Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

uchwycić chwilę obecną


Gdy przyjrzeć się działalności Chrystusa przez pryzmat dzisiejszej Ewangelii trudno by ocenić czy Jezus jest człowiekiem drogi, tłumu czy modlitwy w miejscach pustynnych. Dopiero w szerszym kontekście charakterystyka jego życia i posługi układa się w większą całość, będąc dla nas także wskazówką jak żyć jako chrześcijanin we współczesnym świecie.  Oczywiście poza działalnością miał także szczególne miejsca , w których odpoczywał, gdzie czół się dobrze wśród swoich, zaznając ciepła ich miłości. Zwykle myśląc o takim miejscu najpierw przychodzi nam na myśl pewien dom w  Betanii, gościna Łazarza, Marty i Marii, o którym wspomina Ewangelia? Ale dzisiejsza Ewangelia przypomina nam jeszcze inny dom, w którym Jezus szczególnie czuł się jak u siebie: dom Piotra i Andrzeja w Kafarnaum.
Do czego jednak zmierzam?
Otóż dzisiejszy tekst jest tak bogaty (opisując zapewne typowy dzień publicznego życia Jezusa), że zazwyczaj nie zatrzymujemy się na pewnej ważnej cesze tego dnia. A tymczasem jest się nad czym zastanowić.
„Czas leci jak tkackie czółenko” – przypomina nam z właściwym sobie realizmem  Hiob. Kto z nas nie doświadcza owego wszechogarniającego tempa życia. Wielu przyznaje, że sobie zupełnie z nim nie radzi. Gdy wczytywałem się w dzisiejsze czytania pomyślałem sobie o tym jak to przeżywał Chrystus, który z naszego punktu widzenia miał tego czasu jeszcze mniej. Zaledwie trzy lata. Trudno powiedzieć na ile był tego czasu świadomy (tu teologia fundamentalna snuje różne domysły, ale to rozważanie na inny temat). Pracując kiedyś w jednej z parafii, na terenie której znajdował się szpital onkologiczny i hospicjum i mając okazję spotykać się z osobami chorymi na raka łatwo było zauważyć, że człowiek, który przeżywa swoje życie ze świadomością możliwie bliskiej czekającej go śmierci, przezywa je zupełnie inaczej. Wówczas na plan pierwszy wychodzą zupełnie inne wartości niż te, którym często my, łudzący się perspektywą długiego życia dajemy pierwsze miejsce. I przyznać musze, że niejednokrotnie wiele z tych osób mnie zawstydzało swoim sposobem patrzenia na rzeczywistość. A czy przypadkiem nie wszyscy powinniśmy spoglądać na nie podobnie. Nie, żebym zaraz chciał kogoś straszyć perspektywą śmierci, ale przecież wszyscy ku niej nieuchronnie zmierzamy a kto z nas wie komu bliżej. Wspominam o tym właśnie dlatego, że jest to perspektywa, która zmusza nas często do przewartościowania wielu spraw a taki duchowy remanent jest myślę potrzebny raz na jakiś czas każdej i każdemu z nas.


Co jest dla mnie najważniejsze? Za czym gonię? Czemu poświęcam najwięcej energii w moim życiu? I czy naprawdę warto? Czy nie zaniedbuję tego, co naprawdę istotne?
To pytanie, które warto zadać sobie nie tylko przy okazji rachunku sumienia, ale tez po to, aby spokojniej przeżywać nasze codzienne życie…
Zawsze kiedy o tym rozmyślam moje myśli wracają do pewnej postaci, która nauczyła mnie trochę inaczej spoglądać na pewne sprawy. Mam na myśli nieżyjąca już Chiarę Lubich, założycielkę Ruchu Focolari,  którą dane mi było spotkać kilkakrotnie.
Wśród wielu cech duchowości ruchu, który stworzyła, była często podkreślana przez nią duchowość chwili obecnej.
Wracam do jej rozważań bardzo często, i są one dla mnie codziennym drogowskazem.

Gdy spoglądamy na działalność Chrystusa, to to, co się z niej przebija to właśnie owa umiejętność życia chwila obecną i całkowitego zaangażowania w tu i teraz. Naturalnie życie chwila obecną nigdy nie przysłaniało Mu świadomości celu ku któremu dążył, wręcz przeciwnie ta świadomość wzmacniała zdolność przeżywania tu i teraz dla Boga i dla tych, którym tę obecna chwile poświęcał. Później te sama zasadę przejął św. Paweł w całej intensywności swojego życia. Właśnie z tego doświadczenia zdaje się wypływać jego słynna zachęta: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” [1 Kor 10,31].  Zresztą chwila obecna jest kluczowym pojęciem życia duchowego nie tylko w chrześcijaństwie, ale też w innych wielkich religiach. Może dlatego, że wobec nieustannego przepływu czasu odkryto ją jako tamę, chwilę zatrzymania, pomoc. Poznałem wiele osób, które próbując uczynić tę duchowość swoją własną, nie doznałby wielkiej pomocy dzięki uczeniu się życia chwilą obecną. Moim skromnym zdaniem to cudowna i pomocna duchowość dla tych, którzy, borykają się z trudnościami i niepokojami życia, odczuwają w jakiś sposób potrzebę zatrzymania czasu, w rodzaju egzystencjalnego time-out, dla odnalezienia siebie i swego planu życia.

Chiara zwykła powtarzać:
– żyjąc chwilą obecną możemy dobrze wypełniać wszystkie nasze obowiązki
– żyjąc chwilą obecną stajemy się zdolni dobrze i głębiej przeżyć rożne doświadczenia składające się na nasza codzienność a w konsekwencji i sama codzienność składająca się na całokształt naszego życia.
– żyjąc chwilą obecną łatwiej nam dostrzec Boże natchnienia, dotknięcia Jego łaski, które przychodzą w teraźniejszości.
– żyjąc chwilą obecną jesteśmy w stanie owocnie budować naszą dojrzałość a w konsekwencji także i świętość: Św. Franciszek Salezy mówił: „Każda chwila przychodzi z zadanym obowiązkiem i idzie zanurzyć się w wieczności, aby utrwalić w niej to, co z nim zrobiliśmy”

A zatem:
– Świadomość chwili czyni nas bardziej odpowiedzialnymi za życie. Które przecież realizuje się tu i teraz a nie w przeszłości, która już nie wróci ani w przyszłości, której może nigdy nie być.

– Życie chwilą obecną uczy nas zauważać zarówno Pana Boga działającego w codzienności, jaki i drugiego człowieka, jako daru, któremu winniśmy nasza uwagę, ilekroć przy nim jesteśmy. Jak wiele z tego tracimy będąc tu i teraz a naszą myślą wybiegając już gdzieś do przodu. Podobnie jest z naszym z życiem duchowym i modlitwą, jak często tracimy ten cenny czas będąc myślami gdzie indziej zamiast być tu i teraz dla tego z którym się spotykamy i dla siebie.


– Głębokie i uważne przezywanie chwili obecnej ma zdolność ubogacenia nas i przyniesienia większych owoców tego, co czynimy.

– Odkrycie chwili obecnej zakłada pełne zaangażowanie się w nią, dzięki temu może ono stawać się forma ascezy, gdy podejmujemy z miłością i zaangażowaniem to, co może nie zawsze lubimy robić.

– Życie chwila obecną uczy wierności obowiązkom – nie, że mi się czegoś nie chce, że nie mam sił, że nie lubię – to  są zbyt częste i zbyt płytkie wytłumaczenia.

– Dzięki życiu chwila obecną uczymy się widzieć za każdym wydarzeniem Jezusa, który nas powołuje do konkretnego zadania i współpracy z Nim.


– Przeżywanie chwili obecnej uczy spoglądania na każdą chwilę i zawarte w niej spotkania i wydarzenia, jako zaproszenie Jezusa, by dokonać czegoś prostego, ale zarazem pięknego, bo prostota jest jedną z najbardziej chrześcijańskich cnót.

– Świadomość chwili obecnej uczy zakorzenić się w woli Bożej i trwania w niej a z kolei  zanurzenie się w woli Bożej, pozwala inaczej spojrzeć na świat i na realia mojego „osobistego życia”.

– Może to truizm, ale kochać i dobrze przezywać  swoje życie, to kochać i dobrze przeżywać  chwilę obecną!

„Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny” – przypomina Chrystus [Łk 16,10]. Jeżeli Pismo Święte uczy dobrze spełniać małe rzeczy, to właśnie taka jest charakterystyczna cecha tego, kto całym sercem czyni tylko to, czego Bóg żąda od niego w chwili obecnej. Jeśli ktoś żyje chwilą obecną, Bóg żyje w nim, a jeśli Bóg jest w nim, jest w nim miłość. Kto żyje chwilą uczy się być cierpliwym, wytrwałym, łagodnym, nieprzywiązanym do niczego, miłosiernym, ponieważ ma miłość w jej najwyższym i najbardziej prawdziwym wyrazie, gdyż miłość wyraża się najpełniej w tym, co drobne, codzienne i wierne; uczy się zgody na prowadzenie przez Ducha Świętego, a zatem nie osądza, nie myśli źle, ma w sobie siłę ewangelicznego szaleństwa, by kiedy trzeba „nadstawić drugi policzek” i „iść dwa tysiące kroków…” (por. Mt 5,41) Uczy się co w praktyce oznacza „oddać Cezarowi to, co należy do Cezara a Bogu to, co należy do Boga” (por. Mt 22,21), bo czyż w istocie nie na tym polegają nasze codzienne wybory i wartościowanie na którym opieramy nasze życie?
Słowem, ten, kto żyje chwilą obecną, jest tak jak Chrystus w Drodze, choć jednocześnie jest zanurzony w całej pełni w Życiu, a także w Bogu. Wszak od tego świadomego zanurzenia w Nim zaczyna się wszystko :„Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” [Mk 1, 38].

Dla chrześcijanina nie ma znaczenia czy wiele czyni, ale to, jak czyni. Nawet Jezus historyczny nie zmienił świata. Czasem mogło się wręcz zdawać, że poniósł klęskę. Ważne jest wypełnić ten plan, jaki Bóg ma wobec nas, i nic więcej, ale z pewnością także nic mniej! On chce byśmy pracowali  na swoim miejscu, a to zobowiązuje nas nie tylko do przeżywania świadomie chwili obecnej, lecz do tego jednego szczegółu dzieła, jaki mamy spełnić w świecie. Oczywiście, jeśli między sobą nie jesteśmy zjednoczeni, podobni do wielu odrębnych kawałków, będzie nam się wydawało, że osiągnęliśmy raczej mało. Lecz gdy jesteśmy zjednoczeni, to, co czyni jeden, ma wpływ na działanie innych. I wtedy każdy czyn będzie zdawał się osiągać rozmach i wymiar, nie mówię uniwersalny. Czy mamy tego świadomość jak wiele w świetle powyższej prawdy znaczy każdy mój uczyniony bądź zaniedbany czyn czy gest. Doceńmy zatem ten uśmiech, który mamy podarować, tę pracę, którą mamy wykonać, ten samochód, który trzeba prowadzić, ten posiłek, który mamy przygotować, czy spożyć, to spotkanie, w którym mam uczestniczyć,  tę działalność, którą mamy podjąć, tę łzę którą trzeba wylać, ten artykuł czy list do napisania, to miłe wydarzenie, które trzeba docenić. Wszystko może stać się narzędziem przez które okażemy Bogu i braciom naszą miłość. Wszystko zostało powierzone naszym rękom i naszemu sercu, aby nasze  życie uczynić spełnionym nie tylko w wymiarze doczesnym ale i wiecznym; nie tylko w wymiarze osobistym, ale też społecznym czy uniwersalnym. Nawet, gdyby nikt miał o nas nie usłyszeć; nawet gdyby nikt miał naszego wkładu nie docenić, On nigdy nam tego nie zapomni.


Tak więc żyjąc chwilą obecną, możemy zauważyć, że – jeśli żyje się nią dobrze – można dzięki temu dobrze przeżyć cale nasze życie.



W ciszy jest cisza
w promieniu jest promień
człowiek mieszka w człowieku
wszystko jest wszystkim
 
to jest pełnia

Dialogować z buddystami

Kiedy czyta się gazety (nawet te katolickie), czy słucha bardziej zorientowanych stacji radiowych, gdyż telewizja wspomina o tym jedynie zdawkowo wydawać by się mogło, że dialog jaki jest prowadzony przez Kościół katolicki dotyczy głownie innych wyznań chrześcijańskich i ewentualnie dwóch tzw. religii monoteistycznych, gdyż z racji wiary w Boga (jedynego) z tymi religiami coś nas łączy. Oczywiście to bardzo okrojony obraz, gdyż Kościół podejmuje też całkiem skuteczny dialog zarówno z przedstawicielami hinduizmu jak i buddyzmu, którego konkretne owoce także są widoczne, choć zupełnie inne niż w przypadku pozostałych rodzajów dialogu a to dlatego, że i płaszczyzna odniesienia i spotkania jest nieco inna. Przykładem takiego dialogu z buddyzmem jest tzw. Dialogue Interreligion Monastic, na płaszczyźnie którego dokonało się nie tylko wiele spotkań i cennych inicjatyw, ale który nie mam co do tego wątpliwości przynosi także konkretne owoce duchowe. Z wielu z nich mogli korzystać i zapewne korzystali również czytelnicy tego bloga a to za sprawą najaktywniej bodaj działającego na tej płaszczyźnie katolickiego mnicha z Polski – ojca Jana Berezy. Ale w dialog ten równie aktywnie włączają się polscy jezuici. Pisze o tym, bo co i rusz dane jest mi uczestniczyć w mniejszym lub większym spotkaniu na tej płaszczyźnie (gdyż nikt inny w diecezji nie chce się tym dialogiem zajmować od czasu odejścia ks. prof. Dajczera, który jako fenomenolog religii buddyzmowi poświecił wiele lat swoich naukowych badań). Ostatnio dane mi było w ramach spotkania poza typowym „Tygodniem dialogu” uczestniczyć. Choć buddyzm w naszym kraju nie jest tak zinstytucjonalizowany jak islam czy judaizm, to jednak co jakiś czas nadarza się okazja do spotkań z przedstawicielami tej lub innej wspólnoty, które wnoszą także w ten wymiar dialogu wiele dobrego. Kiedyś nawet jeden z moich buddyjskich przyjaciół, którego poznałem jeszcze w czasie moich krakowskich studiów i który nomen omen zaprowadził mnie po raz pierwszy do klasztoru w Lubiniu i do Ojca Jana próbował mnie uczyć jak tworzyć haiku. I tak zaczęła się moja długa choć może niezbyt błyskotliwa przygoda z buddyzmem, któremu nawet poświęciłem jedną z pisanych prac i kilka drobnych artykułów, po to, by tę pierwszą miłość porzucić na rzecz romansu z islamem, którego ani nie chciałem, ani nie zakładałem. Życie jest pełne paradoksów. Przynajmniej moje. Ale jak powiadają stara miłość nie rdzewieje, dlatego czasem tak dla przyjemności wracam do spotkań z moimi buddyjskimi przyjaciółmi i więcej czasu niż innym religiom poświęcam buddyzmowi na wykładach z religiologii.  

mój pociąg pędzi
z chyżością dwu haiku
na pół godziny


o każdej porze dnia
kwitną wciąż nowe kwiaty
w kalejdoskopie


gdy jeszcze ciemno
słońce wstaje i rosą
podlewa ogród


anioł przy studni
sprawdza czy widać piekło
z drugiej strony dna


anioł zmartwiony
prowadzi małe dzieci
starsze uciekły


zagajnik sosen
a przy piaszczystej drodze
madonna równin

Zasadniczo buddyzm zawiera w sobie trzy wielkie tradycje duchowe: Hinajanę czyli „Mały Wóz”, Mahajanę czyli „Wielki Wóz” oraz Wadżrajanę czyli „Diamentowy Wóz”. Ideologiczne rozbieżności między buddystami różnych tradycji są stosunkowo duże. Są one odzwierciedleniem ich religijno-filozoficznych postaw, stosunku do tradycji, pojmowania celów i zadań danej tradycji w ich konkretnej sytuacji historycznej.
Kościół jest otwarty na dialog z różnymi tradycjami buddyzmu a jego stanowisko zostało wyrażone w „Deklaracji o Stosunku Kościoła do Religii Niechrześcijańskich Nostra aetate: „Buddyzm, w różnych swych formach, uznaje zasadniczą niewystarczalność tego zmiennego świata i naucza sposobów którymi ludzie, w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą do najwyższego oświecenia (…) Kościół Katolicki nie odrzuca niczego z tego, co w religiach owych jest prawdziwe i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak mają w sobie promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi”.
„Dialog jako potencjalne odniesienie do ludzi „inaczej wierzących” domaga się wraz z szacunkiem dla osób i sumień – osobiście świadomej postawy religijnej. Dokumenty soborowe wyraźnie wskazują, że chodzi tu o postawę ugruntowaną na stosunku do prawdy. Ta właśnie postawa nie powinna uchylać się od próby dialogu, wręcz przeciwnie, w nim właśnie zdaje ona właściwy sobie egzamin duchowej dojrzałości. Chodzi tutaj nie tylko o egzamin z praw wiary z „przyświadczenia” danego im przez rozum, chodzi równocześnie o egzamin z miłości do człowieka, do ludzi odmiennych przekonań, podejmowany na gruncie wiary. Nie jest to egzamin łatwy, łatwiejsza z pewnością byłaby wiara „bez dialogu”. Jednakże Sobór, który stara się odpowiedzieć na pytanie; co to znaczy być wierzącym członkiem Kościoła – nie może nas zwolnić od tego egzaminu”[K. Wojtyła, U podstaw odnowy soborowej. „Znak”, nr 297/1979 s.184).
Buddyści i Jezus Chrystus]

Wprawdzie Budda unikał jakichkolwiek wypowiedzi na temat istnienia czy nieistnienia Boga. Mogłoby wydawać się więc, że pytanie „jak buddyści postrzegają Jezusa Chrystusa” jest bez znaczenia; gdyż „Jezus Chrystus, według doktryny chrześcijańskiej, jest pełnym i ostatecznym objawieniem, jedynego i prawdziwego Boga. Jednakże są buddyści wierni nauczaniu buddyzmu, próbujący pokonać tę trudność”. Do takich właśnie należą: Masao Abe (reprezentant tradycji buddyzmu mahajany); uczony, znawca buddyzmu, przywódca światowego dialogu buddyjsko-chrześcijańskiego. Czcigodny Buddhadasa (reprezentant tradycji buddyzmu hinajany), Jego Świątobliwość XIV Dalajlama (reprezentuje buddyzm tybetański, jest głową „żółtych czapek” tyb.dGe-lugs-py (2) i władcą religijnym wszystkich tybetańczyków), oraz Czcigodny Thich Nhat Hanha wywodzący się z buddystów wietnamskich obecnie przebywający na emigracji we Francji. Dla Masao Abe istotne jest w dialogu obustronne wzbogacenie, przez poznanie innej duchowości; dzięki swojej refleksji „nad buddyjską koncepcją siunjata (pustki) (3) Rozpoczynając od cytatu św. Pawła z Listu do Filipian 2, 5-8, Masao Abe stwierdza, że jest to jeden z wywierających największe wrażenie fragmentów w Biblii. Rozumie on kenozę (ogołocenie) Chrystusa nie jako coś częściowego, ale coś zupełnego i gruntownego. Kenoza Chrystusa oznacza, że jako Syn Boży zasadniczo i w gruncie rzeczy, ogołocił się On i wyrzekł samego siebie. Innymi słowy, musi ona być widziana w kontekście problemu ludzkiego „ja”. W tym sensie, każdego dnia, tu i teraz umieramy jako jako „stary człowiek” i zmartwychwstajemy jako „nowy człowiek” razem z Chrystusem (…) Abe rozumie zbawczą funkcję Chrystusa, tzn. mesjańskość, w kategoriach Jego samoogołocenia. Kenoza Chrystusa polega na tym, że jest On zarówno uniżony, jak i wywyższony na wyższe miejsce niż przedtem. Teologia krzyża jest czymś abstrakcyjnym w oderwaniu od teologii chwały (…) Od swojej refleksji na temat kenozy Jezusa Chrystusa, Abe przechodzi do pojęcia kenozy Boga. Pyta on: „Czyż nie jest tak, że kenoza Chrystusa , to znaczy samoogołocenie się Syna Bożego, ma swoje źródło w Bogu Ojcu, tj. w kenozie Boga?” Utożsamia on kenozę z miłością, z przebaczeniem, która jest prawdziwą naturą Boga. Innymi słowy, kenoza dla Abe jest nie tyle zwyczajną cechą Boga, ile Jego fundamentalną naturą „Bóg jest Bogiem nie dlatego, że Bóg sprawił, iż Syn Boży, który przyjął ludzką postać i został poświęcony, podczas gdy Bóg pozostał Bogiem, ale ponieważ Bóg jest Bogiem cierpiącym, Bogiem samopoświęcajacym się przez całkowitą kenozę. Kenotyczny Bóg, który całkowicie siebie ogałaca i całkowicie siebie poświęca, jest prawdziwym Bogiem. I jest to właśnie ten kenotyczny Bóg, który całkowicie zbawia wszystko, włączając w to istoty ludzkie i naturę, przez samoofiarującą, pełną wyrzeczenia miłość”[Religie Świata o Jezusie. DokumentPapieskiej Komisji do spraw Dialogu Międzyreligijnego. KSJ, Katowice 1998, s. 63-73]

Dla Czcigodnego Buddhadasy podobnie jak dla Masaeo Abe poznanie Jezusa Chrystusa ma na celu raczej wzajemne duchowe ubogacenie niż dyskutowanie polemicznych punktów chrześcijańskiej i buddyjskiej teologii. To właśnie z Nowego Testamentu Buddhadasa wywodzi swą wiedzę na temat Chrystusa. Można powiedzieć, że „szczerze respektuje to, co Nowy Testament naucza. „W kontekście grzechu Buddhadasa przede wszystkim mówi o Chrystusie, który przyszedł, aby odkupić ludzi z (niewoli) grzechu, i dlatego jest On określony jako „Odkupiciel” (…) przyszedł na świat, aby zniszczyć strach i zło, które powodują cierpienie (…), to wiara w Jezusa jest narzędziem wyzwolenia. Wiara i strach nie mogą współistnieć: tam, gdzie jest wiara, nie może być strachu. W ten właśnie sposób wiara w Jezusa Chrystusa jedna człowieka z samym sobą, ujawniając jego prawdziwą naturę”. Jezus jest prawdziwym „Odkupicielem” (…) jest inicjatorem „Drogi do Boga”. Miłość do innych jest rdzeniem Jego misji i Jego życia i nie wypływa ona jedynie z indywidualności Jezusa Chrystusa , ale wynika z samego bycia Bogiem” [Religie Świata o Jezusie. DokumentPapieskiej Komisji do spraw Dialogu Międzyreligijnego. KSJ, Katowice 1998, s. 70-73]

Jego Świątobliwość XIV Dalajlama „jest pod ogromnym wrażeniem nauczania Jezusa Chrystusa (…) Zachowując najgłębszy szacunek dla Jezusa Chrystusa, jest on jednocześnie zwolennikiem wszystkich działań, zmierzających do osiągnięcia celu, o którym nauczał Chrystus, nawet jeśli byłby on osiągnięty metodami i technikami stosowanymi przez buddyzm. Ten cel, o którym nauczał Chrystus, to przekształcenie samego siebie. Odwiedzając Lourdes (…), Dalajlama powiedział: „Szczęście, którego doświadcza odwiedzający miejsce takie jak to, trudno opisać. Wizyta taka nie jest jedynie wyrazem solidarności. Jest ona również doświadczeniem bycia twarzą w twarz z Jezusem Chrystusem i Maryją (…) Nie można się tych rzeczy nauczyć z żadnej książki; aby uchwycić ich istotę, trzeba praktykować (wyznawać) religię” [j.w.].
Czcigodny Thich Nhat Hanha snując swoją refleksję o Chrystusie mówi: „Kiedy patrzymy i próbujemy dotknąć głębi nauczania Jezusa, moglibyśmy wgłębić się w realność Boga. Miłość, zrozumienie, odwaga i akceptacja są przejawami życia Jezusa. Mógł On dotrzeć do ludzi Jego czasów, dając im pomoc Ducha Świętego, którego sam posiadał i Królestwo Boże, które w Nim było (…) Uważam, że musimy uważnie się przyjrzeć każdemu faktowi z życia i nauczania Jezusa i pozwolić, aby stały się dla nas wzorcem w naszym życiu. Jezus żył dokładnie tak, jak nauczał. Musimy zgłębiać Jego życie, aby lepiej zrozumieć Jego nauczanie” [Religie Świata o Jezusie. DokumentPapieskiej Komisji do spraw Dialogu Międzyreligijnego. KSJ, Katowice 1998, s. 63-73] .
Biorąc pod uwagę fakt, że buddyzm jest bogaty w tradycje kontemplacyjne warto tutaj zwrócić uwagę na tekst Thomasa Mertona poświęcony kontemplacji i dialogowi. Pisze on o wielkim znaczeniu kontemplacji w dialogu międzyreligijnym. Ponieważ kontemplacja chrześcijańska ześrodkowana jest na Tajemnicy Krzyża Chrystusowego, który stanowi tajemnicę kenozy, samoogołocenia Boga, można więc powiedzieć, że ta Tajemnica jest w jakiś niepojęty sposób uniwersalna i obejmująca całą ludzkość: „W tej tajemnicy napotykamy pełne chrześcijańskie wyrażenie dialektyki pełni i pustki, todo y nada, próżni i nieskończoności, które pojawiają się w sercu wszystkich wielkich, tradycyjnych postaci mądrości kontemplacyjnej. Również tutaj, paradoksalnie, napotykamy w „nauce Krzyża” odrzucenie wszelkich ludzkich mądrości (1 Kor 1,18-25) po to, aby człowiek mógł bezpośrednio spotkać światło i potęgę Boga (…) To właśnie tutaj zawarta jest chrześcijańska odpowiedź na głębokie pytania zadane przez te wszystkie starożytne tradycje, które próbują pojąć te główne prawdy na swój własny sposób” [Thomas Merton. Mistycy i mistrzowie zen. Kraków 1990, s.107-113].
Jest więc rzeczą zrozumiałą, że sposób w jaki postrzegają buddyści Tajemnicę Jezusa Chrystusa jest odmienny od chrześcijańskiego, można jednak powiedzieć, że idą w rozumieniu tej tajemnicy daleko i to stanowi wielką zachętę do dalszego dialogu. Biskup Michael Bunluen Mansap (Tajlandia) zastanawiając się nad problemem inkulturacji i głębszego zaszczepienia Kościoła w Azji stwierdza: „Wydaje się iż wymaga to pogłębienia naszych doświadczeń w komunii, która uczyni nas zdolnymi do świadczenia o Ewangelii. Wymaga również takiej formacji świeckich, by stali się autentycznymi uczniami Jezusa w świecie” [Synod Biskupów poświęcony Azji , 22 IV-V Kongregacja].

1. Dharma – kluczowe słowo tak hinduizmu jak buddyzmu. To moralne prawo rządzące wszechświatem jak i prawo rozwoju poszczególnych jednostek; ale również prawda, religia, powołanie, podstawowa etyka, wewnętrzne prawo. 
 2. Ge-lugs-pa – tybetańska sekta religijna założona przez Cong-k’a-pa, XIV wiek. 
 3. Siunjata (śunyata) – dosł. pustka, koncepcja filozoficza buddyzmu mahajany.

„Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą?”

Dawno mnie już tu nie było…
To chyba dobrze. mam nadzieje, że to dobry znak braku uzależnienia od tego bloga. Wracam tu jak wspomniałem już wielokrotnie wcześniej nie dla siebie, ale dla tych, którzy mają chęć i cierpliwość odwiedzać jeszcze te strony.
Ostatni czas był gorącym czasem – jakim zwykle bywa u mnie styczeń już od wielu lat – i upłynął pod hasłem: DIALOG.


Choć ten rok pod wieloma względami był szczególny. Jednym z powodów był fakt, że właśnie w tym roku obchodzimy dokładnie pięćdziesięciolecie spotkań ekumenicznych w Warszawie, które pięć dekad temu rozpoczynały się skromnie ale z wielkim entuzjazmem. Jeśli ktoś mówi, że entuzjazm nieco osłabł, to może i ma rację. Wtedy było to coś nowego, niespodziewanego, wręcz niewyobrażalnego dla wielu. Niewielu zresztą było jeszcze takich, którzy mieli odwagę podejmować taki dialog – przecież był rok 1962 i Sobór Watykański II, który w tej materii miał przynieść przełom dopiero się rozpoczynał. Jak wspomniał ks. bp. Dębowski – jeden z niewielu, który pamięta tamte dni, a który wówczas czynnie uczestniczył w organizowaniu tych spotkań – idąc na nie nie i przekraczając próg kościoła ewangelickiego św. Trójcy na Placu Małachowskiego nie wiedział, czy przypadkiem nie zostanie suspendowany za taki wyczyn.
Dzisiaj takie spotkania już nikogo nie dziwią, choć wielu pewnie już znużyły, bo spodziewali się większych owoców w krótszym czasie, a tu okazuje się, że na owoce przychodzi nam czekać nieraz dużo dłużej niż się spodziewaliśmy. I można mieć złudzenie, że ów dialog utknął w miejscu. Ale tak nie jest. Z dialogiem ekumenicznym jest tak jak z podróżą samolotem, na początku, gdy samolot startuje i nabiera wysokości mamy świadomość, że wszystko odbywa się w niesłychanym tempie, ale gdy nabierze już wysokości, osiągając pułap przelotowy, wydawać się może, że stoimy w miejscu, tymczasem nieuchronnie zbliżamy się do celu z równie dużą szybkością. Choć każdy, kto traktuje ten dialog na poważnie dobrze wie, że szybkość jest ostatnią  dobra cechą tego dialogu, o która powinno się walczyć. Zatem to także dobre doświadczenie, uczące cierpliwości, ale tez wsłuchiwania się w te drugą stronę z otwartością. I dobrze, aby jej nigdy nie zabrakło. Bez względu na to z kim dialogujemy. ważniejsze jednak jest w tym, żebyśmy słuchali także Tego, któremu najbardziej na tej jedności zależy i chcieli raczej realizować Jego wizję niźli nasze ambicje.

Tak wiec moje tegoroczne ferie upłynęły pod znakiem spotkań ekumenicznych i niewiele miały z szans złapania oddechu. Pozostaje zatem czekan przez długie miesiące na wakacje, które w tym roku przyjdą wyjątkowo późno bo dopiero ostatniego dnia czerwca.

No cóż, czekajcie a doczekacie się…

*******

A skoro już tu jestem to pozwólcie, że zatrzymam się na małą refleksje na temat dzisiejszej liturgii słowa, bo niesie ciekawe treści.



Po pierwsze: Słuchać Boga…

Na różne sposoby Bóg przez wieki mówi do człowieka. Jest bytem osobowym, więc pragnie być obecny, pragnie być blisko tego, kogo kocha. Cała historia biblijna zapisana w Starym Testamencie opowiada o Bogu, który przez Słowa wypowiadane prowadzi, poucza i opiekuje się swoim ludem. A w Nowym Testamencie Ten, który dotąd przemawiał na różne sposoby, stanął pośród tych, których do końca umiłował .

Prorok w Starym Testamencie to był człowiek, który mówił to, co Bóg chciał przekazać. „Wzbudzę im proroka spośród ich braci, takiego jak Ty, i włożę w jego usta słowa, będzie im mówił wszystko, co rozkażę”. Bóg posyłał proroków, aby byli Jego „ustami”. Kiedy Bóg mówi, człowiek powinien słuchać. I to jest postawa, której musimy stale na nowo się uczyć. Jak słuchać, aby usłyszeć. W gwarze, zamieszaniu, zabieganiu i niepokoju — usłyszeć każdego dnia, co Bóg chce mi powiedzieć. Coś bardzo konkretnego, coś, co często dotyczy tylko mnie samego. Muszę nauczyć się słuchać. Muszę nauczyć się takiej wrażliwości wewnętrznej, aby nic mi nie zagłuszyło tego jednego i najważniejszego głosu w moim życiu.

Po drugie: Trwać przy Panu.. .

Święty Paweł wykazuje troskę o człowieka. Chce, aby nikt — czy żyjący w małżeństwie czy w samotności — nie utracił więzi z Bogiem. Aby nic tej relacji nie zakłóciło. „Chcę, abyście byli wolni od utrapień”. Jednoznacznie święty Paweł stawia na pierwszym miejscu, jako fundament, relację, odniesienie do Boga. Na Bogu mamy budować cały gmach naszej codzienności. To fundament wszystkiego, co robimy i kim jesteśmy. I znowu, bez względu na to, co robię, czy też bez względu na to, kim jestem, powinienem w swojej codzienności „trwać przy Panu”. Co to znaczy „trwać przy Panu”? Czy to w ogóle jest możliwe? Czy jest możliwe owo biblijne chodzenie w obecności Pana?

Tych kilka pytań, które każdy z nas musi sobie zadać, warto dostrzec i chwilę się nad nimi zastanowić. Nie chodzi o to, aby udzielić od razu jak najlepszej odpowiedzi, ale aby te pytania drążyły nasz umysł, nasze serce, naszą świadomość, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli. Aby one drążyły nasze wnętrze, tak jak woda drąży kamień, aby dostać się do jego wnętrza.

A Słowo samego Jezusa jest jak kropla drążąca skałę, nie siłą lecz wytrwałością. Jak słyszymy w dzisiejszej ewangelii: W Kafarnaum Jezus mieszkał w domu Piotra, a było to blisko synagogi. Można to jeszcze dzisiaj zobaczyć w małej wiosce nad brzegiem Jeziora Galilejskiego. Wtedy Jego słowa, Jego nauka, wywoływały żywe reakcje. Słyszymy, że „zdumiewali się Jego nauką…”.
Są takie słowa, takie wypowiedzi Chrystusa zapisane w Ewangelii, które pozwalają nam zrozumieć, że tylko On mógł je wypowiedzieć, gdy mówi np.: „Mojżesz wam powiedział…, a Ja wam powiadam”. Nikt z Żydów nie mógł postawić się ponad Mojżeszem, nikt nie mógł swojej nauki stawiać ponad Mojżeszową, chyba że sam był prawdziwym Mesjaszem. I wtedy słowa umieszczone w dzisiejszej aklamacji przed Ewangelią nabierają nowego znaczenia, jakże bliskiego każdemu z nas. „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”.

Jezus jest prorokiem i Bogiem jednocześnie. W Jego osobie posyłający i posłany spotykają się. On jest owym Posłanym jakiego nie było i nigdy już nie będzie.

W Chrystusie i Jego nauczaniu Bóg daje nam odpowiedzi na nasze pytania.  Jan Paweł II rozważając ten temat powiedział w Sandomierzu: „Człowiek szuka Boga, ponieważ w Nim, tylko w Nim może odnaleźć swoje spełnienie – spełnienie swoich dążeń do prawdy, dobra i piękna. Bóg sam uczestniczy w tym szukaniu (…). Sam się zresztą do człowieka zbliża, sam nam o sobie mówi, pozwala mu poznać Siebie (…). Czystość serca bowiem przysposabia do widzenia Boga twarzą w twarz w wymiarach wiecznej szczęśliwości. Człowiek cielesny i zmysłowy musi ustępować, musi robić miejsce w nas samych dla człowieka duchowego, uduchowionego, (…) Czystość serca jest zatem człowiekowi zadana. Musi on stale podejmować trud opierania się siłom zła, tym działającym z zewnątrz i tym z wewnątrz – które chcą go od Boga oderwać. I tak w sercu ludzkim rozgrywa się nieustanna walka o prawdę i szczęście. Aby zwyciężyć w tej walce człowiek musi się zwrócić ku Chrystusowi”. (Sandomierz, 12 czerwca 1999 r.)

Nowość nauki Jezusa nie polega na wskazaniu drogi do spełnienia, ale nauka Jezusa jest już spełnieniem najgłębszych pragnień osoby ludzkiej. Bóg, który powołał mnie do istnienia zna mnie. On jest moim spełnieniem. W Nim jest nasz początek i koniec.


Powrót do modlitwy głębi

Modlitwa wewnętrzna. Modlitwa w ciszy…
Czym jest?


Istnieje wiele pojęć i wyobrażeń o modlitwie. Rozmowa z Bogiem. prośba. Uwielbienie. Dziękczynienie. Słuchanie Słowa. Dialog (może częściej w naszym wydaniu monolog). Bywa, że człowiek gubi się w tym wszystkim, czuje się zmęczony klepaniem formułek, aż w końcu odchodzi. Potem mówi: „straciłem wiarę!” Ale ja uważam – o czym już kiedyś pisałem – że prawdziwej wiary nie można stracić. To co ludzie tracą, a co brali często za wiarę było jedynie jej namiastką. Oczywiście poza tym, że wiara jest darem tak dużo zależy od nas, od tego czy potrafimy a przede wszystkim chcemy zainwestować w ten kapitał. Jednym ze sposobów tego inwestowania jest modlitwa. Jak bardzo jednak ją skomplikowaliśmy. Uczyniliśmy ją przede wszystkim ludzką aktywnością i to może nawet w dobrej intencji.

Może zatem warto w próbie szukania odpowiedzi na temat modlitwy wewnętrznej a wiec tej jedynej prawdziwej (gdyż modlitwa, która nie angażuje naszego wnętrza, naszego serca nie jest jeszcze prawdziwą modlitwą) powrócić do źródła? Może dobrze zwrócić się do tych przewodników, którzy przed nami przeszli już te duchowa wędrówkę i maja w tej kwestii naprawdę coś do powiedzenia.



Ojciec Joachim Badeni zwykł mawiać, że każdy z nas może być kontemplatykiem. To powołanie wszystkich. Kontemplacja bowiem to patrzenie na rzeczywistość w prawdzie.

Simplex intuitus veritatis – zwykł mawiać św. Tomasz z Akwinu. Kontemplacja to proste wejrzenie w Prawdę. Jak to może wyglądać. Pisałem już kiedyś o tym wydarzeniu z życia pewnego zacnego kapłana (jest to historia, którą przypisuje się św. Janowi Marii Vianney), który zaczepił pewnego dnia jednego prostego wieśniaka, który przychodził do jego kościoła w drodze do domu (często wracając z pastwiska, gdzie odprowadzał swoje krowy i owce) i tam siadał, wpatrywał się w zamknięte tabernakulum i tak trwał godzinę, potem szedł do domu. I pewnego dnia święty proboszcz z Ars podchodzi do tego pastuszka i pyta:
–  Co ty tak długo robisz w tym kościele? Jak się modlisz, to co Mu mówisz?
– Nic – odparł wieśniak – ja patrzę na Niego a On patrzy na mnie i to nam wystarczy.

To jest właśnie to. Kontemplacja. Ten prosty wieśniak nie był teologiem ani zakonnikiem. Był zwykłym wieśniakiem pewnie nawet bez wykształcenia, ale wiedział co jest grane w życiu duchowym.



Oczywiście każdy z nas przezywa swoje życie duchowe po swojemu. Inaczej będzie je przezywał zakonni, inaczej profesor uniwersytetu, mający ogromną wiedzę a inaczej człowiek prosty, może bez wykształcenia. Niestety ci prości często nas zawstydzają, bo pokazują nam na czym polega tak naprawdę wiara. Wiara jest prostotą. I to często my ja komplikujemy. Nie wiem czy już o tym wspominałem w tym miejscu, ale często wspominam o tym na konferencjach przed chrztem, że zawsze mnie zadziwiała wiara mojej matki chrzestnej. Nie miała wykształcenia. Skończyła ledwie szkołę podstawową i jakieś tam kursy, ale rzadko miałem okazje spotkać człowieka tak wielkiej wiary i tak wielkiego zaufania do Pana Boga jak ją. Za każdym razem jej prostota wiary, jej bezwarunkowość zaufania mnie zawstydza. I nigdy nie miałem wątpliwości, że jej modlitwa (właśnie ta pełna prostoty i zaufania, pozbawiona jakiejkolwiek wiedzy teologicznej ale zawsze tętniąca prostą i bezinteresowną miłością do Pana Boga dokonywał cudów). Zawsze wiedziałem,że kiedy potrzeba naprawdę mocnej modlitwy wstawienniczej w jakiejś sprawie, to kiedy poproszę o to ją, to będzie to załatwione. Ona jakoś intuicyjnie wyczuwała, że Pan Bóg lubi, gdy się Go prosi z zaufaniem dziecka. Ale z tej wiary wyrastało coś jeszcze, mianowicie szczere i pełne miłości patrzenie na rzeczywistość a z niego wielka mądrość i zdolność odróżniania dobra i zła, nawet wtedy, gdy to drugie wydawało się zakamuflowane. 


Simplex intuitus veritatis!

„Jeśli patrzymy na świat w świetle kontemplacji, wówczas zobaczymy przedziwne tajemnice Bożego działania – mawiał o. Badeni. Zupełnie niespodziewanie. Dzięki takiemu patrzeniu możemy zobaczyć, że kogoś uważaliśmy za świętego, a to była tylko poza. Dzisiaj w świecie ciągle jesteśmy konfrontowani z fałszem na różnych płaszczyznach. Ten, kto łatwo daje się nabrać na fałsz, będzie miał problemy z Boska prawdą. I aby nią żyć będzie musiał być najpierw oczyszczony. I takie oczyszczenie jest przygotowane dla każdego.”

Ale takie widzenie w prawdzie rodzi się z obcowania z Prawdą. Święta Teresa z Avila pisała:
Modlitwa wewnętrzna nie jest to, moim zdaniem nic innego, jak pełne ufności i przyjacielskie przebywanie z Bogiem. Z tym, o którym wiem, że mnie miłuje.

A zatem modlitwa to nie tylko słowa, albo nie przede wszystkim słowa (nawet najpiękniejsze, choć się do tego w naszej kulturze przyzwyczailiśmy).Modlitwa, to prze-bywanie z Bogiem. Czyli „bycie z…” Jeśli będę wypowiadał tysiące słów, ale nie będzie mnie w tym, albo moim sercem czy myślami będę gdzie indziej, to nigdy nie będzie to prawdziwą modlitwą. Niestety tak często przeżywamy nasze spotkania z Bogiem w modlitwie, na Eucharystii. I dlatego one nas nie przemieniają. Nie mają szans dotknąć serca, które jest w tym momencie gdzie indziej.
To tak jak w jednym pokoju może być razem ze sobą dwóch przyjaciół, mąż i żona, narzeczony i narzeczona. Ale jakość ich bycia zależy od tego na ile naprawdę są w tym miejscu całym sobą, także swoim sercem. Dobrze znamy to doświadczenie, że ktoś siedzi przy nas, ale tak naprawdę jest nie obecny i nawet gdy mówimy do niego, to i tak to, co mówimy doń nie trafia, tylko ulatuje gdzieś w przestrzeń. Podobnie jest z modlitwą – przebywaniem z Bogiem w jednym”pokoju” mojego serca.

Ale aby „przebywać z kimś naprawdę” nie musisz nawet mówić do niego. Wystarczy tylko byś był!
BYŚ BYŁ CAŁY DLA NIEGO!

Bo na modlitwie (ale tez w budowaniu ludzkich relacji) nie chodzi o to, aby dużo mówić, lecz, żeby kochać. [por. św. Teresa z Avila]

Zresztą czyż sam Jezus nie powiedział: „Na modlitwie nie bądźcie zbyt gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swoje wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich!” [Mt 6, 7-8a]

Wydaje się, że my w ogóle nie bierzemy tych słów pod uwagę.


Do tego zresztą odnoszą się Filokalia, gdy mówią o modlitwie serca. Ponieważ Bóg objawił siebie w sposób najbardziej czytelny w swoim Synu, który jest jego Słowem, toteż powtarzając imię Jezusa możemy Go wzywać w sposób najpełniejszy, bo w Nim zawiera się cala głębia tajemnicy Boga. Po ludzku wydawać się to może zbyt proste, a jednak. Wiara jest prostotą. Dobrze to pojęli mnisi wschodni, gdy zaczęli nauczać modlitwy Jezusowej, która polegała na wielokrotnym powtarzaniu imienia Jezus lub w rozbudowanej formie: Jezusie, Synu Boga żywego, zbaw mnie.
Przy czym przestrzegali, że choć modlitwa ta jest prosta droga do światła, to samo powtarzanie jej nie jest jeszcze światłem. W Filokaliach czytamy, że musi ona być często i regularnie powtarzana. Po pewnym czasie według mnichów wschodnich zaczyna zanikać strona werbalna tego wezwania a wewnętrznie w tajemniczy sposób łączy się ono z oddechem. Miejscem, w którym dalej trwa ta modlitwa nie jest już nasz umysł, ale serce, które zaczyna bić jej treścią. Według mnichów Wschodu, to, że po pewnym czasie ćwiczenia umysł ludzki osiada w sercu jest darem łaski. Nie mogę tego wymusić, ani przyśpieszyć. Musze na to czekać. To modlitwa, która uczy pokory w sposób podwójny. Po pierwsze uczy rezygnacji z wielości słów (w tym sensie, że nie jesteśmy w stanie zachwycić Pana Boga naszymi słowami i nasza elokwencja, gdyż słowo, którym się posługujemy nawet nie jest nasze) a po drugie musimy cierpliwie czekać, nie wiedząc kiedy otrzymamy dar łaski, który sprawi, że nasze serce stanie się tabernakulum obecności Boga. To dopiero z tego miejsca rozbłyska światło, które nas ogarnia w całości (nasz sposób myślenia, patrzenia, bycia).


I wówczas już nie potrzeba mechanicznego powtarzania. Bo jak wspominał jeden z ojców kamedułów z Krakowskich Bielan to słowo rozbrzmiewa we mnie już zawsze: gdy obieram kartofle, gdy pracuję w ogrodzie, czy w kaplicy, gdy trwam przed Najświętszym Sakramentem. To staje się prostą odpowiedzią na wezwanie: „Nieustannie się módlcie” [1 Tes 5,16]. W ten sposób serce człowieka staje się jego schronieniem, ucieczką ze świata, miejscem, gdzie non stop tętni Duch Święty.

Mów, bo sługa Twój słucha

Maraton ekumeniczny trwa…






Rozpoczął się na dobre w niedzielę, w katedrze warszawsko-praskiej. Lubie tam jeździć, bo abp. Henryk Hoser słynie z gościnności. Może to cecha wszystkich misjonarzy. 
Na chwilę przed mszą, która miała zainaugurować Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, gdy staliśmy w katedralnej zakrystii, nowy proboszcz katedry – ks. Bogusław – znany ze swojego poczucia humoru, ale może mniej wrażliwy na ducha ekumenizmu mówi:
– A ten cały ekumenizm, to jak mycie Murzyna!
Goście z bratnich kościołów udali, że tego nie słyszą, robiąc dobrą minę.


Ale pomyślałem sobie, że może coś w tym jest, choć spostrzeżenia niektórych bywają zbyt mocno wyartykułowane.


Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że jedność, jakiej chcieliby niektórzy, a wiec całkowita, przy jednym ołtarzu, pod zwierzchnictwem jednego papieża (nawet li tylko honorowym) jest nieosiągalna. podkreślił to zresztą sam papież Benedykt XVI, który w swoich nadziejach ekumenicznych jest dużo bardziej realistycznie i chłodno myślący – jak przystało na rasowego teologa – niźli jego błogosławiony poprzednik. Co zresztą niejednokrotnie podkreślał zarówno w swoich dokumentach jak i przemówieniach, że nie jest możliwe dążenie do jedności tam, gdzie nie istnieją istotne elementy tworzące kościół a wiec ważna eucharystia i sukcesja apostolska a sam chrzest, to jeszcze za mało…


Tak sobie pomyślałem słuchając mojego zacnego kolegi – proboszcza katedry warszawsko-praskiej, że może to, co wydaje się postronnym obserwatorom przysłowiowym „myciem Murzyna” wynika z naszego ludzkiego błędu. Może warto przyjąć jako szczególny dar słowo, które zostało podarowane w liturgii właśnie na tę II niedzielę zwykłą i zadać sobie pytanie, które Chrystus stawia swoim uczniom: „Kogo szukacie?” Bo jeśli w tych wszystkich, choćby najbardziej aktywnych poczynaniach ekumenicznych będziemy szukali jedynie siebie, spełnienia naszych ambicji, pokonania naszych kompleksów i zbudowania jedności wedle naszej wizji, to i tak nic z tego nie wyjdzie. I rzeczywiście lata prób i błędów w szukaniu porozumienie mogą stać się rzeczonym „myciem Murzyna”. Nie zmienia to oczywiście faktu , że wiele na tym polu zrobiono: osiągnęliśmy porozumienie tam, gdzie było to możliwe (kwestia uznania wzajemnego ważności chrztu, czy małżeństw mieszanych); podejmujemy wspólnie wiele dziel charytatywnych , społecznych, kulturalnych czy ewangelizacyjnych; nawiązało się wiele ludzkich przyjaźni. Ale każdy, kto choć trochę zna problemy ekumenizmu dobrze wie, że w niektórych kwestiach teologicznych doszliśmy do granic i dalej nie pójdziemy bez konieczności rezygnacji z czegoś konstytutywnego, dla danego kościoła a przy tym z konieczności rezygnacji z własnej tożsamości. Bo o ile z prawosławiem, czy jednym z kościołów anglikańskich czy starokatolickich dzieli nas niewiele  lub prawie nic (jak w przypadku kościoła prawosławnego), no może poza uznaniem prymatu biskupa Rzymu, to większe zbliżenie ze wspólnotami ewangelickimi na dzisiejszym etapie jest niemożliwe, bo wyklucza je to, co fundamentalne w wierze i teologii ale i wizji kościoła ( m. in. odrzucenie 5 sakramentów przez protestantów).
Powstaje zatem pytanie: Czego szukamy? I może warto znów po wielu latach od soboru Watykańskiego II zadać sobie to pytanie. Czego szukamy, a czego naprawdę powinniśmy szukać? Jak realizować ekumenizm, żeby wydawał się on prawdziwy i szczery, także dla postronnych obserwatorów? Może odpowiedź znajdujemy także w niedzielnej liturgii słowa. Odpowiedź najlepsza i jedyną prawdziwą: „mów, Panie, bo sługa Twój słucha”. Może tu leży sukces wszelkiego dialogu nie tylko ekumenicznego, ale i społecznego i wspólnotowego i rodzinnego. Słuchać Boga bardziej niż siebie, gdyż słuchanie siebie już nie raz doprowadziło do podziałów (i to nie tylko w łonie chrześcijaństwa). Może gdybyśmy bardziej słuchali Boga niż siebie i własnych egoizmów mnie było by dotkliwych i bolesnych podziałów nie tylko między chrześcijanami, ale też w świecie, w społeczeństwie, we wspólnotach czy w rodzinach.


Tak więc nauka słuchania Boga bardziej niż siebie pozostaje nadal lekcja do odrobienia dla nas wszystkich …



Przyszła.

Na kamieniu usiadła.

A przed nią pole!

Jakie tam pole? – rzekł chłop uczony ziemią.

To ugór, zaciągnięty chwastem.

W dwa pługi go nie przeorzesz.

Tyle na nim słów wyrosło!

Ona urodą miejsca zwabiona

Pogróżki uczonego odrzuca.

Choć bywa, waha się.

Bo słów, co żywiołem jej są

W glebie nie znajduje.

Dłonie jej w ziemi trafiają na milczenie,

Skąd biorą się w człowieku?

Słowa spieszne jak wiatr.

Słowa parzące jak ogień,

Czasem płynące jak woda…

Jedne z trudu mięśni zrodzone,

drugie lotem umysłu natchnione,

Inne głosem serca niesione.

Ludzkie dusze zasiedlają.

Wyłaniają się z przeszłości,

splatają z przyszłością.

Zawieszone w głosie człowieka,

Znaczeń tysiące przydają istnieniu.

Kiedyś myśl przenosiła sens

od człowieka do człowieka:

gestem, dźwiękiem, sylabą.

Słowa były nićmi porozumienia

Teraz świat zatłoczony słowami.

Jeden do drugiego nimi strzela, zabija

Ona jego – ani on jej nie rozumie,

choć tym samym mówią językiem.

Znowu przyszła,

Na kamieniu siadła,

Dłonie zagłębia w milczeniu ziemi,

Uwolniona z gwaru słów mnogich,

Już wie:

że słowa ruskie, pruskie, jankeskie

Jedność ludzką na wieży Babel rozbiły.

Miliony słów, racji,

tysiące wież nieustannie wznoszonych

a pożytek nijaki.

Już rozumie:

że wieża Babel w oceanie spokoju zatonie

Jako że sens jest w prostocie ukryty.