Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ciasne drzwi

„Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?”. Pytanie o możliwość zbawienia niewierzących lub niepokój, że ktoś może na zawsze zostać oddzielony od Boga – czego symbolem jest piekło zawsze niepokoiło człowieka począwszy od ludzi prostych aż po wielkie filozoficzne umysły. Ciekawe jest to, że Chrystus – jedyny, który na to pytanie zna pewną odpowiedź – nie wchodzi w dywagacje, co do liczby zbawionych. Wzywa nas natomiast do skoncentrowania się na chwili obecnej i to właśnie w trosce o własne zbawienie. Używając obrazowego porównania prosi abyśmy szukali drzwi, przez które można wejść na ucztę zbawionych. Z założenia te drzwi są otwarte dla wszystkich, ale są postawione pewne wymagania wobec tych, którzy chcieliby przez nie przejść. Bo jak dodaje Chrystus „Wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają”. Nie znaczy to bynajmniej, że ostateczny rezultat owej walki o zbawienie jest już przesądzony. Sprawa jest otwarta, dopóki żyjemy. Ale przyjdzie czas, kiedy drzwi do nieba zostaną zamknięte, podobnie jak w przywołanej przez Chrystusa przypowieści. Ważną zatem rolę z punktu widzenia Ewangelii odgrywa tutaj czas. Ten czas to nasze życie i nie jest bez znaczenia jak je przeżyjemy.

„Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!” – brzmi przestroga wypowiedziana przez Chrystusa, który odwołuje się do prawdy o sądzie ostatecznym. Mogą się one nam wydawać sprzeczne z Bożym miłosierdziem. Tak jednak nie jest. Miłosierdzie nie oznacza unieważnienia sprawiedliwości. Miłosierdzie Boże to otwarta brama do nawrócenia, to stałe wezwanie do porzucenia grzechu, zła, niesprawiedliwości. Gdyby ktoś chciał rozumieć miłosierdzie, jako przekreślenie granic między dobrem i złem na zasadzie „wszystko jedno, Bóg i tak mi przebaczy”, ten czyni z miłosierdzia karykaturę i naraża się na utratę zbawienia. Warto podkreślić tę prawdę w przeżywanym obecnie Roku Miłosierdzia.

Chrystus mówiąc o tych, którzy „przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa…” podkreśla prawdę o powszechności zbawienia. Bóg nikogo nie wyklucza ze swojej łaski. Otwiera drzwi na wszystkie strony świata. Zaś ową wąską bramą zbawienia jest Krzyż Chrystusa. Jego ramiona wyciągnięte na krzyżu oznaczają uniwersalizm miłości Boga.

Można by zapytać zatem, czy można znaleźć się poza zasięgiem tej zbawczej miłości? Niestety tak. Nie oznacza to, że Bóg przestanie kochać człowieka nawet, gdyby ten przez grzech odszedł od Niego bardzo daleko. Na tym polega jednak wolność człowieka, że może on tak bardzo przywiązać się do swojego grzechu i zła, że ceną za to będzie odrzucenia miłości Boga, która wzywa do porzucenia grzechu. Miłość bowiem ze swej natury domaga się jednoznacznych wyborów. Możemy oszukiwać siebie, że jeszcze zdążę się nawrócić, lub że przecież są tacy, którzy żyją gorzej ode mnie.

„Są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi” – mówi Jezus. Te słowa można odnieść też do chrześcijan nazbyt pewnych swojego zbawienia, którzy odkładają swoje nawrócenia na później i nie chcą w pełni odpowiedzieć na miłość Chrystusa, aby pójść drogą wiary sumienia i świętego życia, a nie tylko powierzchowności i rytuałów. Można oszukiwać siebie, ale Pana Boga nie oszukamy.

Moja wiara jest drogą

I tak oto znów Pan Bóg daje mi na początek dnia swoje słowo, słowo, które jest szczególnie bliskie memu sercu, bo towarzyszy mi nieprzerwanie od trzydziestu lat. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zagościłem w klasztorze ojców benedyktynów w Tyńcu, podczas moich studiów w Krakowie, to właśnie ten cytat, zaczerpnięty z duchowego testamentu Izajasza witał wchodzących do domu gości, którzy przybywali, aby odbyć swoje rekolekcje.

Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela:

W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie,

w ciszy i ufności leży wasza siła. [Iz 30,15]

To ważne przypomnienie, że w każdym czasie jesteśmy wezwani do nawrócenia a jedocześnie słowo, które wzywa nas do przestawienia akcentów. Tak często bowiem sami obmyślamy sobie różne strategie, również te dotyczące życia duchowego, czy naszego nawrócenia, przemiany naszego życia. I tak często z tych planów niewiele wychodzi. A potrzeba – jak mówi Jezus – tak niewiele, albo tylko jednego: z ufnością złożyć swoje życie w Bogu i w ciszy wsłuchać się w to, jaki plan On dla nas przygotował a potem iść za tym głosem. Tylko tyle i aż tyle…

Jest taki apoftegmat, który opowiada o tym, że ktoś zapytał abba Antoniego: „Czego powinienem przestrzegać, aby podobać się Bogu?” Starzec mu odpowiedział: „Przestrzegaj tych moich nakazów: dokądkolwiek pójdziesz, zawsze miej Boga przed oczami; cokolwiek robisz czy mówisz, opieraj to na Piśmie Świętym; a gdziekolwiek raz już zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo. Tych trzech rzeczy przestrzegaj, a będziesz zbawiony”.

Niby prosta nauka, żadna wyszukana teologia. Okazuje się jednak, że proste wskazówki bywają najtrudniejsze. Abba Antoni uzmysławia nam, że zanim usłyszymy mądrą naukę, wpierw warto wiedzieć, czego chcemy od życia. Można słuchać wspaniałych nauk duchowych, ale jeśli człowiek nie wie, do czego powinien je wykorzystać i odnieść, na niewiele się one nie przydadzą. Zanim zatem pojawi się pytanie, musi pojawić się pragnienie. Dla chrześcijanina zaś tylko jedno pragnienie powinno być dominujące: jak żyć, aby podobać się Bogu? Antoni odpowiada na to pytanie w trzech punktach:

  • „Dokądkolwiek pójdziesz, zawsze miej Boga przed oczami”. Chodzi tutaj o pamięć o Bogu w każdej sytuacji życia. To fundament. Ta pamięć to nic innego jak odpowiedź na przykazanie miłości. Kiedy kogoś kocham – nie zapominam o nim! Ta pamięć przenika moje serce, moją duszę, moje działania. W stosunku do Boga, to krok, bez którego nie da się dojść do zjednoczenia z Nim. Jak to uczynić w życiu pełnym gonitwy, ciągle piętrzących się terminów, spraw do załatwienia? Dla mnie odpowiedzią na to pytanie stała się medytacja, modlitwa Jezusowa. I znów niby prosta metoda modlitwy, ale wcale nie łatwa, lecz bez wątpienie potrafiąca sprawić cuda z naszym „brakiem pamięci” o Bogu.

  • „Cokolwiek robisz czy mówisz, opieraj to na Piśmie Świętym”. Drugi punkt, wskazuje na umiłowanie Bożego Słowa. I znowu przypominają mi się tutaj słowa św. Hieronima: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Bynajmniej nie chodzi tutaj jednak o bezmyślne czytanie całej Biblii, żeby tylko przeczytać, czy o uczenie się jej na pamięć. Chodzi raczej o wierność temu Słowu. I w tym miejscu punkt drugi łączy się z pierwszym. Najpierw musi być miłość do Boga i chęć życia w zjednoczeniu z Nim a wówczas zasłuchanie w słowo Boże stanie się tego konsekwencją. Kto z nas nie lubi wsłuchiwać się w to, co mówi do nas osoba kochana przez nas i dla nas ważna?

  • „Gdziekolwiek raz zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo”. Często i niestety błędnie to wezwanie Antoniego rozumiemy, jako odniesienie do tego, co zewnętrzne, jako wezwanie do odnalezienia swojego miejsca tam, gdzie Bóg nas obecnie postawił: w pracy, w konkretnych warunkach życiowych, relacjach z innymi. Czasem, gdy coś nam nie wychodzi mamy pokusę, aby to zmienić, aby od tego uciec a tym czasem Antoni wzywa do odkrywania tego, do czego Pan Bóg nas wzywa tu i teraz. I owszem jest to zapewne ważny aspekt naszego powołania. Ale ważne, aby w tej zachęcie Antoniego odnaleźć to, co jest stokroć ważniejsze. Benedykt określa to mianem „zamieszkania u siebie”. To, z czym najczęściej dzisiaj spotykam się w mojej posłudze spowiednika, czy towarzyszenia duchowego to pokusa ucieczki od… siebie. A to właśnie w zgodzie na to, kim jestem i na to, co odkrywam w moim wnętrzu jest pierwszy i zasadniczy krok do zgody na swoje życie. To właśnie przed tą ucieczką od siebie i od prawdy o sobie przestrzega nas abba Antoni i wzywa jednocześnie do wytrwałości w odkrywaniu tej prawdy. Może nie zawsze będzie ona dla nas radosna i przyjemna, ale ostatecznie tylko w tej prawdzie o sobie mogę spotkać Boga obecnego w moim życiu i pragnącego przemieniać moje życie takim, jakim ono jest a nie takie, jakie sobie wymyśliłem. Dlatego dla mnie wezwanie św. Antoniego jest potwierdzeniem słów proroka Izajasza przywołanych na początku i inspiruje mnie do ciągłego odbywania podróży w głąb siebie i poszukiwania tam obecności Boga. To jest też droga do pokoju serca.

Moja wiara jest drogą. To droga, która ma dwa wymiary, jeden w głąb siebie, drugi na zewnątrz. Dzisiaj po latach różnych doświadczeń, błędów, błądzeń i powrotów mogę stwierdzić z całkowitą pewnością, że miedzy tymi dwoma wymiarami drogi musi istnieć pewna równowaga. Wówczas każdy z nich będzie prowadził do spotkania z Bogiem. Z jednej strony będzie do Niego prowadziła droga w głąb siebie, gdzie trzeba zgodzić się na pewnego rodzaju samotność, więcej trzeba polubić swoje własne towarzystwo  a także zgodzić się na długie etapy podróżowania w ciszy bez słów, gdyż to w ciszy najmocniej ujawnia się prawda o nas. Z drugiej strony w każdym napotkanym człowieku chcę widzieć Pana Boga. I w tym wymiarze realizuje się to, o czym mówi Chrystus: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili” [Mt 25,40]. Czasem to „czynienie” może wydawać się pozorną bezczynnością, bo bywa i tak, że jedyne, co możemy dać innym to czas, wysłuchanie ich, pobycie z nimi w ciszy. Ale odnajduję Chrystusa również w tym, co inni robią dla mnie, ofiarowując mi swoją obecność, swój czas czy też duchowe wsparcie.

A tak przy okazji łączę się duchowo z Marcinem pielgrzymującym Camino de Santiago. Gdy wsłuchuję się w jego komentarze zamieszczane przy okazji pielgrzymowania przypomina mi się moja własna pielgrzymka do Santiago, chyba jedna z najlepszych, jakie w życiu odbyłem. Od tego wydarzenia mija już dziesięć lat. Później chciałem powtórzyć tę drogę na rowerach w towarzystwie alumnów, ale skończyło się tylko na Rzymie.

Jeśli ktoś nie miał okazji iść do Santiago de Compostela to zapewniam, że to wspaniała okazja do odkrywania śladów Bożej obecności we wszystkim, co nas otacza, nie mówiąc już o napotkanych na wspólnej pielgrzymiej drodze ludziach. Ci, którzy przeszli choćby fragment szlakiem jakubowym mówią, że to przede wszystkim pielgrzymka w głąb siebie, w głąb własnej duszy. To pokonywanie własnych słabości i czas na rozmowę z innymi, napotkanymi po drodze ludźmi, rozmowę z Bogiem, i wreszcie, co wcale nie mniej ważne a zarazem bezcenne na drodze wiary – rozmowę z samym sobą.

Magnificat

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas do wyśpiewania wraz z Maryją wielkiego dziękczynienia Bogu za wielkie rzeczy jakich dokonał i dokonuje nieustannie. Hymn uwielbienia wyśpiewany przez Maryję jest nie tylko konsekwencją widzenia Bożego działania w historii zbawienia jak i w życiu samej Maryi czy też Jej najbliższych, ale staje się dla nas wciąż aktualną lekcją odkrywania działania Boga w naszym życiu i trwania w dziękczynieniu za to, że historia zbawienia wciąż trwa a my jesteśmy zaproszenia do współtworzenia tej historii z Bogiem…

Wielbi dusza moja Pana
I raduje się duch mój w Bogu , moim Zbawcy

Bo wejrzał na uniżenie
Swojej Służebnicy.

Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
Wszystkie pokolenia

Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny,
Święte jest Jego imię.

A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie
Nad tymi, co się Go boją.

Okazał moc swego ramienia
Rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu,
A wywyższył pokornych.

Głodnych nasycił dobrami.
A bogatych z niczym odprawił.

Ujął się za swoim sługą, Izraelem,
Pomny na swe miłosierdzie.

Jak przyobiecał naszym ojcom,
Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. (Łk 1, 46-56)

wniebowzięcie NMP

Uwielbiać Boga… Oto najważniejsze i najbardziej owocne zajęcie w życiu… Jest to „święty fundament”, który pozwala sensownie, efektywnie i twórczo funkcjonować w codzienności. Dzięki modlitwie uwielbienia możemy doświadczać kojącego uzdrowienia, dobrego odreagowania i uwolnienia od wielorakich zniewalających sieci. Dokonuje się wewnętrzne zrównoważenie uczuć i myśli. „Niedomiary” i „nadmiary” zaczynają tworzyć harmonijną całość, w której wszystkiego jest „tyle, ile trzeba”.

Najlepszy przykład takiej postawy daje nam Maryja, która całym sercem wyśpiewała hymn: „Wielbi dusza moja Pana”. Są to pierwsze słowa radosnej pieśni, która zapisana jest w Ewangelii według św. Łukasza (por. Łk 1, 46-56). Nie chodzi o dokładny zapis stenograficzny, ale z dużym prawdopodobieństwem modlitwa skomponowana w tym stylu mogła często pojawiać się na ustach Maryi. W starożytności i w średniowieczu wielu ludzi znało Psalmy i duże fragmenty Pisma Świętego na pamięć. Był to naturalny budulec w modlitwach wznoszonych do Pana. Ponadto, Maryja pochodziła z rodu kapłańskiego i wedle tradycji apokryficznej pewien czas spędziła przy Świątyni Jerozolimskiej.  

Maryjne uwielbienie jest wzorcem, który pozwala przezwyciężyć dwie częste pokusy. Z jednej strony jest to nasycone beznadzieją tkwienie w świecie „szarej powtarzalności”. Stałe prace, obowiązki i problemy wywołują efekt przytłoczenia i nerwowej niecierpliwości. Codzienność przypomina odbywanie kary w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Niektórzy usiłują znaleźć iluzoryczną odskocznię w używkach lub przygodach, aby zapomnieć o „dołującej szarości”.  

Jest też druga pokusa, zupełnie innego rodzaju. Tym razem intuicja jest bardzo dobra, ale konkretna realizacja jest niezbyt szczęśliwa lub wręcz szkodliwa. Chodzi o błędnie rozumianą „modlitwę uwielbienia”. Spotkanie z Panem ogranicza się wtedy do niekontrolowanego wyrażenia emocji, które spontanicznie wyrzucane są na zewnątrz poprzez słowa i gesty ciała. Takie działanie daje początkowo efekt uwalniającego odpłynięcia  czy odreagowania, swoistego katharsis. Niestety, potem we wnętrzu nie ma głębokiego duchowego pokoju, lecz dominuje emocjonalne rozkojarzenie. Po ochłonięciu daje o sobie znać głód kolejnej dawki emocji. Najsmutniejsze są zachowania nacechowane poczuciem wyższości, które nie rzadko można dziś spotkać u przedstawicieli niektórych ruchów charyzmatycznych. Jest to zaprzeczenie ewangelicznego uwielbienia, które powinno być przeniknięte pokorną miłością. 

Aby nie ulec tym dwom pokusom, najlepiej brać przykład z Maryi, która jest mistrzynią uwielbienia Boga. Najpierw warto zwrócić uwagę, że pierwsze wezwanie w Maryjnym hymnie po grecku brzmi megalynei. Słowo to pochodzi od słowa „wielkość” (megalos to po grecku wielki). Tak więc uwielbiać znaczy dosłownie „czynić wielkim”, „wysławiać wielkość”.  Rdzeniem zdrowej modlitwy uwielbienia jest wysławianie w sercu wielkości Boga. Ten akt może być wyrażony poprzez spokojne słowa, lub bezsłowne trwanie w ciszy lub też emocjonalne gesty. Istotne znaczenie ma jednak to, co dzieje się we wnętrzu człowieka. Tylko człowiek, który w głębi serca uznaje się za małego i nie ma ambicji wielkości, może uznać wielkość  Boga. Znaczy to, że Bóg jest  prawdziwie uwielbiany tylko wtedy, gdy serce modlącego się jest przeniknięte pokorą. To wewnętrzne nastawienie jest ważniejsze od wszelkich zewnętrznych form ekspresji.

Istnieje jeszcze jeden fundamentalny wymiar „świętego uwielbiania”. Otóż Maryja nie zatrzymuje się na poziomie „własnej spontaniczności i twórczości”, ale  wypowiada  słowa, które są mocno zakorzenione w słowie Boga. W jej ustach z mocą wybrzmiewają Psalmy i różne odniesienia do Starego Testamentu. Zwłaszcza Psalmy są rewelacyjną formą i zarazem szkołą modlitwy uwielbienia. Z ich pomocą nasze uwielbienie nabiera duchowej głębi, wpisując się w wielowiekowy strumień wołania do Pana. Nie grozi wtedy emocjonalna powierzchowność. Zewnętrzna ekspresja uwielbienia staje się odzwierciedleniem głębokich uczuć. Odmawianie Psalmów, lub inspiracja nimi, jest także szczególną ochroną, wręcz swoistym „egzorcyzmem”, który chroni przed złymi myślami i różnymi diabelskimi pokusami i atakami.

Tak więc specyfiką uwielbienia na wzór Maryi jest: uznanie wielkości Boga, pokorne uniżenie i zakorzenienie w słowie Bożym. Dzięki temu życie nabiera żywych barw. Emocje są też ważne, ale mają znaczenie drugorzędne, jako czynnik wspierający duchowe zjednoczenie z Bogiem.  

Aby zapłonął ogień

Muszę przyzna, że wakacyjne niedziele rodzą we mnie pewnego rodzaju wyrzuty sumienia a powodu „nicnierobienia”. Niby spędzam je tak, jak Pan Bóg przykazał, na odpoczynku, nie umniejszając w niczym święcenia Dnia Pańskiego, ale całoroczne przyzwyczajenia, które sprawiają, że dla księdza niedziela jest też dniem pracy, lub jak ktoś by to ładnie określił dniem wzmożonej służby w parafii, odprawienie jednej Mszy świętej a potem spędzenie reszty czasu na przyjemnym odpoczynku rodzi we mnie mieszane uczucia. To potwierdza jedynie prawdę, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka… 

Kiedy wczytuję się w dzisiejszą Ewangelię (nie musząc przygotowywać kazania) rodzi ona we mnie dzisiaj jednoznaczne skojarzenia z wielkim pożarem, jaki miał miejsce ostatnio na Maderze. Ogień, który początkowo wydawał się małym pożarem przy udziale upału i silnego wiatru w błyskawicznym tempie zaczął się rozsiewać po całej wyspie, tak, że po kilku dniach strażacy z wyspy nie potrafili sobie już z nim dać rady. Trochę przypomina mi to rodzące się do życia chrześcijaństwo. Początkowo wydawało się ono lokalnym problemem Palestyny, ale wystarczył silny powiew Ducha Świętego, aby kolejne ogniska zaczęły się rozprzestrzeniać w takim tempie, że ówczesna władza cesarstwa rzymskiego nie była go już w stanie stłumić.  

Funchal - pożar6

„Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął”. Aby zrozumieć te słowa, trzeba sięgnąć do wypowiedzi Jana Chrzciciela, który zapowiadając nadejście Mesjasza, mówi: „On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem” (Łk 3,16). W opisie zesłania Ducha Świętego ogień jest jednym z Jego symboli. W scenie powołania Mojżesza symbolem Bożej obecności jest płonący krzew. Ogień jest więc jednym z symboli odnoszących się do samego Boga a mówiąc konkretnie do Jego miłości. Jego miłość płonie i chce zapalić cały świat. Przy ołtarzu w kościele płoną świece. To znak Boga, który przychodzi po to, by zapalić nasze serca, oczyścić z tego, co w nas grzeszne, słabe, udawane. Chrystus pragnie nas przemienić (przebóstwić, jak mówi wschodnia teologia). Człowiek jest powołany do tego, aby zapłonąć ogniem Bożej miłości bo do tego został powołany i stworzony. Grzech, który stłumił ów ogień musi zostać pokonany a drogą do tego jest oczyszczenie serca człowieka, które ma prowadzić go na nowo do głębokiego zjednoczenia z Bogiem i Jego wolą, co uniemożliwia grzech, który jest sprzeniewierzeniem się tej woli a mówiąc konkretnie odejściem od miłości. Dzieło Chrystusa i Ducha Świętego, którego On posyła by kontynuował Jego dzieło na świecie ma prowadzić człowieka do odnalezienia siebie w Bogu i upodobnienia się do Niego.

„Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. Słowo „chrzest” jest tutaj metaforą męki na krzyżu. I będzie to akt najwyższej miłości. Ten, który kocha, chce dowieść jak najprędzej swojej miłości. Jest więc w Chrystusie jakaś święta niecierpliwość, by dokonać tego dzieła, gdyż tylko Bóg, który jest wiecznym teraz widzi końcowy efekt tego działania.  Gdyby człowiek potrafił patrzeć tak jak Bóg nie pragnął by niczego innego, jak tylko jak największego zaangażowania się w to dzieło odnowy. Ta świadomość i to pragnienia cechuje ludzi świętych. Patrząc na Chrystusa i słuchając o Jego pragnieniach warto pomyśleć o swoich najgłębszych pragnieniach. Czego ja właściwie chcę w życiu? Czy to pragnienie, które sjest w sercu Jezusa ożywia moje pragnienia, działania, wybory? Zarówno wymiarze osobistym, w wymiarze mojej relacji do Boga, jak i drugiego człowieka a dalej także społeczeństwa, ojczyzny, świata? Czy jestem gotów oddawać życie (spalać się) z miłości?

Te słowa są trudne do zrozumienia. Z jednej strony Ewangelia wielokrotnie mówi o Jezusie, jako o Tym, który przynosi pokój. A tymczasem słyszymy: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam”. Chrześcijanie mają przede wszystkim służyć sprawie pokoju. Ale nie ma on nic wspólnego z tzw. Świętym spokojem, który często zyskuje się za cenę prawdy a w zasadzie jej zafałszowania czy przeinaczania. We współczesnym świecie przykładów takich postaw można dostrzec aż nadto. Chrystus nie okłamuje nas mówiąc, że prawda będzie powodować rozłamy, ponieważ część ludzi nie chce jej przyjąć. Co więcej, część z nich chce tę prawdę zagłuszyć i dlatego ucieka się do kłamstwa a nawet przemocy. Innymi słowy jest wielu, którzy swoim działaniem chcą zgasić ten ogień, który Jezus przyniósł na ziemię. Ma to miejsce i wymiarze rodzinnym i społecznym i w wymiarze globalnym. Nie chcą, żeby zapłonął ogień prawdy, który ich parzy. Dlatego pojawiają się podziały, napięcia, wcale nie rzadko także w domach rodzinnych a więc tam, gdzie tego pokoju życzyli byśmy sobie najbardziej. Chrystus nigdy nie obiecywał uczniom, którzy chcą być wierni prawdzie Ewangelii łatwego życia. Swoimi słowami przygotowuje ich niejako na napięcia związane z wiernością. Chrześcijanin nie może rezygnować z prawdy w imię fałszywego pokoju. Nie może unikać konfliktu za wszelką cenę, ale musi się trudzić, czasem narażać, np. mówiąc rzeczy niepopularne w swoim środowisku (również rodzinnym). Oczywiście na agresję nie może odpowiadać agresją, na przemoc przemocą. Zło ma zwyciężać dobrem. Nienawiść miłością. Jednak taka postawa kosztuje wiele i pomimo dwóch tysięcy lat głoszenia tej prawdy chciałoby się powiedzieć, że dzisiaj wcale nie mniej niż kiedyś…

Nie bójcie się…

„Nie bójcie się!” Od takich słów rozpoczyna się dzisiejsza perykopa ewangeliczna. To wezwanie, które Chrystus kierował do swoich uczniów wielokrotnie. Jestem już na tyle stary, aby pamiętać, że właśnie takim wezwaniem rozpoczął swój niezwykły pontyfikat św. Jan Paweł II a reakcja zgromadzonego na placu św. Piotra tłumu potwierdziła jedynie, że te słowa były tak bardzo potrzebne. Dzisiaj, gdy katolickie (i nie tylko tygodniki) pełne są jeszcze relacji z wizyty papieża Franciszka w Krakowie warto podkreślić, że właśnie to wezwanie Ojciec Święty powtórzył także do młodzieży zgromadzonej na Polach Miłosierdzia. Kiedy je usłyszałem zrobiło mi się ciepło na sercu. „Nie bójcie się” – słowa, których wartość nie przemija i które są tak bardzo potrzebne wobec różnorodnych zagrożeń, niepewności przeżywanych przez współczesnego człowieka, lękającego się o swoje jutro, o to czy będzie miał pracę, lękającego się o bezpieczeństwo swoje, najbliższych, o przyszłość…

„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo”. Kościół w wielu miejscach świata jest „małą trzódką”. Nieraz patrzymy z niepokojem na słabe statystyki praktyk religijnych, albo na to, że wciąż w wielu krajach świata wyznawanie wiary w Chrystusa wiąże się z realnym niebezpieczeństwem, albo na mocno kontestowane w wielu krajach niegdyś chrześcijańskiej Europy a dzisiaj opierających się na laickim prawie odwoływanie się do moralności opartej na Ewangelii. Tymczasem Jezus mówi: „Nie bójcie się”, nie wpadajcie w panikę. Lęk jest złym doradcą. Nasza wiara nie ma się opierać na zewnętrznych oznakach mocy ani na ludzkich statystykach. To nie z wielkich liczb płynie nasza siła, ale z Boga. Jezus chce, byśmy sercem zawsze czuli, gdzie jest nasz największy skarb. Niezależnie od tego, czy jest nas dużo, czy mało; czy jesteśmy silni czy słabi; mogący w wolności wyznawać swoją wiarę czy prześladowani. Nawet „mała trzódka”, pozbawiona swobody wyrażania swojej wiary pozostaje znakiem czegoś największego… Jest zaczynem przemiany całego świata. To dlatego pierwszych chrześcijan tak bardzo się lękały nawet potężne imperia i teoretycznie silne ideologie.

„Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie”. Jezus porównuje swoich uczniów do sług, którzy powinny być w stałej gotowości na spotkanie z Panem. Nie wzywa więc nas do luźnego stylu życia, do beztroski. Chciałoby się w tym miejscu przywołać znów słowa papieża Franciszka o tzw. „kanapowych chrześcijanach”. Liczne komentarze uzmysławiają mi, że to wezwanie niektórych dotknęło, „uderz w stół…”  To dobrze, że Papież przypomniał, że chrześcijaństwo oznacza życie w stanie podwyższonej gotowości. Mamy mieć oczy, uszy i serca otwarte, wrażliwe, uważne. Nie możemy przestać od siebie wymagać – o tym przypominał też wielokrotnie św. Jan Paweł II i mamy być gotowi do służby. To odwrócenie logiki myślenia, które się wbija dzisiaj młodemu pokoleniu: „wszystko ci się należy…”  Chrześcijanin nie może być kimś rozmemłanym. Proces stawania się letnim i byle jakim chrześcijaninem zaczyna się zazwyczaj od rzeczy drobnych. Z czasem te drobiazgi pociągają kolejne, większe odejścia od wierności. Nie bez przyczyny Chrystus wzywa do wierności w rzeczach małych!

„Piotr zapytał: »Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?«”. To pytanie Piotra jest klasyczną próbą ucieczki, wymigania się od odpowiedzialności. Kiedy słyszymy Boże wezwanie, zwłaszcza trudne i wymagające, wolimy udawać, że nie chodzi o nas. Mówimy sobie, że chodzi o innych albo tak ogólnie, o wszystkich. Jezus odpowiada na pytanie Piotra pytaniem retorycznym. Jeśli czujesz, że otrzymałeś coś od Boga, to chodzi właśnie o Ciebie. „Komu wiele dano, tym więcej od niego żądać będą.” I nie chodzi tutaj o targowanie się czy porównywanie z innymi. Każdy, kto na mocy chrztu świętego otrzymał obietnicę zbawienia otrzymał wystarczająco dużo, aby nie wypłacić się za ten dar całe swoje życie…

Jezus przekazuje dzisiaj obietnicę dla sług czujnych, wiernych i roztropnych. Nastąpi niezwykła zamiana miejsc. Bóg zaprasza nas do służby, powierza nam odpowiedzialność, ale jednocześnie pokazuje, że sam jest odpowiedzialny wobec nas i za nas. On nie rzuca słów na wiatr. Taki właśnie obraz Boga pokazał nam Jezus. Pokazał, że Bóg tak nas kocha, że chce nam służyć swoją miłością i uczyć życia opartego o miłość. Inne z Bożej perspektywy nie ma sensu. Miłość jest kluczem. Tylko ona potrafi zamienić najtrudniejsze obowiązki w błogosławieństwo, w radość służby.