Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Za kogo Mnie uważasz?

Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: «Za kogo uważają Mnie ludzie?»

Oni Mu odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków».

On ich zapytał: «A wy za kogo Mnie uważacie?»

Odpowiedział Mu Piotr: «Ty jesteś Mesjasz». Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili.

I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy wiele musi wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że zostanie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa.

Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: «Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».

Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je». (Mk 8, 27-35)

Jeżeli ktoś zadaje nam pytanie, to zazwyczaj chce osiągnąć określony cel: uzupełnić swą wiedzę albo sprawdzić stan naszej. Czy jednak pytanie Chrystusa: „Za kogo uważają Mnie ludzie?” i „Za kogo Mnie uważacie?”, należy do takiej kategorii?

Pytanie Jezusa nie jest z pewnością egzaminem, przez który mieli przejść Jego uczniowie. Jezusa żywo interesuje, co myślą o Nim ludzie i choć z pewnością to wie jednak chce dowiedzieć się, czy apostołowie budując swój własny obraz Jezusa bardziej słuchają opinii ogółu, czy raczej swojego serca i doświadczenia, które zdobywają przy Chrystusie!?

Jednak w tych pytaniach nie chodzi o historię Jezusa z Nazaretu: relację o gwieździe betlejemskiej i trzech mędrcach; liczbę dokonanych uzdrowień i cudów. Jezus chce, by człowiek próbując odpowiedzieć na tak postawione pytanie zmierzył się z ogromem wiedzy o Bogu i zobaczył, jak małe i niestosowne jest każde słowo, w którym pragniemy Go zamknąć.

Poznanie ograniczoności naszego rozumu próbującego ogarnąć tajemnicę Boga a jednocześnie nieadekwatność naszych słów ma szansę nas otworzyć na prawdę o Bogu, która staje się naszym udziałem na zupełnie innym poziomie niż intelektualny. Tym, który tę prawdę nam objawia na poziomie wewnętrznym, na poziomie serca jest Duch Święty! Bez pomocy Ducha Świętego pozostaniemy niemi, nawet wśród morza słów, gdy chodzi o chęć przybliżenia prawdy o Bogu. Święty Paweł ujmie to jednym zdaniem: „Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” [1 Kor 12,3]

Odwaga udzielenia odpowiedzi na pytanie Jezusa, to odwaga zmierzenia się z poznaniem samego siebie, z wyobrażeniem Boga, jakie w sobie nosimy – nierzadko fałszywym. A fałszywy obraz Boga rodzi niebezpieczeństwo fałszywie przeżywanej religijności!

Na pytaniu i usłyszanych odpowiedziach jednak dialog się nie kończy. Jezus idzie dalej i mówi o swojej męce, o odrzuceniu, o cierpieniu, o śmierci i w końcu o zmartwychwstaniu.

I to, jak się okazuje, dla pewnego siebie Piotra jest już za wiele. Chciał być mądrzejszy, zapobiegliwy, zatroskany o Jezusa, ale zamiast pochwały słyszy niespodziewanie mocne upomnienie: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.

Dlaczego Jezus tak ostro karci Piotra? Otóż ubóstwo języka sprawia, że tę scenę odczytujemy, jako potraktowanie Piotra niczym wroga.

Tymczasem Jezus oczywiście upomina Piotra, ale robi to inaczej, niż oddaje to polskie tłumaczenie. W greckim tekście Ewangelii św. Marka wyrażenie „zejdź mi z oczu” oznacza bowiem tyle co „stań za mną”. Jezus upomina więc Piotra, aby pozwolił Mu się prowadzić, by szedł za Nim, a nie próbował Go wyprzedzać i pisać po swojemu historii zbawienia. Te słowa, to poniekąd echo Ewangelii, którą słyszeliśmy zaledwie w piątek, gdzie Jezus przypomina, że: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela, lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel” [Łk 6,40].

Jezus chce nam przypomnieć, że domeną ucznia jest towarzyszyć Mistrzowi, słuchać Go i wpatrywać się w Niego, po to, aby móc Go potem naśladować, aby uczyć się Jego sposobu myślenia. Zawsze gdy uczeń Jezusa próbuje interpretować Ewangelię po swojemu, przekonany – jak Piotr z dzisiejszej Ewangelii – że wie lepiej niż Jezus jak ją dopasować do wymagań współczesności rodzą się z tego kłopoty, zaczynamy bowiem naszą wiarę, Ewangelię, Kościół kształtować a nie po Bożemu a po naszemu!

Jezus nie chce ani Piotrowi, ani innym swoim uczniom podcinać skrzydeł. Pokazuje jedynie, że kiedy nasze koncepcje, pomysły, rozwiązania – nawet jeśli wynikają z dobrych chęci – nie pokrywają się z Jezusowym sposobem myślenia przestają mieć także wiele wspólnego z Ewangelią.

Słuchając tych słów, można mieć wrażenie, że są zachętą do pozbycia się samodzielnego myślenia i poszukiwania. Otóż nic bardziej mylnego!

Chodzi bowiem o to, by tak kształtować nasze życie wiary i tak wsłuchiwać się w Słowo Boże, by wszystkie nasze pomysły były odbiciem pomysłów Jezusa, by nasze myślenie było odbiciem sposobu Jego myślenia a nasze życie naśladowaniem Jego dróg.

Ale aby tak się stało potrzeba nam otwartości proroka Izajasza z pierwszego czytania. Sługa Jahwe opisany przez proroka Izajasza jest ponad wszelkie granice otwarty na głos swojego Boga.

Pozwala też, by to, co słyszy, poprowadziło go o wiele dalej, niż mógłby przypuszczać. W doświadczeniu wiary istniej bowiem zawsze pewne ryzyko – jeśli zaryzykujemy oparcie naszego życia na jej fundamencie i na fundamencie Bożego Słowa nie wiemy jakimi drogami nas one poprowadzą.

Pamiętam rozmowę z pewnym człowiekiem, który opowiadał mi o swojej postawie wobec żony, która walczyła o zmianę w jego życiu, która mogła ocalić ich małżeństwo: „Nie chciałem jej słuchać – mówił – bo wiedziałem, że mówi prawdę i gdy przyjmę to, co mówi nie będę się mógł dłużej opierać”.

To niesamowicie ważna zasada, która z ukrycia może sterować sposobem naszego postępowania: gdy nie chcemy czegoś zrobić, zamykamy uszy, by o niczym nie słyszeć.

Nigdy jednak nie zrodzi się w nas gotowość na zmianę, jeśli nie pozwolimy Słowu, by nas przekonało… Dotyczy to zarówno słowa Bożego, jak i słowa drugiego człowieka!

Wejście w dialog ze Słowem potrafi też – nieraz w jednej chwili – przenieść nas na nowy poziom patrzenia i rozumienia. Doświadczył tego Piotr, który – przy całym swym wewnętrznym poplątaniu – w rozmowie z Jezusem zrozumiał Jego mesjańską tajemnicę. Dlatego mógł powiedzieć, że: „Wiara rodzi się ze słuchania”, lecz martwa jest sama w sobie, jeśli nie wyraża się w decyzjach i w aktywnej odpowiedzi z naszej strony na usłyszane Słowo.

Jezus poprzez tę scenę z Piotrem mówi nam bardzo ważną rzecz: Bądź ze Mną, ale nie wyprzedzaj Mnie. Bądź blisko, ale pozwól Mi się prowadzić. Słuchaj Mojego słowa i uwierz, że nawet jeśli bywa dla ciebie trudne i wymagające, to zawsze jest twórcze i przemieniające.

To właśnie dzięki życiu Słowem otrzymujemy poznanie od Boga i z czasem zaczynamy patrzeć w taki sposób, jak Bóg patrzy na nas. To poznanie i ten sposób widzenia był udziałem dwojga dzisiaj ogłoszonych błogosławionych. A od tego nowego sposobu widzenia jest już tylko jeden krok, aby nie tylko słowami, ale i naszym życiem zaświadczyć, że Jezus jest dla nas Mesjaszem i Panem.

Medytacja wprowadza nas w historię zbawienia

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama.

Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida.

Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego.

Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów».

A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy: «Bóg z nami». (Mt 1, 1-16. 18-23)

Długo się zastanawiałem, czy w dzisiejszym komentarzu do medytacji odnieść się do Ewangelii z przeżywanego święta Narodzenie Najświętszej Maryi Panny. Tyle tam imion, jeszcze obcobrzmiących. Ale trzygodzinna medytacja, na którą wybrałem się dziś do lasu rozwiała moje wątpliwości. W końcu szereg imion nie powinien być kłopotem dla kogoś, kto modli się Imieniem…

Ten szereg imion wymienionych przez Ewangelistę, to tak naprawdę historia. Historia konkretnych ludzi i historia zbawienia. Pomyślałem sobie, że z historią przywołanych przodków Jezusa jest trochę tak jak z naszą. Każdy z nas ma swoją historię osobistą, historię rodzinną… Ale ta historia nigdy nie będzie w pełni zrozumiała bez Chrystusa. Jak mówił to św. papież Jan Paweł II: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”. Te słowa tak pięknie odnoszą się do tej napisanej w lapidarnym skrócie przez św. Mateusza historii, ale odnoszą się też do naszej historii.

Wśród przodków Zbawiciela są nie tylko sprawiedliwi, tacy jak Izaak, ale również grzesznicy, jak np. bezbożny król Manasses. Historia przodków Pana Jezusa, to historia człowieka, która pokazuje nam, jak bardzo potrzebujemy Zbawiciela.

Na uwagę zasługują cztery kobiety, które Ewangelista umieścił w genealogii Pana Jezusa: Tamar, Rachab, Rut i Batszeba. Trzy z nich to wielkie grzesznice, a wszystkie cztery to cudzoziemki. Te cztery kobiety wskazują, że Pan Jezus, który urodził się jako syn Abrahama, jako syn narodu wybranego, jest zarazem synem całej ludzkości. On przynosi zbawienie wszystkim, którzy tego pragną i którzy otworzą się na ten dar.  Ale ta ludzkość reprezentowana przez wspomniane kobiety, to także symbol ludzi pogrążonych w bałwochwalstwie. A to grzech, który grozi ludziom każdego czasu i każdego pokolenia. Nie ominął on Narodu Wybranego. I grozi także nam. Pokusa szukania sobie innych bożków, innych podpórek życiowych poza Jezusem, innych wartości, które zdobędą nasze serca bardziej niż Jezus i Jego miłość.

Ze wspomnianymi czterema kobietami kontrastuje niepokalana dziewica Maryja, z której narodził się Pan Jezus. O ile tamte kobiety są obrazem ludzkości oddalonej od Boga i pogrążonej w grzechu o tyle Maryja pokazuje wartość życia zjednoczonego z Bogiem. Dlatego jest także dla nas najlepszą Nauczycielką medytacji – modlitwy zjednoczenia.

Na tym tle medytacja monologiczna jawi mi się jako ciągłe przypominanie mojemu sercu, kto jest jego Panem i komu przede wszystkim winno służyć i być oddane. Powtarzane w rytmie oddechu imię Jezus, jest ciągłym „torowaniem” drogi do serca medytującego, drogi która w pierwszej kolejności powinna prowadzić do Jezusa, do adorowania Jego obecności, do wsłuchiwania się w Jego słowo w ciszy serca, bo raz jeszcze przywołam słowa Jana Pawła II – tylko w ten sposób i tylko przy Jezusie jestem w stanie zrozumieć samego siebie, moja rolę nie tylko w życiu, ale i w całej historii zbawienia. Tylko przy Jezusie potrafię odkryć kim jestem i dokąd oraz jak winienem zmierzać, tak aby się nie zagubić na ścieżkach życia.

Każde wezwanie medytacji jest tym, które pozwala mi na nowo uchwycić właściwą perspektywę; pozwala wciąż na nowo powracać do świadomości, że ta historia, która rozpoczęła się wraz z Abrahamem wciąż trwa a ja jestem jej częścią. Jest tylko jedna różnica a pozwalają nam ja odkryć ostatnie wersety dzisiejszej genealogii. Ewangelia dzieli genealogię na trzy odcinki po czternaście pokoleń. Symbolika liczb jest bardzo ważna w biblii: do czasów Jezusa minęło już sześć razy po siedem pokoleń. Siódmy okres zaczyna się z chwilą urodzin Zbawiciela. (Siódemka, jak pamiętamy, symbolizuje pełnię czasu). Jezus Chrystus, jest oczekiwanym Zbawicielem a zarazem ostatnim darem Boga dla ludzkości. Ewangelista przywołując w Ewangelii liczbę pokoleń umieścił w niej ewidentny sygnał, że z chwilą narodzin Jezusa zaczęły się czasy ostateczne. I my jesteśmy ich częścią…

Effatha

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu.

Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: «Effatha», to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić.

Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: «Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę». (Mk 7, 31-37)

Ewangelia dzisiejsza może budzić dziwne skojarzenia w czasie, gdy zakrywamy swoje twarze maskami, próbujemy zachować dystans Jezus wkłada palce w uszy głuchoniemego i śliną dotyka jego języka. Wedle dzisiejszych konwenansów powiedzielibyśmy, że Pan Jezus przekracza pewne granice. Taka bliskość z drugim człowiekiem jest zastrzeżona dla bardzo intymnej relacji. W zwykłych międzyludzkich kontaktach nasze zachowania muszą być osadzone w konwenansach kultury, po przekroczeniu których człowiek ma prawo czuć się zagrożony.  Ale często te granice, których budowanie podszyte jest lękiem, potrafią także zrywać kontakty na innych poziomach i zamykać nas na siebie nawzajem.

Jezus jest Bogiem, który przyszedł właśnie po to, aby na nowo ustanowić łączność z człowiekiem zerwaną przez grzech. On nie brzydzi się naszego człowieczeństwa z całą jego fizjologią. Nie tylko jest jej Twórcą, ale sam ją przyjmuje. Dotyka nas, aby uzdrowić nasze zranione Boże dziecięctwo. To On nas otwiera i czyni zdolnymi do komunikacji z Bogiem a w konsekwencji z drugim człowiekiem. Przypominają mi się tu słynne słowa świętego papieża Jana Pawła II, że „człowieka do końca nie można zrozumieć bez Chrystusa” i chciałoby się dopowiedzieć, że bez Chrystusa nie można się do końca na drugiego człowieka otworzyć!

W związku z dzisiejszą Ewangelią myślę o jeszcze jednej scenie: do Elizeusza przychodzi trędowaty dowódca syryjski. Prorok nie wychodzi do niego, kontaktuje się przez sługę. Pozornie może to wyglądać na okazanie pogardy, ale myślę, że Elizeusz ogranicza kontakt z innego powodu. Prorok nie chce swym działaniem przysłonić prawdy, że to nie on działa, ale Bóg. Syryjski poganin nie zobaczył proroka, ale dzięki temu mógł spotkać prawdziwego Boga. Dziś też widzimy działanie Jezusa a przez Niego widzimy działającego Boga. Wszak imię Jezus oznacza, że „Jahwe zbawia”.

Żeby jednak zrozumieć dobrze znaczenie cudu uzdrowienia głuchoniemego przez Jezusa, warto wrócić do początków naszego istnienia. Bóg, stwarzając człowieka, obdarzył go zdolnością słuchania i mówienia. Dzięki nim człowiek słyszał od Boga o Jego miłości i mógł Mu odpowiedzieć swoim słowem. Możemy sobie wyobrazić, że gdy Bóg przechadzał się po raju w porze wiatru, lubił zabierać ze sobą człowieka. Wtedy na pewno ze sobą rozmawiali i cieszyli się tą rozmową. Jednak to, co pomagało nawiązać bliską więź z Bogiem, zostało sparaliżowane w momencie popełnienia pierwszego grzechu. Stało się to wówczas, gdy Ewa z Adamem postanowili posłuchać diabelskiego słowa – słowa pozbawionego miłości, słowa, które ze swej natury jest kłamstwem. Od tego momentu także ich mowa została zatruta fałszem i lękiem, a rzeczywistość stała się ponura. Gdy Adam i Ewa chowają się po krzakach przed Bogiem, to nie z powodu skromności, ale właśnie z poczucia fałszywego lęku, którego ziarno w ich sercach zasiał szatan.

Jezus zanim dokona uzdrowienia głuchoniemego, zabiera go z dala od tłumu. A dokonując uzdrowienia wypowie aramejskie słowo Effatha, przez które wzywa do otwarcia się i wyjścia ku wolności. Przez niektórych komentatorów kojarzone jest także z użyźnianiem, ponownym kształtowaniem. Tak jak kiedyś Ojciec własnymi rękami ulepił człowieka z prochu ziemi, tak teraz Jezus rzeźbi nas w nowy sposób, korygując to, co zostało zamazane przez grzech. Pozwala nam odzyskać boską mowę i słuch.

Warto też nie przeoczyć pewnego faktu: Jezus tuż przed uzdrowieniem patrzy w niebo, szukając porozumienia z Ojcem. Jednocześnie udziela wskazówki, że właśnie, „spoglądając w niebo”, możemy szukać dla siebie pomocy. Niektórzy tłumaczą grecki wyraz „spojrzeć” jako ocknięcie się, odzyskanie świadomości. Dzięki spojrzeniu w niebo odwracamy wzrok od iluzji związanych z naszym życiem. Nie musimy wówczas uzależniać swojego samopoczucia od zachowania innych osób. Nie potrzebujemy czekać, aż ludzie staną się bardziej wrażliwi i kochający. Ten pozornie nieprzyjazny świat, w którym przyszło nam żyć, zmieni się wtedy, gdy sami zaczniemy się zmieniać.

Bywa tak, że niekiedy postulaty świata i Ewangelii spotykają się ze sobą. „Effatha – Otwórz się, bądź otwarty” – zdaje się, że wezwanie Pana Jezusa jest równocześnie głosem kultury, która chce pokonać bariery między ludźmi, nie uznawać swojego za wyjątkowe, ale – przezwyciężywszy w sobie błędy izolacji, wykluczenia i odrzucania innych – stworzyć więzy braterstwa między tymi, którzy dotychczas z powodu zamknięcia byli względem siebie obcy i wrodzy. Byli dla siebie nawzajem głuchoniemi.

Głuchoniemy jest zamknięty w swoim świecie. Mówi tylko do siebie, do wewnątrz i słyszy tylko swój głos. Jego zdolność twórczości i komunikacji jest utrudniona. Niestety może to być także choroba z wyboru, która zdaje się cechować współczesny świat, zwłaszcza kultury Zachodu.

To nie przypadek, że głuchoniemy z Ewangelii żyje w bogatym i pogańskim Dekapolu, w którym na bliźniego patrzy się przez pryzmat zawartości jego portfela, jego koneksje, tego, co może dla nas drobić a nie przez pryzmat serca.

I w tym punkcie niestety drogi nowoczesnej kultury i Ewangelii się rozchodzą. Ewangelia bowiem stosuje inne metody niż natarczywe domaganie się otwarcia poparte groźbą radykalnego wykluczenia z kręgu ludzi cywilizowanych.

Dobrze zapatrzeć się na Boskiego Terapeutę, który dokonując dzisiaj znaku uzdrowienia zabiera głuchoniemego z tłumu i tam, niejako na uboczu dokonuje jego uzdrowienia. Nim dokona się nowe i prawdziwe spotkanie głuchoniemego z jego bliskimi i sąsiadami, spotyka on Chrystusa.

Jakby chciał nam Jezus w tym znaku powiedzieć: Jeśli chcesz zmienić swoje relacji z innymi, sprawić, że twoje serce będzie bardziej otwarte na drugiego, innego – najpierw przyjdź do mnie i pozwól Mi uzdrowić twój sposób myślenia i mówienia o drugim człowieku.

Bo jeśli jest ktoś, kto potrafi otworzyć nasze uszy i nasze serca na drugiego człowieka, tak byśmy pomimo różnicy jego i naszych przekonań potrafili go wysłuchać bez pokusy oceniania, nawracania na siłę i obrażania się o to, że nie chce przyjąć naszego punktu widzenia na rzeczywistość…

… To tym kimś jest Jezus Chrystus.

Medytacja – codzienne odniesienie do centrum naszego życia

Po opuszczeniu synagogi Jezus przyszedł do domu Szymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona.

I prosili Go za nią.

On, stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała uzdrowiona i usługiwała im.

O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich.

Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: «Ty jesteś Syn Boży!» Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem.

Z nastaniem dnia wyszedł i udał się na miejsce pustynne. A tłumy szukały Go i przyszły aż do Niego; chciały Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich. (Łk 4, 38-44)

Ewangelia ukazuje Jezusa, który odwiedza Piotra w jego domu.

Warto skojarzyć ten obraz z codziennymi odwiedzinami Jezusa w moim domu. Więcej! W moim sercu! Jezus pragnie pobyć ze mną tam, gdzie jestem, gdzie żyję, zobaczyć to, czym żyję.

Jezus jednak nie przychodzi nieproszony. Jest Bogiem pokornym. Czeka na to aż Go zaproszę, aż otworzę mu drzwi. Przypomnijmy sobie słowa Pana Jezusa z Apokalipsy św. Jana: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (3,20). Zaproszeniem, otwarciem drzwi mojego serca przed Jezusem jest moja codzienna medytacja, modlitwa, zasłuchanie się w Jego słowo.

Stanę przy Jezusie, który zbliża się do chorej teściowej Piotra. On także nie boi się zbliżyć do tego, co w nas samych najbardziej potrzebuje uzdrowienia. My sami możemy nawet o tym nie wiedzieć. Dlatego modlitwa wewnętrzna jest zgodą na to, aby Bóg w moim sercu działał po swojemu. Jest zgodą na to, aby uzdrawiał we mnie przez dotyk słowa i dotyk łaski to wszystko, co musi być uzdrowione. „Zaufaj Mu a On sam będzie działał” – powie psalmista. [Ps 37,5] Medytacja jest modlitwą zaufania działaniu Boga i Jego słowa w nas, bez ograniczeń.

Medytacja, to nic innego, jak trwanie przy Jezusie, w Jego obecności, po to by doświadczyć Jego boskiej mocy. To pełne ufności oddanie Mu swojego serca, wszystkiego tego, co we mnie kruche, słabe, co potrzebuje uzdrowienia i wzmocnienia.

Ciekawe jest to, że Jezus spędza w domu Piotra tylko tyle czasu ile potrzeba. Działa, ale to nie działanie stanowi Jego centrum, miejsce Jego szczególnej uwagi. Gdy wykona to, co do niego należy oddala się na pustynię, po to by pobyć w samotności, by być tylko dla Ojca. To właśnie z tego doświadczenia czerpie On siły dla swojej codziennej działalności.

Medytacja zachęca nas, abyśmy naśladując Jezusa udawali się z Jezusem na pustynię. Aby być tylko dla Niego a przez Niego dla Ojca. A Tym, który wprowadza nas w relację z Ojcem jest Jezus.

Jezus swoją postawą uczy nas, że punktem centralnym naszego życia jest właśnie spotkanie z Ojcem, który mieszka w głębi człowieka, w jego sercu. Codzienna medytacja pozwala nam znajdować czas, który jest czasem wejścia w siebie. Jest odejściem od życia na peryferiach, życia zewnętrznego opartego na zmysłach, wrażeniach, instynktach po to, by wejść w przestrzeń życia duchowego, gdzie można doświadczyć bliskości Boga i skąd można zaczerpnąć sił do naszego codziennego działania, tak jak Jezus czerpał siły ze spotkania z Ojcem.

Jeszcze raz podkreślmy: To tu, w spotkaniu na modlitwie z Bogiem jest centrum naszego życia! To tu bije Źródło!

Jezus uczy nas swoją postawą, że bez tego duchowego odniesienia naszego życia do Boga, człowiek z łatwością się zagubi. Życie, które próbuje nas skupić na codziennej aktywności – choćby wydawała się ona konieczna i cenna – bez odniesienia do Boga będzie przynosiło mniej pożytku niż sądzimy a nawet więcej potrafi wyrządzić szkody naszej duszy.

Wejście w siebie w doświadczeniu medytacji jest drogą do poznania siebie i wewnętrznego doświadczenia Boga. „Pozwól Mi zabrać cię do najintymniejszego sanktuarium Mojego Serca, gdzie wychwalam Mojego Ojca, jako odwieczny Kapłan i gdzie ofiarowuję Mu siebie a wraz z e mną ciebie, jako nieustanna ofiara miłości. [In Sinu Jesu]

Serce – źródło dobra i zła

U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieobmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych.

Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?»

Odpowiedział im: «Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji».

Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 1-8a. 14-15. 21-23)

A gdyby tak dzisiejsze Słowo Boże potraktować dosłownie?

A gdyby zaopiekować się sierotami ze szkoły, do której chodzą twoje dzieci, czy pomagać wdowie, która mieszka w twojej kamienicy?

Albo gdyby z dzisiejszego psalmu uczynić prosty projekt na życie: „Ten, kto postępuje nienagannie, działa sprawiedliwie i mówi prawdę w swym sercu, kto swym językiem oszczerstw nie głosi. Kto nie czyni bliźniemu nic złego, nie ubliża swoim sąsiadom, kto za godnego wzgardy uważa złoczyńcę, ale szanuje tego, kto się boi Pana. Kto dotrzyma przysięgi dla siebie niekorzystnej, kto nie daje swych pieniędzy na lichwę i nie da się przekupić przeciw niewinnemu”.

Pomimo iż wierzymy, że to Prawo, które zostało nam przez Boga objawione w Piśmie Świętym, rzeczywiście jest sprawiedliwe i mądre, trudno nam je tak wprost przenieść na życie!

I na usprawiedliwienie mówimy: „Trzeba być rozsądnym! Nie można być fanatykiem religijnym!” Przecież Słowo Boże też trzeba mądrze interpretować i dostosować je do rzeczywistości, w której żyjemy…

Mówię o tym, bo faryzeusze, z którymi toczy już od kilku dni w Ewangelii spór Pan Jezus też postępowali podobnie.

Faryzeusze byli bardzo rozsądni. Precyzyjnie dopasowali Boże Prawo do swojej wizji życia. Skupili się na zewnętrznych gestach, na ludzkich tradycjach. Byli mistrzami życia religijnego – co nie przeszkadzało im gardzić bliźnimi. Przypomnijmy sobie choćby opowieść o modlitwie faryzeusza i celnika w Świątyni.

Jezus przestrzega dziś, że prawdziwe życie z Bogiem to coś o wiele więcej niż wykonywanie religijnych gestów i zachowywanie przepisów. Wymaga ono przemiany serca, którą zapowiadał Bóg już przez proroka Ezechiela: „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, zabiorę wam serca kamienne, a dam wam serca z ciała”.

Co zatem winniśmy zrobić, żeby ustrzec się błędu faryzeuszy? Zaufajmy św. Jakubowi: „Przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie”. Wtedy doświadczymy, że przemiana serca a także naszego myślenia, które idzie w ślad za nim tak naprawdę nie jest naszym dziełem.

Często zdarza nam się tkwić w błędnym kole przekonań, że: Gdyby otaczający nas świat był lepszy, my też bylibyśmy lepsi. Tak myślimy często, próbując usprawiedliwić zło, którego się dopuszczamy.

Lubimy szukać winy i źródeł zła w ludziach wokół nas, mówiąc, że „takie mamy czasy”, albo „taki klimat”. Nasze małe ego broni się, jak tylko potrafi przed uznaniem winy. A samousprawiedliwienie umie się posłużyć wszystkim: społecznym przyzwoleniem, odwiecznymi zwyczajami, cechami wrodzonymi, znakiem zodiaku, a nawet religijnością.

Tymczasem, jak pisał Leszek Kołakowski w swoim eseju Jezus ośmieszony: „Zdolność poczucia winy jest warunkiem naszego człowieczeństwa. Ta zdolność czyni nas istotami ludzkimi, o czym przypomina nam już Księga Rodzaju. I dobrze! Jeśli bowiem nie umiemy czuć się winni – pisze dalej filozof – nie jesteśmy zdolni do odróżniania dobra od zła. A taka postawa byłaby dla nas samobójstwem. Mam na myśli takie odróżnianie, którego znaczenie, obiektywizm nie pochodzi od nas, którego nie możemy unieważnić, ani zmienić według naszej woli, czy kaprysu” a następnie z pewnym przerażeniem pisze: „Pomyślmy teraz o naszej  europejskiej cywilizacji, o tym w jaki sposób odróżnienie dobra od zła w niej funkcjonuje, od kiedy wyzwoliła się – jeśli jeszcze nie całkowicie, to przynajmniej w dużym stopniu – od śmiesznych chrześcijańskich przesądów. Owo wielkie wyzwolenie, to ściśle rzec biorąc wyzwolenie od grzechu, od poczucia winy, czyli od osobistej odpowiedzialności. Jeżeli wyobrażam sobie, że grzeszę, współczesna filozofia podpowiada mi, że muszę po prostu pójść do psychoanalityka a on mnie wyleczy z moich urojeń. Jeśli zaś jestem zdrowy na umyśle, widzę jasno, że to „społeczeństwo”, „system” (cokolwiek miałoby to znaczyć) są odpowiedzialne za wszystko i są źródłem wszystkiego, co uważam za złe, czyli niezadowalające. Wyobrażenie, że zło jest we mnie, w tobie, w nim, w niej, jest wedle współczesnej filozofii godne pogardy i infantylne i trzeba się z niego jak najszybciej wyzwolić”

Jezus wywraca to myślenie do góry nogami i przypomina, że „nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7, 15).

Grzechy, które wylicza, pochodzą z wnętrza człowieka, z jego serca, a nie z zewnętrznych okoliczności.

Mówiąc to, Jezus chce nam przypomnieć o odpowiedzialności, z której nic nie może nas zwolnić.

Nie chce, byśmy byli zakładnikami głupoty otępiającej sumienie i umysł. Wszak to właśnie ona demonizuje rzeczywistość, której się boimy: Nie bierz, nie kosztuj, nie dotykaj (por. Kol 2, 21).

Zło rodzi się wtedy, gdy posługujemy się stworzonymi rzeczami w niewłaściwy sposób lub gdy używamy ich niezgodnie z celem, którym jest miłość Boga i bliźniego. Konsekwencje, dobre lub złe, mają źródło w naszych decyzjach.

Ewangelia to zasada wolności chrześcijańskiej wobec całej natury. To, co stworzone, jest dobre, gdyż jest dziełem Boga oddanym w nasze ręce.

Fundamentem dobra i zła jest zawsze nasze serce – oświecone miłością lub zaćmione egoizmem.

W każdym z nas jest wolność decyzji.

To skarb złożony przez Boga w naszym sumieniu.

Nie warto tego skarbu sprzedawać za kilka srebrników samousprawiedliwienia, czy szukania winy na zewnątrz nas, które i tak na dłuższa metę nie przyniosą prawdziwego pokoju naszemu sercu.

Bo może je dać jedynie Boża miłość i Boże przebaczenie.