Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Odkrywanie wewnętrznego bogactwa

Jezus opowiedział przypowieść, ponieważ był blisko Jeruzalem, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi.

Mówił więc: «Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się do dalekiego kraju, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: „Obracajcie nimi, aż wrócę”. Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: „Nie chcemy, żeby ten królował nad nami”.

Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał.

Stawił się więc pierwszy i rzekł: „Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min”. Odpowiedział mu: „Dobrze, sługo dobry; ponieważ w drobnej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami”.

Także drugi przyszedł i rzekł: „Panie, twoja mina przyniosła pięć min”. Temu też powiedział: „I ty miej władzę nad pięciu miastami”.

Następny przyszedł i rzekł: „Panie, oto twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: bierzesz, czego nie położyłeś, i żniesz, czego nie posiałeś”. Odpowiedział mu: „Według słów twoich sądzę cię, zły sługo! Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: biorę, gdzie nie położyłem, i żnę, gdzie nie posiałem. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał”.

Do obecnych zaś rzekł: „Zabierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min”.

Odpowiedzieli mu: „Panie, ma już dziesięć min”.

„Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach”».

Po tych słowach szedł naprzód, zdążając do Jerozolimy. (Łk 19, 11-28)

 

Dzisiejsza perykopa ewangeliczna przypomina nam, że każda i każdy z nas otrzymał od Boga wiele darów i talentów. Jemu zależy, abyśmy je pomnażali, rozwijali, byśmy nawet w drobnej rzeczy byli wierni.

Medytacja może być doświadczeniem odkrywania tych darów, których dotąd nie dostrzegaliśmy. W ciszy naszego serca, w które doświadczenie medytacji nas prowadzi łatwiej nam spotkać się ze sobą a jednocześnie z tym, w co zostaliśmy przez Boga wyposażeni. Jeśli podążając za słowem pozwolimy się Duchowi prowadzić w głąb nas samych, możemy doświadczyć niezwykłych odkryć darów i łask których się nie spodziewaliśmy: dar ciszy, dar kontemplacji, dar głębszego wglądu w rzeczywistość – to tylko niektóre z darów jakie może pomóc nam odkryć medytacja. A może doświadczenie spotkania ze sobą w ciszy medytacji pozwoli nam odkryć na nowo coś, co wcześniej zakopaliśmy w mrokach naszej nieświadomości, bo kiedyś nie wydawało się to talentem potrzebnym. Do pewnych darów i umiejętności korzystania z nich trzeba nieraz długo dorastać.

Ale medytacja to także odkrywanie prawdy, że na drodze rozwijania i  pomnażania złożonego w nas wewnętrznego bogactwa nie jesteśmy sami. Medytacja uświadamia nam, że tak naprawdę każde pomnożone w nas dobro jest łaską, jest dziełem Ducha działającego w nas. Aby jednak tak się stało potrzebna jest nasza chęć współpracy, nasza otwartość na Jego moc, nasza zgoda, aby On działał wedle swojej woli. Po prostu nasze FIAT wypowiadane w rytmie serca i oddechu przez wezwania, które jest modlitwą zawierzenia się i powierzenia się Duchowi działającemu w nas bez warunków i bez zastrzeżeń. Takiej postawy domaga się od nas postawa dobrego sługi, sługi który bez lęku i z zaufaniem powierza się swojemu Panu i Królowi.

Pozwólmy, aby medytacja była doświadczeniem, w którym Jezus dzięki otwartości naszego serca będzie mógł pomnażać w nas swoją łaskę, tak aby pomnożona mogła służyć zarówno nam jak i innym i aby w ten sposób nasze medytacyjne życie stawało się coraz bardziej bogate w miłość, dobroć, wrażliwość, pokój i zaufanie.

Niech zanurzenia się w ciszę medytacji pozwoli nam odkrywać i doświadczyć prawdy, że źródło prawdziwego bogactwa bije w nas.

 

Medytacja,

od zgiełku i tłumu, którzy są zwodniczymi nauczycielami,

uciekaj w ciszę swojego serca, którędy biegnie prawdziwa ścieżka uświęcenia.

Medytacja,

Modlitwa płynąca z serca i odpowiedź na nią,

Oto dwie miłości, które nie mogą się skończyć.

Nie zmarnuj talentów!

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

«Podobnie jest z królestwem niebieskim jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał.

Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi.

Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu Pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego Pana!”» (Mt 25, 14-15. 19-21)

Wspaniale nawiązał do przypowieści o talentach Jan Paweł II podczas spotkania z twórcami kultury i artystami, jakie miało miejsce w czerwcu 1991 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie. Mówił tak: Wyraz „talent” natrafia wśród twórców i artystów na żywy oddźwięk. Ale nie zapominajmy, że podstawowym talentem, jaki otrzymaliśmy od Stwórcy, jest nasze człowieczeństwo.

Co ja robię z samym sobą? – to jest najważniejsze pytanie, jakie wynika z przypowieści o talentach. Otóż podstawowym sposobem pielęgnowania i pomnażania tego talentu jest wsłuchiwanie się w przykazanie miłości i wierność temu przykazaniu. Człowiek jest jedynym stworzeniem na tej ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego – pisze św. Tomasz a Akwinu. Dlatego nie zrealizuje człowiek inaczej swojego życia, niż poprzez bezinteresowny dar z samego siebie.

To, jak przeżyliśmy nasze człowieczeństwo – jest pierwszą z wartości, z jakich zdamy sprawę na sądzie ostatecznym… Z miłością, czy bez miłości? A przejawem tejże jest w konsekwencji zawsze dobro!

Innym wielkim talentem, z którego zdamy sprawę na Sądzie Bożym, jest również sakrament chrztu a w szerszym wymiarze nasza wiara. Czy ja byłam/-em wierny łasce chrztu? Czy pozwoliłam/-em rozwijać się w moim życiu łasce wiary, która w taki lub inny sposób puka do drzwi każdego bez wyjątku człowieka? Czy w swoim życiu uwzględniałem Bożą wolę, czy też interesowały mnie tylko moje plany na życie?

Z kolei inny papież – Pius XI w swojej encyklice o małżeństwie pisał, że talentem powierzonym przez Boga mężowi i żonie jest łaska sakramentu małżeństwa. Niestety – kontynuuje w rzecznym dokumencie – niektórzy małżonkowie talent ten zakopali w ziemi i jest on w ich życiu talentem nieużytecznym. Małżeństwo wielu ludzi po ślubie kościelnym nie różni się od małżeństw ludzi niewierzących, a nieraz różni się na gorsze. Na pewno zdamy kiedyś sprawę z tego, jak wykorzystaliśmy Boże dary.

Ale talentem może być również powołanie do życia w samotności. Czy jeśli ktoś swoją samotność spędza w egoizmie albo w rozgoryczeniu można mówić, że dobrze wykorzystuje ten talent?

Bóg tak urządził świat, że różne dary, jakimi nas obdarza – również dary trudne – mają służyć ku dobremu, bo jak zaznacza to autor natchniony już na samym początku Biblii, wszystko, co stworzył Bóg jest dobre.

Jaki obraz Boga wyłania się z dzisiejszej Ewangelii?

Widzimy Boga, jako kogoś, kto jest bogaty, wielki a zarazem wielkoduszny, bo dzieli się swoimi dobrami ze sługami i pozwala im samodzielnie gospodarować swoim bogactwem. Bóg ufa człowiekowi! Powierza mu świat, daje mu zdolności, obdarza swoją łaską i czasem zdarza nam się Jemu za to nawet podziękować. Niekiedy jednak gubimy świadomość, że Bóg dając człowiekowi różnego rodzaju dary nie mówi: „róbta, co chceta” i że przyjdzie chwila, kiedy zapyta każdego bez wyjątku: co zrobił z powierzonym mu dobrem? Czy je pomnożył, czy je roztrwonił i zmarnował?…

Zaufanie, którym Bóg obdarza człowieka jest więc połączone z odpowiedzialnością!

Dzisiejsza przypowieść mówi nam zatem o miłości Boga, ale miłości, która nie jest naiwna – jak sądzą niektórzy – akcentujący przede wszystkim miłosierną miłość Boga, z której znika sprawiedliwość a wraz z nią poczucie respektu wobec Boga a więc to, co katechizm nazywa bojaźnią Bożą. Słyszy się często stwierdzenie: Bóg jest dobry, więc nam wybaczy i… przestajemy się przejmować odpowiedzialnością za powierzone nam dary.

Tymczasem dzisiejsza przypowieść uczy nas, że wiara i zaufanie do Boga są twórcze jedynie wówczas, gdy są połączone z bojaźnią Bożą. Nowoczesna myśl konsekwentnie ucieka od Boga, który kocha, ale i stawia wymagania, ufa człowiekowi, ale i zobowiązuje do go odpowiedzialności.

Kiedy na sądzie staniemy przed Bogiem tłumaczenie „Panie Boże chciałem dobrze, ale…” nie przejdzie! Bo jak mówi stare przysłowie: „Dobrymi chęciami…” niestety nie niebo jest wybrukowane.

Słowo, które przynosi uzdrowienie i wolność.

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.

Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.

Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)

Dziesięć to w tradycji żydowskiej liczba znacząca: tyle osób wedle tej tradycji liczy najmniejsza wspólnota liturgiczna. Ewangelia opowiada o dziesięciu ludziach dotkniętych trądem, który sprawia, że żywe ciało się psuje. Można o nich powiedzieć – umarli za życia. Sięgając do symboliki liczb można powiedzieć, że jest to obraz wspólnoty, która jest dotknięta przez grzech, którego konsekwencją jest i śmierć. „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (por. Rz 3,23-25).

Słyszymy w Ewangelii przejmujący krzyk trędowatych: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”! To wołanie tak dobrze nam znane z praktyki Modlitwy Jezusowej. Trędowaci wołają Jezusa po imieniu, jak przyjaciela, podobnie jak ślepiec pod Jerychem (Łk 18,38) i ukrzyżowany złoczyńca na Golgocie (Łk 23,42). Każdy z tych przypadków pokazuje, że jedyne, na co mogą się powołać prosząc o ocalenie, to uznanie własnej nędzy i ufność w Jezusowe miłosierdzie.

Modlitwa Jezusowa, to modlitwa żebraka. To modlitwa człowieka ubogiego, ale to także modlitwa pełna ufności, która całą swoją nadzieję odnajduje w Jezusie i wierze w Jego miłosierdzie.

Jezus nie uzdrawia trędowatych natychmiast, ale odsyła do kapłanów w Jerozolimie, którzy mają urzędowo stwierdzić oczyszczenie z trądu i przywrócić ich do życia we wspólnocie. A przecież to jeszcze nie nastąpiło! Gdy jednak zaczęli iść, zobaczyli, że są oczyszczeni. To posłuszeństwo słowu Jezusa przyniosło im uzdrowienie i wolność.

Ta perykopa uświadamia nam, że nasze zbawienie realizuje się przez posłuszeństwo słowu Jezusa a jednocześnie dokonuje się w drodze.

Oba te aspekty są obecne w praktyce medytacji monologicznej. Pierwszy to słowo, do którego się odwołujemy, w które się wsłuchujemy całym sercem i na działaniu którego opiera nasza praktyka medytacji. Drugim aspektem jest to, że medytacja jest drogą, w tym wypadku zarówno przez sam fakt regularnej praktyki, która nas kształtuje i rozwija, jak również przez fakt podążania w tej praktyce za Jezusem, który przez swoje słowo jest tu Nauczycielem i Przewodnikiem i który mówi sam o sobie: Ja Jestem Drogą… (J 14,6)

Wracając raz jeszcze do symboliki liczb zawartych w dzisiejszej Ewangelii warto zauważyć, że podążanie drogą medytacji odbywa się we wspólnocie, która stanowi ważny aspekt naszej praktyki, bo nieustannie uświadamia nam, że w tej duchowej podróży nie jesteśmy sami i że obecność, wiara i wytrwałość innych, którzy idą z nami tą drogą stanowi dla nas wsparcie, inspirację i motywuje do systematycznej praktyki. Co więcej, pozwala doświadczać mocy tej wspólnoty nie tylko, gdy modlimy się razem, zgromadzeni w sensie fizycznym w jednym miejscu, ale  również wtedy, gdy medytujemy oddzielnie. Każde wejście w doświadczenie medytacji włącza nas bowiem w wielką wspólnotę osób medytujących. Dobrze jest siadać do medytacji z tą świadomością, zwłaszcza w czasie pandemii, która choć fizycznie nas rozdziela, to duchowo może nas jednoczyć jeszcze bardziej, za każdym razem gdy siadamy do modlitwy w Imię Jezusa.

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam też o roli wdzięczności. Trędowaty doświadczył niesłychanej przemiany, uzdrowienia, czy wręcz można powiedzieć – zmartwychwstania! Jednak na tym nie kończy się ta historia. Wdzięczność Samarytanina uświadamia nam, że pełne zbawienie nie polega jedynie na doświadczeniu cudu przemiany, czy nawrócenia, ale na poznaniu i umiłowaniu Zbawiciela, i na trwaniu w komunii z Nim, które jest naturalną konsekwencją nawrócenia.

Niech każdy oddech towarzyszący naszej medytacji, każde wezwanie i każde uderzenie serca umacnia naszą komunię z Jezusem i będzie również modlitwą wdzięczności, za łaskę, której Chrystus nam nieustannie udziela, odpowiadając na nasze wołanie z wiarą: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną grzesznikiem.

Nie wszystkim można się podzielić

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść:

«Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły.

Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.

Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny». (Mt 25, 1-13)

Gdybyśmy pokusili się, aby zajrzeć do hebrajskiego oryginału Ewangelii według św. Mateusza okazałoby się, że pięć panien z opowieści Jezusa było mądrych, a pięć – po prostu głupich. Dosadnie i konkretnie.

Współczesne tłumaczenia – w tym to przed chwilą przywołane – są bardziej łagodne i ostrożne w słowach – mówią o pannach „roztropnych” i „nieroztropnych”. Które z tłumaczeń komuś przypadnie bardziej do gustu zależy zapewne od jego wrażliwości. Kiedy jednak autor natchniony używa mocnych słów, to nie dlatego, że chce kogoś obrazić, ale po to, aby oddać rzeczywistość taką, jaka ona jest, bez jej zmiękczania czy przemalowywania.

Mówię o tym, bo wiele osób jest dziś zarażonych wszechobecną „polityczną poprawnością” i boimy się wypowiadać słów mocnych i ostrych, choć spoglądając na ulice naszych miast w ostatnich dniach chyba się to zmienia. Przeciętny, kulturalny człowiek czuje, że nie wypada nazwać kogoś głupim, bo przecież może to kogoś urazić.

Nie zachęcam wcale do tego, aby być niekulturalnym, raczej zastanawiam się, czy zbytnia układność nie zniekształca czasem rzeczywistości, wobec której stajemy?

No bo jak inaczej – jeśli nie głupotą – nazwać można sytuację, gdy ktoś świadomie lekceważy to, co najważniejsze w życiu!? A o takiej postawie jest dzisiejsza Ewangelia.

W Mateuszowej Ewangelii panny mądre i głupie oczekują przed zamkniętymi drzwiami domu weselnego na przybycie pana młodego. Znamy tę historię na pamięć, a jednak kiedy jej słuchamy nasz sprzeciw może raczej budzić postawa tych mądrych czy roztropnych panien.

Bo czy panny mądre zachowują się zgodnie z chrześcijańskim obowiązkiem dzielenia się i wspomagania słabszych? Czy nie powinny użyczyć oliwy biednym, roztargnionym towarzyszkom? Czy nie zachowują się po prostu egoistycznie? „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie i kupcie sobie” – odpowiadają na prośbę o pomoc.

A może warto było podjąć ryzyko, może oliwy by starczyło? W końcu przecież pan młody zdążył nadejść, kiedy głupie panny były jeszcze w drodze do sklepu – była więc jakaś szansa. Na pierwszy rzut oka panny mądre wydają się po prostu małoduszne.

Dla zrozumienia tej przypowieści kluczowe jest dobre odczytanie obrazu uczty weselnej. Otóż jest ona metaforą zbawienia, czyli ostatecznego wejścia do wiecznego królestwa, którego symbolem jest uczta weselna.

Ewangelia chce nam powiedzieć, że zbawienie jest sprawą najpoważniejszą w życiu i dlatego największą nieroztropnością a wręcz głupotą byłoby ryzykować jego utratę. Aby pomóc innym, można ryzykować utratę świętego spokoju, majątku, zdrowia, dobrego imienia a nawet życia – nigdy jednak życia wiecznego.

Niedawno usłyszałam porównanie oliwy – czyli tego, co bierze się ze zmiażdżonych, wyciskanych oliwek – do serca zmiażdżonego, czyli takiego, które bez pychy i buntu przyjmuje trudne doświadczenia i niesie je jako krzyż. Taka postawa serca przynosi miłość, łaskę, dobro… Oliwa jest więc atrybutem mądrości, która jest konieczna by oświetlić drogi życia, abyśmy nie zabłądzili w drodze ku wieczności, abyśmy nie zboczyli z niej przez głupie decyzje.

Św. Tomasz z Akwinu za największy dar Boga dla człowieka uważał rozum, dzięki któremu potrafi rozpoznać i wybrać dobro. Za największy zaś grzech uważał niewłaściwe używanie rozumu, które prowadzi do wybierania zła.

Wyraziłem wcześniej przekonanie – które zapewne podziela większość z nas – że odmowa udzielenia pomocy to egoizm i bezduszność, dlatego słowa i postawa „panien roztropnych” budzą opór. A przecież istnieją rzeczy nieprzekazywalne: doświadczenie Boga, osobista z Nim więź, spędzony z Nim czas, łaska…

Tego, co w nas najcenniejsze, co jest naszym skarbem, często nie możemy przekazać, podobnie jak życiowej mądrości będącej wypadkową mojego i tylko mojego, bardzo osobistego doświadczenia…. Owszem, mogę komuś doradzić, wskazać drogę, ale nie jestem w zrobić komuś przysłowiowej dziury w głowie i wlać mu trochę oliwy mądrości, która jest moim udziałem. Do doświadczenia życiowej mądrości każdy musi dojść sam. Dlatego św. Tomasz z Akwinu płakał nad grzesznikami nie mającymi jego doświadczenia wiary i idącymi na zatracenie.

Oczywiście św. Tomasz nie wątpił w Boże miłosierdzie, ale też przypominał, że jest jedna, nieprzekraczalna granica dla Bożego miłosierdzia – jest nią wolna wola człowieka, który ma możliwość odrzucenia ojcowskiej miłości Stwórcy a co za tym idzie daru zbawienia.

Dlatego módlmy się często, aby i nam nie zabrakło oliwy mądrości w naszych życiowych wyborach i abyśmy nigdy nie korzystali z naszej wolności w taki sposób, który mógłby prowadzić nas do utraty tego najcenniejszego z darów, jakim jest nasze zbawienie!

Odnajdywać siebie we wspólnocie medytujących

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.

Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem». (Łk 14, 25-33)

Wszyscy idziemy w tłumie ludzi, którzy podążają za Jezusem. Są w tym tłumie twarze naszych bliskich, którzy uczyli nas wiary, stając się jej pierwszymi świadkami, są twarze naszych znajomych, przyjaciół, członków wspólnot, z którymi przemierzamy drogę życia. Każda z tych osób niesie – podobnie jak my – własną historię życia, własne pragnienia… Część tych historii jest historią, którą dzielimy z nimi. Dzisiaj, kiedy ze względu na pandemię nie jest nam dane spotykać się twarzą w twarz dobrze sobie te twarze przywołać w pamięci, podziękować za nie, za dar każdej osoby, którą Bóg postawił na drodze mojego życia, również życia we wspólnocie medytacyjnej. Ile godzin spędziliśmy siedząc razem na medytacji, podczas rozmów, różnego rodzaju spotkań: na miejscu i podczas wyjazdów, w grupie i w wymiarze prywatnym. Kawał historii naszego życia, naszej drogi wiary…

Warto zapytać siebie, co mogę powiedzieć o sobie, o moim stanie ducha dziś, gdy dotyka nas czas pandemii, kiedy stajemy wobec niewiadomej? Czy świadomość, że nadal jesteśmy wspólnotą, że modlimy się razem – choć oddzieleni od siebie – wpływa na ten stan ducha? Czy dodaje nam sił i wzmacnia naszą wiarę i nadzieję?

Medytacja jest zaproszeniem do tego, by nieustannie odnajdywać siebie we wspólnocie medytujących. Jest praktyką, która podpowiada nam, że w drodze naszej wiary i naszych zmagań z rzeczywistością nie jesteśmy sami. Dobrze mieć tę świadomość zwłaszcza w czasach, gdy wiele osób bardzo źle znosi rozłąkę, przeżywa niemożność spotkań czy lęk (o siebie lub o najbliższych) przez szerzącą się pandemią. Dobrze o nich pamiętać medytując i modlić się za nich, tak aby doświadczenie wspólnej modlitwy dodawało im sił i ducha.

Ale medytacja to przede wszystkim uczenie się skupienia na spojrzeniu Jezusa, który podobnie jak w dzisiejszej Ewangelii w największym nawet tłumie potrafi dostrzec każdą i każdego z nas i spogląda na nas zawsze z miłością. Medytacja to uczenie się wychwytywania tego Jezusowego spojrzenia i odpowiadania na nie naszym spojrzeniem miłości i wiary.

Jezus przypomina nam dzisiaj o krzyżu, o tym, co jest dla każdej i każdego z nas najtrudniejszą ofiarą, co najwięcej nas kosztuje. Pozwólcie że raz jeszcze powrócę do rzeczywistości pandemii. Ona także dla wielu – nie tylko zmagających się z wywołaną przez wirus chorobą – może być doświadczeniem krzyża. Czy godzę się na ten krzyż? Czy potrafię przyjąć go z ufnością, że jak każdy inny krzyż, który jest mi ofiarowany przez Jezusa jest mi dany po coś, jest mi dany dla mojego uświęcenia i umocnienia mojej wiary? Czy doświadczenie tego konkretnego wymiaru krzyża zbliża mnie do Jezusa, czy oddala od Niego?

Medytacja jest doświadczeniem, które pragnie przez zatrzymanie się u stóp Jezusa, przez zasłuchanie w Jego słowo umacniać nas w wierze, czerpać siły z Jego obecności i bliskości.

Jezus opowiada nam dzisiaj przypowieści, w których uczy nas uczciwego i mądrego podchodzenia do naszych życiowych wyborów. Życie z Jezusem jest jak budowanie i jak walka. Trzeba najpierw dobrze poznać swoje możliwości i słabości.

Ten obraz budowania wieży jest mi szczególnie bliski. Kiedy słucham słów Jezusa nie mam na myśli jakiejś wieży na zewnątrz siebie, ale wieży, którą za św. Teresą z Avila można by nazwać „twierdzą wewnętrzną”. Ta wieża to symbol Królestwa Bożego, które jeśli mam budować wokół siebie, muszę najpierw zbudować w sobie, w moim sercu.

Jak wygląda to budowanie Królestwa Jezusa w moim sercu? Czy pozwalam by fundamentem tej budowli były wiara, nadzieja i miłość?… Czy walczę o to, aby nikt i nic innego nie zawładnęło moim sercem, ale aby ono nieustannie  należało do Jezusa i tylko do niego?

Medytacja jest dla mnie nieustanną walką, o moje serce! O to by było ono sercem otwartym dla Jezusa, dla Jego słowa, Jego łaski i Jego miłości. Medytacja jest budowaniem w moim sercu rzeczywistości Królestwa Bożego, lecz nie przy pomocy moich własnych środków, możliwości i planów. Ja co najwyżej jestem pomocnikiem Najwyższego i Najlepszego Architekta. Praktyka modlitwy monologicznej uczy mnie nieustannie jak pozwalać budować Jemu w moi sercu najpiękniejszą budowlę wznoszoną z takich elementów jak Jego łaska – na którą się otwieram w tej modlitwie, Jego słowo – w które się wsłuchuję, Jego miłość – na której pragnę się całkowicie oprzeć.

Medytacja monologiczna jest raczej szkołą tego jak nie przeszkadzać Jezusowi kształtować moje życie według Jego pomysłu, aby Jego Duch, który zapoczątkował we mnie dobre dzieło mógł doprowadzić je do końca do dnia Chrystusa [por. Flp 1,6].

W dzisiejszej Ewangelii Jezus uczy nas, że w podejmowaniu dojrzałych wyborów konieczne jest wejście w głębszy kontakt z samym sobą, z własnymi motywacjami, z potrzebami, z wewnętrznymi konfliktami.

Medytacja monologiczna jest niezawodną drogą wiodąca nas ku głębszemu kontaktowi z samym sobą, z naszym sercem. Dlatego jest nazywana także Modlitwą Serca. Uczy nas także, że bez kontaktu z samym sobą nie sposób spotkać się z Bogiem, który jest obecny w moim sercu i stamtąd pragnie przemawiać do mnie. Medytacja jest też najbezpieczniejszą drogą do spotkania z samym sobą, gdyż to spotkanie dokonuje się zawsze w Chrystusie i przy zanurzeniu w Jego łasce, dlatego staje się też najlepszym sposobem oczyszczania i wzmacniania naszych motywacji; szukania odpowiedzi na nasze najgłębsze potrzeby (bo jak mówi św. Augustyn: „Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Tobie Boże”); i wreszcie wyciszania naszych wewnętrznych konfliktów i zaprowadzaniu pokoju w naszym sercu. Pokoju, który jest niewzruszony wobec różnego rodzaju okoliczności, które staja się naszym udziałem właśnie dlatego, że jest darem samego Jezusa.

Wierzymy, że słowo Jezusa, w które wsłuchujemy się w medytacji czyni nas mocnymi Jego mocą, zdolnymi stoczyć zwycięsko każdą bitwę ze złem a nade wszystko czyni nas wewnętrznie wolnym od wszystkiego, do czego nie warto się przywiązywać, by być jak najbardziej otwartym na Bożą obecność i łaskę.

Panie Boże,

prosimy Cię, aby ta prosta i cicha modlitwa do jakiej nas zapraszasz w medytacji była skierowana na większą chwałę Twojego Majestatu i na Jego służbę.

Aby każdy oddech był doświadczeniem Twojej Bożej obecności i miłości.

Aby każde słowo modlitwy, było udziałem w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa.

Aby każdy powrót do wezwania Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem był wyznaniem, że Ty jesteś naszym jedynym Panem i Bogiem, w którym pokładamy naszą nadzieję.

Maryjo, Nauczycielko Medytacji, przyjmij nasze myśli, uczucia i nasze serca,

ucz je skupiać na Twoim Synu, tak jak były na Nim skupione Twoje myśli, uczucia i serce

i zawierzaj nas nieustannie Jego miłosiernej miłości. AMEN