Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wielki Poniedziałek – Pozwolić by nasze serce było dla Jezusa Betanią

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta usługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego, drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi stopy, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku.

Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z Jego uczniów, ten, który Go miał wydać: «Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?» Powiedział zaś to nie dlatego, że dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem i mając trzos, wykradał to, co składano.

Na to rzekł Jezus: «Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, Mnie zaś nie zawsze macie». (J 12, 1-11)

Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili zabić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.

Tradycja mówi, że Jezus pierwsze dni tygodnia, który zakończył się Jego Męką i Śmiercią dzielił między świątynię jerozolimską, gdzie nauczał a dom swoich przyjaciół w Betanii – Marii, Marty i Łazarza, w których towarzystwie odpoczywał i gdzie nocował.

Odwiedziny tego miejsca podczas mojej pielgrzymki do Ziemi Świętej obudził we mnie wiele wspomnień. Karty Ewangelii tak wyraźnie przecież opisują dom Łazarza i jego sióstr. To tu Jezus przebywał wielokrotnie odpoczywając pośród przyjaciół po trudnych spotkaniach ze zwierzchnikami judaizmu w świątyni. I tu dokonał cudu, którym przypieczętował wyrok na własne życie.

Wczoraj podczas lektury Dzienniczka Siostry Faustyny znalazłem tam piękny, bardzo medytacyjny wpis. Sądzę, że jest on najlepszym komentarzem wprowadzającym nas w Tajemnicę Wielkiego Tygodnia i zachętą, abyśmy go przeżyli w bardziej kontemplacyjnym nastroju:

„Zdarza mi się w czasie medytacji, że jedno słowo wprowadza mnie w ściślejszą jedność z Panem (…) Wiem, że jestem przy najmiłosierniejszym Sercu Jezusa a duch mój cały tonie w Nim i w jednej chwili poznaję więcej niż w czasie dwóch godzin rozumowego dociekania i rozmyślania. Są to nagłe światła, które mi dają poznać rzeczy tak, jak Bóg na nie patrzy, tak w materii świata wewnętrznego, jak i w materii świata zewnętrznego.

Widzę, że Jezus sam działa w mojej duszy, ja tylko staram się być wierna Jego łasce. (…)

Staram się być dla Jezusa zawsze Betanią, aby mógł wypocząć po wielu trudach… [733-735]

Pomiędzy „Hosanna” a milczeniem śmierci

A kiedy przyszli do ogrodu zwanego Getsemani, rzekł Jezus do swoich uczniów: «Usiądźcie tutaj, Ja tymczasem będę się modlił». Wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i począł drżeć, i odczuwać trwogę. I rzekł do nich: «Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie!» I odszedłszy nieco dalej, upadł na ziemię i modlił się, żeby – jeśli to możliwe – ominęła Go ta godzina. I mówił: «Abba11, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty [niech się stanie]!»

Potem wrócił i zastał ich śpiących. Rzekł do Piotra: «Szymonie, śpisz? Jednej godziny nie mogłeś czuwać? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe». Odszedł znowu i modlił się, powtarzając te same słowa. Gdy wrócił, zastał ich śpiących, gdyż oczy ich były snem zmorzone, i nie wiedzieli, co Mu odpowiedzieć.

Gdy przyszedł po raz trzeci, rzekł do nich: «Śpicie dalej i odpoczywacie? Dosyć! Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy, oto zbliża się mój zdrajca».

I zaraz, gdy On jeszcze mówił, zjawił się Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim zgraja z mieczami i kijami wysłana przez arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych. A zdrajca dał im taki znak: «Ten, którego pocałuję, to On; chwyćcie Go i prowadźcie ostrożnie!». Skoro tylko przyszedł, przystąpił do Jezusa i rzekł: «Rabbi!», i pocałował Go. Tamci zaś rzucili się na Niego, i pochwycili Go. A jeden z tych, którzy tam stali, dobył miecza, uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu ucho.

A Jezus zwrócił się i rzekł do nich: «Wyszliście z mieczami i kijami, jak na zbójcę, żeby Mnie pochwycić. Codziennie nauczałem u was w świątyni, a nie pojmaliście Mnie. Ale Pisma muszą się wypełnić».

Wtedy opuścili Go wszyscy i uciekli. A pewien młodzieniec szedł za Nim, odziany prześcieradłem na gołym ciele. Chcieli go chwycić, lecz on zostawił prześcieradło i nago uciekł od nich. [Mk 14, 32-52]

Kiedy jako dziecko uczestniczyłem w liturgii Niedzieli Palmowej, zadawałem sobie pytanie: „Po co po raz kolejny musimy słuchać opisu męki Pańskiej?” Dobrze go przecież znamy, wiemy, że po modlitwie w Ogrodzie Oliwnym był sąd, a później droga na Golgotę i krzyż. Po co Kościół każdego roku przypomina je dwukrotnie podczas liturgii Wielkiego Tygodnia: w Niedzielę Palmową i w Wielki Piątek?

Rozpoczyna się w Kościele czas szczególny, kilka dni nabrzmiałych treścią wyrażoną przez słowa, znaki i symbole. Wszystko po to, abyśmy mogli wejść w tajemnicę Paschy Chrystusa. Słuchamy Ewangelii o ostatniej ziemskiej drodze Jezusa nie tylko po to, aby się dowiedzieć, jak to było kiedyś, lecz i po to, aby się znaleźć w centrum tego wydarzenia. Liturgia przypomina bramę, przez którą możemy wejść, by stać się już nie widzami, ale uczestnikami Paschy Syna Bożego. Kluczem otwierającym tę bramę jest nasza wiara.

Życia Jezusa nie da się rozdzielić od Jego bycia z innymi, z tymi, których sam sobie wybrał, aby Mu towarzyszyli. Im powierzył swoje tajemnice, przede wszystkim zaś tajemnicę swej męki. Jego droga krzyżowa była jedyna i niepowtarzalna. Boleśnie doświadczył tego św. Piotr, kiedy się zaparł Jezusa, choć wcześniej był niemal pewien, że pójdzie za swoim Mistrzem aż do końca. W cieniu Golgoty pewność zamieniła się w lęk, a wiara wielu w trwogę opuszczenia i śmierci.  Wbrew pozorom to doświadczenie, które może stać się udziałem każdej i każdego z nas.

Liturgia Niedzieli Palmowej rozpoczyna się od pamiątki triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy.

Zawsze uderzał mnie ten niezrozumiały kontrast między wiwatującym tłumem wołającym „Hosanna!”, a opisem męki. Z jednej strony gwar, okrzyki radości, palmy – a z drugiej milczenie śmierci. Uwielbienie i nienawiść oddzielone tak cienką granicą…

A pomiędzy nimi… cisza Getsemani. I przy niej chciałbym się zatrzymać w dzisiejszej medytacji nad słowem Bożym.

Getsemani… To właśnie tutaj możemy po raz pierwszy namacalnie doświadczyć samotności Jezusa. Odchodzi od uczniów – a uczniowie odchodzą od Niego: „Wtedy opuścili Go wszyscy i uciekli. A pewien młodzieniec szedł za Nim, odziany prześcieradłem na gołym ciele. Chcieli go chwycić, lecz on zostawił prześcieradło i bez odzienia uciekł od nich” (Mk 14, 51n).

Ciekawe jest to, że ten uczeń nie występuje w żadnej z pozostałych Ewangelii. Niektórzy z biblistów sugerują, że postacią tą mógł być sam ewangelista, który pochodził z Jerozolimy, opisał tutaj swoje przeżycie z tego strasznego wieczoru. Jest to niewykluczone, bo sam Marek Ewangelista, choć w swojej Ewangelii spisał doświadczenia św. Piotra, będąc jego towarzyszem, to jednak należał do poszerzonego grona siedemdziesięciu dwóch uczniów, o których wspomina Ewangelia [por. Łk 10,1-12].

Czy jednak chodziło rzeczywiście o św. Marka nie mamy pewności. Nie precyzuje też autor dokąd uciekł? Co się z nim stało?

Znalazłem kiedyś inna interpretację tej sceny ewangelicznej. Wedle niej młodzieniec to ikona Chrystusa. Chrystus zostaje odarty z szat. Nagi Chrystus na krzyżu osiąga samo dno upokorzenia. Tak bardzo samotny Jezus pozbawiony przez ludzi resztek godności umiera.

Znowu pojawia się prześcieradło – to, w które obwiązany jest Jezus składany do grobu. A później widzimy młodzieńca, odzianego w białe prześcieradło, po prawej stronie siedzącego w grobie i zwiastującego przybyłym tam niewiastom zmartwychwstanie Jezusa.

Młodzieniec ten jest także  ikoną każdego z nas. „Nie jest uczeń nad Mistrza” – przypomina ewangelia. Nie ma innej drogi, jak droga poprzez uniżenie, aby być w świetle. Aby zwiastować Zmartwychwstałego.

W każdym z nas, gdzieś głęboko w samym środku naszej tożsamości może się dokonać zerwanie starego prześcieradła. Odarcie ze starego człowieka, jak powie św. Paweł. I ono może się dokonać tylko mocą Tego, który wydaje się najsłabszy w tej ewangelii – Jezusa ukrzyżowanego. To On może zedrzeć z nas prześcieradło, które nas krępuje, aby mogło się dokonać nowe przybranie – w białą szatę chwały.

Trzeba się zatrzymać w Getsemani, pozwolić na samotność i ogołocenie. Wtedy Jezus posadzi nas po swojej prawicy, w pustym grobie. I staniemy się zwiastunami Zmartwychwstania.

W ten sposób liturgia Niedzieli Palmowej zawiera już w sobie pełny wymiar męki. Jest to Pascha Jezusa Chrystusa, która staje się jednocześnie naszą drogą ku nawróceniu, drogą ku przemianie, drogą ku ostatecznemu zwycięstwu, które możemy odnieść jedynie w Chrystusie.

Wyzwolenie niesione przez Słowo

Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: «Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli».

Odpowiedzieli Mu: «Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakże Ty możesz mówić: „Wolni będziecie?”»

Odpowiedział im Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie pozostaje w domu na zawsze, lecz Syn pozostaje na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie ma w was miejsca dla mojej nauki. Co Ja widziałem u mego Ojca, to głoszę; wy czynicie to, co usłyszeliście od waszego ojca».

W odpowiedzi rzekli do niego: «Ojcem naszym jest Abraham».

Rzekł do nich Jezus: «Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to dokonywalibyście czynów Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy dokonujecie czynów ojca waszego».

Rzekli do Niego: «My nie urodziliśmy się z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga».

Rzekł do nich Jezus: «Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem sam od siebie, lecz On Mnie posłał». (J 8, 31-42)

Przyznam się, że jak pierwszy raz przeczytałem dzisiejszą Ewangelię, to nie wiedziałem od czego zacząć komentarz do medytacji. Chciałoby się od wszystkiego, bo jest tak pełna treści. Uznałem zatem, że odłożę to rozmyślanie na trochę i poczekam na natchnienie. Ono zawsze przychodzi, choć niejednokrotnie w sposób nieoczekiwany. To tak jak z jednym z moich profesorów z czasów seminaryjnych studiów – wybitnym znawca teologii moralnej – przed zadawaniem pytań któremu przestrzegali mnie zawsze moi koledzy. Oczywiście ich nie posłuchałem! Któregoś zatem majowego dnia wybrałem się do rzeczonego profesora po wykładzie w celu zadania mu nurtującego mnie pytania. Pytanie w zasadzie – przynajmniej moim zdaniem – było proste. Ksiądz profesor jednak, gdy je usłyszał ucieszył się bardzo, że może pomóc swoją wiedzą zagubionemu alumnowi i stwierdził: „Dziękuję za to pytanie, ale widzi ksiądz na ten problem można spojrzeć wieloaspektowo…” I tu zaczęło się wymienianie aspektów, które tak bardzo rozwinęły moje pierwotne pytanie, że księdzu profesorowi odpowiedź na nie zajęła… dwie godziny. Te dwie godziny stałem na korytarzu słuchając wywodów księdza profesora i ku uciesze moich kolegów, którzy idąc na wykład puszczali do mnie z zadowoleniem oko wiedząc, co mnie czeka i wychodząc z kolejnego wykładu cieszyli się jak dzieci widząc, że nogi wrastają mi już w pewną część ciała gdy czekam na dokończenie udzielanej mi odpowiedzi. Nauczka była skuteczna, bowiem podobnie jak inni moi koledzy nigdy więcej nie zwróciłem się już z żadnym pytaniem do tego księdza profesora.

Skądinąd zawsze podziwiałem wielką otwartość i pokorę tego człowieka, który nigdy żadnego pytania studenta nie uważał za głupie i zawsze starał się oświecić każdego poszukującego prawdy.

I tak też Pan Bóg zawsze mnie zaskakuje, bo kiedy prosi się Go o natchnienia i nie zdezerteruje się zbyt szybko, On zawsze potrafi ukazać mi głębię swojego słowa, na którą ja nigdy bym nie wpadł w swoim ograniczonym sposobie rozumowania. Piszę o tym także dlatego, że przeżywając już drugie z rzędu rekolekcje w czasie tego Wielkiego Postu, jestem nieustannie pełen zachwytu nad słowem, którym Pan Bóg karmi nas w tym roku przez posługę rekolekcjonistów. Każdy dzień przynosi cudowne i zaskakujące odkrycie głębi, które niesie ze sobą Słowo Boże.

Ale wracając do słowa, które dzisiaj jest nam podarowane w Ewangelii, Jezus przypomina nam, że jednym z istotnych warunków by być Jego prawdziwym uczniem, jest trwać w Jego nauce.

I tu taka dygresja, która opieram na swoim własnym doświadczeniu. Nie wiem czy u Was jest podobnie? Dla mnie istotnym aspektem trwania w nauce Chrystusa jest przyjęcie jej sercem. I w tym doświadczeniu niezawodną rolę okrywa praktyka medytacji. Nic mocniej niż Boże słowo i Jego laska nie potrafi wpisać nauki Jezusa i jej głębokiego – także tego pozaintelektualnego sensu – w nasze serce. Niestety próba przyswojenia sobie nauki Jezusa jedynie na płaszczyźnie intelektu grozi przyjęciem postawy Żydów z dzisiejszej Ewangelii i tym, że stworzymy w sobie jakiś obraz Boga, do którego na siłę będziemy chcieli dopasować to, co On do nas mówi. Częste polemiki wewnętrzne mające miejsce w naszym umyśle jako odpowiedź na usłyszane słowo i prawdę, którą ono niesie są właśnie dowodem na to, że nie pozwoliliśmy temu słowu zasymilować się z naszym sercem. A na płaszczyźnie racjonalnego myślenia bowiem wiele prawd zawartych w Słowie Bożym bardzo trudno jest przyjąć człowiekowi, zwłaszcza wtedy, gdy może nam się wydawać, że Pan Bóg zdaje się działać – wedle naszej oceny – nieracjonalnie. A bywa tak wcale nie rzadko! Lecz problem nigdy nie leży po stronie Pana Boga a naszego umysłu, który nie jest w stanie uchwycić całej tajemnicy działania Pana Boga, która wykracza zawsze poza nasze ludzkie rozumienie. Jest tylko jeden poziom, gdzie to działanie – choć dla nas często tajemnicze i niezrozumiale możemy przyjąć bez zastrzeżeń – a jest nim poziom serca, poziom czystej wiary i zaufania do Pana Boga, które się z tej wiary rodzi.

Kolejne doświadczenie związane z praktyką medytacji to prawda, że słowo Chrystusa pomaga mi stanąć w prawdzie i daje wewnętrzną wolność. Jest truizmem stwierdzenie, że potrzebujemy Prawdy, by być wolnymi. Niestety bywa tak, że często się przed przyjęciem tej prawdy bronimy z różnych powodów: lękamy się, że podważy ona nasze dobre wyobrażenia o nas samych, bo brak nam pokory, bo wolimy żyć w iluzji, że nie jest jeszcze z nami tak źle etc.

Jednak praktyka medytacji pozwala uchwycić jedno ważne doświadczenie: Ponieważ cisza medytacji, w której staramy się wyłączyć działanie naszego racjonalnego umysłu i która sprawia, że mniej czujne stają się nasze mechanizmy obronne staje się miejscem otwarcia na głębsze doświadczenie wewnętrzne, na spotkanie z sobą samym, toteż jest miejscem gdzie powoli ujawnia się również ta prawda, która na co dzień jest głęboko zakopana w naszej podświadomości i do której zazwyczaj nie mamy dostępu. Zawsze jest dla mnie tajemnicą, dlaczego tak się dzieje, ale nie mam wątpliwości, że nie dzieje się tak bez działania Bożej łaski, że to co wychodzi z zakamarków naszej podświadomości objawia się nam stopniowo, gdyż Pan Bóg pozwalając nam na konfrontację z prawdą o nas samych nie chce nas nią przytłoczyć, ale chce, żeby to doświadczenie prowadziło nas do prawdziwej wolności serca. Nie mam też wątpliwości, że konfrontacja z tą prawdą jest możliwa dzięki temu, że odkrywamy ją w klimacie miłości, która nas ogarnia poprzez słowo i łaskę towarzyszące praktyce medytacji, co nie znaczy, że spotkanie z tą prawdą nic nie kosztuje. Bo jak zwykł mawiać sługa Boży kardynała Stefan Wyszyński:  „ziarno Prawdy wiele kosztuje, a jedynie za plewy nic się nie płaci”. Jednak doświadczenie medytacji pokazuje niezbicie, że trzymając się Jezusa i Jego słowa otrzymujemy siłę do poznania i uznania prawdy o nas samych a jednocześnie głębokie przeświadczenie, że to właśnie ta droga, która prowadzi do spotkania z samym sobą jest jedyną drogą do spotkania z Bogiem o czym już zapewniał Ewargiusz z Pontu.

Przypominają mi się przy tej okazji słowa szczególnie bliskiego memu sercu i niezwykłego kapłana i poety ks. Janusza Pasierba, który podczas jednych z wygłoszonych pod koniec swojego życia rekolekcji pytał: „A gdzie mamy szukać siebie? Gdzie, i w czym odnajdywać prawdę o nas samych? Jakie warunki winniśmy spełnić, by to odnajdywanie mogło być w ogóle możliwe?”

I odpowiadając na to pytanie ciągnął dalej: „Potrzeba nam zatrzymania się w biegu, chwil wyciszenia, odcięcia się od chaosu i hałasu, którymi wypełniona jest nasza codzienność” (…) „Milczenie, uciszenie, powinno być przeżyciem oczyszczającym, za dużo jest w nas gratów i śmieci (…). Milczenie powinno być świadomym aktem. Milczenie jest cechą osoby: Boga, człowieka. (…) Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy Ciszy, która pomnaża wrażliwość, tak potrzebną nam, ogłuszonym przez «mocne uderzenie» współczesności”.

Niech zatem wolno mi będzie zakończyć to przydługie rozważanie strofami skompilowanymi z dwóch jego wierszy: Wiem, że jesteś Życiem i Butelka lejdejska:

zatrzymaj się bez względu na to

czy uciekasz czy ścigasz

bo nigdzie

ani przez chwilę

nie będzie ciebie

naprawdę

 

milczenie

może być czymś więcej

niż mowa

możesz

z niego

zrobić wszystko

w miarę

jak jesteś

Józef, człowiek milczenia i modlitwy

Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego.

Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański.  (Mt 1, 16. 18-21. 24a)

 

Cicha obecność św. Józefa przy Jezusie i Maryi jest dla nas wielką katechezą. Św. Józef uczy nas pokory, zaufania Bogu. „Esto humilis et pacificus, et erit tecum Jesus. “ (Bądź pokorny i pełen pokoju, a Jezus będzie z tobą). Te słowa Tomasza a Kempis z „O naśladowaniu Chrystusa” (Ks. II, rozdz. 8, 3) pokazują nam w pewien sposób życie św. Józefa.

Św. Józef reprezentuje postawę dobrego chrześcijanina: jest sprawiedliwy, dyskretny, głęboko wierzący, co sprawiało, że staje się otwarty na Bożą wolę, która przejawiała się w jego życiu. Ale by tak się mogło stać musiał być nade wszystko człowiekiem modlitwy. To nieodzowny warunek tego, aby najpierw umieć rozeznać co jest wolą Bożą (usłyszeć dyskretny głos Boga, który mówi do nas, ale aby mógł być usłyszany wymaga od nas otwartości serca i ciszy), a następnie ją wypełnić.

Często możemy niestety zobaczyć na twarzy innych – także chrześcijan – niewinny uśmieszek, gdy ktoś opowiada im, że Pan Bóg do niego przemówił…

Tymczasem Bóg mówi do nas nieustannie. Pozostaje pytanie: czy nowoczesny, współczesny chrześcijanin ze swoim racjonalistycznym sposobem myślenia, którego żąda od niego świat jest jeszcze w stanie w to uwierzyć?

Nie dalej niż wczoraj słyszeliśmy w Ewangelii wyrzut Jezusa: „Badacie Pisma (…) to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie”.

Jak głębokim człowiekiem był św. Józef, jak mocne musiał mieć doświadczenie modlitwy, że spotkanie z aniołem i to we śnie – które racjonalista potraktowałby jako majak senny – nie zdziwiło go, że Bóg przemawia do niego właśnie w taki sposób.

Święty Józef, pełen pokory i milczenia, oraz Maryja, wpatrzona i wsłuchana w Boga, uczą nas iść za Chrystusem i słuchać Chrystusa. Idąc za Nimi mamy pewność, że nie pobłądzimy i nie stracimy z oczu Chrystusa. Zarówno Maryja jak i Józef – choć nie wypowiadający w Ewangelii żadnego słowa –  będący symbolem tak mało popularnego dziś w rozkrzyczanym i pełnym emocji świecie zasłuchania w Boga i w człowieka są dla nas wzorem wiary, nadziei i miłości i doskonałymi przewodnikami na dziś po splątanych ścieżkach ludzkiego życia.

 

Człowiek sięga tak daleko, jak sięga jego modlitwa

Lecz Jezus im odpowiedział: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam». Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu.

W odpowiedzi na to Jezus im mówił: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. (J 5, 17-18.19-20)

Kto może rozpoznać prawdę o Jezusie? Ten kto słucha jego słowa i wierzy w Tego, który Go posłał.

Medytacja uczy nas zasłuchania w słowo i otwartości na prawdę o Bogu. Przez to w praktyce staje się miejscem i doświadczeniem działania samego Boga: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam».  

Jednak zgoda na to działanie Boga w doświadczeniu medytacji niesie ze sobą ryzyko tego, że zburzy nasz świat, świat naszych wyobrażeń i przekonań na temat Boga. Często możemy ulec pokusie Żydów z dzisiejszej Ewangelii, przekonanych, że dzięki swojej wierze i rozmyślaniu na temat Boga już rozumieją i wiedzą tyle, ile potrzeba, tymczasem konfrontacja ze słowem Jezusa uświadamiała im, że jest jeszcze wiele tajemnic, o których nie mieli pojęcia.

Wybór, jaki stał przed Żydami słuchającymi Jezusowego słowa i jaki stoi przed nami jest następujący: albo zabezpieczyć, to co już wiemy, okopać się w twierdzy swoich przekonań i bronić jej na wszelkie dostępne sposoby, łącznie z takim, który sprawi, że rozminiemy się z prawdziwym Bogiem. Albo przyjąć postawę uległości wobec słowa, a co za tym idzie zacząć patrzeć głębiej i zrozumieć, że w doświadczeniu wiary zawsze prawdą będzie ta wypowiedziana przez Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”. Współczesnemu człowiekowi, dysponującemu dostępem do różnych źródeł poznania trudno jest przyznać, że nie wie, trudno zgodzić się na pewien rodzaj ignorancji, lecz w życiu duchowym to nieodzowne, gdyż o tyle o ile będziemy zdolni zgodzić się na opróżnienie naszej świadomości z naszej wiedzy a raczej niewiedzy o Bogu, o tyle będziemy otwarci na tę prawdę, którą On może w nas wlać jedynie mocą swojego Ducha i łaski.

„Człowiek nie jest w stanie poznać w pełni Boga. Wszystko, co wiemy o Bogu, nie jest Nim: jest jedynie Jego wyobrażeniem, symbolem, niedoskonałą Jego podobizną, ale to nie Bóg. Jedynie Bóg zna siebie i ta Jego znajomość siebie samego pozostaje dla nas tajemnicą” (Listy z pustyni, Carlo Carretto)

Nasza niewiara w to, że Bóg jest naprawdę wszechmocny wzrasta w sposób wprost proporcjonalny do przekonania, że Go znamy.

Jednakże Bóg w swojej miłości postanowił dać się poznać człowiekowi, objawić mu się; odbywa się to jednak w sposób nadprzyrodzony, w języku nieprzetłumaczalnym na ziemi. W języku miłości i wiary. Ten, kto jest pod działaniem tego objawienia, nie może o Nim powiedzieć prawie nic – czego przykładem są mistycy – i choć sam doświadcza Boga przez wiarę i miłość, nie potrafi tego oddać i nie potrafi o Nim opowiadać za pomocą słów, które wydają się zawsze tak nieadekwatne”. (Listy z pustyni, Carlo Carretto)

To jedna z tych prawd, na które winien się zgodzić ktoś, kto pragnie wejść na drogę medytacji i kontemplacji.

Bo jak pisze autor Obłoku Niewiedzy: „Bóg jest Niepoznawalny. Jedynie On, sobie jedynie znanymi środkami może objawić siebie – przez słowo nigdy dotąd niewypowiedziane, przez pojęcia, wykraczające poza nasz ludzki sposób rozumowania”.

Właśnie dlatego medytacja niedyskursywna jest zaproszeniem bardziej do przyjęcia postawy biernej niż czynnej, bardziej milczeniem niż mówieniem, bardziej byciem niż działaniem, bardziej otwartością niż dociekaniem, bardziej uległością niż inicjatywą, bardziej trwaniem w nagiej wierze niż rozumowaniem. Bo tylko ktoś taki potrafi stanąć po drugiej stronie granicy życia i śmierci. Gdyż jeśli uwierzy, że Bóg mógł posłać na świat swojego Syna, a co więcej, że stało się to również ze względu na jego własne zbawienie, przekroczy próg, który oddziela Życie i śmierć, Wiedze i niewiedzę, oczywistość i Tajemnicę.

Wbrew pozorom życie nieustannie przekonuje nas o tym,  że wcale nie trudno nie docenić Boga. Ile razy nam się wydaje, że coś jest już niemożliwe, że sprawy pozamykały się na dobre i nie ma odwrotu. Gdybyśmy nieco bardziej poważnie traktowali Bożą moc, zobaczylibyśmy w naszym życiu rzeczy, o których nam się nie śniło („abyście się dziwili” – jak mówi dzisiaj Jezus). A przede wszystkim nie kisilibyśmy się w sosie własnych porażek i nieudanych prób rozwiązania naszych problemów. To przez bramę wiary przechodzimy do otwarcia na łaskę, która ma moc ożywić i przemienić każde życie i każdą życiową sytuację.

Często, podobnie jak Żydzi z dzisiejszej Ewangelii słuchamy słów Jezusa, ale nie do końca rozumiemy z Kim mamy do czynienia. Medytacja, w której godzimy się na to, aby umilkł nasz dyskursywny umysł a została naga wiara zasłuchana w słowo pozwala nam wejść za zasłonę Tajemnicy i doświadczyć na sobie samych, że jak Jezus – nasz Mistrz i Nauczyciel – nie możemy sami z siebie czynić nic zasługującego na zbawienie, jeśli nie widzimy Ojca czyniącego.