Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bóg, który idzie pośród nas

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, zapytali Jezusa Jego uczniowie: «Gdzie chcesz, żebyśmy przygotowali Ci spożywanie Paschy?»

I posłał dwóch spośród swoich uczniów z tym poleceniem: «Idźcie do miasta, a spotka was człowiek niosący dzban wody. Idźcie za nim i tam, gdzie wejdzie, powiedzcie gospodarzowi: Nauczyciel pyta: Gdzie jest dla Mnie izba, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami? On wskaże wam na górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujecie dla nas».

Uczniowie wybrali się i przyszli do miasta, a tam znaleźli wszystko, tak jak im powiedział, i przygotowali Paschę.

A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im, mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje». Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: «To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił napoju z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym».

Po odśpiewaniu hymnu wyszli w stronę Góry Oliwnej. (Mk 14, 12-16. 22-26)

Aby w pełni zrozumieć wymowę uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa trzeba ją koniecznie odnieść do wydarzeń Wielkiego Czwartku, gdyż to celebracja Mszy Wieczerzy Pańskiej, będącej pamiątka ustanowienia Eucharystii rzuca światło na tę Tajemnicę Tajemnic – jak słusznie nazwał Mszę św. patron naszej parafii św. ojciec Pio – w której sam Bóg wcielony daje nam siebie zamykając na wieki swoją obecność w  chlebie i winie.

Uroczystość Bożego Ciała ukazuje tę samą tajemnicę, abyśmy ją mogli adorować i nad nią medytować. Procesja ulicami miast i wisi ma nam przypominać, że zmartwychwstały Chrystus idzie pośród nas, spełniając swoją obietnicę,  że „pozostanie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

Ale Eucharystia, to także nieustanna lekcja życia dla uczniów Chrystusa, gdyż jej celem jest ukazanie konieczności przemiany naszego życia i zapoczątkowanie tym samym przemiany świata, tak jak w niej przemieniają się dary ziemi w dar Sakramentu Obecności Boga.

A wszystko to, jak mówił papież – senior Benedykt XVI  „ma początek w sercu Chrystusa, który podczas Ostatniej Wieczerzy, w przeddzień swej męki, dziękował Bogu i Go wysławiał, a czyniąc to, mocą swojej miłości zmienił sens śmierci, ku której zmierzał. Fakt, że Sakrament Ołtarza przyjął nazwę «Eucharystia» — «dziękczynienie» — wyraża właśnie to: że przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa jest owocem daru, który Chrystus uczynił z samego siebie — daru miłości silniejszej niż śmierć, miłości Bożej, która sprawiła, że zmartwychwstał. Dlatego właśnie Eucharystia jest pokarmem życia wiecznego, Chlebem życia. Z serca Chrystusa, z Jego «modlitwy eucharystycznej» w przeddzień męki rodzi się ta siła, która przemienia rzeczywistość w jej wymiarach kosmicznym, ludzkim i historycznym. Wszystko pochodzi od Boga, wynika z wszechmocy Jego Miłości, Jedynej i wcielonej w Jezusie. W tej Miłości jest zanurzone serce Chrystusa; dlatego On potrafi dziękować Bogu i Go wysławiać, również w obliczu zdrady i przemocy, i w ten sposób zmienia rzeczy, ludzi i świat. Ta przemiana jest możliwa dzięki komunii silniejszej od podziału, komunii samego Boga”.

Piękne i bardzo wymowne jest wyrażenie: «przyjmować komunię», na określenie aktu spożywania Chleba eucharystycznego. W istocie, kiedy dokonujemy tego aktu, wchodzimy w komunię z życiem samego Jezusa, w komunię życia Trójcy Świętej, włączamy się w dynamikę tego życia, które staje się darem dla na i za nas”. [Homilia podczas Mszy św. w uroczystość Bożego Ciała – 23 VI 2011]

Również św. Augustyn pomaga nam zrozumieć dynamikę komunii eucharystycznej, kiedy mówi o czymś w rodzaju wizji, w której Jezus powiedział mu: «Jam pokarm dorosłych, dorośnij, a będziesz mnie pożywał — i nie wchłoniesz mnie w siebie, jak się wchłania cielesny pokarm, lecz ty się we mnie przemienisz» (Wyznania VII, 10, 18, tłum. Zygmunt Kubiak, Kraków 2007).

A zatem, podczas gdy pokarm dla ciała jest przyswajany przez nasz organizm i przyczynia się podtrzymania go przy życiu, w przypadku Eucharystii mamy do czynienia z procesem odwrotnym: to nie my go przyswajamy, ale on nas przyswaja, tak że stajemy się podobni do Jezusa Chrystusa, stajemy się członkami Jego Mistycznego ciała, jednoczymy się z Nim. Ten moment jest decydujący – o czym zaświadcza św. Paweł Apostoł w 1 Liście do Koryntian (por. 1 Kor 10, 16-17).

Czasem ten fakt umyka naszej świadomości, że właśnie dlatego, że to Chrystus w komunii eucharystycznej przemienia nas w siebie, dzięki owocom komunii świętej, która przyjmujemy nasz indywidualizm zostaje uwolniony od swojego egocentryzmu i włączony w Osobę Jezusa, która z kolei jest włączona w komunię Trójcy Przenajświętszej.

Dlatego Eucharystia sprawia, że trwając w łączności z Jezusem Chrystusem łatwiej nam przezwyciężyć wszelkiego rodzaju podziały zarówno wewnętrzne – obecne w nas samych – jak i zewnętrzne niszczące dobre relacje z innymi. Jak naucza papież Franciszek: „Kto rozpoznaje Jezusa w świętej hostii, umie Go także rozpoznać w bliźnim — cierpiącym, głodnym i spragnionym, obcym, nagim, chorym, uwięzionym — i jest uwrażliwiony na każdego człowieka, w konkretny sposób angażuje się dla dobra wszystkich, którzy są w potrzebie”. I dlatego kontynuuje papież: „Z daru Eucharystii, którą przyjmujemy i w której zamknięta jest cała miłość Boga do nas wynika nasza szczególna odpowiedzialność, jako chrześcijan, za budowanie lepszego świata: solidarnego, sprawiedliwego, braterskiego. Zwłaszcza w naszych czasach, kiedy globalizacja sprawia, że w coraz większym stopniu jesteśmy wzajemnie uzależnieni, chrześcijanie mogą i powinni starać się o to, aby ta jedność nie była budowana bez Boga, to znaczy bez prawdziwej Miłości, gdyż to doprowadziłoby do zamieszania, do pogłębienia egoizmów, do przemocy jednych względem drugich”. [ z homilii na Boże Ciało 2018]

Innymi słowy przyjmowana przez nas Komunia Święta winna sprawiać, że jak to określił w jednym ze swoich wierszy Karol Wojtyła, że nasze życie powinno stawać się bardziej eucharystyczne, czyli upodobnione do życia Jezusa.                             Czy tak jest? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami.

Ale odwracając tę zasadę można powiedzieć bez przekłamania, że im rzadziej przyjmujemy do naszych serc Chrystusa w Eucharystii, tym bardziej skazujemy nasze życie na stagnację i na to, że jako chrześcijanie, którzy nie karmią się Bogiem przestaniemy być wcześniej czy później jego znakiem w świecie. Oby czas pandemii, który sprawił, że wielu z nas przeniosło swój udział we Mszy świętej do Internetu czy do telewizji nie utrwaliło w nas tego nawyku!

Dlatego przyjmujmy jak najczęściej Jezusa w darze Jego eucharystycznej Obecności i nieśmy Go w sobie współczesnemu, tak bardzo zagubionemu światu, tak jak Maryja zaniosła Go Elżbiecie w tajemnicy nawiedzenia.

Nieśmy Go z nadzieją i świadomością, że miłość Boga, wcielona w Chrystusie i ukryta w tym małym kawałku chleba jest silniejsza od zła, przemocy i śmierci, bo swoją miłością zwyciężyła już świat.

Również w ten wieczór, zatrzymując się na chwilę w biegu naszego życia przy tajemnicy Eucharystii, w której spełnia się obietnica a Jezusa: «Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dziękujmy Mu za Jego wierność, która podtrzymuje naszą wiarę i nadzieję.

I prośmy, aby swoją miłością ukrytą w kawałku tego przyjmowanego chleba umacniał naszą miłość, której tak bardzo potrzebujemy, abyśmy dzięki niej byli wciąż rozpoznawani w świecie, jako Jego uczniowie. Amen

Medytacja jako samo-poddanie

Przyszli do Jezusa saduceusze, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i pytali Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat i pozostawi żonę, a nie zostawi dziecka, niech jego brat pojmie ją za żonę i wzbudzi potomstwo swemu bratu”.

Otóż było siedmiu braci. Pierwszy pojął żonę, a umierając, nie zostawił potomstwa. Drugi ją pojął za żonę i też zmarł bez potomstwa; tak samo trzeci. I siedmiu ich nie zostawiło potomstwa. W końcu po wszystkich umarła także kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę».

Jezus im rzekł: «Czyż nie dlatego jesteście w błędzie, że nie rozumiecie Pisma ani mocy Bożej? Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie. Co się zaś tyczy umarłych, że zmartwychwstaną, to czy nie czytaliście w księdze Mojżesza, tam gdzie mowa o krzewie, jak Bóg powiedział do niego: „Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba”? Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych. Jesteście w wielkim błędzie». (Mk 12, 18-27)

Kiedy po raz pierwszy, rano przeczytałem ten fragment Ewangelii przypisany dzisiejszej liturgii słowa, pomyślałem sobie: „Co to za Ewangelia? O jakichś mężach i żonach przed śmiercią i po śmierci? I jak ja mam do tego napisać komentarz do medytacji!?” I w pierwszym odruchu pomyślałem, znajdę sobie jakiś lepszy fragment, bardziej przystający do medytacyjnej rzeczywistości. Najpierw pomyślałem o pierwszym czytaniu z dnia dzisiejszego, ale tamto jest jeszcze gorsze. I z takim nastawieniem poszedłem na Eucharystię. A kiedy po raz kolejny usłyszałem tę dzisiejszą Ewangelię, Pan położył rękę na moim sercu, przynosząc pokój.  A wtedy wszystko się poukładało. Bo w końcu, to On chce przemawiać przeze mnie a ja jestem tylko narzędziem. I choć już wielokrotnie to przerabiałem, to wciąż wracam do tego błędu. A o tym właśnie mówi dziś Jezus w Ewangelii: „Jesteście w wielkim błędzie”. (Mk 12,27)

Wspominam o tym, bo to dobre odzwierciedlenie dzisiejszej Ewangelii. Im bardziej próbujemy spoglądać na Pana Boga i Jego działanie z ludzkiego punktu widzenia, tym łatwiej narazić się na błądzenie. A delikatnie mówiąc, to mało komfortowa sytuacja usłyszeć – sądząc, że jest się osobą religijną i pobożną – „jesteś w wielkim błędzie…”

Ostatnio, przy okazji rozważań o Trójcy Świętej pisałem jak bardzo ulegamy pokusie stwarzania Boga na nasz obraz i podobieństwo, pasującego do naszych schematów myślenia i naszych oczekiwań.  Czujemy się lepiej, bo wmawiamy sobie, że dzięki temu lepiej znamy Pana Boga.

Wiara natomiast zawsze zaprasza nas do zgody na tajemnicę. Do podróży, która wymaga od nas, abyśmy tym bardziej im bardziej postępujemy na drodze wiary, porzucali zarówno własne wyobrażenia o Bogu, jak i własne wyobrażenia o nas samych. Ale jak słusznie pisze o tym o. Richard Rohr: „Nie możemy tego dokonać ani w naszej głowie, ani też samodzielnie. To dokonuje się nam za sprawą działania w nas łaski, na którą się otwieramy!” Praktyką, która nam w tym niezmiernie pomaga jest medytacja monologiczna. Jak już niejednokrotnie mówiono – jest ona poprzez swoje ubóstwo formy pewnego rodzaju wyjściem na pustynię, gdzie jesteśmy zaproszeni do pozbycia się swoich wyobrażeń i wewnętrznego ogołocenia na rzecz łaski, którą Bóg pragnie nas wypełnić w swoim Duchu. Dzięki temu medytacja, poprzez całkowite powierzenie się Jezusowi, którego imienia przyzywamy w tej praktyce, pozwala nam odkrywać naszą prawdziwa tożsamość.

Naturalnym doświadczeniem jest to, że porzucanie naszych wyobrażeń o sobie samym i o Bogu zawsze wiąże się z lękiem i niepewnością. Pozbawiamy się bowiem w ten sposób pewnych intelektualnych podpórek i zabezpieczeń, które choć błędne dają nam iluzoryczne oparcie. Tymczasem doświadczenie medytacji odkrywa przed nami prawdę, że tylko Bóg może nas poprowadzić w głębię prawdziwej wiary a to co my możemy zrobić, to porzucić wszystko, co wypełnia nasze umysły i serca, przeszkadzając Bogu w tym, by On je wypełnił swoją jedynie łaską i mądrością.

Jest piękne zdanie, które znalazłem w jednej z książek ojca Rohara, pod którym podpisuję się obiema rękami: „Osobiście uważam, że Ewangelię (i w ogóle religię a także wiarę) – szczególnie w zachodniej Europie – przekształciliśmy w system samokontroli. W Ewangelii jednak – jestem o tym głęboko przekonany – chodzi bardziej o samo-poddanie” [Prosta sztuka odpuszczania s. 25]

I tego właśnie uczy nas medytacja monologiczna.

Mysterium Trinitatis

Jedenastu uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami:

«Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». [Mt 28, 16-20]

Historia głosi, że gdy św. Augustyn ukończył pisanie Traktatu o Trójcy Świętej, miał odnotować jedno wiele mówiące zdanie: „Szybciej straci zmysły ktoś, kto będzie usiłował pojąć tajemnice Trójcy Świętej za pomocą swojego rozumu.”

A jednak pomimo tej przestrogi ludzie nie przestali zgłębiać prawdy o Trójcy Świętej, nie unikając także wielu błędów w tym zakresie. Dlatego już całkiem na poważnie św. Augustyn przestrzegał ówczesnych teologów, z którymi prowadził dysputy teologiczne, słowami: „nigdzie indziej błąd nie jest bardziej niebezpieczny niż w odniesieniu do Trójcy Świętej!”

Podobnego zdania jest inny wielki teolog, będący mistrzem św. Tomasza z Akwinu – św. Albert Wielki, który mówił, że „błąd popełniony w dziedzinie odkrywania tajemnicy Trójcy Świętej może zniweczyć cały zamysł wiary i teologii.

I dlatego właśnie przywołany już Święty Tomasz z Akwinu lubił określać temat swoich badań terminem „tajemnica Trójcy”. Dla św. Tomasza „Tajemnica to właśnie sekret Mądrości odkrywanej w pielgrzymce wiary i nadziei, której jednak spełnienie osiągnie się w pełni dopiero w wieczności, gdy sam Bóg odsłoni przed nami w pełni to, do czego ludzki rozum nie jest w stanie dojść o własnych siłach.”

Wielu teologów przestrzegało przed tym, aby w próbie poznania Boga unikać najczęstszego błędu, który najprościej moglibyśmy określić projekcją naszego człowieczeństwa na Boga. Polega ono ni mnie j ni więcej na tym, że Bóg – jak wiemy z katechizmu – stworzył istoty ludzkie na swój własny obraz i podobieństwo a my nierzadko odwzajemniamy się, wyobrażając sobie Boga na nasz obraz i podobieństwo.

Współczesnemu człowiekowi, zapatrzonego w możliwości swojego umysłu i często zadufanemu w sobie wcale nie jest łatwo pozwolić Bogu być tym, kim naprawdę jest. Nasz naturalny egocentryzm chce stwarzać Boga w taki sposób, aby był taki, jakim Go potrzebujemy i chcemy widzieć. W bardzo mocnych słowach podsumowuje to współczesny amerykański  teolog i psycholog, franciszkanin ojciec Rihard Rohr: „Stworzyliśmy Boga, który wchodzi dl naszej gry, wpasowuje się w system. Bóg, który stoi poza systemem, jest kimś kogo nie możemy znieść! Pewnie dlatego nieustannie potrzeba nam Boga, który lubi się bawić z nami w wojnę, w takim samy stopniu jak my. Potrzebujemy Boga dominującego, bo sami lubimy dominować. I często tworząc swój własny, fałszywy obraz Boga ignorujemy to, co powiedział do nas Jezus o boskiej naturze swojego Ojca”.

Dlatego idąc tropem przywołanego wcześniej zdania św. Tomasza warto sobie uświadomić, że podroż w wierze wymaga od nas, abyśmy byli gotowi porzucać stworzony przez nas wizerunek Boga i nasze o nim wyobrażenia i zgodzić się na to, że Bóg jest Tajemnicą, bo tylko wówczas gdy pozwalamy by Tajemnica boga przeniknęła nas na jej własnych warunkach wchodzimy na drogę prawdziwego nawrócenia.

To ciekawe, że na ścieżce poznawania Boga w wierze wszystkie wielkie teologiczne umysły zalecają umiar, roztropność, pokorę i prostotę.

Jest taka stara historia, która pięknie to obrazuje:

Pewnego razu jeden z biskupów postanowił objechać całą diecezję i zobaczyć, jak żyją ludzie. Diecezja była rozległa a że leżała nad morzem biskup postanowił skrócić sobie drogę przeprawiając się statkiem. Gdy podczas rejsu rozpętała się wielka burza, wyrzuciła statek na nieznaną wyspę. Podczas gdy marynarze naprawiali uszkodzone maszty i żagle, biskup postanowił, że przespaceruje się po wyspie. Ze zdumieniem odkrył, że mieszkają na niej trzej pustelnicy.

– Jak wy tu żyjecie? – zapytał.

– Żywimy się owocami i rybami.

– A w Boga wierzycie?

– Oczywiście – odparli pustelnicy.

– A jak się modlicie?

– Tak jak umiemy najprościej – odpowiedzieli – „Ty Boże jesteś w Trzech Osobach, i nas jest trzech, więc zmiłuj się nad nami i pobłogosław nas!”

– Nie znacie żadnych innych modlitw? – zapytał biskup?

– Nie, bo nas nikt nie nauczył.

– A skąd wiecie, że Bóg jest w trzech osobach? – drążył dalej biskup

– Od samego Boga!

Biskup zatem postanowił nauczyć pustelników przynajmniej modlitwy „Ojcze nasz”. A że byli prości i już podeszli w latach, szło to opornie. Ale wreszcie się udało. Uradowany biskup pobłogosławił pustelników, wsiadł na statek i odpłynął. Gdy już mocno oddalili się od brzegu nagle załoga statku dostrzegła trzech ludzi kroczących po morzu, zupełnie jak niegdyś Pan Jezus. Gdy się zbliżyli zobaczyli, że to trzej pustelnicy z wyspy gonią statek. Gdy weszli na pokład, upadli do stóp biskupa i powiedzieli:

– Wybacz Ekscelencjo, że cię gonimy, ale zapomnieliśmy słów tej modlitwy, której nas nauczyłeś.

Biskup zaniemówił z wrażenia. Nigdy bowiem nie widział podobnego cudu – żeby ktoś chodził po wodzie. Zrozumiał, że ci trzej pustelnicy dzięki swojej prostej modlitwie i pokorze serca są dużo bliżej Boga niż on – uczony teolog. Rzekł wiec:

– Wracajcie na wyspę i módlcie się tak, jak do tej pory. Nic więcej nie musicie robić!

Myślę, że wielu ludzi łamie sobie umysł, żeby choć trochę pojąć jak to jest – jeden Bóg w trzech Osobach. A najważniejsze w doświadczeniu wiary jest to, by umieć przyjąć do serca prawdę, że Bóg jest Tajemnicą i może Go zrozumieć jedynie ktoś, kto otrzyma od Niego taką łaskę.

Przywołałem na początku tych rozważań zdanie, które przypisuje się św. Augustynowi, autorowi najsłynniejszego traktatu o Trójcy Świętej: „Szybciej straci zmysły ktoś, kto będzie usiłował pojąć tajemnice Trójcy Świętej za pomocą swojego rozumu.”

Jak głosi legenda zdanie to miał przeczytać inny święty a jednocześnie mistyk żyjący dziesięć wieków po Augustynie – św. Jan od Krzyża i uzupełnić je słowami: „Bo poznać Tajemnicę Boga można jedynie sercem i to takim, które jest przeniknięte gorącą miłością do Niego.”

Prośmy Trójcę Świętą o dar takich prostych, miłujących i otwartych serc dla nas!

Pragnienie by być przy Panu

Uczniowie byli w drodze, zdążając do Jerozolimy. Jezus wyprzedzał ich, tak że się dziwili; ci zaś, którzy szli za Nim, byli strwożeni. Wziął znowu Dwunastu i zaczął mówić im o tym, co miało Go spotkać:

«Oto idziemy do Jerozolimy. A tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie».

Wtedy podeszli do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: «Nauczycielu, pragniemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy».

On ich zapytał: «Co chcecie, żebym wam uczynił?»

Rzekli Mu: «Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Jezus im odparł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?»

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

Lecz Jezus rzekł do nich: «Kielich, który Ja mam pić, wprawdzie pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane».

Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich:

«Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mk 10, 32-45)

Ewangelia dzisiejsza zaczyna się od słów: „Uczniowie byli w drodze”…

Każda i każdy z nas – współczesnych uczniów Chrystusa – uczestniczy w tym samym doświadczeniu: jesteśmy w drodze – w drodze życia, w drodze wiary, w drodze modlitwy, w drodze medytacji…

Najważniejsze jednak jest to, że w tej drodze idzie z Nami Jezus, który sam jest Drogą. Trzymać się Go, to mieć gwarancję tego, że nie zbłądzimy w drodze do celu, jakim jest nasze zbawienie. Trzymać się Go, oznacza, że możemy mieć pewność, że On przeprowadzi nas zwycięsko przez każde życiowe doświadczenie. Trzymać się Go, oznacza, że przejdziemy przez życie najlepszą z możliwych dróg, którą On zna, my nie musimy! Wystarczy że Mu zaufamy!

Oczywiście każda i każdy z nas ma na tej drodze swoje ludzkie ambicje, plany, podobnie jak synowie Zebedeusza i ich matka. Niezwykłe jest to, że Jezus nie lekceważy naszych ambicji, ale zawsze stara się – jako Dobry Nauczyciel – właściwie je ukierunkować.

Nie do końca rozumiem oburzenie pozostałych apostołów w dzisiejszej Ewangelii. Nie do końca wiem, czy wynikało z zazdrości, czy z obłudy – udawania, że oni nie chcą zasiadać najbliżej Jezusa w Jego chwale!? Bo czy może być piękniejsze pragnienie, bardziej determinujące naszą świętość, niż to, żeby zasłużyć na miejsce blisko Syna Bożego w Jego Królestwie? Oby wszyscy chrześcijanie nosili w sercu takie pragnienia. Może to – zbyt ambitne powie ktoś – zapatrzenie w wieczność determinowałoby to, że mniej bylibyśmy przywiązani do tego świata i do chęci robienie doczesnych karier.

Nie wstydzę się przyznać, że także chciałbym w wieczności siedzieć blisko Jezusa. Niekoniecznie na tronie, niekoniecznie po Jego lewej czy prawej stronie. Wystarczy mi miejsce u Jego stóp. Czy takie pragnienie nie powinno być bliskie każdemu sercu ucznia Chrystusa?

Ale ponieważ moja słabość i grzech nieustannie przypominają mi o tym, że o własnych siłach nie jestem w stanie zrealizować tego pragnienia, ani też nie jestem godzien o nie prosić, więc pozostaje mi inne wołanie, bardziej adekwatne do mojej postawy: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!” I póki co ono mi wystarczy, bo przypomina mi, że wszystko jest łaską!

A ponad to wezwanie Modlitwy Jezusowej uczy mnie nieustannego zaufania w to, co przygotował mi Jezus i uczenia się gotowości przyjęcia tego daru.

Wiem jedno, że Jezus nie mniej niż ja pragnie dla mnie miejsca w wieczności, co więcej już je przygotował przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Jak wspomniano już wcześniej, codzienna medytacja uświadamia mi, że to nie tylko ja codziennie myślę o Jezusie, ale że i On myśli o mnie i mnie oczekuje. Dzisiaj w modlitwie, w medytacji,  w Eucharystii a kiedyś w wieczności.  

Medytacja pozwala mi się zbliżać do Jezusa jak do Przyjaciela i Powiernika. A powtarzane w rytmie oddechu wezwanie jest pełnym ufności i miłości wezwaniem, aby On strzegł mnie i mojego miejsca zarówno teraz, jaki w wieczności.

Nie wiem, co jest moim kielichem doświadczeń, jaki jeszcze mam do wypicia w tym życiu. Ale jeśli pomyślę tylko, że Tym który mi go przygotował jest Jezus, który zawsze pragnie mojego dobra, to wiem, że o nic nie muszę się martwić. Medytacja monologiczna to także prośba o to, abym był gotów przyjmować Jego wolę i to, co ona przynosi mi każdego dnia.

W codziennej medytacji Jezus pokazuje mi ewangeliczną drogę do nieba. A sama praktyka medytacji od zawsze jest dla mnie drogą i szkołą wolności serca, uwalniającej od niezdrowej rywalizacji i wywyższania się, uwalniającej od skupiania się na sobie samym, zabezpieczającej przed uleganiem modzie tego świata, który tak lubi manifestować swoją władzę i siłę nad innymi; ale jest też drogą, która nieustannie przypomina mi o tym, że powołanie do wielkości mamy w genach. Może nie koniecznie jest to wielkość rozumiana z perspektywy tego świata, ale ta, o której mówił patron dnia dzisiejszego św. Filip Neri: „Wszyscy są stworzeni do wielkości. I do tego, by przez całą wieczność być blisko Jezusa. Tego nie można kupić ani pieniędzmi, ani dobrymi uczynkami. Tego nie można też załatwić po znajomości. To się osiąga służbą i zgodą na cierpienie, które jest nam zadanie do pokonania. Prawdziwą wielkością człowieka jest bowiem miłość, a ona realizuje się w służbie i poprzez akceptację cierpienia i życia. Wszelkie inne postacie wielkości są złudne – dają poczucie wielkości, ale wielkością nie są, więc szybko przynoszą rozczarowanie”.

Paraklet

W ostatnim, najbardziej uroczystym dniu Święta Namiotów Jezus wstał i zawołał donośnym głosem:

«Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza».

A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był dany, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony. (J 7, 37-39)

Gdyby policzyć wszystkie zesłania Ducha Świętego opisane w Ewangeliach i Dziejach Apostolskich, zebrałoby się ich przynajmniej kilka. I nie są to analogiczne opisy tego samego wydarzenia. Każde z nich jest inne, jedyne i niepowtarzalne.

Ewangelia Jana zaprasza nas dziś ponownie do Wieczernika w dniu zmartwychwstania. Jesteśmy świadkami spotkania, podczas którego Jezus „tchnie” na Apostołów, mówiąc do nich: „Weźmijcie Ducha Świętego”.

Dlaczego właśnie to wydarzenie, jakim było zesłanie Ducha Świętego przykuwa naszą uwagę równie mocno jak Zmartwychwstanie? Otóż najprostszą odpowiedzią byłaby ta, że jest to wydarzenie niezwykłe, oryginalne i z tej racji doskonale wpisuje się w mentalność współczesnego odbiorcy.

Bo czy nie jest trochę tak, że żyjemy w czasach mających obsesję na punkcie oryginalności i niepowtarzalności!? Im bardziej coś jest niezwykłe, niespotykane, jeszcze nieodkryte, a najlepiej szokujące swoją nowością, tym lepiej i tym łatwiej przyciąga uwagę innych. Taka musi być sztuka, taka musi być popkultura, technologia i – co najważniejsze – taki musi być człowiek.

Nie tak dawno słyszałem (chyba dosyć smutną) odpowiedź pewnej nastolatki, maturzystki z renomowanej szkoły społecznej w Warszawie, która zapytana o to „dlaczego tak bardzo chce być oryginalna, chce być – jak to się mówi w języku ludzi młodych – trendy?”, stwierdziła wprost, że: „Jeśli jesteś zwyczajny, niczym się nie wyróżniasz i nie nadążasz za współczesnymi trendami, to nic nie znaczysz!”.

Oczywiście nie chodzi o oryginalność dla samej oryginalności, chodzi o odkrycie własnego „ja”, własnej niepowtarzalności, czegoś wyjątkowego, co jest w każdym gdzieś głęboko schowane.

Jakiś czas temu odwiedzając mojego kolegę kapłana pracującego w duszpasterstwie akademickim w Londynie zauważyłem, że na autobusach miejskich umieszczono hasło: „Słuchaj własnego serca i podążaj za jego natchnieniami”.

W sumie brzmi nieźle i zapewne udałoby się ten slogan obronić niejednemu religijnemu liderowi, gdyby nie fakt, że słowo Boże mówi na ten temat zupełnie coś innego.

W dzisiejszej Ewangelii stoi bowiem czarno na białym, że Duch Święty po odejściu Jezusa do nieba nie będzie mówił niczego od siebie, tylko będzie powtarzał po Synu Bożym. Z ludzkiego punktu widzenia może nam się wydawać, że Duch Święty nie da ludziom nic oryginalnego i swojego, ale weźmie z tego, co Jezusowe i tym będzie ich obdarzał.

Co ciekawe, gdybyśmy sięgnęli do wcześniejszych fragmentów Ewangelii okazałoby się, że z Jezusem sprawa miała się bardzo podobnie. Wielokrotnie powtarzał, że mówi tylko to, co usłyszał od Ojca, i robi tylko to, co widział u Ojca.

Przeciętna uniwersytecka komisja egzaminacyjna słuchając tych słów mogłaby z czystym sumieniem orzec, że w Trójcy Świętej są sami plagiatorzy i odtwórcy. Jezus mówi to, co Ojciec; Duch Święty mówi, to co Jezus i Ojciec… Gdzie tutaj miejsce na ulubioną przez współczesne pokolenie oryginalność i innowacyjność?

Otóż ta oryginalność polega właśnie na tym, że dzięki Duchowi Świętemu dowiadujemy się, że prawda jest tylko jedna, a jej oryginalna wersja, jest w Bogu Ojcu, który jest początkiem wszystkiego, jest stwórcą każdego bytu, a więc wszystkie pomysły – nawet te najbardziej innowacyjne – pochodzą od Niego.

Ten fakt daje nam – chrześcijanom – poczucie ogromnej wolności, wypływającej z faktu, że niczego nie musimy udowadniać i niczego bronić. Prawda jest jedna i nie da się jej zakrzyczeć różnego rodzaju przemijającymi pseudo-filozofiami. Już w latach 60-tych XX wieku, kanadyjski filozof Herbert McLuhlan prorokował: „rozwój mass-mediów uczyni ze świata globalną wioskę, a tym, co może okazać się największą przeszkodą w zrealizowaniu tego projektu na modłę określoną przez największe światowe koncerny oferujące poczucie pseudo-wolności ukrytej pod hasłem globalizacji jest… PRAWDA”.

Jedyne, co powinniśmy zrobić, jako uczniowie Chrystusa, to żyć prawdą, której źródłem jest Duch Święty działający w naszych sercach. A możemy to uczynić jedynie wówczas, gdy staniemy się ludzi autentycznej modlitwy i kontemplacji, które zapraszając nas do „zejścia w głąb” siebie pozwolą Duchowi Świętemu prowadzić nas do prawdy. I w tym sensie warto słuchać własnego serca, pod warunkiem, że ono też słucha Boga, który do niego przemawia.

Jak zwykł mawiać znany niemiecki teolog XX-wieku Karl Rahner: „Chrześcijanin XXI wieku, albo będzie człowiekiem kontemplacji, albo go w ogóle nie będzie” i pozwoli się ponieść prądom współczesnych ideologii i konsumpcji.

Warto dziś zadać sobie pytanie: Czy wolę gonić za nowinkami i newsami, którymi nieustannie świat karmi nieposkromioną ludzką ciekawość – czy wolę zasłuchać się w szept Ducha Świętego, który jest jedynym źródłem prawdy?

Tylko żyjąc prawdą, której źródło odnajdujemy w Bogu i w Jego Słowie, w które wsłuchujemy się wytrwale każdego dnia możemy oprzeć się kłamstwu współczesnego świata i pana tego świata i autentycznością naszego życia opartego na prawdzie, wierze i miłości zmusić do milczenia niewiedzę ludzi głupich – do czego zachęca nas św. Piotr Apostoł w swoim Liście (por. 1P 2,15).  

I tylko ktoś, kto szuka w Bogu, może znaleźć w bliskości z Nim swoją prawdziwą oryginalność i wyjątkowość. Szukając potwierdzenia naszej wyjątkowości w świecie lub w sobie, znajdziemy jedynie skrawki tego, kim naprawdę jesteśmy.

Twórczość i kreatywność Boga Ojca nie mają końca, więc każdy Jego byt i dzieło są niepowtarzalne – dlatego ktoś, kto szuka u Niego, nigdy nie przestanie się dziwić.

Jak wspomniano na początku Zesłanie Ducha Świętego nie było jednorazowym aktem, który miał miejsce w dniu Pięćdziesiątnicy.

Gdyby spojrzeć na historię Kościoła, także tego, którego częścią jesteśmy my sami, nie sposób policzyć wszystkich zesłań Ducha.

Z tego rodzi się jeden wniosek: Duch Święty jest pośród nas i nieustannie zstępuje na kolejne pokolenia uczniów Chrystusa. I tak, jak różni jesteśmy my sami i zadania, przed którymi stajemy, tak różne są dary Jego łaski, jakiej nam nieustannie udziela.

Byle byśmy na te Jego zesłania, w których On pragnie się nam udzielać zawsze pozostawali otwarci.