Jesteśmy dziećmi przyzwyczajenia…
Jezus przyszedł z uczniami swoimi do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: «Odszedł od zmysłów».
A uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: «Ma Belzebuba i mocą władcy złych duchów wyrzuca złe duchy».
Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: «Jak może Szatan wyrzucać Szatana? Jeśli jakieś królestwo jest wewnętrznie skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc Szatan powstał przeciw sobie i jest z sobą skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i dopiero wtedy dom jego ograbi.
Zaprawdę, powiadam wam: Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego». Mówili bowiem: «Ma ducha nieczystego».
Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać.
A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie».
Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?»
I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką». [Mk 3, 20-35]
Tajemnica zła, zawsze fascynowała człowieka, być może jest to wynikiem dziedzictwa grzechu, który w sobie nosimy!? Pismo Święte nie pozostawi jednak złudzeń – fascynacja tym, co dzisiejsza Ewangelia określa mianem „Belzebub”, „szatan”… jest zawsze groźna i zawsze niebezpieczna dla człowieka.
Żyjemy w czasach, w których dużo trudniej mówić nam o osobowym złu niż poprzednim pokoleniom. Raczej jesteśmy skłonni myśleć o jakiejś symbolicznej personifikacji zła obecnego w świecie i wśród nas samych. Zwłaszcza, że współczesna kultura próbuje nas oswajać z szatanem, zakłamując prawdę, że jest on odwiecznym wrogiem Boga i człowieka (por. bijący rekordy film „Lucyfer”)
Księga Rodzaju przynosi nam dzisiaj cenną wskazówkę. Bóg pyta, zarówno mężczyznę, jak i kobietę o popełniony czyn i jego motywy, do węża, który ich sprowokował, nie ma żadnych pytań. Widać sprawa jest oczywista – tyle, że nie dla nas. Relacja między Bogiem i diabłem dzieje się poza nami. Stąd refleksja teologów: tragedia losu ludzkiego wzięła się stąd, że ludzie przyłączyli się do zła istniejącego na jakimś wyższym, niedostępnym poziomie, a zatem sami nie potrafią się już od niego uwolnić. I co gorsza, nasze tak dotkliwie bolesne uczestnictwo w tej tajemnicy zła ma charakter dziedziczny: nikt z nas (oprócz jednej Maryi) nie jest wolny od niego.
Greckie słowo „diabeł”, podobnie jak hebrajskie „szatan”, oznacza przeciwnika: w Piśmie Świętym jest to „przeciwnik” człowieka, który najpierw kusi go do popełnienia zła, a następnie oskarża przed Bogiem za to zło, do którego sam go namawiał. A skoro jest oskarżyciel potrzebujemy też obrońcy. I Bóg znając sposób działania złego ducha, daje nam najlepszego Obrońcę – Jezusa. Jan uzasadnia to mówiąc: „Syn Boży ukazał się po to, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 J 3, 8).
Słowo Boże niesie nadzieję: „Ten, który wskrzesił Pana Jezusa, i nas wskrzesi razem z Jezusem i postawi przed sobą razem z wami. (…) Chociaż nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to nasz człowiek wewnętrzny odnawia się każdego dnia”. Ale warunkiem tej nadziei jest zawierzenie Bogu, które przejawia się w posłuszeństwie wiary: „Kto nie uwierzy, ten skazuje się na potępienie” (Mk 16, 16) tez zaś, „Kto wypełnia wolę Boga, ten jest moim bratem, siostrą i matką”.
Odmowa „przyjęcia wiary w Jezusa” blokuje człowiekowi drogę do przyjęcia zbawienia a i Boga czyni poniekąd bezsilnym wobec naszych wyborów, bo On nie chce działać wbrew naszej wolności, którą sam nas obdarował. Z postawą odrzucenia wiary łączy się grzech przeciw Duchowi Świętemu – o którym wspomina dziś Jezus – jest on wyrazem wewnętrznego oporu i świadomym odrzuceniem zbawienia z wszystkimi jego konsekwencjami.
Bardzo głęboko kwestię tę wyjaśnia św. Jan Paweł II w encyklice Dominum et vivificantem.
Tę odmowę wiary w Jezusa widać ze strony Jego adwersarzy – Uczonych w Prawie. Przeciwnicy Jezusa, żeby uzasadnić swoją niewiarę w Jego mesjańska misję wytaczają dziś inne, przedziwne a wręcz nielogiczne argumenty. Ich zdaniem, Jezus jest opętany. Działa wbrew Bogu, pod wpływem szatana. Dlaczego? Ponieważ ten dziwny Nauczyciel zaczyna wprowadzać nowe porządki: siada do stołu z celnikami – a więc burzy ustalone konwencje społeczne. W sytuacji kiedy uczeni w Prawie spędzają czas głównie na dzieleniu włosa na czworo i mnożeniu przepisów dotyczących szabatu, Jezus mówi, że szabat jest dla człowieka, a nie na odwrót. Zakłóca więc religijny porządek. Ponadto, trochę za dużo jak dla nich tych uzdrowień, cudów i tłumów ciągnących za Nim. To niewątpliwie wzbudzało w nich zazdrość z powodu możliwości utraty ich władzy i pozycji.
Oczywiście, uczeni i faryzeusze też działają w imię dobra, zgodnego z odczytaną przez nich interpretacją Prawa. Czują się wyzwani przez działania Jezusa. Przecież pilnują porządku, służą ludowi. Pofatygowali się do Kafarnaum aż z Jerozolimy, a na taką podróż potrzeba było wówczas kilka dni. A więc to dla nich ważna sprawa. Bronią dotychczasowych form religijności, szukają spokoju i stabilizacji. Działają jednak w zaślepieniu: dobro nazywają złem, aby wymówić się od własnego nawrócenia i otwarcia na to, co nowe.
To pokazuje jak daleko człowiek potrafi się posunąć dla zachowania swojego status quo.
Chrystus przestrzega jednak przed zbyt pochopną oceną ludzkiego działania, która rodzi się z zazdrości i zawiści. Ta nigdy nie będzie ani dobra ani obiektywna.
Niestety uczeni w Prawie bardzo przypominają nas samych w sposobie patrzenia na innych. Każde odejście od rutyny i schematu niepokoi. Jesteśmy dziećmi przyzwyczajenia…
Nadto szukamy szybkiego i nieskomplikowanego wyjaśnienia tego, co odbiega od normy, jakkolwiek byśmy ją pojmowali. Jesteśmy też podatni na impulsywne, często niesłuszne, skojarzenia, domysły i oskarżenia. Słowo Boże właśnie na to zwraca naszą uwagę, bo często nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Podobnej pokusie szybkiej i impulsywnej oceny zachowania Jezusa ulegają dziś Jego bliscy, którzy widząc Jego zaangażowanie, trud, zmęczenie mówią: „odszedł od zmysłów”. Tyle, że ich w przeciwieństwie do uczonych w Prawie można zrozumieć, bo robią to z troski o Jezusa i Jego zdrowie, ci drudzy zaś z czystej i wyrachowanej zawiści i zazdrości, która uspokoi się dopiero, gdy zaprowadzą Jezusa na krzyż.
Kiedyś myślałem, że to, co nas najbardziej oburza, to złe zachowanie ludzi. Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.
Jeśli jakiś uczeń zacznie się pilniej przykładać do nauki, koledzy i koleżanki w pierwszej chwili przykleją mu łatkę kujona.
Jeśli pracownik staje się bardziej sumienny i twórczy, to pewnie obrał taktykę lizusostwa, bo pragnie się przypodobać szefowi.
Jeśli ktoś chce częściej pojawiać się na Eucharystii, może zostać okrzyknięty dewotem.
Nasza chęć naśladowania Jezusa zawsze naraża nas na oskarżenia ze strony innych. Jezus nie był postacią neutralną. I ktoś, kto chce być Jego uczniem i naśladowcą też nie może taki być!
Pamiętajmy o tym, aby zbytni konformizm nie naraził nas na to, że zamiast stawać się czytelnymi świadkami Ewangelii staniemy się letnimi i szukającymi jedynie świętego spokoju i komfortu współpracownikami pana tego świata.
Bóg, który idzie pośród nas
W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, zapytali Jezusa Jego uczniowie: «Gdzie chcesz, żebyśmy przygotowali Ci spożywanie Paschy?»
I posłał dwóch spośród swoich uczniów z tym poleceniem: «Idźcie do miasta, a spotka was człowiek niosący dzban wody. Idźcie za nim i tam, gdzie wejdzie, powiedzcie gospodarzowi: Nauczyciel pyta: Gdzie jest dla Mnie izba, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami? On wskaże wam na górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujecie dla nas».
Uczniowie wybrali się i przyszli do miasta, a tam znaleźli wszystko, tak jak im powiedział, i przygotowali Paschę.
A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im, mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje». Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: «To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił napoju z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym».
Po odśpiewaniu hymnu wyszli w stronę Góry Oliwnej. (Mk 14, 12-16. 22-26)
Aby w pełni zrozumieć wymowę uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa trzeba ją koniecznie odnieść do wydarzeń Wielkiego Czwartku, gdyż to celebracja Mszy Wieczerzy Pańskiej, będącej pamiątka ustanowienia Eucharystii rzuca światło na tę Tajemnicę Tajemnic – jak słusznie nazwał Mszę św. patron naszej parafii św. ojciec Pio – w której sam Bóg wcielony daje nam siebie zamykając na wieki swoją obecność w chlebie i winie.
Uroczystość Bożego Ciała ukazuje tę samą tajemnicę, abyśmy ją mogli adorować i nad nią medytować. Procesja ulicami miast i wisi ma nam przypominać, że zmartwychwstały Chrystus idzie pośród nas, spełniając swoją obietnicę, że „pozostanie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.
Ale Eucharystia, to także nieustanna lekcja życia dla uczniów Chrystusa, gdyż jej celem jest ukazanie konieczności przemiany naszego życia i zapoczątkowanie tym samym przemiany świata, tak jak w niej przemieniają się dary ziemi w dar Sakramentu Obecności Boga.
A wszystko to, jak mówił papież – senior Benedykt XVI „ma początek w sercu Chrystusa, który podczas Ostatniej Wieczerzy, w przeddzień swej męki, dziękował Bogu i Go wysławiał, a czyniąc to, mocą swojej miłości zmienił sens śmierci, ku której zmierzał. Fakt, że Sakrament Ołtarza przyjął nazwę «Eucharystia» — «dziękczynienie» — wyraża właśnie to: że przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa jest owocem daru, który Chrystus uczynił z samego siebie — daru miłości silniejszej niż śmierć, miłości Bożej, która sprawiła, że zmartwychwstał. Dlatego właśnie Eucharystia jest pokarmem życia wiecznego, Chlebem życia. Z serca Chrystusa, z Jego «modlitwy eucharystycznej» w przeddzień męki rodzi się ta siła, która przemienia rzeczywistość w jej wymiarach kosmicznym, ludzkim i historycznym. Wszystko pochodzi od Boga, wynika z wszechmocy Jego Miłości, Jedynej i wcielonej w Jezusie. W tej Miłości jest zanurzone serce Chrystusa; dlatego On potrafi dziękować Bogu i Go wysławiać, również w obliczu zdrady i przemocy, i w ten sposób zmienia rzeczy, ludzi i świat. Ta przemiana jest możliwa dzięki komunii silniejszej od podziału, komunii samego Boga”.
Piękne i bardzo wymowne jest wyrażenie: «przyjmować komunię», na określenie aktu spożywania Chleba eucharystycznego. W istocie, kiedy dokonujemy tego aktu, wchodzimy w komunię z życiem samego Jezusa, w komunię życia Trójcy Świętej, włączamy się w dynamikę tego życia, które staje się darem dla na i za nas”. [Homilia podczas Mszy św. w uroczystość Bożego Ciała – 23 VI 2011]
Również św. Augustyn pomaga nam zrozumieć dynamikę komunii eucharystycznej, kiedy mówi o czymś w rodzaju wizji, w której Jezus powiedział mu: «Jam pokarm dorosłych, dorośnij, a będziesz mnie pożywał — i nie wchłoniesz mnie w siebie, jak się wchłania cielesny pokarm, lecz ty się we mnie przemienisz» (Wyznania VII, 10, 18, tłum. Zygmunt Kubiak, Kraków 2007).
A zatem, podczas gdy pokarm dla ciała jest przyswajany przez nasz organizm i przyczynia się podtrzymania go przy życiu, w przypadku Eucharystii mamy do czynienia z procesem odwrotnym: to nie my go przyswajamy, ale on nas przyswaja, tak że stajemy się podobni do Jezusa Chrystusa, stajemy się członkami Jego Mistycznego ciała, jednoczymy się z Nim. Ten moment jest decydujący – o czym zaświadcza św. Paweł Apostoł w 1 Liście do Koryntian (por. 1 Kor 10, 16-17).
Czasem ten fakt umyka naszej świadomości, że właśnie dlatego, że to Chrystus w komunii eucharystycznej przemienia nas w siebie, dzięki owocom komunii świętej, która przyjmujemy nasz indywidualizm zostaje uwolniony od swojego egocentryzmu i włączony w Osobę Jezusa, która z kolei jest włączona w komunię Trójcy Przenajświętszej.
Dlatego Eucharystia sprawia, że trwając w łączności z Jezusem Chrystusem łatwiej nam przezwyciężyć wszelkiego rodzaju podziały zarówno wewnętrzne – obecne w nas samych – jak i zewnętrzne niszczące dobre relacje z innymi. Jak naucza papież Franciszek: „Kto rozpoznaje Jezusa w świętej hostii, umie Go także rozpoznać w bliźnim — cierpiącym, głodnym i spragnionym, obcym, nagim, chorym, uwięzionym — i jest uwrażliwiony na każdego człowieka, w konkretny sposób angażuje się dla dobra wszystkich, którzy są w potrzebie”. I dlatego kontynuuje papież: „Z daru Eucharystii, którą przyjmujemy i w której zamknięta jest cała miłość Boga do nas wynika nasza szczególna odpowiedzialność, jako chrześcijan, za budowanie lepszego świata: solidarnego, sprawiedliwego, braterskiego. Zwłaszcza w naszych czasach, kiedy globalizacja sprawia, że w coraz większym stopniu jesteśmy wzajemnie uzależnieni, chrześcijanie mogą i powinni starać się o to, aby ta jedność nie była budowana bez Boga, to znaczy bez prawdziwej Miłości, gdyż to doprowadziłoby do zamieszania, do pogłębienia egoizmów, do przemocy jednych względem drugich”. [ z homilii na Boże Ciało 2018]
Innymi słowy przyjmowana przez nas Komunia Święta winna sprawiać, że jak to określił w jednym ze swoich wierszy Karol Wojtyła, że nasze życie powinno stawać się bardziej eucharystyczne, czyli upodobnione do życia Jezusa. Czy tak jest? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami.
Ale odwracając tę zasadę można powiedzieć bez przekłamania, że im rzadziej przyjmujemy do naszych serc Chrystusa w Eucharystii, tym bardziej skazujemy nasze życie na stagnację i na to, że jako chrześcijanie, którzy nie karmią się Bogiem przestaniemy być wcześniej czy później jego znakiem w świecie. Oby czas pandemii, który sprawił, że wielu z nas przeniosło swój udział we Mszy świętej do Internetu czy do telewizji nie utrwaliło w nas tego nawyku!
Dlatego przyjmujmy jak najczęściej Jezusa w darze Jego eucharystycznej Obecności i nieśmy Go w sobie współczesnemu, tak bardzo zagubionemu światu, tak jak Maryja zaniosła Go Elżbiecie w tajemnicy nawiedzenia.
Nieśmy Go z nadzieją i świadomością, że miłość Boga, wcielona w Chrystusie i ukryta w tym małym kawałku chleba jest silniejsza od zła, przemocy i śmierci, bo swoją miłością zwyciężyła już świat.
Również w ten wieczór, zatrzymując się na chwilę w biegu naszego życia przy tajemnicy Eucharystii, w której spełnia się obietnica a Jezusa: «Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dziękujmy Mu za Jego wierność, która podtrzymuje naszą wiarę i nadzieję.
I prośmy, aby swoją miłością ukrytą w kawałku tego przyjmowanego chleba umacniał naszą miłość, której tak bardzo potrzebujemy, abyśmy dzięki niej byli wciąż rozpoznawani w świecie, jako Jego uczniowie. Amen
Medytacja jako samo-poddanie
Przyszli do Jezusa saduceusze, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i pytali Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat i pozostawi żonę, a nie zostawi dziecka, niech jego brat pojmie ją za żonę i wzbudzi potomstwo swemu bratu”.
Otóż było siedmiu braci. Pierwszy pojął żonę, a umierając, nie zostawił potomstwa. Drugi ją pojął za żonę i też zmarł bez potomstwa; tak samo trzeci. I siedmiu ich nie zostawiło potomstwa. W końcu po wszystkich umarła także kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę».
Jezus im rzekł: «Czyż nie dlatego jesteście w błędzie, że nie rozumiecie Pisma ani mocy Bożej? Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie. Co się zaś tyczy umarłych, że zmartwychwstaną, to czy nie czytaliście w księdze Mojżesza, tam gdzie mowa o krzewie, jak Bóg powiedział do niego: „Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba”? Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych. Jesteście w wielkim błędzie». (Mk 12, 18-27)
Kiedy po raz pierwszy, rano przeczytałem ten fragment Ewangelii przypisany dzisiejszej liturgii słowa, pomyślałem sobie: „Co to za Ewangelia? O jakichś mężach i żonach przed śmiercią i po śmierci? I jak ja mam do tego napisać komentarz do medytacji!?” I w pierwszym odruchu pomyślałem, znajdę sobie jakiś lepszy fragment, bardziej przystający do medytacyjnej rzeczywistości. Najpierw pomyślałem o pierwszym czytaniu z dnia dzisiejszego, ale tamto jest jeszcze gorsze. I z takim nastawieniem poszedłem na Eucharystię. A kiedy po raz kolejny usłyszałem tę dzisiejszą Ewangelię, Pan położył rękę na moim sercu, przynosząc pokój. A wtedy wszystko się poukładało. Bo w końcu, to On chce przemawiać przeze mnie a ja jestem tylko narzędziem. I choć już wielokrotnie to przerabiałem, to wciąż wracam do tego błędu. A o tym właśnie mówi dziś Jezus w Ewangelii: „Jesteście w wielkim błędzie”. (Mk 12,27)
Wspominam o tym, bo to dobre odzwierciedlenie dzisiejszej Ewangelii. Im bardziej próbujemy spoglądać na Pana Boga i Jego działanie z ludzkiego punktu widzenia, tym łatwiej narazić się na błądzenie. A delikatnie mówiąc, to mało komfortowa sytuacja usłyszeć – sądząc, że jest się osobą religijną i pobożną – „jesteś w wielkim błędzie…”
Ostatnio, przy okazji rozważań o Trójcy Świętej pisałem jak bardzo ulegamy pokusie stwarzania Boga na nasz obraz i podobieństwo, pasującego do naszych schematów myślenia i naszych oczekiwań. Czujemy się lepiej, bo wmawiamy sobie, że dzięki temu lepiej znamy Pana Boga.
Wiara natomiast zawsze zaprasza nas do zgody na tajemnicę. Do podróży, która wymaga od nas, abyśmy tym bardziej im bardziej postępujemy na drodze wiary, porzucali zarówno własne wyobrażenia o Bogu, jak i własne wyobrażenia o nas samych. Ale jak słusznie pisze o tym o. Richard Rohr: „Nie możemy tego dokonać ani w naszej głowie, ani też samodzielnie. To dokonuje się nam za sprawą działania w nas łaski, na którą się otwieramy!” Praktyką, która nam w tym niezmiernie pomaga jest medytacja monologiczna. Jak już niejednokrotnie mówiono – jest ona poprzez swoje ubóstwo formy pewnego rodzaju wyjściem na pustynię, gdzie jesteśmy zaproszeni do pozbycia się swoich wyobrażeń i wewnętrznego ogołocenia na rzecz łaski, którą Bóg pragnie nas wypełnić w swoim Duchu. Dzięki temu medytacja, poprzez całkowite powierzenie się Jezusowi, którego imienia przyzywamy w tej praktyce, pozwala nam odkrywać naszą prawdziwa tożsamość.
Naturalnym doświadczeniem jest to, że porzucanie naszych wyobrażeń o sobie samym i o Bogu zawsze wiąże się z lękiem i niepewnością. Pozbawiamy się bowiem w ten sposób pewnych intelektualnych podpórek i zabezpieczeń, które choć błędne dają nam iluzoryczne oparcie. Tymczasem doświadczenie medytacji odkrywa przed nami prawdę, że tylko Bóg może nas poprowadzić w głębię prawdziwej wiary a to co my możemy zrobić, to porzucić wszystko, co wypełnia nasze umysły i serca, przeszkadzając Bogu w tym, by On je wypełnił swoją jedynie łaską i mądrością.
Jest piękne zdanie, które znalazłem w jednej z książek ojca Rohara, pod którym podpisuję się obiema rękami: „Osobiście uważam, że Ewangelię (i w ogóle religię a także wiarę) – szczególnie w zachodniej Europie – przekształciliśmy w system samokontroli. W Ewangelii jednak – jestem o tym głęboko przekonany – chodzi bardziej o samo-poddanie” [Prosta sztuka odpuszczania s. 25]
I tego właśnie uczy nas medytacja monologiczna.
Mysterium Trinitatis
Jedenastu uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami:
«Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». [Mt 28, 16-20]
Historia głosi, że gdy św. Augustyn ukończył pisanie Traktatu o Trójcy Świętej, miał odnotować jedno wiele mówiące zdanie: „Szybciej straci zmysły ktoś, kto będzie usiłował pojąć tajemnice Trójcy Świętej za pomocą swojego rozumu.”
A jednak pomimo tej przestrogi ludzie nie przestali zgłębiać prawdy o Trójcy Świętej, nie unikając także wielu błędów w tym zakresie. Dlatego już całkiem na poważnie św. Augustyn przestrzegał ówczesnych teologów, z którymi prowadził dysputy teologiczne, słowami: „nigdzie indziej błąd nie jest bardziej niebezpieczny niż w odniesieniu do Trójcy Świętej!”
Podobnego zdania jest inny wielki teolog, będący mistrzem św. Tomasza z Akwinu – św. Albert Wielki, który mówił, że „błąd popełniony w dziedzinie odkrywania tajemnicy Trójcy Świętej może zniweczyć cały zamysł wiary i teologii.
I dlatego właśnie przywołany już Święty Tomasz z Akwinu lubił określać temat swoich badań terminem „tajemnica Trójcy”. Dla św. Tomasza „Tajemnica to właśnie sekret Mądrości odkrywanej w pielgrzymce wiary i nadziei, której jednak spełnienie osiągnie się w pełni dopiero w wieczności, gdy sam Bóg odsłoni przed nami w pełni to, do czego ludzki rozum nie jest w stanie dojść o własnych siłach.”
Wielu teologów przestrzegało przed tym, aby w próbie poznania Boga unikać najczęstszego błędu, który najprościej moglibyśmy określić projekcją naszego człowieczeństwa na Boga. Polega ono ni mnie j ni więcej na tym, że Bóg – jak wiemy z katechizmu – stworzył istoty ludzkie na swój własny obraz i podobieństwo a my nierzadko odwzajemniamy się, wyobrażając sobie Boga na nasz obraz i podobieństwo.
Współczesnemu człowiekowi, zapatrzonego w możliwości swojego umysłu i często zadufanemu w sobie wcale nie jest łatwo pozwolić Bogu być tym, kim naprawdę jest. Nasz naturalny egocentryzm chce stwarzać Boga w taki sposób, aby był taki, jakim Go potrzebujemy i chcemy widzieć. W bardzo mocnych słowach podsumowuje to współczesny amerykański teolog i psycholog, franciszkanin ojciec Rihard Rohr: „Stworzyliśmy Boga, który wchodzi dl naszej gry, wpasowuje się w system. Bóg, który stoi poza systemem, jest kimś kogo nie możemy znieść! Pewnie dlatego nieustannie potrzeba nam Boga, który lubi się bawić z nami w wojnę, w takim samy stopniu jak my. Potrzebujemy Boga dominującego, bo sami lubimy dominować. I często tworząc swój własny, fałszywy obraz Boga ignorujemy to, co powiedział do nas Jezus o boskiej naturze swojego Ojca”.
Dlatego idąc tropem przywołanego wcześniej zdania św. Tomasza warto sobie uświadomić, że podroż w wierze wymaga od nas, abyśmy byli gotowi porzucać stworzony przez nas wizerunek Boga i nasze o nim wyobrażenia i zgodzić się na to, że Bóg jest Tajemnicą, bo tylko wówczas gdy pozwalamy by Tajemnica boga przeniknęła nas na jej własnych warunkach wchodzimy na drogę prawdziwego nawrócenia.
To ciekawe, że na ścieżce poznawania Boga w wierze wszystkie wielkie teologiczne umysły zalecają umiar, roztropność, pokorę i prostotę.
Jest taka stara historia, która pięknie to obrazuje:
Pewnego razu jeden z biskupów postanowił objechać całą diecezję i zobaczyć, jak żyją ludzie. Diecezja była rozległa a że leżała nad morzem biskup postanowił skrócić sobie drogę przeprawiając się statkiem. Gdy podczas rejsu rozpętała się wielka burza, wyrzuciła statek na nieznaną wyspę. Podczas gdy marynarze naprawiali uszkodzone maszty i żagle, biskup postanowił, że przespaceruje się po wyspie. Ze zdumieniem odkrył, że mieszkają na niej trzej pustelnicy.
– Jak wy tu żyjecie? – zapytał.
– Żywimy się owocami i rybami.
– A w Boga wierzycie?
– Oczywiście – odparli pustelnicy.
– A jak się modlicie?
– Tak jak umiemy najprościej – odpowiedzieli – „Ty Boże jesteś w Trzech Osobach, i nas jest trzech, więc zmiłuj się nad nami i pobłogosław nas!”
– Nie znacie żadnych innych modlitw? – zapytał biskup?
– Nie, bo nas nikt nie nauczył.
– A skąd wiecie, że Bóg jest w trzech osobach? – drążył dalej biskup
– Od samego Boga!
Biskup zatem postanowił nauczyć pustelników przynajmniej modlitwy „Ojcze nasz”. A że byli prości i już podeszli w latach, szło to opornie. Ale wreszcie się udało. Uradowany biskup pobłogosławił pustelników, wsiadł na statek i odpłynął. Gdy już mocno oddalili się od brzegu nagle załoga statku dostrzegła trzech ludzi kroczących po morzu, zupełnie jak niegdyś Pan Jezus. Gdy się zbliżyli zobaczyli, że to trzej pustelnicy z wyspy gonią statek. Gdy weszli na pokład, upadli do stóp biskupa i powiedzieli:
– Wybacz Ekscelencjo, że cię gonimy, ale zapomnieliśmy słów tej modlitwy, której nas nauczyłeś.
Biskup zaniemówił z wrażenia. Nigdy bowiem nie widział podobnego cudu – żeby ktoś chodził po wodzie. Zrozumiał, że ci trzej pustelnicy dzięki swojej prostej modlitwie i pokorze serca są dużo bliżej Boga niż on – uczony teolog. Rzekł wiec:
– Wracajcie na wyspę i módlcie się tak, jak do tej pory. Nic więcej nie musicie robić!
Myślę, że wielu ludzi łamie sobie umysł, żeby choć trochę pojąć jak to jest – jeden Bóg w trzech Osobach. A najważniejsze w doświadczeniu wiary jest to, by umieć przyjąć do serca prawdę, że Bóg jest Tajemnicą i może Go zrozumieć jedynie ktoś, kto otrzyma od Niego taką łaskę.
Przywołałem na początku tych rozważań zdanie, które przypisuje się św. Augustynowi, autorowi najsłynniejszego traktatu o Trójcy Świętej: „Szybciej straci zmysły ktoś, kto będzie usiłował pojąć tajemnice Trójcy Świętej za pomocą swojego rozumu.”
Jak głosi legenda zdanie to miał przeczytać inny święty a jednocześnie mistyk żyjący dziesięć wieków po Augustynie – św. Jan od Krzyża i uzupełnić je słowami: „Bo poznać Tajemnicę Boga można jedynie sercem i to takim, które jest przeniknięte gorącą miłością do Niego.”
Prośmy Trójcę Świętą o dar takich prostych, miłujących i otwartych serc dla nas!




