«Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.
To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.
To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.
Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.
Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby Ojciec dał wam wszystko, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali». (J 15, 9-17)
Trwajcie w miłości mojej! – mówi dziś do nas Jezus. I tak samo mówi do nas dzisiejszy świat: „Trwajcie w miłości mojej!”. Ale rozumie ją zupełnie inaczej – jako trwanie w szukaniu przyjemności, pobłażaniu sobie, wybieraniu „rozwiązań”, które idą po linii najmniejszego oporu. Kiedy w małżeństwie się nie układa, będzie zachęcał do rozwodu, a nie do wytrwania w jedności i wierności. Będzie zachęcał do pobłażania sobie i absolutnej wolności, a nie do ograniczania swoich apetytów, które sam najpierw rozbujał. I na dodatek opatruje to często chwytliwym sloganem: „Jesteś tego warta! Jesteś tego wart!”
Jezus mówi dziś do nas: owszem jesteś warta/wart miłości, ale tej prawdziwej a nie jej namiastek. Niestety żyjemy w świecie, w którym chyba nie ma innego słowa, które byłoby tak często używane i nadużywane jak słowo MIŁOŚĆ. Stąd tyle cierpienia związanego z faktem, że albo jesteśmy kochani źle, egoistycznie, albo sami nie do końca rozumiemy, co to znaczy kochać.
Dzisiaj Jezus zaprasza nas mówiąc: Trwajcie w miłości mojej! Innymi słowy: „uczcie się miłości widzianej i przeżywanej z Mojej perspektywy. Tylko taki sposób patrzenia uczy nas dostrzegać w innych i w samych sobie o wiele więcej niż potrafimy dostrzec patrząc na kogoś jedynie po ludzku.
Wytrwajcie w mojej miłości, wytrwajcie w tym, że Ja was kocham, zamieszkajcie w tym doświadczeniu bycia kochanym. Tą miłością, której ja od Niego doświadczam, mogę kochać innych. Jeśli Jezus stawia nam takie wymagania, to znaczy, że są one niemożliwe do spełnienia.
Jezus uczy nas całym swoim życiem, że miłość, to nie tylko uczucie, do wymiaru którego zwykł ograniczać ją dzisiaj świat. Miłość to proces angażujący wszystkie potencjalne możliwości osoby. Dlatego św. Paweł może powiedzieć, że prawdziwa miłość nigdy się nie kończy, co najwyżej zmienia się z biegiem życia. Dojrzewa!
Sama wolność czy samo pragnienie miłości nie wystarcza. Niestety pozostaje ono często na poziomie domniemania, że skoro jestem wolny, to umiem kochać. Sprawdzianem miłości staje się dopiero codzienne życie i to, czy gotów jestem zapłacić za miłość największą cenę. Jezus zapłacił ogromną cenę za nasze zbawienie, które jest owocem Jego miłości do nas: cenę cierpienia, odrzucenia i śmierci. Jeśli chcemy być Jego uczniami nie ominie nas płacenie za wierność miłości. Na szczęście Jezus obdarza nas łaską, czyli potężnym nadprzyrodzonym wsparciem w duchowej walce o wolność, miłość i służbę w naszej codzienności. Bez Niego nie potrafilibyśmy kochać naprawdę. Owocem prawdziwej miłości jest zawsze wewnętrzna radość i pokój serca. To wypłata za nasz wysiłek i wierność dobru wbrew pokusom, by sobie odpuścić. Takiej radości nie może nam dać świat.
Przykazanie miłości, jakie zostawia nam Jezus uświadamia nam, że nie można kochać drugiego człowieka jedynie jakimś wycinkiem naszego człowieczeństwa: duszą, słowem, deklaracją, ciałem. W prawdziwą miłość jest zawsze zaangażowana cała osoba, bo miłość obejmuje całość egzystencji, każdy wymiar jestestwa. Dlatego i tylko dlatego prawdziwa miłość zdolna jest do bezinteresownego daru z siebie.
O takiej miłości Boga mówi dziś Chrystus – miłości, która wypływa z wnętrza Boga podobnie jak lawa wypływa z wulkanu, bo jak ktoś to ładnie powiedział: „Bóg jest jak wulkan kipiący miłością”. I w tej miłości od samego początku mamy swój udział. Istniejemy, żyjemy, bo jesteśmy kochani przez Boga. Jesteśmy przez niego chciani. Nasze życie nie jest igraszką ślepych sił przyrody. Moje i twoje życie jest owocem miłości Boga.
Jezus mówi, że ten, kto jest kochany czuje się szczęśliwy. Dlatego mówi nam nieustannie o miłości Ojca, abyśmy mieli w sobie Jego radość, radość dziecka samego Boga i abyśmy nie musieli już szukać źródła szczęścia gdzie indziej, zadowalając się jego namiastkami.
W człowieku Bóg kocha swoje najpiękniejsze dzieło i cieszy się nim. I żadna nasza słabość ani grzech nie są w stanie przyćmić tej Bożej radości z nas. A pragnąc nas przekonać, do swojej bezinteresownej miłości do nas chce też, aby i nam udzielała się ta radość istnienia, której źródło jest w Bogu.
Będąc przyjacielem Jezusa jestem zaproszony do tego, aby uczyć się patrzeć na wszystko tak jak On, bo tylko wówczas nasza radość może być pełna.
Jezus mówi nam dzisiaj, że jesteśmy przyjaciółmi Boga! Mamy oczywiście problem z wzajemnością, to znaczy Bóg nas traktuje jak przyjaciół, ale my Boga niekoniecznie. Często wyobrażamy Go sobie jak groźnego sędziego, albo żandarma, albo jak złotą rybkę od spełniania życzeń, albo jak niegroźnego staruszka, z którym nie trzeba się liczyć. A On chce, byśmy traktowali Go jak przyjaciela, czyli odpowiedzieli miłością na miłość, lojalnością na lojalność i gotowością oddania życia dla Niego na oddanie Jego życia za nas. Łatwo jest brać dowody przyjaźni, trudniej jest je dawać.
Ale Jezus nie chce nas martwić tym, że nie jesteśmy w stanie odwzajemnić miłości Boga, tak jak byśmy tego pragnęli. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał” – mówi Jezus.
On nas wybrał na swoich przyjaciół, znając naszą słabość i wiedząc, że my miłości i przyjaźni dopiero się uczymy. Na szczęście jednak mamy najlepszego i najcierpliwszego Nauczyciela – Jezusa.
Im więcej będziemy spędzali z Nim czasu, tym łatwiej nauczymy się przeżywania prawdziwej miłości i przyjaźni. Nauczymy się Jego sposobu patrzenia na rzeczywistość, bo przecież jak mówi stare przysłowie: ”kto z kim przystaje, takim się staje”.
«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.
Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami». (J 15, 1-8)
Dzisiejsza Ewangelia pyta nas o nasze zjednoczenie z Chrystusem.
Trwanie w Chrystusie w wymiarze duchowym jest pytaniem o naszą wiarę. O jej głębię! Ale dla mnie osobiście trwanie w Chrystusie w wymiarze praxis, czyli w wymiarze praktyki, ćwiczenia się jest synonimem medytacji monologicznej, do której po raz pierwszy usiadłem trzydzieści pięć lat temu i która na trwałe przesądziła o moim sposobie modlitwy.
Z perspektywy tego czasu wiem, że wierność praktyce medytacji wymaga duchowego zmagania, ale wiem też, że trwanie w Chrystusie, to jedyna droga do tego, aby nasze życie przyniosło owoc w wymiarze nie tylko duchowym, ale i ludzkim. Nie wiem, gdzie dzisiaj bym był, gdyby w pewnym momencie mojego życia Jezus nie zaprosił mnie na tę drogę. Spoglądając z bardzo osobistej perspektywy mogę powiedzieć jedynie, że taka droga nie jest łatwa, ale jest konieczna. Przynajmniej dla mnie, ale też dla wielu osób, którym na drodze tego doświadczenia przez te lata towarzyszyłem i które otwierając przede mną swoje serce zechciały się ze mną podzielić swoim osobistym doświadczeniem, które spotyka się w jednym oczywistym dla nas stwierdzeniu: „Jeśli nie chcę przegrać mojego życia to muszę być zjednoczona/y z Jezusem!”.
Piszę te słowa na świeżo po dzisiejszej porannej medytacji, do której obudził mnie mój anioł stróż o 5.00. W tym względzie jest niezawodny od lat i za tę troskę mu dziękuję. Mnie osobiście dzisiejsza Ewangelia wskazuje właśnie na taką duchowość medytacyjną, która jest duchowością Słowa Bożego.
Dzisiejsza Ewangelia jest dla tych, którzy pracują i pochylają się wytrwale nad wsłuchiwaniem się w Słowo. I Jezus ukazuje dziś tę prawdę o Słowie od strony wnętrza człowieka. Pokazuje jak to Słowo działa w naszym wnętrzu. Punktem wyjścia jest to, że to Słowo jest w nas, że otwieramy przed nim drzwi naszego serca. To wielkie ryzyko, bo ktoś kto na serio otwiera się przed Słowem musi zgodzić się że na to, że nic już nie będzie takie samo. Słowo bowiem oczyszcza człowieka. Ono w nas pracuje, doskonali nas. To jest Słowo o Bogu, ale i o człowieku.
Im dłużej podążam drogą medytacji, tym bardziej jej praktyka uświadamia mi, że potrzebuję ciągłego karmienia się Słowem, potrzebuję ciągłego oczyszczania się mocą Słowa.
Można powiedzieć, że praktyka medytacji monologicznej jest przyjęciem w pokorze i zgodzie tej pracy Jezusa i Jego Słowa we mnie. Ale aby mogła się ona dokonać i wydać owoce potrzebuję „trwać Chrystusie”.
Medytacja pozwala mi uchwycić nie tylko moim umysłem, ale nade wszystko moim sercem i życiem znaczenie tego słowa „trwać”. Jest to bowiem bardziej trwanie Słowa we mnie niż moje trwanie przy Nim. Ono zawsze jest łaską! Ja ze swojej strony mogę jedynie pozwolić lub nie, by to Słowo trwało i pracowało we mnie. Medytacja monologiczna, Modlitwa Jezusowa uczy mnie żyć w komunii ze Słowem, w zjednoczeniu z Nim. To trwanie, to wyraz, ale też i owoc mojej więzi z Bogiem, o którym wiem, że sam z siebie go nie przynoszę. Między tymi, którzy medytują a Bogiem rodzi się coś, co można by określić witalną więzią, tak jak ta, która tworzy się między winnym krzewem a latoroślą, która z niego i dzięki niemu może rozwijać się i wzrastać. Dzięki temu możemy odkrywać z wielkim zdumieniem i zachwytem w sobie tę samą moc, która jest też obecna w Bogu.
Ewangelia dzisiejsza to streszczenie programu dla wszystkich, którzy podążają wiernie drogą medytacji. I przypomina nam, że bycie uczennicą/uczniem Chrystusa zasłuchanym w Słowo to wielki przywilej, ale i wielka odpowiedzialność za ten dar, który On przez swoje Słowo za każdym razem, gdy siadamy do medytacji składa w naszym sercu.
«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.
Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami». (J 15, 1-8)
„Czy znasz samego siebie?” – tak brzmiało pytanie umieszczone na frontonie starożytnej świątyni w Delfach. Człowiek przychodzący na spotkanie z bóstwem, przybywał jednocześnie w celu rozwiązania tej jednej z najbardziej zawiłych zagadek.
Wielki mistrz chrześcijaństwa św. Augustyn także nie uciekał przed tym dylematem, przyznając otwarcie: „Sam się stałem dla siebie pytaniem”. Biskup z Hippony, mimo że napisał wiele znakomitych tekstów przybliżających Boga, nie bał się mówić o niepokoju swojego serca. Kim jest Bóg i kim ja właściwie jestem?
Z przymrużeniem oka możemy stwierdzić, że osobą, która nas najbardziej interesuje jesteśmy my sami. Jednak zaglądanie do swojego wnętrza nie zawsze musi wskazywać na egocentryczne skłonności.
Należy uważnie badać siebie, docierać do najgłębszych pokładów osobowości, pilnie obserwować nawet najmniejsze poruszenia ducha. Wtedy jest szansa, że odnajdziemy w sobie ślady, których autorem jest Bóg. To jest chwila, w której uświadamiamy sobie, że nigdy nie poznamy siebie, jeśli będziemy ślepi na obraz Pana wyryty w naszej duszy, ponieważ tworzymy jedność. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”, mówi dzisiaj Jezus.
Jezus mówi dziś o oczyszczaniu latorośli, czyli odcinaniu małych gałązek, które się pojawiają z boku winnego krzewu. Trzeba je odciąć, żeby całe soki szły w winne grona, a nie gdzieś na boki, bo wtedy owoce będą słabsze.
Pan Jezus chce także oczyszczać nas, po to, abyśmy nie zużywali naszych żywotnych sił na rzeczy niepotrzebne, aby nasze chrześcijaństwo stawało się coraz dojrzalsze.
Początkiem dojrzałego chrześcijaństwa jest dotarcie do swoich korzeni. Jeżeli tego nie zrobimy, nasze działanie pozostanie na poziomie zwyczajnego aktywizmu. Nadal też, jako chrześcijanie, będziemy się gubić w świecie kultury, obyczajowości czy polityki. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie może uczynić” – dodaje Chrystus. Nam nieraz tak trudno w to uwierzyć, więc wmawiamy sobie, że damy radę o własnych siłach, przy pomocy naszych zdolności. A potem, jak rzeczywistość boleśnie zderza nas z doświadczeniem naszej słabości, wołamy: „Jezu, Ty się tym zajmij…”
Doskonale zrozumiał to święty Paweł, którego życie przed nawróceniem było co najwyżej zwyczajnym aktywizmem i to takim, który sprawiał, że święty Paweł wmawiał sobie, że to, co robi, robi dla Boga, choć w rzeczywistości rozmijał się z Nim. Wymyślił Boga, którego dopasował do swoich własnych wyobrażeń.
Życie świętego Pawła przed jego nawróceniem uświadamia nam jeden z największych paradoksów człowieka: że można należeć do religii, nie należąc do Boga! Na szczęście pod Damaszkiem odnalazł prawdę, która brzmi: trzeba bardziej słuchać głosu Bożego niż siebie i naszych wyobrażeń o Bogu. Podróż w wierze wymaga od nas, abyśmy potrafili porzucić stworzony przez nas wizerunek Boga i nasze własne wyobrażenie o nas samych. Święty Paweł doświadczył na samym sobie prawdy o Bogu, który jest miłością, który pragnie spotkać człowieka na drogach jego życia i potrafi zmienić jego życie o ile człowiek mu na to pozwoli.
Przypomina mi się tu znane powiedzenie jednego ze współczesnych mistrzów duchowości chrześcijańskiej – ojca Rohra: „w życiu wiary nie chodzi o to, aby więcej osiągnąć i więcej uczynić, ale żeby bardziej zaufać Bogu (…) Tak naprawdę nie nawracamy się dzięki naszemu wysiłkowi. Nawrócenie jest zawsze darem, który przychodzi jako owoc łaski, o ile jesteśmy gotowi się na nią otworzyć”, tak jak uczynił to Paweł pod Damaszkiem.
Życie św. Pawła winno być dla nas nieustanną inspiracją.
Święty Paweł pokazuje nam bowiem niezbicie, że istnieje coś, co można by nazwać „Boską terapią” a jest nią postawa kontemplacyjna, czyli to, co św. Piotr określi jednym prostym zdaniem: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”.
Wszyscy Apostołowie chcą nas przekonać, że skuteczność ich świadectwa, podobnie jak i naszego – wyrasta z codziennego przebywania w obecności Pana.
Co to znaczy? Nie jest to kwestia działania, ale raczej sposobu bycia przy Bogu. Cokolwiek robisz i gdziekolwiek przebywasz; czy pracujesz, odpoczywasz, martwisz się czy cieszysz – w każdej chwili miej świadomość, że Bóg przeżywa to razem z tobą. Nie ma niczego w naszym życiu, co dokonywałoby się poza Nim, bo „w Bogu żyjemy poruszamy się i jesteśmy”. Niestety zbyt często gubimy tę świadomość.
Ewangelia dzisiejsza zachęca nas, byśmy wyrwali się ze swojej wewnętrznej alienacji. Abyśmy możliwie często kierowali umysł i serce do Boga.
„Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać” – mówi dzisiaj Jezus.
Henry Nouwen pisał, że prawda o naszym życiu jest taka, że nic w naszym życiu, absolutnie nic nie jest czynione, mówione ani rozumiane niezależnie od Tego, który jest początkiem i celem naszego istnienia”.
Bóg nieustannie tłoczy w nas soki swojej łaski, tak jak winny krzew toczy swoje soki w połączone z nim latorośle. Im lepiej nauczymy się z tą Bożą łaską na co dzień współpracować tym i owoce naszego życia, naszego chrześcijaństwa i naszej wiary będą obfitsze.
Jezus tak wołał: «Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał.
Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś słyszy słowa moje, ale ich nie zachowuje, to Ja go nie potępię. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić.
Kto Mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które wygłosiłem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ojciec, który Mnie posłał, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział». (J 12, 44-50)
Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, że Jezusowi zależy na tym, abyśmy usłyszeli to, co chce nam powiedzieć. Dlatego woła! Aby móc usłyszeć, tego, kto do nas mówi potrzebna jest postawa, którą cechuje wyciszenie, skupienie, uważność, wrażliwość. To cechy, które winny określać naszą medytację. Oczywiście to, co możemy zrobić z naszej strony jeszcze nie wystarczy dla doświadczenia skutecznej modlitwy, ale jest ważne, aby pozwolić Słowu, które Jezus do nas kieruje w medytacji docierać do naszego umysłu i serca i działać w nim.
Jeśli ze swojej strony zadbamy o optymalną postawę umożliwiającą nam słuchanie Słowa, Duch Święty dopełni reszty. Dlatego warto o Niego prosić. Warto modlić się, aby uzdolnił nas do słuchania i aby przyszedł z pomocą naszym słabościom i naszej niedoskonałości, która objawia się na płaszczyźnie modlitwy (por. Rz 8, 26-27).
Jezus zawsze stara się skupić naszą uwagę na Ojcu, tak jak Jego uwaga była nieustannie skupiona na Ojcu. Głównym celem Słowa Bożego jest objawić nam prawdę o Bogu. Można by zatem powiedzieć, że przylgnięcie w medytacji do Jezusa, do Jego Słowa, oznacza przylgnięcie do Ojca.
Ponieważ doświadczenie medytacji prowadzi nas przez Tajemnicę, dlatego słowo Jezusa jest światłem, którego nieustannie potrzebujemy. Ono rozświetla nasze ciemności, na które natykamy idąc drogą medytacji coraz głębiej ku naszemu wnętrzu. Przylgnąć do Jezusa i jego Słowa to mieć pewność, że nie zgubimy drogi, że nie zagubimy się w gąszczu naszych emocji, przeżyć, lęków, które nosimy w naszej podświadomości a które jesteśmy w stanie dostrzec jedynie schodząc w głąb naszego jestestwa i dzięki światłu Słowa Bożego i łaski.
Każdy, kto ma za sobą już pewne doświadczenie medytacji wie, że Słowo, które towarzyszy nam w modlitwie monologicznej ma potężną moc i potrafi odsłonić nasze największe ciemności. Potrafi także przez konfrontację z tym, co napotykamy w naszym wnętrzu zrozumieć strategię Złego, który posługuje się lękiem i często kusi nas do zamykania się z obawy przed Bogiem. Medytacja właśnie dlatego, że jest otwarciem naszego serca na łaskę i na prawdę uczy nas jak przezwyciężać strategie złego ducha.
Jezus mówi dzisiaj, że Jego słowo jest naszym sędzią. Lecz nie w tym sensie, aby nas oskarżać – jak to już wielokrotnie mówiliśmy. Osąd, którego źródłem jest słowo, pozwala nam stawać w prawdzie i pomaga nam odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu. Dlatego nieporozumieniem byłoby, gdyby chrześcijanin uciekał przed Słowem, zamiast się nim karmić. Święty Jan Apostoł przypomina, że ono jest zawsze na początku: na początku stworzenia, na początku naszego nawrócenia i uświęcenia, na początku drogi ku prawdzie i ku wolności. Jeśli chcę żyć w prawdzie i wolności serca karmienie się Słowem jest nieodzowne!
Przypomnijmy tę znaną sentencję św. Jana od Krzyża: „Tylko jedno Słowo wypowiedział Bóg Ojciec a jest nim Jego Syn, i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu. W milczeniu też powinna słuchać Go dusza” (Św. Jan od Krzyża, Słowa światła i miłości, Sentencje, 99). Na początku Bóg wypowiedział tylko jedno Słowo! W to słowo wsłuchujemy się zgodnie z zaleceniem Doktora Miłości w ciszy, w praktyce medytacji monologicznej. Temu Słowu pozwalamy się prowadzić w ciszy, bo Ono jest najlepszą drogą do ojcowskich ramion Boga.
Tak naprawdę całe życie szukamy Ojca, szukamy możliwości schronienia się w Jego ojcowskich ramionach – od pierwszego przytulenia po narodzinach. „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu” [św. Augustyn, Wyznania). Dlatego medytacja przypomina mi o tym, że moje życie jest niczym innym jak powrotem w ramiona Ojca, który umiłował mnie zanim znalazłem się pod sercem matki.
Praktyka medytacji monologicznej jest – przynajmniej dla mnie – tym doświadczeniem, które najbardziej pomaga mi zbliżyć się do Ojca i schronić się w Jego ramionach. Uczy mnie także skupiać moją uwagę na Ojcu, tak aby tę uwagę skupioną na Bogu z modlitwy przenosić w codzienność, która dzięki temu staje miejscem Jego objawienia.
«Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.
Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz.
Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca».(J 10, 11-18)
Wśród wielu uczestników wieczornego spotkania dyskusyjnego na temat wiary organizowanego co miesiąc wśród paryskiej inteligencji byli obecni znany aktor i sędziwy kapłan. Zmęczeni dyskusją uczestnicy poprosili aktora, aby zarecytował coś dla odprężenia. Artysta zaczął najpierw recytować wiersze Szekspira. Gdy skończył zapytał obecnych, co chcieliby jeszcze usłyszeć? Zaproponowano mu recytację psalmu 23. Autor przyjął propozycję z radością, postawił jednak pewien warunek, że gdy skończy recytację, ten sam psalm wypowie obecny wśród nich ksiądz. Zmieszany, starszy kapłan przystał na propozycję. Artysta zaczął więc piękną recytację, wypowiadając słowa psalmu dźwięcznie z zaangażowaniem. Gdy skończył salon pełen ludzi rozbrzmiał oklaskami.
Następnie artysta zwrócił się do księdza:
– Teraz ojca kolej.
Kapłan wstał i drżącym głosem zaczął wypowiadać słowa: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego; pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach, prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę…”
Gdy skończył wśród zgromadzonych zaległa absolutna cisza: nikt nie klaskał, panowało zupełne milczenie.
Po chwili ciszę przerwał głos aktora recytującego wiersz przed księdzem: „Przyjaciele! Teraz rozumiecie, dlaczego chciałem by ksiądz powiedział ten psalm po mnie. Ja co najwyżej mogłem swoją recytacją poruszyć wasze uszy, lecz nie potrafiłem jak mój następca podbić waszych serc. Różnica bowiem polega na tym, że ja znam jedynie psalm, a ksiądz zna Pasterza”.
Przywołuję tę historię anonimowego autora już nie pierwszy raz, bo pięknie wpisuje się w charakter dzisiejszej niedzieli Dobrego Pasterza
Jezus mówiąc o sobie jako o Dobrym Pasterzu uświadamia nam, że zna nas. W tym samym jednak zdaniu dodaje, że i my winniśmy Go znać, jeżeli mamy Go naśladować, jeżeli chcemy, aby obraz Boga, jako nosimy w naszej wyobraźni nie był fałszywy, bo poskładany jedynie z kawałków naszych ludzkich, naznaczonych słabością i grzechem doświadczeń.
Pasterz to dzisiaj postać żyjąca bardziej w naszej wyobraźni niż człowiek z krwi i kości, którego znalibyśmy z codziennego doświadczenia. Czasem pojawia się w bożonarodzeniowych jasełkach. Ubrany w obowiązkowy kożuch. Innym razem jego obraz przywołuje Ewangelia.
W pasterskiej kulturze dawnego Izraela wyobrażenie pasterza nie było ono tak egzotyczne jak dziś. Znane było bowiem z codziennego życia, ale i głęboko wpisane w starotestamentalną tradycję przedstawiającą Jahwe jako troskliwego pasterza żyło w religijnej wyobraźni słuchaczy Jezusa. Chrystus kilkukrotnie i z naciskiem powtarza: „Jestem pasterzem, nie najemnikiem”. Jakby chciał powiedzieć: „Zobacz, nasza relacja jest prostsza, niż myślisz. Nie zarabiam na tobie, nie wykorzystuję ciebie dla swoich korzyści. Tu nie ma żadnego drugiego dna. Zależy mi tylko na tobie. Żebyś żył naprawdę; żebyś żył pełnią życia”.
Nam, pognębionym przez życiowe porażki, wielokrotnie oszukanym, zawiedzionym, taka prosta relacja wydaje się prawie niemożliwa. Z jednej strony żyje w nas tęsknota, żeby być dla kogoś tak bezwarunkowo najważniejszym. Z drugiej jednak podejrzliwość nie pozwala nam na proste zaufanie. Myślimy, że pewnie jest jakiś aneks do tej umowy, jakaś gwiazdka odsyłająca do pisanych maleńkim druczkiem niekorzystnych warunków, jakieś „tak, ale”.
Tymczasem w umowie o nasze zbawienie, przypieczętowanej Krwią Chrystus nie ma żadnego drugiego dna, nie ma nic, co mogłoby nas zaskoczyć czy zaniepokoić. Nic poza miłością, aż do oddania życia.
Niekiedy rodzi się w nas wiara w taką miłość i tęsknota za nią, żeby za chwilę rozpłynąć się znowu we mgle…
Dlatego właśnie potrzebujemy ciągle na nowo poznawać Pasterza, aby nie pozwolić by przeciwnik zasiał w naszych sercach ziarno nieufności do Niego. Potrzebujemy poznawać Pasterza, aby nigdy nie zwątpić w to, że On troszczy się o nas nieustannie. Że kocha nas bezgranicznie, właśnie dlatego, że nas zna i nasze życie, ani nasze serce nie ma przed Nim tajemnic. Kocha nas, dlatego nigdy nie wykorzysta naszych wad ani zalet, nie będzie manipulował się naszymi emocjami; nie będzie składał obietnic bez pokrycia, aby wzbudzić nasze zainteresowanie. On zna wszystkie nasze możliwości i talenty, zna nasze wahania i samotności; z wielką dumą patrzy, jak wzrastamy i ze współczuciem, ale bez oskarżania nas, kiedy zdarza nam się potykać o nasze słabości.
Jest Dobrym Pasterzem, Jest Prawdą i Życiem. Jest Dawcą życia, który uczy jak dawać życie; jest Stwórcą, który uczy nas tworzyć, to co piękne. To, co miał nam do dania, już nam ofiarował. Bezinteresownie! Ale musimy chcieć i umieć to przyjąć.
Dlatego tak jak każdy pasterz mówi dziś do nas, jak do swoich owiec: Nie bój się pójść za Mną. Nie bój się jeszcze raz wyznać swoich grzechów, ofiarować mi swojej niemocy i niepewności, nie poddawaj się znużeniu w codziennym odnawianiu swojego życia przez miłość, której Źródło bije dla ciebie w Moim Sercu, nie rezygnuj z uczciwości i prawdy.
Chrystusa, jest Pasterzem, który nie ucieka od ludzkiego dramatu, ale zostaje do końca. Nie myśli o tym, jak ocalić własną skórę, ale jak zaradzić ludzkiej biedzie. Nie domaga się posłuszeństwa, nie stawia nadzwyczajnych warunków, ale sam pokornie służy. Nie zabiera życia, ale je daje.
Chciałoby się powiedzieć za papieżem Franciszkiem, że tak bardzo zagubiony człowiek współczesny jeszcze bardziej potrzebuje Chrystusa Dobrego Pasterza, a Chrystus człowieka.
Ten pierwszy po to, aby odzyskać prawdziwe zdrowie i wolność serca, Ten drugi, aby objawić ludziom nieskończone dobro Boga, bez którego każde inne dobro jest tylko przejściowe i krótkotrwałe.
Chrystus jest dobrym Pasterzem!
Czy potrafimy zaufać Mu na tyle, aby bez zastrzeżeń powierzyć Mu samych siebie i pozwolić poprowadzić przez życie tylko Jemu znaną, ale bez wątpienie najlepszą drogą?