniej się miało, albo czego się nie odkryło, bo trzeba było najpierw coś stracić, to chwała Bogu! Oczywiście nie jest to sposób na odkrywanie i pogłębienie więzi z Panem Bogiem dla wszystkich. Wielu nie musi odchodzić, żeby odnaleźć w chrześcijaństwie swoje miejsce i swoje jedyne bogactwo, ale ważne jest, aby nigdy tych, co odchodzą nie spisywać na straty. W końcu Pan Bóg jest Bogiem wszystkich ludzkich dróg. Nawet więcej, bo jak sam o sobie powiedział w Chrystusie JEST DROGĄ. A że droga jednego człowieka prowadzi tedy a drugiego tamtędy, to już pozostanie słodką Bożą tajemnicą. Wszak Izraelitów Pan Bóg też mógł poprowadzić krótszą drogą do Ziemi Obiecanej, a wybrał tę która trwała czterdzieści lat, narażając ich na przeróżne niebezpieczeństwa fizyczne i duchowe. Dzisiaj odczytując to z punktu widzenia nauki i biblistyki wiemy dlaczego tak się stało. Tylko czy na pewno wiemy? Może lepiej żeby zostało to Bożą tajemnicą. Ale zwłaszcza my – ludzie Zachodu nie lubimy za bardzo tajemnic, wolimy wiedzieć, więc dopisujemy rożne naukowe lub pseudonaukowe teorie jako uzasadnienie licznych wydarzeń. łudząc się, że znaleźliśmy odpowiedź. A może Chrystusowi, gdy polecał nam „szukajcie a znajdziecie” wcale nie zależało na tym żebyśmy znaleźli coś a zwłaszcza żebyśmy znajdowali szybkie i łatwe odpowiedzi, często dopasowane do naszych wyobrażeń. Może chodziło Mu właśnie o to, abyśmy nigdy nie przestali szukać, a rozwiązanie wielu spraw przyjdzie dopiero po tamtej stronie. Ono i tak przyjdzie, tyle tylko, że wzbudzi w nas zapewne salwy śmiechu, kiedy z tamtej – wiecznej perspektywy zobaczymy jak często bardzo nieadekwatne lub błędne było odpowiedzi, których udzielaliśmy dla własnych potrzeb. Zwłaszcza wtedy gdy przy okazji zapomnieliśmy w naszym poszukiwaniu poprosić o pomoc Ducha Świętego. 
Ale tak naprawdę nie o tym chciałem pisać! Wczoraj wśród wielu wątków pojawił się również ten, że na Zachodzie trochę zdegradowaliśmy w doświadczeniu duchowym postawę ciała. To prawda! Kiedyś bardziej o to dbano. Tak wielu ludzi skarży się dziś, że ma trudności z modlitwą. W dużej mierze dzieje się tak właśnie dlatego, że zapominamy o naszym ciele, a przecież teologia chrześcijańska jest teologią wcielenia. To, że Chrystus przyjął nasze ludzkie ciało wyraźnie potwierdza fakt znaczenia ciała ludzkiego na płaszczyźnie doświadczenia duchowego i w dziedzinie zbawienia. Starcy z Kościoła Wschodniego – nauczający modlitwy, nieustannie podkreślali wielką rolę ciała w doświadczeniu modlitwy. Byli oni przekonani, że modlitwa, to nie tyle sprawa mówienia czy myślenia o Bogu, ale przede wszystkim sprawa bycia z Bogiem, dlatego zachęcali, aby modlić się całym sobą. Świadczy o tym m. in. nauka starca Serafina z góry Athos. Młodemu filozofowi, który przybył z Paryża, aby uczyć się modlitwy serca powiedział on: Przed rozprawianiem o modlitwie serca naucz się najpierw medytować jak góra. Zapytaj ją, co czyni, aby się modlić?
Medytowanie jak góra uczy nie tylko doświadczenia istoty samego Bytu, a więc prostego faktu istnienia, ale rośniesz przypomina słowa Jezusa: Ty jesteś skalą i na tej skale zbudują mój Kościół. [Mt 16,18]
            Pod koniec XIV wieku dwaj mnisi z Athos, Kallistus i Ignacy Xantopulos, w dziele Centuria zebrali naukę Ojców pustyni i hezychastów, którzy z modlitwy serca uczynili podstawową praktykę ich duchowości. Można tam znaleźć słowa wielkiego nauczyciela modlitwy Grzegorza Synaity dotyczące postawy ciała podczas modlitwy. Pisze on: Już wcześnie rano, usiądź na niskim stołku, sprowadź ducha z głowy do serca i tam go zatrzymaj. Skłoń się nisko, wyprostuj kręgosłup, ramiona i szyję, wypowiadając w swojej duszy i duchu słowo modlitwy. Tak oprzesz się pokusom, które cię nękają.
Może warto zamienić współczesnych i nowatorskich nauczycieli modlitwy na starych sprawdzonych a przynajmniej o nich nie zapomnieć.
We wczorajszej dyskusji był to oczywiście nie jedyny watek. Do innych odniosę się innym razem. teraz wracam do moich kochanych uczniów.