Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

„Denar” za medytację

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.

Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi». (Mt 20, 1-16)

Jeśli istnieje jakiś owoc medytacji, jakiś wymierny efekt, na który mamy prawo oczekiwać, jest nim jedynie ów „denar”, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia – czyli zbawienie, które pragniemy wykuwać naszą wytrwałą wiernością, naszym zasłuchaniem i zapatrzeniem w Jezusa, po to by w codzienności nasze życie stawało się odbiciem Jego życia; nasza modlitwa odbiciem Jego modlitwy, nasza miłość odbiciem Jego miłości a nasze posłuszeństwo woli Boga odbiciem Jego posłuszeństwa. Co oczywiście nie zmienia faktu, że i tak ów denar pozostaje zawsze owocem łaski i miłości Gospodarza winnicy a nie naszą zasługą. My co najwyżej możemy powiedzieć, że okazujemy się często sługami nieużytecznymi…

Jezus opowiada historię wziętą z życia, jakby chciał nam przypomnieć, że to właśnie nasze życie jest miejscem objawiania się Boga. By jednak umieć to dostrzec trzeba mieć w sobie po pierwsze wiarę, po drugie pokorę, po trzecie zdolność tego szczególnego rodzaju patrzenia, które pod osłoną codzienności potrafi dostrzec obecność Boga. Wszystkie trzy wymienione  cechy wyrabia w nas praktyka medytacji.

Medytacja jest modlitwą wiary i to można by powiedzieć nagiej wiary, która opiera się jedynie na mocy Słowa – jednego wezwania, wyrzekając się wszystkich innych aspektów, które mogłyby urozmaicać tę podróż wiary.

Medytacja jest modlitwą pokory, bo nie tylko uczy nas odwracać spojrzenie od nas samych a kierować nieustannie nasz wzrok i słuch na Jezusa, ale też jest modlitwą zgody na to, aby droga, którą Duch Święty prowadzi nas po ścieżkach wiary była absolutnie Jego drogą, bez naszego wpływu na to, co na ścieżce medytacji się dzieje.

Wreszcie medytacja jest modlitwą, która uczy nas prostoty patrzenia na rzeczywistość, uczy pod pozorami tego, że choć często nic niezwykłego nie dzieje się w praktyce modlitwy monologicznej dostrzegać właśnie w słowie złączonym z oddechem obecnego i działającego Boga.

Ewangelia mówi o tym, że Gospodarz zaprasza do swojej winnicy. Tą winnica, do której jesteśmy codziennie zaproszeni przez Jezusa jest nasza medytacja a następnie nasze życie, z którym medytacja jest nierozerwalnie złączona. Można by powiedzieć więcej: praktyka medytacji jest dobrym wprowadzeniem do bardziej intensywnego i uważnego przezywania naszego życia.

Medytacja sprawia, że do codziennej pracy (zarówno tej zarobkowej, jak i niezarobkowej) potrafimy podchodzić wewnętrznie wolni, odnajdując w niej miejsce odpowiedzi na zaproszenie, które skierował do nas Jezus. Jeśli ktoś chce może to określić mianem powołania.

To zaproszenie do codziennej pracy, czy jak ktoś woli powołanie, jest wyrazem tego, że Bóg troszczy się o nas i chroni nas przed często niebezpieczną dla naszego życia (nie tylko duchowego) bezczynnością.

Ale medytacja to modlitwa na wskroś humanistyczna w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wyrywa nas z naszego egoizmu. Tak jak podejmujemy medytację dla pokoju, tak możemy w medytacji łączyć się i medytować dla tych, którzy dzisiaj cierpią z powodu bezrobocia. Możemy oddychać w ich kierunku naszą solidarnością z nimi.

W dalszym ciągu medytacja uwalnia nas od pretensjonalności „robotników pierwszej godziny”, którzy nie potrafią się cieszyć tym, co otrzymali. Uwalniając nas od zachłanności, ucząc poprzestawać na małym i to z wdzięcznością, medytacja chroni nas także przed powszechnym – również wśród współczesnych chrześcijan – malkontenctwem.

Wiele osób praktykujących medytację monologiczną dzieli się jej owocami, które polegają na tym, że od chwili kiedy medytują regularnie dostrzegają, że potrafią się bardziej cieszyć się tym, co otrzymują każdego dnia. Co więcej – uważność sprawia, że łatwiej im patrzeć na życie i jego składowe jako na dar od Pana; że dzięki praktyce medytacji mniej jest w ich życiu zgorzknienia i niezadowolenia

„Pierwsi będą ostatnimi”. Jezus przestrzega nas przed niezadowoleniem, które sprawia, że możemy nosić w sobie fałszywe poczucie, że jest się „wiecznie ostatnią/ostatnim”. Medytacja w każdym oddechu, który jest synonimem tchnienia życia przypomina nam, że w życiu naprawdę wszystko jest łaską!

Dar wdzięczności, to bardzo konkretny owoc medytacji: Uczy nas ona cieszyć się każdą chwilą.

Modlitwa na rozpoczęcie medytacji:

Ojcze niebieski, otwórz nasze serca na cichą obecność Ducha Twojego Syna. Wprowadź nas w misterium ciszy, w której Twoja miłość objawia się wszystkim, którzy wołają: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” Amen.

Pustynia uczy bycia przed Bogiem

PUSTYNIA… miejsce, które nie oznacza nieobecności ludzi, ale pozwala bardziej odnaleźć obecność Boga. Choć przyznam, że tych pierwszych też spotykam niewiele. Jedynym towarzyszem mojego pustelnicowania jest kot, który mieszka w małej pustelni obok. Z tego, co wiem od właściciela kota mieszka tam już od lat, więc można się od niego uczyć pustelniczego stylu życia. Wprawdzie przez moje blisko dwa tygodnie pobytu nie wypowiedział ani słowa, ale jego postawa mówi więcej niż słowa. Prawie cały dzień wyleguje się w słońcu, w obecności Pana, sprawy przyziemne (wyłączając fakt, że leży na ziemi) w ogóle go nie zajmują. Jakby chciał powiedzieć wszystkim przechodzącym obok, że najbezpieczniejszym i najpewniejszym miejscem jest żyć w bliskiej relacji z Bogiem a wówczas już o nic nie trzeba się martwić…

Możliwość pobycia w pustelni to dzisiaj pewnego rodzaju komfort. Pamiętam rekolekcje prowadzone przez kard. Roberta Saraha, który mówiąc, że raz w miesiącu stara się spędzić weekend w pustelni, gdzie nie zabiera nic oprócz Pisma Świętego, traktuje jako rzecz nieodzowną dla duchowej formacji, jednocześnie pytał: „Czy stać nas dziś na to?”

Być może nie trzeba pobytu w pustelni, żeby uświadomić sobie – jak już o tym pisałem – że w naszej głowie dzieje się za dużo… Za dużo myśli, za dużo spraw, za dużo zmartwień…

Pustelnia pozwala w niezwykły sposób wyłączyć głowę. Zresetować ten natłok myśli, który często próbuje nas przytłoczyć. I nie potrzeba wcale magicznych zabiegów. Wystarczy wsłuchać się w ciszę a ona dopełni reszty. Cisza jest tym niezwykłym lekarstwem, który pozwala odpocząć naszym głowom. Pozwala zrobić przestrzeń dla bycia przed Bogiem. Jak pokazuje to mój sąsiad kot-pustelnik. Leżąc przy pustelni jak martwy przypomina: memento mori, więc nie musisz się niczym zazbytnio przejmować. I tak nie zabierzesz stąd nic więcej niż to, co najważniejsze. Resztę, na której tak często próbujemy zacisnąć swoje serce i ręce będziemy musieli zostawić. Nie przejdzie przez „ciasna bramę” Bożego sądu.

Uczę się tego wszystkiego patrząc co dzień na kota – mojego nauczyciela pustelniczego życia, wsłuchując się w ciszę przerywaną w porze jutrzni śpiewem ptaków, w porze godziny południowej cykaniem cykad, zaś w porze nieszporów szumem fal rozbijających się o nadbrzeżne skały. Nauczyłem się już nawet rozróżniać, że kiedy cykady śpiewają nocą, zapowiada się następnego dnia upał, gdy nie cykają będzie zwykle 30 stopni Celsjusza. Siedzę w duchu wdzięczności w nieprzerwanej medytacji nad hojnością Boga, który w ciszy pustelni pozwala mi doświadczyć radości, lekkości, beztroski bycia przed Nim, wyrzekając się wszelkiego osądu i oczekiwań. Po prostu… jestem! A jak mówią filozofowie „bycie określa świadomość” i szczególnie pustelnia pozwala doświadczyć tego w praktyce.

Dzisiaj wspomnienie św. Klary, więc pozwoliłem sobie przywołać, jako tekst wprowadzenia czytanie z oficjum uroczystości, jakie czytają dziś siostry Klaryski ze Starego Sącza, klasztor szczególnie bliski memu sercu, więc mimo oddalenia świętuję wraz z nimi.

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć,

wzywajcie Go, dopóki jest blisko!

Bo myśli moje nie są myślami waszymi

ani wasze drogi moimi drogami –

wyrocznia Pana.

Bo jak niebiosa górują nad ziemią,

tak drogi moje – nad waszymi drogami

i myśli moje – nad myślami waszymi.

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg

spadają z nieba

i tam nie powracają,

dopóki nie nawodnią ziemi,

nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju,

tak iż wydaje nasienie dla siewcy

i chleb dla jedzącego,

tak słowo, które wychodzi z ust moich,

nie wraca do Mnie bezowocne,

zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem,

i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. [Iż 55, 6. 8-11]

Medytacja jest byciem przed Bogiem, jest słuchaniem, jest oczekiwaniem…

Bycie w medytacji jest udziałem w byciu samego Boga: „JAHWE” – to znaczy „JESTEM” – przedstawia się Bóg Izraelitom.

Słuchanie oznacza w medytacji naszą otwartość na Słowo i jego działanie.

Oczekiwanie jest konsekwencją wsłuchania w Słowo, gdyż jak przypomina Pismo Święte: „Słowo nie przemija nieskuteczne, zanim wpierw nie dokona tego, co zamierzało…” [por Iż 55,11] Działanie Słowa w nas – medytujących – nie dokonuje się jednak dzięki naszemu czysto ludzkiemu wysiłkowi, dzięki jakiejś technice medytacji, ale dzięki temu, że buduje ono w nas przestrzeń relacji i miłości, doświadczenie komunii, którą można by określić inaczej „stopieniem się” medytującego ze Słowem. „W czasie medytacji – jak określał to św. Jan Maria Vianney – dochodzi do tego, że Bóg i dusza są jakby stopionymi kawałkami wosku, których nikt nie potrafi rozdzielić”. To zjednoczenie Boga ze stworzeniem jest jednak zawsze darem i owocem łaski, za który winniśmy być nieustannie wdzięczni. Z naszej strony potrzeba jedynie dyspozycji, abyśmy starali się ze wszech miar, aby nasze serca w praktyce medytacji były całkowicie i bez reszty w nią zatopione, co zresztą również nie dokonuje się bez pomocy łaski. To dlatego medytację zawsze zaczynamy modlitwą, w której prosimy o udzielenie nam łaski dobrej medytacji.

Medytacja zaprasza nas do tego. abyśmy cali zmienili się w słuch. Aby wsłuchane w Słowo były nasz umysł, nasze uszy, nasze serce… To wówczas możemy doświadczyć czegoś niewyobrażalnego: tego mianowicie, że nagle wszystko inne przestaje być ważne, odchodzi na drugi plan. Jeśli pozwolimy, aby słowo, które towarzyszy naszej praktyce medytacji monologicznej „wciągnęło” naszą dusze i ciało możemy wejść w zupełnie nową przestrzeń ducha i chociaż zewnętrznie pozostajemy w tym samym miejscu, nasz duch zostaje porwany mocą Ducha Świętego, za przyczyną którego nasza modlitwa przechodzi w kontemplację a następnie – jak Bóg da – w doświadczenie mistyczne.

Przy czym warto nadmienić, że takie doświadczenie nigdy nie jest tym, które odrywa nas od rzeczywistości, w której żyjemy. Mam na myśli oderwanie w tym niezdrowym sensie alienacji czy próby uczynienia z medytacji duchowego schronu w ucieczce przed codziennością. Taka wizja medytacji byłaby jedynie potwierdzeniem niedojrzałości naszego życia duchowego i trudno byłoby się spodziewać po niej wyżej wspomnianych owoców. Dojrzale przeżywana medytacja, podobnie jak dojrzale przeżywane życie duchowe nigdy nie alienuje nas z codzienności, nie pozwala na to, abyśmy na rzecz życia duchowego zaniedbywali nasze codzienne obowiązki, gdyż one są częścią tego życia duchowego.

Dobrze przeżywana medytacja sprawia, że naszą codzienność zaczynamy przeżywać z dużo większą intensywnością i uważnością a nasze codzienne obwiązki z większym i pełnym miłości zaangażowaniem, jak o tym mówi św. Paweł Apostoł: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Pana”. [1 Kor. 10,31] A na chwałę Pana moich codziennych czynności nie mogę wykonywać byle jak, nawet gdyby były one najbardziej prozaiczne i niewdzięczne. Wdzięczność za dobrze wypełnioną pracę pozostawmy Bogu. A my pamiętajmy, że jesteśmy „sługami nieużytecznymi, którzy wykonują to, co jest do zrobienia”. [por. Lk 17,10 ]

Jeśli moglibyśmy określić codzienną praktykę medytacji jako „najlepszą cząstkę”, której wyboru nie będziemy pozbawieni, to bycie tą najlepszą cząstką zostaje potwierdzone właśnie przez resztę naszego życia, przez to, że medytacja powiększa jego jakość, głębię i intensywność przeżywania naszej codzienności. A z czasem nasza codzienna praktyka medytacji przechodzi – jak mówił o. Jan Bereza – w umiejętność medytowania przy obieraniu ziemniaków, gotowaniu, sprzątaniu mieszkania, piciu popołudniowej filiżanki herbaty.

Warto na koniec nadmienić, że nasz kontakt ze Słowem nie staje się od razu głęboki. Głębię osiąga przez codzienną, wytrwałą wierność praktyce, która nie poddaje się zniechęceniu nawet, gdyby na owoce trzeba by czekać wiele lat. Jak to pięknie określił Pseudo-Dionizy Aeropagita w swoim Lectio Divina: „medytacja jest jak schodzenie w towarzystwie Słowa wijącymi się schodami w głąb sztolni, często w ciemności, ale posuwając się wytrwale w dół, mając za przewodnika jedynie Słowo i Ducha Świętego bądź pewien, że z dnia na dzień zanurzając się coraz bardziej w siebie zanurzasz się także coraz głębiej w Boga”. I nie ma to znaczenia – jak pisze o tym Pseudo-Dionizy, że nasze pierwsze doświadczenia nie okazują się wcale nadzwyczajne. Słowo bowiem wydaje owoc w swoim czasie. Duch, który tchnie przez Słowo, sam prowadzi nas na głębię. Ważne jest abyśmy ze swej strony nie ustawali w wiernym i stałym kontakcie ze Słowem, pozwalając by ono wybrzmiewając w nas stawało się modlitwą nieustanną.

Przestrzeń ciszy

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

Kobieta kananejska jest dla nas wzorem wytrwałości w modlitwie.

Wsłuchując się w rozmowę kobiety z Jezusem można zobaczyć tę rozmowę jako zmaganie się z trudnymi słowami Jezusa. Pomimo to kobieta nie zniechęca się, nie ustępuje w błaganiu.

Obraz ten może być także doskonałym odzwierciedleniem naszej medytacji.

Medytacja – zwłaszcza monologiczna – może być czasem szczególnego zmagania ze słowem, ze zniechęceniem, z naszymi oczekiwaniami, które po ludzku się pojawiają. Ewangelia dzisiejsza uczy nas przezwyciężać te zmagania.

To, co pozwala nam trwać pomimo wszystko w praktyce jest przestrzeń ciszy, którą dzięki medytacji możemy w sobie odnaleźć. W ciszy łatwiej nam przenieść uwagę z naszych ludzkich wyobrażeń i oczekwiań na zasłuchanie w Słowo. Z kolei Słowo, w które się wsłuchujemy w medytacji będzie nas prowadziło jeszcze bardziej w przestrzeń ciszy, w głębię, gdzie możemy się spotkać z Jezusem, gdzie nasze emocje, oczekiwania, zmagania zostają wyciszone i nie przemawia do nas już nic więcej niż Słowo.

To pozwala nam doświadczyć, że rzeczywiście Słowo jest żywe i skuteczne [por. Hbr 4,12]. Powtarzanie go w rytmie oddechu i wsłuchiwanie się w nie staje się tym, co rodzi pokój w naszym wnętrzu. „Nie taki pokój jaki daje wam świat, ja wam daję” – powie Jezus [J 14,27]. Jest to pokój wobec którego ustępują wszystkie myśli, namiętności, liczne warstwy hałasu drzemiące w nas, czy ludzkie osądy.

„Jednocześnie to miejsce ciszy i pokoju, które czyni w nas Słowo jest twórcze i płodne – jak pisze Merton w Nowym Posiewie kontemplacji – gdyż ma zdolność rodzenia w nas pokoju i wolności, które przenosimy z medytacji na płaszczyznę codziennego życia”.

Abyśmy jednak poprzez Słowo mogli wejść w ciszę i dotrzeć do  pokoju serca zrodzonego przez Słowo potrzebujemy wiernego i codziennego siadania w medytacji.

Siadać każdego dnia w obecności Mistrza, którym w medytacji jest Słowo jest przyjęciem postawy ucznia, który wie, że życie pozbawione przestrzeni ciszy łatwo ulega destrukcji, zaś życie oparte o ciszę, która stanowi dla nas medytujących centrum odniesienia staje się miejscem nawrócenia i przemiany serca; miejscem nieustannego rodzenia się do nowego życia w Chrystusie.

Moc Boża działa w ciszy i samotności

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją». (Mt 13, 44-46)

Gdy słyszałem wcześniej tę przypowieść to zastanawiałem się dlaczego człowiek, który znalazł skarb po prostu go ze sobą nie zabrał? Otóż światło na zrozumienie tego rzuca nam  ostatni wers akapitu z dzisiejszej perykopy: „poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę”. Ten skarb okazał się zbyt wielki, żeby go tak po prostu zabrać. I trochę tak jest z medytacją. Dla medytujących jest ona zbyt wielkim skarbem. I to jest nim w potrójnym przynajmniej znaczeniu.

Po pierwsze jest zbyt wielkim skarbem, aby móc go zabrać. Mam na myśli chęć przekazania innym tego, czym jest medytacja i jaką rolę odgrywa ona w życiu osoby medytującej. Owszem część jej owoców zabieramy w codzienność, ale wiemy, że całego jej bogactwa nie da się przenieść w życie, które jest często pełnie zgiełku, tempa, wygórowanych oczekiwań, tak bardzo nie pasujących do ducha medytacji. Podobnie, gdybyśmy chcieli opowiedzieć innym o tym, jak wielkim bogactwem jest dla osoby medytującej ta duchowa praktyka, doskonale wiemy, że słowa, nawet najlepsze nie oddadzą w pełni doświadczenia, które jest udziałem medytującego.

Po drugie jest zbyt wielkim skarbem, aby móc się jej wyrzec. Każdy, kto znalazł w medytacji swoją drogę duchowego rozwoju, wie, że nie potrafi już bez niej żyć; że to siadanie dwa razy w ciągu dnia by zanurzyć się w ciszę obecności i zasłuchania w Boga jest czymś bezcennym, z czym zrasta się dusza i serce medytującego.

Po trzecie jest skarbem, bo przez nią dokonuje się nasze oczyszczenie. Niejednokrotnie podobni jesteśmy do perły zagubionej i przez to leżącej nie na swoim miejscu, czyli w koronie królewskiej, ale gdzieś w błocie. Perła zagubiona, ubrudzona nie ma swego piękna – jej piękno jest ukryte pod warstwą owego brudu. Również nasze wewnętrzne piękno często bywa ukryte pod powłoką słabości, grzechu. Medytacja  jest – o czym przekonuje mnie moje doświadczenie – procesem, w którym mocą słowa, które jej towarzyszy sam Jezus działający przez to słowo oczyszcza nas w wymiarze wewnętrznym, w wymiarze serca, emocji, doświadczeń, przywiązań i przywraca nam wrodzony blask miłości a wraz a nim wolność dzięki którym na nowo odnajdujemy swoje miejsce w Bożym planie zbawienia i w historii, którą Bóg pisze wraz z nami.

Medytacja uświadamia mi za każdym razem, że Jezus nie robi tego wszystkiego z litości, ale dlatego, że w Jego oczach zawsze jesteśmy bezcenni, jesteśmy przez niego kochani.

Medytacja jest też rolą, w której dokopujemy się do skarbu ukrytego w głębi, w naszym sercu. Prowadzi nas do odkrycia, że w świecie jest dla nas Ktoś jedyny, kogo nikt ani nic nie może zastąpić – to Bóg.

Patronem dzisiejszej medytacji jest szczególny święty – Szarbel Makhlouf – patron dnia dzisiejszego, maronita, pustelnik.  Pozwolił, aby Bóg był dla niego wszystkim a wówczas dużo łatwiej było mu oddać siebie w pełni Bogu, a co za tym idzie, dać siebie całego drugiemu człowiekowi. To była jego droga. Droga jego świętości. 

Ogromną wagę przywiązywał do szukania ciszy: Uczył: „dusza nie może poznać Boga, jeżeli sama się nie oddali od ludzi i wszystkich spraw”.

W innym miejscu św. Szarbel pisze: „Wielcy prorocy jak Eliasz czy Jan Chrzciciel dlatego, że wcześniej przez długi czas pozostawali w osamotnieniu i ciszy otrzymali Boże moce po to, aby sam Bóg w nich zamieszkał”.

Oraz „Ludzie Boga niechętnie porzucają ciszę i samotność. Moc Boża działa w ciszy i samotności w jaki sposób, że uzdrawia nas wewnętrznie. Dlatego polecam wam, abyście się okazali mocni w tym, czemu się oddajecie, i abyście poznali, że dzięki odosobnieniu i modlitwie w ciszy doszli do doskonałości wszyscy święci. Porzucający samotność i ciszę nie mogą pokonać swoich namiętności, a kiedy są im poddani, nie potrafią też toczyć skutecznej walki z przeciwnikiem swojej duszy”. [Cedr Libanubiografia świętego Charbela]

Niech przytoczone cytaty będą dla nas zachętą do wytrwałego podążania ścieżką medytacji i pełnego ufności odkrywania w ciszy skarbu ukrytego w sercu każdej i każdego z nas, jakim jest miłująca obecność Boga.

Przestaliśmy liczyć na Jezusa

Jezus udał się na drugi brzeg Jeziora Galilejskiego, czyli Tyberiadzkiego. Szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali.

Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha.

Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: «Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?» A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić.

Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać».

Jeden z Jego uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: «Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?»

Jezus zaś rzekł: «Każcie ludziom usiąść». A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy.

Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów.

A kiedy ludzie spostrzegli, jaki znak uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który ma przyjść na świat». Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę. (J 6, 1-15)

Słuchając historii o cudzie rozmnożenia chleba przychodzi na myśl inna historia i to nie ta opisana w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Królewskiej.

Mam na myśli wydarzenie, którego miejscem także było pustkowie i także dotyczyła ona chleba: chodzi mi o pokusę którą podsuwa Jezusowi szatan, gdy Pan przez post przygotowuje się do swojej publicznej działalności, namawiając Go ażeby przemienił kamienie w chleb.

Szatan próbował skusić Pana Jezusa do tego, ażeby swoje cele mesjańskie ograniczył do zdobywania raju na ziemi. Podstęp szatana polegał na tym, że próbował on nie dopuścić do dwóch rzeczy:

Po pierwsze – żeby nasze życie przemieniło się w drogę do życia wiecznego.

Po drugie – nie chciał też szatan, żebyśmy się starali o miłość wzajemną, która nieraz wymaga ofiary i poświęcenia.

Dobrobyt budowany bez miłości ma w sobie coś nieludzkiego, można się w nim utopić, tak jak muchy topią się w miodzie. Niestety, niemało ludzi ulega pokusie zbudowania szczęścia poza miłością i poza perspektywą wieczności, która pozwala niejednokrotnie nabrać dystansu do tego, co próbujemy zdobyć tu na ziemi.

Duchowym nieszczęściem naszych czasów jest poczucie ciągłego niespełnienia. Tak często nie potrafimy się cieszyć tym, co już posiadamy.

Przykłady można by mnożyć:

To jeszcze nie to mieszkanie, nie ten wymarzony dom, nie ten model samochodu, nie to stanowisko, nie ta szkoła, nie ten kierunek studiów, nie ta przyjaźń, nie ta miłość… Jakże często podobne przemyślenia rodzą poczucie niezadowolenia, zrezygnowania, zazdrości czy wręcz zawiści, a także pokusę ucieczki w marzenia.

Tymczasem nasze życie dzieje się tu i teraz. Niedoskonałość tego, kim jesteśmy i co posiadamy, nie czyni go mniej prawdziwym.

Oczywiście trzeba iść naprzód, szukać rozwiązań problemów i dróg rozwoju. Nie wolno jednak zapominać, że szczęście i poczucie spełnienia są dostępne już teraz.

One nie przychodzą inaczej jak tylko przez zanurzenie i przeżywanie wszystkiego, co jest naszym doświadczeniem w perspektywie wiary.

Można mieć wrażenie, że Jezus, czyniąc znak rozmnożenia chleba, mówi: przynieś mi tę odrobinę, którą już posiadasz.

Ona jest prawdziwa, jest owocem twojej pracy i troski. Jezus pragnie tę odrobinę pomnożyć i nasycić nią nie tylko nas samych, ale też wszystkich wokoło. Czasem wystarczy mały gest….

Bardzo często nam się wydaje, że zanim zrobimy coś dobrego, musimy być do tego bardzo dobrze przygotowani. Musimy zabezpieczyć jakieś zaplecze i mieć środki – i dopiero możemy zacząć czynić więcej dobra.

Tymczasem dzisiejsza Ewangelia mówi coś zupełnie przeciwnego: Nie czekaj, aż będziesz miał/a więcej pieniędzy, nie gromadź zapasów. Po prostu daj komuś kromkę chleba, a okaże się, że nakarmisz tysiące.

Jakby Jezus chciał nam przypomnieć, że życie, choć składa się z drobiazgów, to drobiazgiem nie jest. Dlatego dobrze jest umieć doceniać drobiazgi!

Cichym bohaterem Ewangelii jest ów chłopiec, który gotów był podzielić się tymi pięcioma chlebami i dwiema rybami. Tylko tyle i aż tyle!

Z drugiej strony, w tle widać bezradność Apostołów, którzy liczą pieniądze, zamiast liczyć na Jezusa. Dlatego są przekonani, że sytuacji nie da się zaradzić.

Ktoś powie, że scena opisana w Ewangelii nie rozwiązała problemu! Słuchacze Jezusa musieli wrócić do swoich domów i obowiązków, aby troszczyć się o chleb powszedni.

To prawda, także Eucharystia, której zapowiedzią jest wydarzenie opisane przez św. Jana, jest tylko drogą. Potrzebujemy do niej nieustannie powracać, przemieniać nasze serca i starać się ją głębiej zrozumieć oraz czerpać z niej siły idąc ku wieczności.

Im bardziej prowadzimy życie eucharystyczne tzn. im bardziej jesteśmy zanurzeni w tajemnicę Eucharystii przez częstą komunię świętą i adorację, tym bardziej staje się dla nas oczywiste, że Chrystus właśnie przez nią najbardziej odpowiada na nasze potrzeby duchowe.

Ewangelia dzisiejsza chce nas zapewnić, że Jezus pragnie odpowiadać także na nasze potrzeby materialne, nawet te najprostsze, jak głód. Uświadamia nam, że nie musimy szukać zabezpieczeń tak na wszelki wypadek, co często robimy.

Jezus chce nas przekonać, że dla Niego i dla nas dużo ważniejsza niż ilość środków, którymi możemy się posłużyć, jest nasza wiara.

Oczywiście wiary można mieć jej więcej albo mniej.

Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami jednak ważkie pytanie: Czy nie boimy się przyjść do Chrystusa z taką wiarą, jaką mamy? Czasem większą, czasem bardzo malutką.

Tak często myślimy sobie: „O, gdybym miał/a większą wiarę, to mógłbym, mogłabym zrobić więcej…”

A może w naszym życiu jest tak, że pozwalamy, aby mała wiara w nas zwycięża, tak jak zwyciężała w Apostołach i zamykała na liczenie na cud, na Bożą obecności i Bożą troskę o nas?

Pozwólcie, że na koniec przytoczę fragment pewnej książki, która jest zapisem duchowych rozmów pewnego mnicha benedyktyńskiego z Jezusem, w czasie objawień, które były udziałem tego kapłana i to nie dawno, bo na początki XXI w.

Jezus mówi do niego, ale pośrednio także do każdej i każdego z nas:

Przygotowałem dla ciebie wiele łask, ale żeby je otrzymać musisz stać się bardzo mały – jak dzieci, które mają nieskończoną ufność w miłość swojego taty. Kiedy chcesz sam wszystko wyjaśnić wszystko zrozumieć, wszystko kontrolować, nie pozwalasz Mi działać jako Bogu Miłości, którym jestem.

Nie pytam cię o twoje zdolności ani nie żądam wielkiego przygotowania z twojej strony, proszę cię jedynie o ufność, twoją ufność do Mnie… [In Sinu Jesu]

Brak ufności może stać się przyczyną tego, że Bóg ma związane ręce i nie może uczynić tyle ile by chciał w naszym życiu.

Jezus dokonując wielu cudów często zwykł mówić: „według wiary twojej niech ci się stanie”.

Pytajmy siebie:

Czy silniejsza jest nasza wiara, która pozwala Bogu działać w nas i w naszym życiu, i troszczyć się o nas; czy też nasza niewiara, która sprawia, że wydaje nam się, że o wszystko musimy zatroszczyć się sami, dlatego przestaliśmy już liczyć na cud!?