Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Rybacy ludzi

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!»

Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich Jezus: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». A natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim.

Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni, zostawiwszy ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi, poszli za Nim. (Mk 1, 14-20)

Co Jezus miał na myśli mówiąc, że „czas się wypełnił”?

Pięknie wyjaśnienie ukuł św. Antoni z Padwy: „Wypełnił się czas – to znaczy, że ta chwila jest pełna. Jest pełna Boga. Czas bez Boga jest pusty, nic nie warty, nie ma znaczenia. Jezus mówi nam zatem, że moment Jego przyjścia jest pełen Boga, pełen Jego królowania, Jego obecności, Jego łaski i miłości. Moment, gdy Zbawiciel świata jest wśród ludzi jest najważniejszym momentem w historii, jest wydarzeniem bezprecedensowym, jakiego już więcej nie będzie. Moment przyjścia Jezusa na świat jest momentem zbawienia! I Apostołowie to fantastycznie wyczuwają – że «teraz» się liczy, że teraz wstaną i pójdą, że to nie jest decyzja, którą można zostawić na pojutrze… Ta chwila już nigdy nie wróci.

Ewangelia jest pełna takich momentów, w których Jezus podkreśla «dzisiaj». Jutro nie należy do nas i nie wiadomo czy w ogóle będzie, tak samo jak wczoraj nie należy już do nas – przeszłość nie wróci. W życiu liczy się «teraz». To jest ogromnie ważne, jak przeżywamy chwilę obecną. Tylko ją mamy! A wiara ma nam przypominać, że chwila obecna jest pełna łaski, pełna Boga…

Jezus wiedział, że to nastał Jego czas, miał wypełnić wszystko, co wiązało się z przyjęciem człowieczeństwa. Potrzebował uczniów, ale nie szukał ich wśród jerozolimskich elit, nie wchodził w żadne układy. Potrzebował ludzi odważnych i dojrzałych, a zarazem gotowych do zawierzenia Mu i pójścia za Nim w nieznane. Rybacy znad Morza Galilejskiego to ludzie prości, ale nie prostacy. Byli wierni Bożemu prawu.

Dotąd Apostołowie czekali, wsłuchiwali się w głosy natchnionych proroków, niektórych z nich zaniepokoił, ale i porwał surowy Jan Chrzciciel, wzywając do nawrócenia. Jednak czas Jana się skończył, a dla uczniów Jana przyszedł moment decyzji. Czy pójść za Jezusem? Przecież to Jego wskazał Jan, jako Baranka Bożego.

Szymon, Andrzej, Jakub i Jan nawet nie wydają się zaskoczeni, jakby ten dzień był od dawna wyczekiwany. Żadnych wątpliwości, wahań, kalkulacji. Zostawili swoje sieci, łodzie i poszli za Rabbim z Nazaretu. Pójście za Jezusem, to duża zmiana i ryzyko, a jednak zaproszenie musiało być na tyle mocne i przekonujące, że odpowiedź była oczywista. Jezus wezwał ich do łowienia, a przecież na tym właśnie się znali. To ważne, by zobaczyć, że Bóg, powołując nas, pozwala rozszyfrować swoje życie, zrozumieć je na głębszym poziomie. Powołanie w tej perspektywie jest odczytaniem tęsknoty wpisanej w ludzkie serce, dopiero pójście za nią czyni nas naprawdę szczęśliwym.

Choć z pewnością nie jest łatwe, o czym przekonać się można, śledząc historię Jonasza.

Jonasz jest człowiekiem po przejściach. Tym, który zstąpił w odmęty wątpliwości i pytań, prób uratowania siebie przed Bogiem i Jego roszczeniem. Symbolicznie wyraża się to w obrazie połknięcia przez wielką rybę i przebywania w jej wnętrzu.

Ciemność, niemoc, uwięzienie to stan zmagania się ze sobą i z Bogiem. Dopiero po tej wewnętrznej walce Jonasz zdolny jest i gotowy usłyszeć Boże zaproszenie „Wstań, idź…”.

Podobnie było z autorem Listu do Koryntian. Zanim stał się apostołem Pawłem, musiał utracić wzrok, by na nowo nauczyć się widzieć, by rozszyfrować Boże wezwanie. Dzisiaj przypomina, że „przemija postać tego świata”, że czas jest krótki. Wzywa więc do pośpiechu, tak jakby chrześcijanie mieli już teraz jedną nogą być po stronie rzeczy nieprzemijających…

Powołanie to metafora – obraz, dzięki któremu nasze życie znajduje kierunek i sens. Jest wezwaniem do biegu na długi dystans. Choć równie cenne są i te małe, odszyfrowane w codzienności inspiracje. Swoją moc powołanie czerpie z obietnicy spełnienia, z przynależności do Boga i jego Królestwa. Dzięki niemu czuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie. Ważną lekcją dzisiejszej liturgii jest i to, że do tego wezwania się dorasta, że jest też miejsce na wątpliwości i pytania.

Czas jest krótki, Bóg jednak czeka na odpowiedź człowieka wolnego, a nie niewolnika. Ostatecznie Boże wezwania i powołania to coś więcej niż metafora, to samo życie.

Dzisiejsze słowo odkrywa przed nami ważną prawdę:

wiara nie jest spokojnym płynięciem do portu, wiara to ryzyko życia dla Boga i z Bogiem, aby nieść ludziom nadzieję w postaci Dobrej Nowiny przyniesionej przez Chrystusa, bo rybacy ludzi nie są od łowienia i zbierania, ale od obdarzania, i to nie swoim dobrem, ale mocą i miłością, której źródłem jest Bóg obecny i działający w ich życiu i który pragnie uczynić także z nas – swoich współczesnych uczniów – pośredników swoich darów.

Zatem nie zatrzymujmy jedynie dla siebie i dzielmy się z radością tym, co na co dzień od Pana Boga otrzymujemy.

Zamieszkać w Bogu

Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.

Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?»

Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. [ J 1, 35-39]

Pozwoliłem sobie przywołać w dzisiejszym komentarzu do medytacji fragment Ewangelii, który słyszeliśmy w ostatnią niedzielę i który chodzi za mną przez te dni.

Ewangelia mówi o uczniach, którzy zostali u Jezusa, zachęceni Jego słowem. Dosłownie powiedziawszy postanowili u Niego zamieszkać. To zamieszkanie z Jezusem pięknie definiuje doświadczenie medytacji. Bo zamieszkać, to innymi słowy znaleźć swoje miejsce, czyli taką przestrzeń, w której człowiek nie odczuwa niepokoju, czy wyobcowania; gdzie jest u siebie!

Dla mnie jest tylko jedna przestrzeń, w której doświadczam szczególnego wymiaru wolności. Tą przestrzenią jest przestrzeń medytacji, tego szczególnego rodzaju modlitwy, która jest miejscem zamieszkania Boga w moim sercu i miejscem mojego zamieszkania w Bogu.

Mam na myśli modlitwę, która jest nie tyle przelotnymi odwiedzinami Przyjaciela, któremu na imię Jezus, ale prawdziwym zamieszkaniem z Nim. Mam nadzieję, że ci, dla których medytacja jest codziennym pokarmem rozumieją o czym piszę.

Nie sposób wskazać dokładnego momentu, w którym modlitwa, która była jedynie przelotnymi odwiedzinami staje się zamieszkaniem w Bogu, bo zawsze jest to dzieło Ducha działającego w nas. A On działa jak chce w całkowitej wolności. Są jednak pewnego rodzaju znaki, które ukazują ten moment. Jednym z nich jest tęsknota za modlitwą, za tym szczególnym czasem, w którym siadam i nic już nie jest ważne poza OBECNOŚCIĄ symbolizowaną przez słowo powracającego w rytmie oddechu. Tęsknota za tym, aby ten stan ducha, który towarzyszy medytacji przenieść na całe życie. To świadomość, że masz przy sobie Nauczyciela, który uczy nas zamieszkiwania w Bogu w codzienności, wypatrywania Jego obecności w zwykłych okolicznościach codziennego życia, w tysiącu drobiazgów, które mówią o Nim i Jego miłości.

Ojcowie ostatniego soboru przestrzegali przed pewnego rodzaju idolatrią słowa we współczesnym świecie. Medytacja wydaje się przed nią chronić, przypominając i pozwalając doświadczać, że jest tylko jedno Słowo, na którym do końca można się oprzeć, któremu do końca można zaufać, które nigdy cię nie zawiedzie, które jako jedyne może zaspokoić nasze duchowe tęsknoty.

„Czy jesteśmy w stanie zaspokoić nasz duchowy głód sutym obiadem, albo wpatrywaniem się w plazmowy ekran? Upijając się alkoholem, albo napawając się wirtualną rzeczywistością? Głębiej niż zdajemy sobie z tego sprawę, istnieje w nas siła tęsknoty, która sprzeciwia się temu zachłannemu zapychaniu się pozorami i namiastkami. Nie wystarczy nam wiedzieć, że Bóg jest. Tęsknimy za doświadczeniem Jego obecności i bliskości, po to by móc odnaleźć w Nim Nauczyciela, którego odpowiedzi są trafne, nawet wówczas, gdy nasze pytania wydają się błądzić…” (cytat z ostatnich rekolekcji)

Medytacja jest dla mnie przestrzenią, która pozwala mi odnaleźć swoje miejsce przy Jezusie i która przez Jego obecność porządkuje moje życie.

Gdy Jezus jest na swoim miejscu w mojej duszy i gdy ja zamieszkuje z Nim w modlitwie, wszystko inne w moim życiu odnajduje właściwe sobie miejsce.

Zamieszkać w Bogu

Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.

Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?»

Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej.

Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa.

A Jezus, wejrzawszy na niego, powiedział: «Ty jesteś Szymon, syn Jana; ty będziesz nazywał się Kefas» – to znaczy: Piotr. (J 1, 35-42)

„Czego szukacie?” – pyta Jezus idących za Nim uczniów. Tym pytaniem dotyka jakiejś tęsknoty, jakiegoś pragnienia, które noszą oni w swoich sercach i które sprawia, że zostawiają swojego dotychczasowego nauczyciela Jana Chrzciciela, a idą za Jezusem. 

To pytanie warto także stawiać sobie: Czego szukam!? w życiu, w Kościele, w chrześcijaństwie? Czego szukam w modlitwie?

Na pytanie Jezusa uczniowie odpowiadają pytaniem: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Odpowiedź uczniów może wydawać się banalna. Ale niekoniecznie tak jest. Słowo „nauczyciel” wskazuje już na coś ważnego. Na uznanie w Jezusie autorytetu, na gotowość bycia uczniem.

Czy mogę powiedzieć, że Jezus jest moim nauczycielem? Czy stosuję się do Jego nauk w moim codziennym życiu? Niektórzy odpowiadają: „Jezus – tak, Kościół – nie”. Czy jednak można w pełni spotkać Jezusa poza kościołem, który św. Paweł określa mianem Mistycznego Ciała Chrystusa? Czy można Go spotkać bez sakramentów a zwłaszcza tego, w którym uobecnia się On najpełniej – Eucharystii, albo nie doświadczywszy po wielokroć Jego przebaczającej miłości w sakramencie pokuty?

Oczywiście możemy czytać Słowo Boże bez przychodzenia do kościoła, możemy czytać mądre książki, ale szukanie Jezusa poza kościołem będzie zawsze narażało nas na jakiś rodzaj błądzenia, niepewności, będzie budowaniem obrazu Jezusa, który pasuje do moich oczekiwań, będzie malowaniem subiektywnej ikony Zbawiciela zgodnej z panującymi oczekiwaniami i modami. I wtedy szybko okaże się, że to ja jestem nauczycielem, a Jezus – moim uczniem.  Nie znaczy to, że takie niebezpieczeństwo nie grozi tym, którzy szukają Jezusa we wspólnocie Kościoła, ale tu zawsze jest ktoś, kto może to zweryfikować, pomóc odnaleźć właściwą drogę.

Jezus odpowiadając na pytanie uczniów: nie mówi pod jakim adresem mieszka, nie mówi, jak wygląda Jego dom. Jezus w odpowiedzi kieruje do nich zaproszenie: „Chodźcie, a zobaczycie”. Jan Ewangelista, który prawdopodobnie sam był jednym z owych uczniów, pisze: „Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego”.

Ta rozmowa pokazuje, że przyjmowanie wiary nie wiąże się ze zdobywaniem wiedzy na temat Pana Boga i tego, czego On nas naucza. Nie jest teoretyczną informacją, ale zaproszeniem do tego, aby przyjść, zobaczyć i z Nim zamieszkać. Bo wiara nie jest światopoglądem czy zbiorem zasad moralnych, ale przede wszystkim żywą relacją między Bogiem a człowiekiem, którą możemy zbudować tylko wtedy, kiedy odważymy się pójść za Jezusem.

Wiara, jakkolwiek jest łaską, najczęściej nie spada na nas nagle i nieoczekiwanie – drogę do niej wskazują nam konkretni ludzie. Dla Samuela, o którym czytamy w pierwszym czytaniu, takim człowiekiem, który podprowadził go do przyjaźni z Bogiem był arcykapłan Heli. Podobnie Jan Chrzciciel, mówiąc „Oto Baranek Boży”, prowadzi tym samym swoich uczniów do wiary w Jezusa Chrystusa. Następnie Andrzej, sam ledwie spotkawszy Jezusa, od razu zaprasza do spotkania z Nim swego brata Szymona Piotra.

Pan Bóg postawił na drodze każdego z nas ludzi, którzy przyczynili się do tego, że uwierzyliśmy i mogliśmy odnaleźć w swoim życiu Jezusa. Każdy z nas, jeśli nie od razu, to po chwili zastanowienia, może takich świadków wiary wskazać. To zadanie poniekąd wpisane w powołanie każdego chrześcijanina: prowadzić innych do spotkania z Panem Jezusem (choć czasem możemy nie zdawać sobie z tego sprawy).

Byłoby dobrze, gdybyśmy jako uczniowie Chrystusa na pytanie innych o to, gdzie możemy znaleźć Jezusa mogli powiedzieć – w moim życiu. Bo św. Paweł przypomina nam dzisiaj, że nasze ciało jest świątynią. To tam w chwili chrztu zamieszkał Bóg. Trzeba jednak, abyśmy pielęgnowali tę Jego ukrytą obecność a dzieje się to właśnie przez życie wiary, przez modlitwę, przez sakramenty, wreszcie przez Słowo Boże – z zasłuchania w które rodzi się nasza wiara o czym przypomina św. Paweł. To właśnie te ważne momenty zdają się w najlepszy sposób porządkować nasze życie.

Kiedy przed półtora rokiem przeprowadziłem się do nowej parafii przez kilka dni, jak zawsze po świeżej przeprowadzce panował w moim mieszkaniu bałagan. Wypchane torby, książki w kartonach,  rozmontowane meble i cały szereg drobiazgów rozrzuconych to tu, to tam. Wszystko to przypominało jakiś przed-stwórczy bezład, dopóki nie ułożyłem wszystkich rzeczy na właściwym miejscu.

Wtedy pomyślałem sobie, że skoro zwykłe uporządkowanie mebli, książek, ubrań i innych przedmiotów pozwala doznać człowiekowi kojącego spokoju, to cóż dopiero, gdy uporządkujemy wewnętrzny bałagan naszych myśli, uczuć, wspomnień, relacji, modlitwy zapatrzeni w Boga, który jest źródłem wszelkiego porządku i harmonii. Jaki z tego wniosek?

Gdy Jezus jest na swoim miejscu w mojej duszy i w moim życiu i gdy ja zamieszkuję w Nim przez modlitwę, wszystko inne odnajduje właściwe miejsce. Bo tylko w Jego obecności jesteśmy w stanie odkryć i zrozumieć sens i znaczenie jakie Bóg nadał rzeczywistości, w której żyjemy a która bez Niego bywa niezrozumiała.  

 

DOBREGO TYGODNIA!

Uczyć się tajemnicy życia

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1, 29-39)

Czym jest chrześcijaństwo?  Oczywiście można udzielać różnych mniej lub bardziej ogólnych odpowiedzi… Mnie jednak zawsze w tak postawionym pytaniu chodzi nie o tę odpowiedź ogólną, wyuczoną, której definicję można przeczytać tu i ówdzie. Mnie zawsze interesowała odpowiedź osobista, jakiej na to pytanie może udzielić każda i każdy z nas będący chrześcijaninem. Jestem bowiem głęboko przekonany, że w życiu prawdziwego chrześcijanina o jego chrześcijaństwie winno mówić wszystko, nawet bez konieczności używania słów. Piszę te słowa oczywiście jako swego rodzaju samooskarżenie, bo wiem, że w moim życiu nie zawsze tak jest, ale dążę usilnie do tego, żeby tak było.

Jest taka historia, która od długiego czasu mnie porusza a dotyczy ona ucznia słynnego rabina Maggida z Międzyrzeca, który wśród wielu tekstów, które napisał pozostawił po sobie jedno inspirujące mnie nieustannie zdanie: „Nie poszedłem do Maggida, żeby studiować u niego Torę, tylko żeby popatrzeć jak sznuruje buty”. Wspomnianym uczniem wielkiego rabina Dow-Bera z Międzyrzeca (rzeczonego Wielkiego Maggida) był Szneur Zalman z Leżajska przedstawiciel ważnej rodziny chasydzkiej, który sam został następnie znanym rabinem. Sam Dow-Ber uznawany był jednak nie tylko za wybitnego nauczyciela rabinicznego, ale także za mistyka. I tu wracam do przywołanego zdania, które dla mnie jest także odpowiedzią na postawione przeze mnie na początku pytanie. Tak jak Sznuera nie interesuje w byciu uczniem Maggida abstrakcyjna nauka, ale konkretne życie jego nauczyciela, życie przepełnione tym, co głosi, tak nasze chrześcijaństwo jest nieustannie stawianym nam wyzwaniem, by nie interesować się jedynie abstrakcyjną nauka Ewangelii, ale wejść głębiej w życie samego Chrystusa, tak by dać się przesiąknąć Jego duchem, Jego sposobem myślenia, dosłownie: Jego stylem życia. I tak jak w przywołanym zdaniu Sznuer jest przekonany, że w zwykłym sznurowaniu butów swojego mistrza odkryje więcej z tajemnicy życia niż studiując święte pisma, tak my bądźmy przekonani, że w zwykłym kontemplowaniu Jezusa i Jego życia odkryjemy więcej z tajemnicy chrześcijaństwa niż w skupianiu się na samym słowie pisanym.

Piszę o tym w kontekście doświadczenia medytacji, która dla mnie od lat jest właśnie takim przyglądaniem się Jezusowi w całej Jego zwyczajności i prostocie. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje Jezusa nawiązującego bliskie relacje z rybakami. Odwiedza ich w domu, uzdrawia teściową Piotra. I to jest to, co pozwala mi odkryć czym jest chrześcijaństwo: Jezus pragnie ze mną zwyczajnych, prostych relacji. Jest ze mną tam, gdzie mieszkam, gdzie prowadzę codzienne życie. Pragnie mnie ująć za rękę, być ze mną w czasie Eucharystii, medytacji, ale też wtedy, gdy piję herbatę, czy gdy odpoczywam. Wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności. Wszystko jest miejscem objawienia się Jego łaski.

Nie mam wątpliwości, że takiego spojrzenia nauczyła mnie i wciąż uczy medytacja. Uczy, że całe moje życie jest przesiąknięte Jego obecnością. Przypomina mi o tym każde wezwanie, które wraz z oddechem przywołuję w praktyce medytacji: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” i to samo wezwanie, które rozbrzmiewa w moim sercu zaraz po przebudzeniu z nocnego snu.

Taka świadomość Jego obecności daje w życiu dużo wolności, uwalnia od niepotrzebnych przywiązań i prób szukania zabezpieczeń na naszą ludzką rękę.

Niezwykłe dla mnie są te ramy życia Jezusa, które ukazuje dzisiejsza Ewangelia: synagoga – dom – modlitwa – znów synagoga. Jezus porusza się w swoim życiu w ramach naznaczonych obecnością Ojca i nas też tego uczy. Te przystanki jakimi w naszym życiu są modlitwa, Eucharystia, adoracja mają nam ciągle przypominać, że „w Bogu żyjemy poruszamy się i jesteśmy” i nic tego nie zmieni i tak jest dobrze, bo tak ma być! Bo On stworzył nas z miłości i niespokojne będzie nasze serce dopóki nie spocznie w Nim. Każdy zatem, kto próbuje uciec przed życiem w Jego obecności, co najwyżej może pogłębić swoje frustracje, bo nie jest to możliwe.

Medytacja to szukanie spoczynku dla mojego serca w Bogu. Bez względu na to czy aktualnie jest ono przepełnione radością, czy smutkiem, rozkołatane, czy spokojne, pełne pytań i wątpliwości czy ufne i pełne nadziej zawsze ma przystęp do Boga. Praktyka medytacji przypomina mi, że mogę się do Niego zbliżyć w każdych okolicznościach i każdym miejscu i trwać z Nim na modlitwie, tak jak On trwał na modlitwie przed Ojcem. Medytacja jest przestrzenią, gdzie pozwalam, by Jezus przelał na mnie swego ducha modlitwy.

„Wszyscy Cię szukają” – mówią uczniowie do Jezusa w dzisiejszej Ewangelii. Nie wiem czy tak jest. Chciałbym, żeby tak było i ufam, że nawet Ci, którym dziś nie do końca z nami – chrześcijanami – po drodze, to jednak czasem po omacku, ale szukają, choć nie do końca są świadomi, że ostatecznie szukają Jego.  

Może jeśli we mnie – chrześcijaninie – będzie pasja szukania Jezusa, to zainspiruję tą pasją innych. Oby tak było! Od ponad trzydziestu lat medytacja jest dla mnie tym, co rozpala tę pasję. Czasami myślę sobie, że fajnie byłoby gdzieś dotrzeć, ale od mistyków uczę się, że każda chwila, każdy krok w tej duchowej podróży jest ważny i ma swoje znaczenie, tak że sama droga w pewnym sensie jest celem. Bo to przecież On jest Drogą!

A codzienna praktyka medytacji przypomina mi jedynie, że TO, czego szuka moje niespokojne serce jest mi bliższe niż ja sam.

Zaczerpnąć ze zdroju zbawienia

Jan Chrzciciel tak głosił: «idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się, rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym».

W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na Niego. A z nieba odezwał się głos: «Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie». (Mk 1, 7-11)

Święto Chrztu Pańskiego kończy liturgiczny obchód okres Bożego Narodzenia. Pomyślałem sobie, że minął tak szybko, jak minie i nasze życie… Medytacja dzisiejszych czytań przenosi nasze spojrzenie z niezwykłego przyjścia na świat Jezusa i wczesnego dzieciństwa na same początki Jego działalności publicznej rozpoczętej właśnie od chrztu udzielonego Mu przez Jana Chrzciciela w wodach Jordanu. Jezus nie musiał tego robić – co słusznie zaznacza Jan w Mateuszowej odsłonie tej historii. Poddanie się temu obrzędowi podkreślało Jego solidarność ze mną i z Tobą, którzy potrzebujemy chrztu. Solidarność w miłości i lekcję pokory… I znów jako pierwszy doskonale odczytuje tę lekcję Jan Chrzciciel stwierdzając: „Trzeba, aby On wzrastał, ja natomiast abym się umniejszał” (J 3, 30) To również program na nasze życie, na nasze chrześcijaństwo…

Czytanie z Księgi Izajasza, które nawiązuje do codziennych ludzkich potrzeb, podkreśla, że nie można poprzestać jedynie na ich zaspokajaniu. Istnieje bowiem w człowieku głębszy głód, a mianowicie głód Boga. Przynaglając do zaspokojenia tego głodu, prorok woła: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko!” (Iz 55, 6). Szukanie Boga jest odpowiedzią na Jego miłość, uzdalniającą do przyjęcia przebaczenia i miłosierdzia, ale też do odkrywania Jego obecności w naszym życiu. Bez zaspokajania tego wewnętrznego głodu ryzykujemy, że staniemy się duchowymi anorektykami, próbując go oszukać i uciszyć jedynie substytutami, które nas nie nakarmią. Czy czasem nie postępujemy podobnie. Tymczasem łaska Boża nigdy nie jest bezowocna. Nawet jeżeli jedni odmawiają jej przyjęcia, to wydaje ona owoce w życiu tylu innych. Czy wydaje je także w moim życiu?…

Dzisiejsza Ewangelia według św. Marka z jednej strony uwypukla pokorę Jana Chrzciciela. Przypominają mi się w tym miejscu słowa z najnowszej płyty Marcina Stycznia, które wyśpiewał wprawdzie dla innego świętego (bł. Michał Giedroyć): „Mistrz drugiego planu”. Czy nie można by tych słów z powodzeniem odnieść do św. Jana Chrzciciela. To piękne powołanie. Także nasze powołanie. Być mistrzem drugiego planu, aby Jezus mógł być zawsze na pierwszym miejscu.

Z drugiej strony dzisiejsza Ewangelia ukazuje prawdziwą tożsamość Jezusa: „Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1, 11). U progu swej działalności Jezus zostaje uwiarygodniony na dwa sposoby: przez Jana – po ludzku – oraz przez Boga – w sposób nadprzyrodzony. Potem potwierdzeniem prawdziwości mesjańskiej misji Chrystusa stanie całe Jego życie, Jego działalność aż po osiągnięcie apogeum w Jego męce, śmierci i zmartwychwstaniu.

Papież senior Benedykt XVI powiedział: „O ile Boże Narodzenie i Objawienie Pańskie mają przede wszystkim uczynić nas zdolnymi do widzenia, otworzyć nam oczy i serca na tajemnicę Boga, który przychodzi, aby być z nami, to święto chrztu Jezusa wprowadza nas, rzec można, w codzienne osobiste relacje z Nim. Istotnie, przez zanurzenie się w wodach Jordanu Jezus zjednoczył się z nami”. Przez chrzest w Jordanie Jezus zbudował most między sobą a nami. Żyjąc zgodnie ze zobowiązaniami przyjętymi na chrzcie, mamy kroczyć drogą Jezusa, drogą nieustannego szukania Boga i pokornego posłuszeństwa Jego świętej woli, która – zgodnie ze słowami św. Jana z jego Pierwszego Liście – „nie jest ciężka” dla kogoś, kto kocha Boga.

Jak wspomniano Jezus nie potrzebował chrztu, ale przyjął go ze względu na nas. Mówi bowiem św. Paweł: „To zaś, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało i dla naszego pouczenia” (Rz 15, 4; por. 1 Kor 10, 11). Przez ten ewangeliczny opis możemy lepiej zrozumieć, co się dzieje w czasie udzielania sakramentu chrztu nam. Niebo się otwiera, Duch Święty zstępuje, a Bóg mówi: „Tyś jest moim umiłowanym dzieckiem, w Tobie mam upodobanie”. Dawniej nie myślałem w ten sposób o moim chrzcie, że było to tak niesamowite wydarzenie, do którego wciąż mam się odnosić i do niego powracać. Dzisiaj przeżywam go co roku, jako rocznicę powtórnych urodzin!

Dzisiejszy dzień jest okazją do tego, żeby podziękować za nasz chrzest. Zresztą, gdybyśmy byli świadomi tego, co nam przyniósł, nie przestawali byśmy dziękować!

Przez chrzest zanurzeni zostaliśmy w Jezusa, w życie Jezusa, w misję Jezusa, w Jego śmierć i zmartwychwstanie. Zanurzeni w Jego chwałę. Jest to niezwykła tajemnica naszej wiary i naszego życia: naszego życia w Jezusie – życia Jezusa w nas. Pięknie ubierze to w słowa św. Paweł: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie”. (Ga 2,20) W moim cierpieniu, przed którym przecież nie ucieknę, jest Jego zbawcze cierpienie. W śmierci, której się czasem boję, będzie Jego umieranie. Tam spotkam Jezusa, gdzie są krzyż, cierpienie i śmierć. On przeszedł ze śmierci do życia i mnie przeprowadzi, będzie to też moje przejście, moja pascha. Głęboko w to wierzę.

Chrzest włącza nas w najprawdziwszą relację jaka istnieje między Bogiem a człowiekiem. Ważne jest tylko byśmy jej nie zaniedbywali.

Chrzest daje nam prawo zwracać się do Boga: „Abba, Ojcze”. Dlatego, że Jezus jest naszym Bratem, a my jesteśmy dla siebie rodzeństwem, zrodzonym we Krwi i w Ciele Jezusa, choć tak często o tym zapominamy. Tymczasem św. Jan powie, że to wystarczający powód do wzajemnej miłości i jedności między nami. Jakże inny był by świat, jakże inaczej wyglądałby nasze domy, miejsca pracy, spotkania rodzinne, gdybyśmy podzielali myślenia św. Jana. Myślę, sobie, że dopiero w tym kluczu możemy zrozumieć wszystkie wydarzenia naszego życia. Wiara i miłość dają nam klucz do właściwej realizacji naszego życia. Temu, kto próbuje to robić wedle innego klucza nie może się udać. Owszem może w wymiarze doczesnym, ale nigdy w wymiarze duchowym i wiecznym. Pierwsza w tym kluczu swoje życie przeżyła Maryja, stając się dla nas Nauczycielką życia.

Tegoroczne święto Chrztu Pańskiego przeżywamy w dziwnym klimacie: naznaczonym pandemią, ale i dającą się coraz bardziej słyszeć agresją (już nie tylko słowną), nie rzadko – jak w przypadku naszego kraju – także antychrześcijańską czy antykościelną naznaczoną atakami na kościoły, mnożące się apostazje (często nieprzemyślane i sterowane przez argumenty skopiowane z Internetu, co daje się odkryć w rozmowach z wypisującymi się z Kościoła). Argumenty są różne i wciąż te same: hipokryzja Kościoła czy ludzi Kościoła, księża i ich postawy etc. W takich sytuacjach zawsze przypominają mi się mądre zdanie, że „kto odchodzi z Kościoła z powodu człowieka nigdy nie wszedł tam ze względu na Chrystusa”. A ja kocham mój Kościół ten pełen ludzkich słabości, potykający się o grzechy swoich dzieci, bo dla mnie fakt, że ludzie ze swoimi słabościami jeszcze nie rozwalili Kościoła jest najlepszym dowodem na to, że jest on dziełem Ducha Świętego i nie jest muzeum dla świętych, ale przystanią dla grzeszników, którzy dopiero dzięki mocy działającego w nim Boga mają szansę stać się świętymi, ale nigdy bez Niego!

Mnie zawsze zadziwia to, jak łatwo niektórzy ochrzczeni odrzucają to, co pochodzi od Boga. Idą natomiast za podszeptami ideologów uzurpujących sobie Jego miejsce w ich życiu i w świecie… Oczywiście każdy choć trochę znający historię człowieka i dzieje zbawienia wie, że u początków tej uzurpacji znajduje się aroganckie nieposłuszeństwo pierwszych ludzi wobec Boga. Zatem spoglądając na to, co można zaobserwować w dzisiejszym świecie chciałoby się rzec: nihil novi! Wprawdzie sprzeciw wobec Boga ma bardzo dawny rodowód, ale za to nie ma żadnej obiecującej przyszłości!

Żeby jednak zakończyć to rozważanie czymś optymistycznym i nie dać się ściągnąć w dół tym, którzy wieszczą koniec epoki chrześcijaństwa: dziękujmy za dar chrztu świętego i jakby na przekór panu tego świata, który na różne sposoby próbuje pokazać swoje kły i pazury, żeby nas nastraszyć starajmy się jeszcze obficiej czerpać ze zdrojów zbawienia. Tam jest nasza ostateczna nadzieja i nasze zwycięstwo!